Jazda na rydwanie - Julian Hardy

Jazda na rydwanie - Julian Hardy


jazda na rydwanie

Sztuką jest kierować okręt
przez oceanu otchłanie...
Sztuką - jazda na rydwanie...
Sztuką jest też miłowanie...
                              (Sztuka kochania, Owidiusz)
Zazwyczaj nie lubię podejmować się czegoś, gdy nie wiem, jaki będzie tego efekt. Nie lubię niespodzianek, bo boję się zawsze rozczarować, wolę wiedzieć co mnie czeka. Dlatego też dwadzieścia razy zawsze się zastanowię, zanim podejmę się napisania jakiejkolwiek recenzji książki, o której nie słyszałam i w ogóle mało kto słyszał. Z Jazdą na rydwanie miałam o tyle dobrze, że jednak kilka tych opinii, chociażby na lubimyczytac.pl, się pojawiło. I były to bardzo dobre recenzje, a gdy otrzymałam propozycję od samego autora, który o dziwo też był przekonany, że ta książka mi się spodoba, to już nie było wyjścia: byłam tak zaintrygowana, że się zgodziłam.

Trudno jest napisać w kilku zdaniach, o czym jest ta powieść, ponieważ jest to powieść wielowątkowa. Jest rok 1938. Poznajemy bohatera, Roberta Meissnera, wychowywanego przez samotną matkę, która stara się całkowicie podporządkować sobie chłopca. Robert czuje się tłamszony, ciągle osaczany. Ta nie zauważa, że chłopak, zamiast pałać do matki miłością, jak powinno być w zdrowej rodzinie, zaczyna czuć do niej coś zupełnie odwrotnego. Ona z kolei nie zdaje sobie sprawy z tego, że terroryzuje wręcz swojego syna, chcąc niby dla niego jak najlepiej. Robert namiastkę matki znajduje w sąsiadce, która jest jej przeciwieństwem. Z panią Anielą można porozmawiać na wszystkie tematy, można jej się wyżalić. Jest dla Roberta prawdziwą przyjaciółką i to właśnie z nią Robert, zakochany w Wice, koleżance ze szkoły, dzieli swoje radości i smutki związane z pierwszą miłością. Oraz pierwsze wątpliwości i przemyślenia odnośnie zbliżającej się wojny i zamiaru zaciągnięcia się do armii.

Tak zaczyna się to opasłe tomisko, które trudno nazwać jakimś konkretnym gatunkiem literackim. Bo ta książka to jest zlepek różnych gatunków, powiedziałabym nawet, że tak wielu, że ja osobiście po raz pierwszy spotykam się z tak wielogatunkową powieścią. Jest to zarówno powieść przygodowa, obyczajowa, psychologiczna, erotyczna, romans, jak i thriller szpiegowski czy kryminał. Poza tym akcja co chwila przyspiesza, zaraz potem trochę zwalnia, żeby za chwilę znowu przyszpilić czytelnika do fotela. Momentami naprawdę nie mogłam się oderwać od tej książki. Jest tu tak wiele wydarzeń, tak dużo się dzieje, jest wręcz naładowana tym do oporu, ale to absolutnie nie jest jej minus. Bohaterów też jest wiele i czasem trzeba naprawdę uważnie czytać, żeby się w nich połapać, ale generalnie nie powinno z tym być problemu.

Na plus zasługuje również tło historyczne: począwszy od przygotowań do wojny i wybuchu drugiej wojny światowej aż do jej zakończenia, poprzez zimną wojnę, aż po Polską Rzeczpospolitą Ludową - ta przestrzeń jest tutaj dość szeroka, ale całość ujęta w taki sposób, że trudno się przyczepić do czegokolwiek. Widać, że autor odwalił kawał dobrej roboty, przygotowując się do napisania tej powieści i oddania jej realiów historycznych.

No i na szczególną uwagę zasługuje również postać głównego bohatera. Ja praktycznie od samego początku zapałałam do niego sympatią, doceniłam za spryt, zdrowy rozsądek, humor. Trzeba przyznać, że na kartach tej książki dzieje się ogromna przemiana, z chłopca, biednego, pogardzanego przez kolegów i koleżanki, na inteligentnego mężczyznę, o którym marzą kobiety, który wie, czego chce od życia, i wie jak wykorzystać zdobytą wiedzę, chociażby do tego, aby się wzbogacić. Podoba mi się również jego sposób podejścia do życia i do ludzi. Naprawdę trudno jest Roberta nie polubić.

Czy nie lubię Żydów? Nigdy się nie zastanawiałem, kogo akurat nie lubię. Lubię albo nie lubię ludzi. Nie Żydów, Polaków czy Niemców. 

Ta książka to jest naprawdę kawał dobrej roboty wykonany przez autora. Jak pies do jeża podchodziłam do niej na początku, chociaż mnie intrygowała, to jednak mój sceptycyzm brał górę. Niepotrzebnie. Kończąc ją było mi szkoda. Wszystkiego, ale przede wszystkim tego, że muszę się rozstać z tak świetną powieścią, jakich naprawdę mało na naszym książkowym rynku. I trudno ją polecać konkretnym odbiorcom. Powinna się spodobać zarówno miłośnikom thrillerów, jak i powieści erotycznych. Ją naprawdę trzeba przeczytać, żeby to zrozumieć, i absolutnie nie bać się jej objętości. Rewelacyjna książka.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Autorowi książki.



Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku
lub zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Atlas gwiazd. Przewodnik po konstelacjach - Przemysław Rudź

Atlas gwiazd. Przewodnik po konstelacjach - Przemysław Rudź

atlas gwiazd

Zawsze uwielbiałam patrzeć w niebo. Pamiętam, że już jako dziecko interesowałam się gwiazdami, a jak już miałam jakiekolwiek pojecie, jak znaleźć na niebie Wielką i Małą Niedźwiedzicę, często latem, podczas bezchmurnych wieczorów i nocy rozkładałam na trawie koc i wpatrywałam się w niebo, a podczas deszczu spadających gwiazd wymyślałam coraz to inne życzenia, które chciałam, żeby mi się spełniły. Do tej pory uwielbiam patrzeć na spadające perseidy, które raczą nas swoim widokiem co roku w sierpniu. I chyba nie było przypadkiem to, że ta książka wpadła w moje ręce właśnie teraz, przed tym pięknym spektaklem.

Bo Atlas gwiazd jest dla każdego, kto kocha gwiazdy, tak jak ja. Chociaż kiedyś potrafiłam rozpoznać na niebie wyłącznie Wielki Wóz (nawet nie Wielką Niedźwiedzicę...), bo był zawsze dokładnie nad moim domem. A po Wielkim Wozie do Małego jak po nitce do kłębka... Ah, i jeszcze potrafiłam odnaleźć na niebie gwiazdozbiór Kasjopei, bo też świecił zawsze jasno na niebie i miał charakterystyczny kształt. Długo moja umiejętność rozpoznawania konstelacji kończyła się na tych trzech właśnie. I może dwa lata temu zaczęłam w końcu zauważać więcej. Bo zwyczajnie więcej chciałam widzieć. W tym roku niebo szczyci nas swym pięknem, bo nawet chmurne noce zdarzają się dość rzadko. I to był doskonały czas, aby wziąć tę książkę pod pachę i wyjść pooglądać gwiazdy. I znaleźć w końcu coś więcej niż Gwiazdę Polarną.

atlas gwiaz

Ten album ma mnóstwo plusów, ponieważ po niedługim, ale dość treściwym wstępie na temat tego, jak oglądać gwiazdy, jak ich szukać i jakiego sprzętu do tego używać oraz masie innych przydatnych informacji autor przechodzi do meritum. Ta książka bowiem podzielona jest na dwanaście rozdziałów, a każdy z nich pokazuje nam dokładnie, jaką część wszechświata widać w określonym miesiącu. Bo to wszystko z każdym miesiącem się zmienia, może nieznacznie, ale jednak, i uwierzcie, mimo że zarówno w styczniu, jak i w lipcu na niebie łatwo będzie odnaleźć Wielką Niedźwiedzicę, to jednak to niebo jest inne. I w styczniu na przykład, o ile pogoda nam pozwoli, będziemy mogli zobaczyć gdzieś przy horyzoncie konstelację Wielkiego Psa, której darmo nam szukać na lipcowym niebie.

Każdy rozdział tej książki dzieli się dodatkowo na podrozdziały, poświęcone poszczególnym konstelacjom w ten sposób, aby omówić praktycznie wszystkie, które zobaczyć można u nas na niebie. I rzecz najważniejsza - jak je znaleźć, od czego zacząć szukanie... i dlaczego tak a nie inaczej dany gwiazdozbiór się nazywa. Dlaczego Kasjopeja to Kasjopeja, a Orion to Orion?

atlas gwiazd

Ale najważniejszym i chyba najbardziej rzucającym się w oczy plusem tej książki jest jej wydanie - piękne, z mnóstwem ilustracji, jeszcze większą ilością zdjęć, w twardej oprawie, w pięknej okładce. Trudno nie nacieszyć oka już samym tym wydaniem. A cena? Sami spójrzcie poniżej... Ja co prawda tę książkę dostałam w prezencie od kogoś, kto doskonale wiedział, że mi się spodoba i uważam, że na prezent jest idealna. Jeśli oczywiście ktoś lubi niebo i lubi książki. A nawet jeśli nie lubi książek, tylko samo niebo, też się sprawdzi - bez dwóch zdań. I nic, tylko brać ją pod pachę, podczas bezchmurnego wieczoru, i szukać, szukać, szukać... gwiazd na niebie.



Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku
lub zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:



Czy bajki są tylko dla dzieci? Ulubione bajki mojego dzieciństwa

Czy bajki są tylko dla dzieci? Ulubione bajki mojego dzieciństwa

bajki dla dzieci

Chociaż moja córka jeszcze nie ogląda bajek, to już widzę jej zainteresowanie pewnymi rzeczami. Chociażby mrugającym czasem komputerem (bo telewizora nie posiadam i jakoś nie widzę takiej potrzeby...) Jest co prawda teraz w takim wieku, że wszystko wydaje jej się ciekawe i nie zdziwi mnie fakt, jak czas zleci i będzie chciała oglądać bajki w telewizji. Chociaż podobno dziecku do roku życia nie powinno się puszczać bajek, albo nawet do skończenia drugiego roku - tak twierdzą niektórzy naukowcy.

Wiem jednak jedno - będę oglądała te bajki razem z nią. I nie będą to bajki tylko i wyłącznie współczesne, bo jak wracam pamięcią do "moich" bajek, które oglądałam jako dziecko, to bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że kiedyś te bajki dla dzieci były dużo bardziej wartościowe. 

Moją ulubioną oczywiście były "Muminki". Czekałam na tę dobranockę zawsze, nie mogłam się jej doczekać. Bo kiedyś nie było internetu, a na bajkę trzeba było czekać do wieczora do 19.00. Trwała 20 minut (albo i nie) i koniec. Może właśnie dlatego tak się na nie wtedy czekało... Ale takich ulubionych bajek miałam kilka. Za moich czasów było też coś takiego jak magnetowid (ktoś jeszcze pamięta?...) na duże kasety VHS, a ja miałam kasetę z "Koziołkiem Matołkiem" - jak ja uwielbiałam to oglądać! Maglowałam tę kasetę do tego stopnia, aż się popsuła, ale znałam ją niemalże na pamięć. Do tej pory mam sentyment również do "Smerfów", bo to również była dobranocka, na którą zawsze czekałam. Lubiłam "Pszczółkę Maję", a szczególnie piosenkę z czołówki. I nie wiem, czy wiecie, ale była jeszcze jedna bajka, o której teraz w ogóle jakoś mało kto pamięta... "Makowa panienka". Po Muminkach była to moja ulubiona dobranocka. W zasadzie te dwie właśnie to były i chyba są moje ukochane bajki. Potem dopiero reszta.

Postanowiłam, że nie dam im pójść w zapomnienie i moja córa też będzie je oglądać. A ja razem z nią, bo uważam, że z pewnych rzeczy nie powinno się wyrastać, a oglądanie bajek - szczególnie z dzieckiem - jest jedną z nich. Chociażby po to, aby powspominać własne dzieciństwo. Jestem jednak świadoma tego, że już nie ode mnie będzie zależało, co naprawdę jej się spodoba. Dzisiaj na szczęście jest internet i każdą z tych bajek można znaleźć właśnie tam, każdy odcinek, jaki tylko nam się zamarzy... kiedyś nie było takich dogodności, gdyby nie on, pewnie wiele z tych bajek już by umarło.

A jakie są Wasze ulubione bajki z dzieciństwa?... Oglądacie jeszcze?


Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku
lub zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Capsule wardrobe - przegląd ulubionych ubrań na lato

Capsule wardrobe - przegląd ulubionych ubrań na lato

capsule wardrobe

Podobno przez 80% czasu nosimy tylko 20% zasobów swojej szafy. I analogicznie: 80% ubrań zazwyczaj leży gdzieś tam na dnie zapomniana, a jak już sobie o nich przypominamy, to albo jest już niemodna i... leży dalej, albo właśnie wtedy zakładamy, czyli nieczęsto. Ja już jakiś czas temu przetrzebiłam swoją szafę do tego stopnia, że tych rzadko zakładanych ubrań mam naprawdę mało. Jednak kilka sztuk jeszcze się znajdzie, bo zwyczajnie z niektórymi rzeczami jest mi trudno się rozstać. Przy zbliżającej się jesieni będę musiała chyba jednak zrobić z tym w końcu porządek i całkowicie oczyścić szafę z tego, czego już nie noszę.

Mam jednak kilka takich ubrań, które mogłabym nosić non stop. Zresztą chyba każdy tak ma. Dlatego właśnie ta duża część leży zazwyczaj zapomniana. Chociaż nadal jeszcze nie odnalazłam swojego własnego, takiego w 100% mojego stylu, to jednak wszystko zmierza w dobrą stronę, przynajmniej taką mam nadzieję. Dzisiaj więc zapraszam na przegląd moich ulubionych, letnich ciuchów. Letnich, bo w końcu mamy lato, na zimowe przyjdzie czas w odpowiednim momencie.

capsule wardrobe

1. Latem zdecydowanie stawiam na sukienki i spódnice. Był czas, kiedy kupowałam namiętnie wszystkie, które mi się podobały, teraz została mi garstka tych ulubionych, ale na pewno jest ich w mojej szafie najwięcej. Moją ukochaną sukienkę możecie zobaczyć tutaj, miałam ją w Krakowie. Kocham też tą wyżej, czarną w białe groszki, zresztą mam takie dwie: druga też jest czarna, ten sam fason, tylko w brązowo-pomarańczowe kwiatki. To są trzy moje najukochańsze, które wiszą już tam dobrych kilka lat (ta z Krakowa jest najmłodsza, bo kupiłam ją jakieś dwa, trzy lata temu). Lubię też sukienkę, którą widzicie powyżej - granatowa w białe paski, kupiłam ją w tym roku, jeszcze jak byłam w ciąży - nadawała się idealnie na ten stan i teraz też mi się dobrze ją nosi.
Jeśli natomiast chodzi o spódnice, to uwielbiam chodzić w maxi, chociaż mam tylko jedną, niebiesko-białą, podobną (nie tę samą) do tej wyżej. Poza tym uwielbiam również krótką, żółtą, tiulową spódniczkę, która jest idealna na lato.

2. Jeśli chodzi o spodnie, to latem zdecydowanie stawiam na szorty, zazwyczaj długie jeansy i spodnie leżą u mnie i czekają na jesień. Jakiś czas temu kupiłam sobie wymarzone szare jeansy i je chyba noszę najczęściej. Mam też czerwone spodnie, o których kiedyś strasznie marzyłam. No a teraz oczywiście, w takie upały, zazwyczaj krótkie, zwykłe jeansowe spodenki albo czarno-białe haremki, które również uwielbiam, na upały nadają się idealnie.

3. Co do góry i koszulek (tutaj znalazła się tylko jedna, ale mam ich kilka), to najczęściej są to koszulki barwy czarnej właśnie, białe (uwielbiam biel, a białe koszulki to już w ogóle) albo granatowe. Tak, żeby pasowały do większości moich ciuchów. I zazwyczaj bez rękawów, chociaż znajdą się w mojej szafie i krótkie rękawki. I jest też jedna jasnoniebieska koszula z dłuższym rękawem, takim do łokcia.
Jeśli zaś chodzi o coś cieplejszego na chłodniejsze dni - hitem jest granatowa marynarka, dokładnie ta, która jest na zdjęciu - uwielbiam ją.

4. Buty. O butach na lato już się rozpisywałam tutaj. Nie wyobrażam sobie lata bez sandałów, te niebieskie sandały kupiłam w tym roku, bo musiałam. Te które miałam do tej pory skończyły swój żywot. Czasem pomykam też w trampkach. I jak na razie chodzę w tych dwóch parach prawie non stop. Szpilek nie noszę, po na urlopie macierzyńskim szpilki nie są mi potrzebne, a nawet gdybym pracowała, to i tak chodziłabym pewnie w tych butach, w których chodzę teraz. Na szczęście moja praca nie wymaga jakiegoś określonego dress codu. Poza tym szpilek od jakiegoś czasu nie znoszę, bo zwyczajnie, czy za małe, czy za duże, czy w sam raz - spadają mi ze stopy...

I to by było w sumie tyle. Jak widzicie, w mojej szafie dominują dość stonowane kolory, głównie biel, szarości i granat, trochę czerni. Co nie znaczy, że nie ma w niej bardziej kolorowych ubrań, choćby ta różowa sukienka, żółta spódnica czy czerwone spodnie. Czerwień również uwielbiam. Staram się jednak, aby to, co mam i ewentualnie kupuję, pasowało do pozostałych rzeczy. Zakupy jednak również ograniczyłam ostatnio do minimum, raczej muszę pozbyć się jeszcze kilku ubrań, niż dokupywać nowe.

Ciekawa jestem, czy Wy macie jakieś swoje ulubione ubrania, w których moglibyście chodzić na okrągło... Chyba każdy ma takie, prawda?
Motylek - Katarzyna Puzyńska

Motylek - Katarzyna Puzyńska


Od dawna czekałam na to, aż w moje ręce wpadnie jakaś książka Katarzyny Puzyńskiej. W sumie to nie wiedziałam, czego się spodziewać; miałam nadzieję, że przeczytam jak nie doskonały, to chociaż dobry kryminał, czyli to, co lubię najbardziej. Ale co to właściwie będzie za książka i czy będzie warta swojej ceny? Powiedziałam sobie w pewnym momencie, że przecież nie dowiem się, dopóki nie sprawdzę, prawda?...

Motylek jest pierwszą częścią serii kryminalnej Katarzyny Puzyńskiej. Cała akcja dzieje się w Lipowie, wsi niedaleko Brodnicy, gdzie ma miejsce tragiczny w skutkach wypadek. Ale czy na pewno to tylko wypadek? Okazuje się, że nie do końca, bo przejechanej i znalezionej w lesie zakonnicy ktoś jednak pomógł. Pytań jest mnóstwo: przede wszystkim co robiła w Lipowie zakonnica z Warszawy, po co tu przyjechała i kto ją potrącił. Szansę wykazania się dostają policjanci z Lipowa, którzy nie mają wielkiego doświadczenia w tego typu wypadkach, a tym bardziej morderstwach. Sprawa dodatkowo komplikuje się, kiedy pojawia się kolejna ofiara.

Dostajemy więc od Katarzyny Puzyńskiej stuprocentowy kryminał, a ofiara pojawia się już na pierwszych jej stronach. I to jest największy plus tej książki - zagadka śmierci zakonnicy staje się coraz bardziej skomplikowana, z każdą kolejną stroną. Podejrzanych osób robi się coraz więcej i tak naprawdę trudno wydedukować, kto za tym wszystkim stoi. Zimowa aura dodatkowo potęguje uczucie całej tej tajemniczości, dużo osób sporo wie, ale nikt nic nie mówi, woli zachować fakty dla siebie. Do tego jeszcze bardziej tajemniczy bloger, prowadzący stronę o wiosce, który zdaje się wiedzieć najwięcej i w ekspresowym tempie zamieszczać kolejne wzmianki i informacje... Tajemnica goni tajemnicę. I byłoby idealnie, gdyby nie...

...bohaterowie. A no właśnie. Od początku miałam wrażenie, że to nie są bohaterowie, jakich bym oczekiwała. I nie chodzi mi tu o idealnych bohaterów, bo nie każdy jest idealny i taki jaki chcielibyśmy, aby był, ale... Z tymi bohaterami jest coś nie tak. Prawie ze wszystkimi. Pomijając już nie dającą się absolutnie lubić rodzinę Kojarskich, której członkowie co do jednego są jacyś dziwni i wręcz odrażający i paskudni swoimi charakterkami, ale... Tutaj każdy bohater jest w jakiś sposób wyrazisty. Zdaje mi się, że czasem aż za bardzo. Weronika, która rozwiodła się z mężem i przeprowadziła do Lipowa, aby zapomnieć; Grażyna, żona jednego z policjantów, Ewelina - żona drugiego, pani Maria, matka Daniela, również policjanta, no i sama policja, począwszy od Pawła, który nie stroni od wulgaryzmów i czasem aż to razi, przez całą rodzinkę Rosołów, gdzie zarówno ojciec, jak i dzieci to niezłe ziółka, aż po Klementynę, przestarzałą panią komisarz z tatuażami. Aż trudno uwierzyć, że w tak małej wiosce jest tylu takich ludzi, bo nie oszukujmy się, większość ludzi to niczym nie wyróżniający się obywatele, a w tej książce niemalże każdego nietrudno zapamiętać. I zastanawiam się, czy ja, czytając tego Motylka, kogoś w ogóle polubiłam tak po prostu, zwyczajnie... Chyba nie bardzo. Nie tak, jakbym chciała (chociaż do tego mógłby pretendować Daniel, ale to już pod sam koniec książki). A już najmniejszą sympatię wzbudziła we mnie Klementyna - nic dziwnego, że nikt jej ponoć nie lubi, czytelnik też nie bardzo. Łysa staruszka z tatuażami, uzależniona od coli, która wydaje się być najdziwniejszą postacią tej książki. Coś mi w tym wszystkich bohaterach nie bardzo grało przez całą powieść, a najszczególniej na samym początku. Z biegiem kartek człowiek się przyzwyczaja, ale jednak, to uczucie pozostaje do końca.

Mimo wszystko jednak Motylek to jest dobry kryminał. Nie zawiodłam się na nim, bo kryminał to zagadka, a ta okazała się być naprawdę trudną do rozwiązania. I ja sama do końca nie wiedziałam, co myśleć, do ostatniej niemalże strony nie miałam pojęcia, kto jest mordercą, nie mówiąc już o motywie. A do bohaterów, tak jak napisałam, idzie się przyzwyczaić... Trudno, ale jednak daje radę. I książkę oceniam naprawdę na duży plus i na sto procent sięgnę po kolejne powieści z tego cyklu. Tym bardziej, że to polska pisarka, a to co polskie trzeba promować :) Więc polecam głównie miłośnikom kryminałów i wyrazistych postaci, bo tych tutaj nie brakuje. Naprawdę warto.

Gdańsk część 2: Oliwa, stare miasto i inne

Gdańsk część 2: Oliwa, stare miasto i inne

gdańsk

Lato w pełni, a jak lato, to i ładna pogoda, urlopy, wyjazdy... Niestety w tym roku nie miałam i chyba już nie będę miała okazji wyjechać gdzieś na dłużej niż na weekend. Oboje z TeŻetem postanowiliśmy, że nie ma co brać na razie małej na żadne urlopy i wyjazdy, ale w przyszłym roku na pewno gdzieś pojedziemy, już we trójkę. Bo sama osobiście nie uważam, że będzie za wcześnie, ba! ja nawet teraz, z trzymiesięcznym dzieckiem chętna bym była na urlop, nie mam tylko w tym doświadczenia, ani w organizacji takiego wyjazdu, ani w ogóle... Na taki wypoczynek trzeba się odpowiednio wcześniej przygotować, więc w przyszłym roku będzie jak znalazł.

Mimo wszystko trochę mi szkoda czasem i chciałabym gdzieś się urwać, tym bardziej, że siedzę praktycznie cały czas z małą w domu...
Dlatego dzisiaj trochę powspominam zeszłoroczne wakacje, jeszcze we dwójkę - bo bardzo tęsknię za morzem. Naszym polskim morzem. I z chęcią bym się tam wybrała jeszcze raz.

A więc zapraszam na spacer po Gdańsku, starym mieście, Parku Oliwskim i palmiarni w tymże, oraz po miejscach trochę mniej znanych.


Odnośnie palmiarni: niewielki budyneczek, wstęp wolny, ale naprawdę warto tam wejść. Wbrew nazwie to nie tylko palmy, ale nie powiem, one robią naprawdę ogromne (dosłownie i w przenośni) wrażenie:



Mam chyba jakieś zboczenie na punkcie robienia fotek wszelakich map i tu nie było wyjątku:



A teraz to, co zna prawie każdy, kto choć raz był w Gdańsku:


Uwielbiam takie dworce... Piękny dworzec ma Kraków, Gdańsk również, przynajmniej z zewnątrz...





Polecam też w Gdańsku rejs tramwajem wodnym - nie uświadczysz czegoś takiego w innych miastach.

 





No i troszkę mniej znane miejsca w Gdańsku - mieszkaliśmy dosłownie obok, piękne widoki, imponująca Akademia Muzyczna... choć również centrum miasta.




Miło jest tak czasem powspominać, pooglądać zdjęcia... Ja te zdjęcia dodatkowo zaczęłam drukować do mojego albumu, bo jednak oglądanie fotek w albumie, a nie na monitorze komputera, to zupełnie inny wymiar i zupełnie inne emocje, nie uważacie?...
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli