Tu & teraz  - podsumowanie września'17

Tu & teraz - podsumowanie września'17

podsumowanie września

Właśnie przed chwilą mnie dosłownie olśniło. Byłam pewna, że mam jeszcze jeden tydzień września przed sobą, a okazuje się, że ten tydzień gdzieś mi uciekł, a ja nawet tego nie zauważyłam! Nie wiem jak to się stało, ale czasem funkcjonuję jak w jakimś matrixie, dni mi uciekają, a ja nawet tego nie zauważam.

Wrzesień znowu był miesiącem, który przeleciał ekspresowo. Ale nie o tym chciałam pisać. Bardziej o tym, że postanowiłam zmienić tytuł comiesięcznych podsumowań. Zaczęło się najpierw od worqshop, potem zauważyłam, że coraz więcej jest na blogach wpisów typu "Tu i teraz". Postanowiłam, że i ja się dołączę, bo mi się ta idea po prostu podoba :)


Planuję...
...zastanawiam się jednocześnie, co ja bym mogła ciekawego powiedzieć o swoim wrześniu, i dochodzę do wniosku, że wrzesień jest miesiącem... planowania. Przede wszystkim ostatniego kwartału tego roku, który za szybko mi zleciał - żaden jeszcze nie zleciał aż tak szybko. Doskonale wiem, dlaczego tak się stało i postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce, aby choć jeszcze mały cel osiągnąć przed jego końcem, którego nie udało mi się zrealizować do tej pory. Do tego zrezygnowałam w końcu z jednej rzeczy, która była dla mnie ważna, jednak doszłam do wniosku, że już do niczego nie jest mi to potrzebne, jak na chwilę obecną. Ciężko było, ale było też to konieczne.

Jestem wdzięczna...
...za piękną pogodę, którą nas żegna wrzesień. Dzięki temu mam możliwość i mi się chcę (!) - kto wstaje czasem cztery razy w nocy do dziecka ten rozumie :) - uskuteczniać długie spacery z Izą. Trzeba korzystać z pięknej pogody, dopóki jest, bo zima pewnie nie będzie już taka łaskawa. Jednocześnie...

Słucham...
...podcastów. Do tej pory nie znałam w ogóle tego typu mediów, ale ostatnio wręcz przepadłam. Dlatego jak tylko zabieram Izę na spacer, zabieram również słuchawki i słucham. Mam już nawet kilka ulubionych. Nie wiem, jak ja mogłam nie znać tego wcześniej! Przecież słuchanie podcastów to jest coś, co wcale nie zabiera mi czasu, chociaż wcześniej myślałam, że jest inaczej. Słucham na spacerach, podczas sprzątania, robienia obiadu czy dziergania na drutach. Naprawdę polecam spróbować.


Czytam...
...kryminały i thrillery. Dla mnie to zawsze był idealny gatunek na obecną porę roku, to właśnie jesienią mam największą ochotę na czytanie tego typu książek. Zawsze tak było i przy tym zostaję :) We wrześniu nie przeczytałam wielu książek, raptem trzy (a właściwie trzecią właśnie kończę), ale od dawna już nie idę na ilość. Czytam dla przyjemności, a nie na wyścigi.

Chciałabym...
...nie zapomnieć tego pięknego czasu spędzonego z córką. To po prostu za szybko mija. Dlatego staram się jak najwięcej cieszyć się tymi chwilami, bo one już nie wrócą i jak najwięcej ich zatrzymać. Dlatego robię masę zdjęć, które wylądują wkrótce w albumie. Chciałabym też nadrobić w związku z tym zaległości.

Czuję się...
...totalnie naładowana pozytywną energią. Nie wiem, czy to przez cudowną pogodę ostatnio, czy poważne plany, jakie mam odnośnie 2018 roku. Ale czuję się z tym mega dobrze i niech tak zostanie. Na zawsze :)

Uczę się...
...przede wszystkim wykorzystywać jak najlepiej czas, nie tylko ten przeznaczony wyłącznie dla mnie, ale też ten z rodziną. Poza tym odkryłam, jak wiele rzeczy można nauczyć się z podcastów właśnie, szczególnie tych rzeczy, które mnie od dawna interesowały. 

Oglądam...
...nic. Naprawdę nic nie oglądam. Żadnych seriali, nie pamiętam żadnego filmu, który obejrzałam we wrześniu, bo chyba nic nie obejrzałam tak na dobrą sprawę. Odcinam się od telewizji, której nie mam, ale którą zawsze gdzieś można podglądać w internecie. Staram się mało wchodzić na fejsbuki i inne tego typu media. Wolę poczytać albo wyjść na spacer. W tej chwili to jest dla mnie ważniejsze.


A Wam jak minął wrzesień? Był inspirujący? Leniwy? Pracowity? Ja wbrew pozorom bardzo lubię ten miesiąc. Zawsze był dla mnie takim końcem czegoś, ale jednocześnie nowym początkiem czegoś zupełnie innego.




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Rok z bullet journal - co się u mnie sprawdziło?

Rok z bullet journal - co się u mnie sprawdziło?

bullet journal

Właśnie niedawno zdałam sobie sprawę, że pierwszy swój notes, taki typowy bullet journalowy, założyłam właśnie rok temu! A mam wrażenie, jakby to było co najwyżej kilka miesięcy. Niewiarygodne, jak szybko zleciał ten czas. Dokładnie pamiętam ten dzień, kiedy poszłam do księgarni i kupiłam zeszyt, to był wrześniowy dzień, podobny do dzisiejszego. Też pochmurny i dość chłodny. Wychodzi więc na to, że wrzesień w tym roku mamy bardzo podobny do tego zeszłorocznego.

Ten rok to był czas głównie testowania. Tego, co ma być w moim planerze, co tam się musi znaleźć koniecznie, a co mi jest kompletnie niepotrzebne. Tego, na ile mi wystarczy jeden notes i czy notes w kratkę będzie okay, czy będzie mnie to na tyle denerwować, że będę musiała go zmienić. Rok to jest chyba też taki optymalny czas na to, żeby faktycznie dojść do tego, co nam naprawdę odpowiada, a co kompletnie się nie sprawdza. Wiadomo, niektórzy dojdą do takich wniosków po kilku miesiącach, inni będą potrzebować więcej niż rok. Ale po roku chyba już można sobie co nieco wyklarować, co o tym sądzicie?


Bullet journal - co się u mnie sprawdziło?
  • minimalistyczny bullet journal - bez ozdobników, bez naklejek, bez różnych takich dodatków - fakt, fajnie to wygląda u innych, ale ja doszłam do wniosku, że marnuję na to mnóstwo czasu i energii, które wolałam wykorzystać na samo planowanie, albo jeszcze lepiej: działanie. Ładne, to prawda, ale mi to było kompletnie do niczego niepotrzebne. A ładne bullet journale mogę sobie zawsze pooglądać na instagramie, mój ma mi służyć, nie musi być piękny.
  • kalendarz roczny na początku notesu - ja wiadomo, bullet journal prowadzi się na bieżąco, nie robi się rozpisek na cały miesiąc, ani tym bardziej rok - taki roczny kalendarz na początku zeszytu to jest dla mnie konieczność, przeznaczyłam na to kilka stron i świetnie się sprawdziło - to był element, do którego chyba najczęściej wracam podczas prowadzenia plannera.
  • kalendarz miesięczny na początku miesiąca - swoją drogą i ten, i poprzedni ma jakąś specjalną nazwę w bullet jounalu - nie spodobała mi się, więc jej nie pamiętam :) Zawsze na początku miesiąca lubię sobie zaplanować działania, więc taki kalendarz też się świetnie sprawdził. Jedno spojrzenie i widać jak na dłoni cały miesiąc i to, co nas czeka. Moim zdaniem niezastąpione.
  • habit tracker - to jest jedyna nazwa, która odnosi się bezpośrednio do bullet journala, którą pamiętam, chociaż też jej nigdy nie używałam. U mnie zawsze to były "nawyki". Nawyki nie sprawdzały mi się na początku, nie chciało mi się codziennie ich uzupełniać, ale z biegiem czasu się do tego przekonałam. Teraz bardzo lubię tę część swojego plannera, bo widać, kiedy coś zrobiłam ostatnim razem, ale też jest motywacja do tego, żeby jednak te kratki zamalowywać, żeby nie było pusto. Albo przypominać sobie o czymś ważnym, co muszę zrobić codziennie, a czasem po prostu wylatuje mi to z głowy.
  • lista spraw do załatwienia, budżet domowy, menu - zawsze na początku miesiąca, potem sobie tylko odhaczam to, co zrobiłam, a to czego nie zrobiłam, przenoszę na następny, albo i nie, planuję budżet, menu (chociaż to ostatnie to jest taka bardziej inspiracja, co zrobić na obiad, żeby nie jeść w kółko tego samego, bo często nie mam na niego pomysłu).
  • tygodniówki i dniówki - bardzo długo egzystowałam bez tygodniówek. Uważałam, że do niczego mi nie są potrzebne, bo mam na początku miesiąca kalendarz, na który zawsze mogę spojrzeć, ewentualnie na tyle miejsca, żeby zawsze coś tam dopisać. Dopiero w okolicach marca albo kwietnia znalazłam dla siebie idealny układ tygodniówki, gdzie wpisuję między innymi listę zadań do zrobienia w tygodniu właśnie, listę zakupów itp.
  • adresownik i ważne informacje, które mam zawsze na końcu notesu.


Co się u mnie kompletnie nie sprawdza?
  • codziennik - to jest taka moja robocza nazwa na stronę, na której w jednym zdaniu zapisuje się cały dzień, co się wydarzyło. Robocza, ale tak została, jednak w ogóle tego nie prowadziłam, jak się później okazało. Jasne, coś tam sobie od czasu do czasu wpisałam, jak mi się przypomniało, ale prawda jest taka, że większość dni u mnie wygląda teraz bardzo podobnie, musiałabym tam ciągle wpisywać to samo. Strata czasu i papieru.
  • ozdabianie - tak jak wspomniałam na początku, dla mnie to była strata czasu i energii, którą mogłam wykorzystać inaczej. Wolę minimalistyczny bullet journal. 
  • kolekcje - czyli listy: zakupów, książek, filmów, seriali i co tam jeszcze nam przyjdzie do głowy. Przeczytane książki mam na lubimyczytac.pl. Listy zakupów robię co tydzień, a nawet codziennie, więc mi to niepotrzebne. Seriali oglądam mało (w zasadzie tylko dwa), a filmów też niewiele i zawsze jest to spontaniczny wybór. Na takie listy też było mi szkoda miejsca i czasu. Jeśli faktycznie mam jakieś kolekcje, listy, to są to tylko te bieżące, których nie przepisuje się z notesu do notesu, ale wykreśla i zapomina o nich, bo się dezaktualizują. Jedyną listę, jaką mam, to ksiażki do przeczytania, gdzie faktycznie wpisuję tytuł, który mi wpadnie w ucho i o którym naprawdę nie chciałabym zapomnieć.


Bullet journal jest dla mnie takim trochę eksperymentem. Pamiętacie, jak tworzyłam swój własny planner? (Swoją drogą ten post bije rekord popularności u mnie na blogu, nie mam pojęcia dlaczego.) Dla mnie był on może nie idealny, ale używałam go z przyjemnością i zapisałam do końca. Chociaż do ideału mu sporo brakowało. Chciałabym przyszły rok zacząć również z własnoręcznie zaplanowanym kalendarzem, ale żeby był on bardziej przemyślany. Bullet journal mi w tym sporo pomógł, zrozumieć to, czego faktycznie mi potrzeba. Chociaż nie ukrywam, że być może wcale nie stworzę czegoś swojego od przyszłego roku, może zostanę przy bullet journalu jeszcze jakiś czas? Kto to wie? Lubię zmiany i lubię zmieniać to, co mnie otacza, więc zobaczymy.

A Wam co się podoba w idei bulletjournalingu? Prowadzicie? Czy wolicie zwykłe kalendarze? Co Wam się w nich sprawdza, a co nie? Chętnie poczytam, może jeszcze bardziej udoskonalę swoje planowanie... :)




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

3 najważniejsze rzeczy, których nauczyłam się na studiach

3 najważniejsze rzeczy, których nauczyłam się na studiach

studia

Jest właśnie teraz taki okres w roku, kiedy dużo ludzi myśli o... studiach. Głównie młodych ludzi zaraz po szkole średniej albo tych, którzy już są studentami i czekają na rozpoczęcie roku akademickiego. Mnie wrzesień właśnie z czymś takim się kojarzy - z nowym początkiem, jak nie roku szkolnego czy kolejnego roku studiów, to z idealnym czasem, aby zacząć coś nowego. Niby każdy miesiąc w roku jest na to dobry, to jednak wrzesień tak jakoś najlepiej tutaj pasuje.

I wzięło mnie właśnie na wspominanie moich trzech lat studiów. Lat, pod koniec których zawsze przeklinałam tę swoją uczelnię, bo była nie po drodze studentom, albo że znowu musiałam co drugi weekend poświęcić na siedzenie od ósmej rano, nieczęsto do osiemnastej czy nawet dwudziestej, aby uczyć się nie tylko tego, co mnie interesuje, ale również tego, co wiedziałam, że w życiu mi się nie przyda... Dlatego zawsze byłam i jestem zagorzałą zwolenniczką programu studiów, gdzie student sam sobie może wybierać zajęcia, na które chodzi. Na studiach zaocznych niestety czasem nie ma możliwości czegoś takiego wprowadzić, a szkoda.

Przez te trzy lata (ba! nawet sześć, bo zaraz po liceum poszłam na studia, których nie skończyłam) nauczyłam się wiele. Bynajmniej nie mówię tutaj jednak o wiedzy, jaką próbują nam tam przekazać profesorowie, nie. I uważam, że nie ta wiedza właśnie jest moim największym sukcesem, bo równie dobrze większość tego mogłam sobie sama przyswoić z książek. Ale studia uczą również innych rzeczy. Czego nauczyły mnie?

1. Żeby nie marnować czasu na to, co mnie nie interesuje.
Zawsze, bez znaczenia, jaki kierunek sobie wybierzemy, przyjdzie czas, że będziemy musieli nauczyć się czegoś, co nas kompletnie nie interesuje. Nie ma chyba osoby, która chodziłaby z takim samym entuzjazmem na wszystkie, wszyściutkie zajęcia. Ja również takie miałam. Pech chciał nawet, że im bliżej końca, tym było ich więcej (bo "moja" epoka to głównie średniowiecze oraz, co było wynikiem zapału, jaki potrafił nam przekazać wykładowca, starożytność - generalnie, im wcześniej coś się wydarzyło, tym bardziej mnie to interesowało). Studia historyczne mają też to do siebie, że nawet w zakresie jednej epoki nie wszystko musi wydawać nam się interesujące.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że równie dobrze wiedzę, którą chcę mieć, mogę nabyć w dużym zakresie sama. Pomijając oczywiście fakt, że odkryłam na tych studiach mnóstwo różnych rzeczy, o których nie do końca wiedziałam, a które mi się spodobały na tyle, aby szukać dalej. Generalnie jednak chodzi w tym wszystkim o to, że szkoda mi było czasu na coś, co mnie kompletnie nie interesuje i przekłada się to nie tylko na wiedzę historyczną, ale również na życie. Na wszystko to, co w życiu robię, co lubię robić i czego nie lubię. I że na to ostatnie szkoda mi było po prostu tego życia.

2. Że człowiek uczy się głównie na własnych błędach.
Nie na cudzych. To prawda, zawsze jest lepiej wyciągać wnioski z czyjegoś niepowodzenia, aby nie powtórzyć tego we własnych doświadczeniach. Ale prawdą jest również to, że dużo skuteczniej działa to wtedy, kiedy odczujemy to coś na własnej skórze. Cudze błędy mało nas obchodzą. Albo nie obchodzą w ogóle, a jeśli już, to na krótko i trudniej nam jest je zrozumieć. Dopiero gdy sami odczujemy ich skutki, wtedy jest już zupełnie inaczej. Mnie takie analizowanie i wyciąganie wniosków z popełnionych przez kogoś błędów zawsze dawało niewiele. Dopiero jak odczuję coś na własnej skórze, wtedy dopiero się budzę, bo nagle... auć, boli.

3. Że sama biorę odpowiedzialność za swoje decyzje.
I nie chodzi o to, że muszę. Że skoro zamieszkałam sama, że pracuję, zarabiam, i jeszcze się uczę, to siłą rzeczy już na nikogo nie zwalę odpowiedzialności. Biorę za nie odpowiedzialność, bo chcę. Mogę sama decydować o sobie i mogę to zawdzięczać tylko sobie, nieważne, czy jest to dobra decyzja, czy zła (tutaj kłania się punkt numer 2). I szczerze mówiąc nikomu nic do tego.


Oprócz samej wiedzy (którą, moim zdaniem, w dużej części można przyswoić samemu) studia to jednak dobra rzecz. Bo teoretyczna wiedza, jaką tam dostaniemy, to malutka część tego, czego faktycznie się tam nauczymy. Z większości z tych rzeczy nawet nie będziemy zdawać sobie sprawy, dopóki studia się nie skończą. Widzę to dopiero teraz, z własnego doświadczenia, po zakończeniu tego, co już nie wróci. Podczas tych ostatnich trzech lat studiów milion razy przeklinałam te zajęcia i tę uczelnię, teraz jednak jest mi szkoda... Tych wszystkich spotkań, znajomych, przyjaciół, miejsc, które były ściśle związane ze studiami właśnie. I mimo że chociaż mam to wszystko nadal na wyciągnięcie ręki, to jednak nie jest już to samo, prawda?




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Czasami lubię samotność

Czasami lubię samotność

samotność

Czasem lubię pobyć sama ze sobą. Zawsze lubiłam, tylko może mniej to doceniałam. Bo zazwyczaj nie docenia się czegoś, co ma się na wyciągnięcie ręki, kiedy tylko się chce. Zaczyna się doceniać, jak już nie jest tak łatwo...

Lubię czasem posiedzieć w ciszy i pomyśleć. Kiedy na nic innego nie mam ochoty, tylko na to, aby się maksymalnie wyciszyć, zrelaksować, odpocząć.

Lubię, gdy wokoło jest cicho, nikt mi nie przeszkadza, i mogę robić to tylko, na co naprawdę mam ochotę: poczytać książkę, napisać coś na blogu, popisać pamiętnik czy wziąć planner do rąk, do drugiej pióro i zaplanować kolejny dzień lub miesiąc.

Lubię, gdy nikt nie pyta, co akurat robię, co robiłam przed chwilą albo co zamierzam.

Lubię się położyć do góry brzuchem, zamknąć oczy i pozwolić myślom biec, byle by tylko nie był to wieczór przed snem, wtedy gonitwa myśli najczęściej ląduje w pamiętniku. Wtedy lubię mieć czystą głowę i zasnąć w spokoju.

Lubię nie mieć nad głową masy obowiązków, zarówno domowych, jak i służbowych, lubię mieć wszystko poukładane, nie lubię gonitwy za nie wiadomo czym, aby wyrobić się z tym lub tamtym.

Lubię od czasu do czasu nie zrobić obiadu.

Lubię czasem od rana do wieczora posiedzieć w domu, nie musieć wychodzić nigdzie, ani na żadne spotkania, ani na zakupy, ani na spacer do parku. Szczególnie w deszczowy wrzesień.

Lubię czasem być sama w domu, szczególnie jak dziecko śpi, a ja mogę wykorzystać w końcu ten czas na to, na co mam ochotę. Zazwyczaj co prawda nie wiem, za co się zabrać, bo mam tyle planów na to "gdy dziecko uśnie", ale też lubię wtedy nie zrobić nic z tych zaplanowanych rzeczy i po prostu położyć się razem ze szkrabem i pospać, bo po prostu lubię się wyspać.

Teraz takich chwil, tylko z własnym ja, jest mało, i cenię je sobie szczególnie. Cenię je tak samo jak chwile spędzone z córką i z Nim. I to, i tamto jest na wagę złota. Chociaż tak odmienne.

Naprawdę czasem lubię samotność. I prawie pusty dom. Lubię tę swobodę.

Ale lubię też zupełne przeciwieństwo wszystkiego tego, co powyżej. Lubię czasem znaleźć dla siebie ten złoty środek, nawet jeśli jeden dzień jest spędzony zupełnie samotnie w domu, a następny wśród masy ludzi.





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Witaj, wrześniu!... Jesienne plany

Witaj, wrześniu!... Jesienne plany

jesienne plany

Zawsze wraz z początkiem września coś się kończy. Z bólem serca to stwierdzam, ale tak właśnie jest. Nawet jeśli pogoda jeszcze dopisuje i świeci słońce, nawet jeśli szkoła już dawno jest za nami... Zawsze, gdy nadchodził wrzesień, czułam już, że to nie jest już to. Może zostało mi tak z czasów szkolnych, kiedy zawsze 1 września trzeba było już zostawić za sobą wakacje i myśleć o nauce.

Teraz, kiedy moje życie już dawno nie jest tym z czasów szkolnych, to jednak coś z tego zostało - refleksje, które zawsze pojawiają się na początku września. Bo tylko cztery miesiące do końca roku (zawsze wtedy się zastanawiam, gdzie i jak to się stało, że poprzednie osiem zleciało tak szybko), bo kończy się lato, trzeba będzie z bólem serca wyciągnąć niedługo botki z szafy, a sandały schować na przyszłe lato. Trzeba schować sukienki, a wyciągnąć swetry. To pogarszająca się pogoda chyba tak na mnie wpływa (chociaż co by nie było, lubię jesień). I zawsze o tej porze gdzieś tam z tyłu głowy majaczą mi myśli, aby w końcu coś zrobić, co planuję od dawna, bo to jest ostatnia szansa, aby jakoś wyjść z twarzą z tego wszystkiego pod koniec grudnia. Żeby jakoś te cztery miesiące jeszcze produktywnie wykorzystać.

W tym roku podchodzę do tych moich planów trochę bardziej na luzie. Wiem, że nie jestem robotem, a przy dziecku niektórych rzeczy się po prostu nie da tak w 100%. To nie znaczy wcale, że w 90% to już jest źle. Bo jest w dalszym ciągu super. Mam jednak kilka takich rzeczy, które naprawdę chciałabym zrealizować...

Po pierwsze... dbać o siebie

Nie tylko o wygląd, strój, makijaż, ale też z tej drugiej, bardziej duchowej strony. Kiedy mam na to ochotę, to odpoczywać, nie przejmując się niepozmywanymi naczyniami w zlewie. Codziennie, chociaż przez pięć minut dziennie, zrobić coś dla siebie - nieważne, czy to będzie ładny makijaż, poczytanie książki, czy leżenie do góry brzuchem i patrzenie w sufit, jeśli tylko mam na to ochotę. Ale codziennie. Bo nie można o sobie zapominać. Tym bardziej jest to ważne, gdy jest się młodą mamą i dziecko stoi na pierwszym miejscu. Dlatego właśnie tak ważne jest to, aby dobrze wyglądać i dobrze się ze sobą czuć, więc moim postanowieniem jest również to, żeby nie chować ładnych ubrań w szafie tylko dlatego, że i tak przecież siedzę w domu, a na spacer z małą mogę wyjść w tym, w czym jestem. Nie!

Po drugie... dieta informacyjna

Koniec z bezmyślnym scrollowaniem Facebooka czy Instagrama. Doszłam do wniosku, że do niczego nie jest mi to potrzebne, a codziennie marnuje się przy tym tyle czasu, że spokojnie mogłabym w tym czasie poczytać i mieć jedną dodatkową wartościową książkę w miesiącu na koncie. I tyczy się to u mnie również blogów. Muszę zrobić w końcu porządek w tych, które od jakiegoś czasu nie są aktualizowane albo z jakichś powodów nie chcę już ich obserwować.

Po trzecie... mieć więcej czasu dla córki

Bo te chwile już nie wrócą. A dzieci rosną w zastraszającym tempie. Chcę jej zacząć czytać książeczki, aby zapałała miłością do nich tak, jak mama. Chciałabym też częściej wychodzić z nią na spacery, szczególnie teraz we wrześniu, kiedy jeszcze będzie słonecznie i ciepło. Ale nie tylko, bo przez całą jesień. Bo cała zima będzie na siedzenie w domu. I obserwować po prosu jak się rozwija, bo to są najcenniejsze chwile, na miarę złota.

Po czwarte... skończyć jakiś kurs

Na przykład skończyć zaczęte w zeszłym roku prawo jazdy. Albo wrócić na studia. Albo znaleźć sobie jakiś kurs internetowy. Nauczyć się czegoś nowego, choćby to miał być tylko jakiś nowy ścieg na drutach albo kurs robienia lepszych zdjęć (z tym u mnie cały czas kulawo), bo zaczęłam album dla dziecka i dobrze by było...

Po piąte, po szóste... itd.

  • odpisywać regularnie na maile
  • regularnie co miesiąc robić album dla małej, bo już mam zaległości
  • uporządkować szafę i przygotować ją na jesień i zimę, oddać ubrania, w których nie chodzę
  • oddać niechciane książki do biblioteki i uporządkować biblioteczkę
  • ocieplić sypialnię zdjęciami na ścianie i piękną firanką w oknie
  • dokończyć wszystko, co niedokończone

I ostatnie: cieszyć się tą jesienią... tak po prostu.



Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli