Co zmienia bycie mamą?...


Nie raz słyszałam, jak to dużo się zmienia, gdy się zostaje rodzicem. Że dziecko przewraca świat do góry nogami. Że wszystko się zmienia o 180 stopni...

Dzisiaj, dokłanie 3 minuty po północy, moja córka skończyła dwa miesiące. A ja skończyłam dwa miesiące mamowania. I myślę, że po tych dwóch miesiącach w końcu mogę coś stwierdzić. To, że niekoniecznie wszystko się obraca o 180 stopni po urodzeniu dziecka, ale na pewno zmienia się znacznie. I trochę jednak ten świat wywraca.

Bo jest nas już nie dwójka, a trójka.
Bo niemalże od razu zmieniają się priorytety, dochodzi jeszcze jedna istotka do kochania i troszczenia się. 
Bo nie ma już tyle czasu dla siebie, ale w ogóle się tego nie żałuje - wręcz przeciwnie.

Powiem Wam, że tego, czego się przede wszystkim nauczyłam przez te dwa miesiące, to... wykorzystywać każdą wolną chwilę, czyli wtedy, kiedy dziecko śpi. A moje dziecko nie jest z tych przesypiających cały dzień. Więc jak uda jej się zasnąć, to czasem wręcz nie wiem, za co mam się wziąć: czy pozmywać naczynia, wykąpać się czy usiąść na kanapie i wypić jeszcze gorącą herbatę. Bo za pięć minut mogę o tej herbacie zapomnieć i przypomnieć sobie o niej za kilka godzin. A naczynia w dalszym ciągu będą stały w zlewie niepozmywane... Takie dylematy miałam przez pierwsze tygodnie. Teraz mogę w stu procentach przyznać, że moje dziecko nauczyło mnie organizacji własnego czasu. Że mam więcej rzeczy zrobionych teraz, niż gdy byłam w ciąży i siedziałam sama w domu. Chociaż wiadomo, nie jest tak dzień w dzień. Ale teraz potrafię wykorzystać te pięć minut. Bo wcześniej zazwyczaj mi się nie udawało (czyt. nie chciało).

Nauczyłam się również, że macierzyństwo to nie jest bułka z masłem. A często tak myślałam kiedyś. Nie, wręcz przeciwnie. To ciężka praca, ale taka, którą potrafi wynagrodzić jeden uśmiech. Taka, której nie zamieniłabym na nic innego. Podobnie było z samą ciążą, ale to jest temat na oddzielny wpis.

Nauczyłam się również kochać. I to jest miłość w zupełnie innym wymiarze, niż do tej pory. Miłość matki do dziecka, której do tej pory nie rozumiałam, i nic dziwnego, bo nie sposób tego zrozumieć, jak nie ma się dzieci. Miłość inna, wyjątkowa.

Faktycznie, inaczej się kocha mężczyznę, inaczej rodziców, a jeszcze inaczej dziecko. Ale każda z tych miłości jest jedyna w swoim rodzaju.

I nauczyłam się też... bać. Bać, że coś się stanie mojej rodzinie, TŻ-owi, mojej córce, mi... W końcu jesteśmy teraz rodziną, już nie parą, gdzie każdy nadal chodził czasem własnymi ścieżkami... Teraz idziemy wspólnie, całą trójką, tą samą drogą. I boję się o nich. Zwyczajnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli