I ja nie oparłam się modzie na bullet journal


Gotowe kalendarze zawsze mnie ograniczały. Zazwyczaj przeszkadza mi w nich to, że jest za mało miejsca na notatki, a za dużo niepotrzebnych rzeczy, bez których mogłabym wyszczuplić swój kalendarz co najmniej o 1/4. A wierzcie mi, wypróbowałam ich już wiele. Może za wiele, bo jedynym idealnym wyjściem okazało się dla mnie stworzenie sobie takiego samodzielnie. Między innymi dlatego właśnie zaprojektowałam sobie na własny użytek jakiś czas temu własny organizer, który towarzyszył mi przez większość roku 2015 i z którym bardzo się zaprzyjaźniłam. W 2016 roku również przez jakiś czas używałam własnego kalendarza, który pokazywałam Wam tutaj. Ten już był troszkę mniej idealny od poprzedniego, ale też fajnie mi się z nim pracowało.


Potem, po tych własnych diy przeszłam na segregator/filofax. Plusem w nim jest to, że można dowolnie przekładać kartki, bez uszczerbku na niczym. Właśnie dlatego też ten pierwszy również był w segregatorze. To jest chyba dla mnie idealne rozwiązanie. I nic dziwnego, że po takim samodzielnym tworzeniu (chociaż jak pamiętam, takie kalendarze sama robiłam sobie już od dziecka właściwie...) trafiłam w końcu na bullet journal. Bo powiem Wam szczerze: cały czas szukam tego idealnego rozwiązania. Bullet journal jest mi bardzo bliski, bo dopasowany do moich potrzeb. Mało tego - jeśli coś się nie sprawdzi, nie spodoba, albo coś będę chciała zmienić, mogę to zrobić w każdym momencie, nie czekając na koniec miesiąca, albo co gorsza, roku. Ta elastyczność jest tutaj na wagę złota, bo to planner dopasowuje się do mnie, a nie ja do niego. A co jeszcze ważniejsze - aby sobie taki stworzyć potrzebny nam jedynie jakiś zeszyt lub notatnik i coś do pisania.


Nie zwracajcie uwagi na piękne rysunki, banerki, naklejki, nagłówki - wiele osób, gdy szuka informacji o bullet journalu, trafia czasem wręcz na dzieła sztuki i szybko przekonuje się, że to nie dla nich. Moim zdaniem odnaleźć się w bullet journalingu może znacznie więcej osób, gdyby zwróciło uwagę na fakt, że do tego nie potrzeba tych wszystkich upiększaczy i oryginalny system też tego nie uwzględnia. Ja sama czasem lubię sobie stworzyć jakiś fajniejszy nagłówek, na początku nawet robiłam to częściej, szukałam ładnych czcionek do skopiowania, żeby szybko się przekonać, że to nie dla mnie. Ja wolę minimalizm i mój planner (strasznie nie lubię określenia bujo) też jest raczej minimalistyczny. Nie chce mi się w nim rysować, bo zajmuje to dość dużo czasu, nie chce mi się nawet ozdabiać nagłówka, bo po prostu to nie dla mnie. Jest więc prosty, ale właśnie o to chodzi. Wystarczy mi do niego notatnik i zwykły cienkopis lub pióro. Tyle. I jeśli więcej osób się do tego przekona, tym więcej pewnie stwierdzi, że takie planowanie i organizacja jest jak najbardziej dla nich.


A z pięknych zdjęć na Instagramie i Facebooku można po prostu czerpać co jakiś czas inspiracje. Chociaż ja najczęściej zachwycam się po prostu pięknymi notesami, ale na tym się kończy, bo wiem, że to nie jest moja bajka :) Chociaż przyznam szczerze, że to właśnie grupa na FB zainspirowała mnie do stworzenia własnego bullet journala.

A Wy słyszeliście o tej formie planowania? Daliście się porwać modzie na bullet journaling? Czy raczej wolicie tradycyjne kalendarze, albo w ogóle ich nie potrzebujecie? Bo ja bez kalendarza, jakiegokolwiek, jestem jak bez ręki. A zawsze dążyłam do tego, żeby być bardziej zorganizowana. Teraz, przy dwuipółmiesięcznym szkrabie, jeszcze bardziej mi się to przydaje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli