3 najważniejsze rzeczy, których nauczyłam się na studiach

studia

Jest właśnie teraz taki okres w roku, kiedy dużo ludzi myśli o... studiach. Głównie młodych ludzi zaraz po szkole średniej albo tych, którzy już są studentami i czekają na rozpoczęcie roku akademickiego. Mnie wrzesień właśnie z czymś takim się kojarzy - z nowym początkiem, jak nie roku szkolnego czy kolejnego roku studiów, to z idealnym czasem, aby zacząć coś nowego. Niby każdy miesiąc w roku jest na to dobry, to jednak wrzesień tak jakoś najlepiej tutaj pasuje.

I wzięło mnie właśnie na wspominanie moich trzech lat studiów. Lat, pod koniec których zawsze przeklinałam tę swoją uczelnię, bo była nie po drodze studentom, albo że znowu musiałam co drugi weekend poświęcić na siedzenie od ósmej rano, nieczęsto do osiemnastej czy nawet dwudziestej, aby uczyć się nie tylko tego, co mnie interesuje, ale również tego, co wiedziałam, że w życiu mi się nie przyda... Dlatego zawsze byłam i jestem zagorzałą zwolenniczką programu studiów, gdzie student sam sobie może wybierać zajęcia, na które chodzi. Na studiach zaocznych niestety czasem nie ma możliwości czegoś takiego wprowadzić, a szkoda.

Przez te trzy lata (ba! nawet sześć, bo zaraz po liceum poszłam na studia, których nie skończyłam) nauczyłam się wiele. Bynajmniej nie mówię tutaj jednak o wiedzy, jaką próbują nam tam przekazać profesorowie, nie. I uważam, że nie ta wiedza właśnie jest moim największym sukcesem, bo równie dobrze większość tego mogłam sobie sama przyswoić z książek. Ale studia uczą również innych rzeczy. Czego nauczyły mnie?

1. Żeby nie marnować czasu na to, co mnie nie interesuje.
Zawsze, bez znaczenia, jaki kierunek sobie wybierzemy, przyjdzie czas, że będziemy musieli nauczyć się czegoś, co nas kompletnie nie interesuje. Nie ma chyba osoby, która chodziłaby z takim samym entuzjazmem na wszystkie, wszyściutkie zajęcia. Ja również takie miałam. Pech chciał nawet, że im bliżej końca, tym było ich więcej (bo "moja" epoka to głównie średniowiecze oraz, co było wynikiem zapału, jaki potrafił nam przekazać wykładowca, starożytność - generalnie, im wcześniej coś się wydarzyło, tym bardziej mnie to interesowało). Studia historyczne mają też to do siebie, że nawet w zakresie jednej epoki nie wszystko musi wydawać nam się interesujące.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że równie dobrze wiedzę, którą chcę mieć, mogę nabyć w dużym zakresie sama. Pomijając oczywiście fakt, że odkryłam na tych studiach mnóstwo różnych rzeczy, o których nie do końca wiedziałam, a które mi się spodobały na tyle, aby szukać dalej. Generalnie jednak chodzi w tym wszystkim o to, że szkoda mi było czasu na coś, co mnie kompletnie nie interesuje i przekłada się to nie tylko na wiedzę historyczną, ale również na życie. Na wszystko to, co w życiu robię, co lubię robić i czego nie lubię. I że na to ostatnie szkoda mi było po prostu tego życia.

2. Że człowiek uczy się głównie na własnych błędach.
Nie na cudzych. To prawda, zawsze jest lepiej wyciągać wnioski z czyjegoś niepowodzenia, aby nie powtórzyć tego we własnych doświadczeniach. Ale prawdą jest również to, że dużo skuteczniej działa to wtedy, kiedy odczujemy to coś na własnej skórze. Cudze błędy mało nas obchodzą. Albo nie obchodzą w ogóle, a jeśli już, to na krótko i trudniej nam jest je zrozumieć. Dopiero gdy sami odczujemy ich skutki, wtedy jest już zupełnie inaczej. Mnie takie analizowanie i wyciąganie wniosków z popełnionych przez kogoś błędów zawsze dawało niewiele. Dopiero jak odczuję coś na własnej skórze, wtedy dopiero się budzę, bo nagle... auć, boli.

3. Że sama biorę odpowiedzialność za swoje decyzje.
I nie chodzi o to, że muszę. Że skoro zamieszkałam sama, że pracuję, zarabiam, i jeszcze się uczę, to siłą rzeczy już na nikogo nie zwalę odpowiedzialności. Biorę za nie odpowiedzialność, bo chcę. Mogę sama decydować o sobie i mogę to zawdzięczać tylko sobie, nieważne, czy jest to dobra decyzja, czy zła (tutaj kłania się punkt numer 2). I szczerze mówiąc nikomu nic do tego.


Oprócz samej wiedzy (którą, moim zdaniem, w dużej części można przyswoić samemu) studia to jednak dobra rzecz. Bo teoretyczna wiedza, jaką tam dostaniemy, to malutka część tego, czego faktycznie się tam nauczymy. Z większości z tych rzeczy nawet nie będziemy zdawać sobie sprawy, dopóki studia się nie skończą. Widzę to dopiero teraz, z własnego doświadczenia, po zakończeniu tego, co już nie wróci. Podczas tych ostatnich trzech lat studiów milion razy przeklinałam te zajęcia i tę uczelnię, teraz jednak jest mi szkoda... Tych wszystkich spotkań, znajomych, przyjaciół, miejsc, które były ściśle związane ze studiami właśnie. I mimo że chociaż mam to wszystko nadal na wyciągnięcie ręki, to jednak nie jest już to samo, prawda?




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli