Moje niezbędniki do albumu - planowane i nieplanowane

project life

Kiedy postanowiłam sobie, że zacznę robić album Project Life, byłam przekonana, że wystarczy mi do tego minimum. Czyli segregator, koszulki, zdjęcia. Jest tyle darmowych kart do wydrukowania w internecie, skarbnica inspiracji to Pinterest, więc doszłam do wniosku, że kart to ja na pewno nie kupię, bo ich cena mnie przerażała, miałam zamiar szukać sobie sama odpowiednich kart, drukować i wsadzać do albumu. A już na pewno nie pomyślałam o tym, żeby naklejać tam jakieś naklejki czy inne cuda na kiju (wyjątkiem są alfabety, bo z nich można fajne napisy zrobić i takie nabyłam wcześniej).

Jak teraz pomyślę o tym, co miałam zamiar robić wcześniej, a co z tego faktycznie wyszło, to przede wszystkim chce mi się śmiać z mojej naiwności :-) No ale cóż... życie weryfikuje wcześniejsze wybory. Życie i wygoda :-)

Absolutne minimum - segregator, koszulki i zdjęcia

Bez tego Project Life nie istnieje, nie oszukujmy się. Ja się jednak oszukiwałam na początku, bo sądziłam, że to mi w zupełności wystarczy... Może wystarczy na sam początek, kiedy nie mamy specjalnego planu na PL, albo jakiejś konkretnej wizji. Bo od biedy można w koszulki wsadzać same zdjęcia, bez opisów, bez podpisów, jak zwykły album i kropka. Mi się taki album jednak nie widział, wiedziałam, że chcę w nim czegoś więcej, chociaż nie miałam w planach robić jakichś rozbudowanych opisów, jak robią niektórzy. Wiedziałam jednak, że chcę czegoś więcej niż same zdjęcia.

Karty do PL - core kit Becky Higgins

Dlatego pomyślałam o kartach do PL. Jednak bardziej na zasadzie: tyle tego jest w internecie, będę sobie szukać dobierać i drukować. Bo cena gotowych core kitów to już w ogóle zwalała mnie z nóg. Stanęło na tym, że mój album faktycznie miał miejsce na karty, ale puste. Miał zdjęcia, ale obok zdjęć wiało pustką, bo nigdy nie było czasu, aby poszukać kart, które by mi pasowały, a czasu jeszcze bardziej brakowało, kiedy Iza się urodziła. Nie mówiąc już o tym, że trzeba je jeszcze wydrukować. Drukowanie w domu u mnie nie wchodziło w grę, bo drukarki się pozbyłam, bo nie zawsze chciała ze mną współpracować, a poza tym ten tusz (szczególnie kolorowy, bo karty przecież trzeba drukować w kolorze) taki drogi... A papier? Przecież nie będę drukować na zwykłym do ksero... A więc wchodziła tylko i wyłącznie wyprawa do punktu, gdzie drukują takie rzeczy. I tu kolejny problem, bo czasu brak, a nie wszędzie też można wydrukować coś na trochę grubszym papierze.

Lubię wygodę i upraszam sobie życie jak tylko się da, szczególnie teraz, kiedy czas jest ograniczony. Decyzja o kupnie core kitu była więc ostateczna. Patrząc na ich cenę, faktycznie można mieć wrażenie, że strasznie drogo, ale czy naprawdę? A drukowanie w domu nie wyjdzie tyle samo? Albo drukowanie w punkcie? A tu jeszcze trzeba zorganizować wyprawę do punktu i w ogóle. Doszłam więc do wniosku, że kupuję. Kart w zestawie jest sporo, więc pomyślałam, że czego nie wykorzystam, zawsze mogę sprzedać na grupie o PL. I to była dobra decyzja. Bo teraz mój album nie świeci pustkami, a ja mam frajdę z jego uzupełniania.

Zaokrąglacz narożników

Tego to w ogóle nie miałam w planach. Karty od Becky Higgins mają zaokrąglone narożniki, więc takie narożniki w zdjęciach z tymi kartami po prostu lepiej wyglądają. A ja też lubię mieć wszystko idealnie. Więc sobie pomyślałam: będę przycinać nożyczkami. Poddałam się po dwóch zdjęciach :) I kupiłam zaokrąglacz. Jak on ułatwia życie! A jak usprawnia pracę z albumem :)

Klej w taśmie

Kupiłam, bo była taniutka, a nie mogłam znaleźć u siebie w papierniczym taśmy dwustronnej. Uwielbiam, bo to dobry wynalazek, a przyklejenie czegokolwiek to pikuś.

Naklejki

O tym już pisałam wcześniej. Naklejki z literami kupiłam już dość dawno w celu zrobienia fajnych nagłówków, ale do innych naklejek podchodziłam jak pies do jeża. Bo wydawały się zbyt dziecinne (mimo że to album dla dziecka). Ale wystarczy poszukać i znajdzie się coś, co nam odpowiada. Genialne naklejki, szczególnie do albumów dla dziecka, ma Family Portraits. Naprawdę polecam :)

Czarny cienkopis

Początkowo nie miałam ani zamiaru, ani ochoty robić jakichś rozbudowanych opisów w albumie. Ale szybko się do nich przekonałam, bo to zupełnie zmienia jego wygląd. Ja posiadam Microny, ale lubię też standardowe czarne Stabilo, a i piórem z czarnym tuszem zdarza mi się coś napisać.


Powiem Wam szczerze, że faktycznie do Project Life wystarczy sam album, koszulki i zdjęcia. I można spokojnie sobie z tym poradzić. Ale szukanie w internecie dodatków (jeśli chcemy w albumie mieć coś więcej niż same fotki) potrafi, przynajmniej mnie, uprzykrzyć życie, naprawdę. Szybko więc zweryfikowałam swoje plany odnośnie albumu i nie żałuję, bo wygląda teraz zupełnie inaczej.

A Wy wywołujecie zdjęcia? Robicie albumy? Ja skupiam się teraz przede wszystkim na albumie Izy i raczej długo się to nie zmieni. Taki album z pierwszego roku życia to super sprawa :) Naprawdę polecam.





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli