Krótka opowieść o Kindlu

kindle

Swojego Kindla mam już... ile to już lat? Cztery? Czy dopiero trzy?... Nie wiem. Nie pamiętam dokładnej daty, kiedy go zamówiłam, ale pamiętam bardzo dokładnie ten moment. I cel. Bo miał mi służyć przede wszystkim na studia - historyk musi czytać duuużo książek, a tak się złożyło, że większość z nich miałam w pdf-ach. Jak sobie pomyślałam, że mam to wszystko drukować, czytać i wydawać na to masę kasy, nie mówiąc już o tym, że musiałabym chyba kupić też trzydrzwiową szafę na trzymanie tych kserówek... to zwątpiłam. I zamówiłam czytnik.

I tak się zaczęła moja przygoda z Kindlem. I z książkami w formie elektronicznej. I przyznam szczerze, że na początku tak naprawdę czytałam ich mało, a czytnik służył mi faktycznie bardziej na studiach. No bo jak tu porzucić papierowe książki, takie pachnące farbą drukarską, albo zniszczone wypożyczone z biblioteki, takie które przeszły przez masę rąk, które mają w sobie tę duszę, tę historię... No jak?

I tak miałam przez te parę lat takie okresy w życiu, że na przemian - raz więcej czytałam książek papierowych, żeby potem kilka pod rząd przeczytać na czytniku. I potem znowu papierowe, głównie z biblioteki, potem znów e-booki... i tak w kółko. W międzyczasie wyleczyłam się również z kupowania każdej książki, którą chciałam przeczytać, bo gdy rozpościerało się przede mną widmo kolejnej przeprowadzki, tym bardziej byłam załamana ich ilością i pytałam sama siebie: jak ja to wszystko poprzenoszę?... Bo książki to chyba jedna z rzeczy, którą przetransportować najtrudniej, bo najcięższa. Więc albo trzeba było poświęcić kręgosłup i dźwigać ciężkie kartony, albo nogi, kursując z mniejszymi pakunkami...

Dążąc do ograniczenia rzeczy wokół siebie zaczęłam ograniczać również książki - głównie te papierowe, kosztem e-booków. Tak, teraz kupuję e-booki, bo to nie tylko łatwiejsze, ale i książkę ma się od razu, zaraz można ją zacząć czytać. Nie trzeba wychodzić z domu. Zajmuje mało miejsca w czytniku, a na półce nie zajmuje jej w ogóle. A czytnik, leciutki i mały, mogę wszędzie zabrać ze sobą - z grubym tomiskiem nie zawsze to było możliwe. Ach! I w końcu mogłam zacząć czytać po angielsku, do czego od dawna się przymierzałam, ale odrzucała mnie od tego skutecznie kwestia zabrania ze sobą również słownika... I, o zgrozo, przerywania co chwila, aby sprawdzić, co znaczy to i owo. Dlatego właśnie książek po obcemu nie czytałam. Prawie w ogóle.

A e-booki mam zawsze przy sobie. Dużo, a nawet wszystkie. Zawsze mogę do nich wrócić, w każdej chwili. Czytając mogę dodać notatkę, myśl, cokolwiek. A już w ogóle bez jakichkolwiek wad jest czytanie w języku obcym, bo słownik też mam zawsze przy sobie - bo w Kindlu. I co najlepsze - nie muszę szukać słów, wystarczy kursor nakierować na nieznane słówko. Bajka.

I dlatego właśnie z biegiem czasu, przez te 3 czy 4 lata, stopniowo przekonywałam się do czytnika, aby w końcu pokochać go miłością bezgraniczną. I bez dwóch zdań to był mój najlepszy zakup ostatnich lat i najlepsza decyzja, jaką podjęłam odnośnie czytania książek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli