5 książek, które chciałabym przeczytać swojej córce

5 książek, które chciałabym przeczytać swojej córce

co czytać dzieciom

Zaczęłam czytać bardzo wcześnie. Wcześnie się tego nauczyłam i już tak zostało - czytanie pokochałam. I do tej pory mam kilka takich perełek, które są moimi ukochanymi książkami, które nigdy mi się nie znudzą, ale i które są nadal ponadczasowe, można je czytać do woli. To właśnie te książki chciałabym, żeby moja córka przeczytała. Mam nadzieję, że również je pokocha, tak jak ja. 
A więc do rzeczy:


Muminki, Tove Jansson

To jest chyba jedna z pierwszych książek, które przeczytałam samodzielnie, a na pewno pierwsza wypożyczona z biblioteki. Od tamtej pory pokochałam miłością bezgraniczną zarówno biblioteki, jak i Muminki. Do tej pory uwielbiam tę serię książek, a i samą bajkę, która leciała jako dobranocka w telewizji - kochałam ją i nigdy nie przestałam.

Dzieci z Bullerbyn, Astrid Lindgren

To była, z tego co dobrze pamiętam, pierwsza książka, którą miałam na własność. I niby lektura szkolna, ale tak bardzo ją polubiłam, że szybko stała się moją ulubioną książką. Taka wakacyjna... Do tej pory żałuję, że potem ją komuś pożyczyłam - niestety nie odzyskałam już tej książki... :(

Oto jest Kasia, Mira Jaworczakowa

Egzemplarz Oto jest Kasia leży jeszcze na półce w moim domu rodzinnym. Zniszczona, pochlapana czymś, w kilku miejscach się rozlatuje, ale... jest. Czytałam ją kilka razy.

Mała księżniczka, Frances Hodgson Burnett

Kolejna książka, którą czytałam naprawdę kilka razy, aż w końcu znałam ją niemalże na pamięć. Chociaż nigdy nie miałam jej na własność, ale wypożyczałam namiętnie co jakiś czas z biblioteki szkolnej...
 

Mały książę, Antoine de Saint-Exupéry

Tę książkę czytałam pierwszy raz dużo później, bo już pod koniec podstawówki. Przeczytałam ją jednak wcześniej, potem jeszcze raz jako lekturę w siódmej czy ósmej klasie. I również pokochałam bardzo.


Książek w dzieciństwie czytałam naprawdę sporo, ale ta piątka jest chyba dla mnie najważniejsza. Wszystkie z nich kocham do dziś i chciałabym, aby moja córka również je poznała i może pokocha książki, tak jak ja pokochałam czytanie dzięki powyższym. Mam nadzieję, że nie będę musiała w to włożyć dużo wysiłku i że miłość do książek ma we krwi, chociaż jest jeszcze za malutka na czytanie, nawet przez rodziców. Ale już niedługo...

A Wy kiedy zaczęliście czytać swoim dzieciom? W jakim były wieku?
Krótka opowieść o Kindlu

Krótka opowieść o Kindlu

kindle

Swojego Kindla mam już... ile to już lat? Cztery? Czy dopiero trzy?... Nie wiem. Nie pamiętam dokładnej daty, kiedy go zamówiłam, ale pamiętam bardzo dokładnie ten moment. I cel. Bo miał mi służyć przede wszystkim na studia - historyk musi czytać duuużo książek, a tak się złożyło, że większość z nich miałam w pdf-ach. Jak sobie pomyślałam, że mam to wszystko drukować, czytać i wydawać na to masę kasy, nie mówiąc już o tym, że musiałabym chyba kupić też trzydrzwiową szafę na trzymanie tych kserówek... to zwątpiłam. I zamówiłam czytnik.

I tak się zaczęła moja przygoda z Kindlem. I z książkami w formie elektronicznej. I przyznam szczerze, że na początku tak naprawdę czytałam ich mało, a czytnik służył mi faktycznie bardziej na studiach. No bo jak tu porzucić papierowe książki, takie pachnące farbą drukarską, albo zniszczone wypożyczone z biblioteki, takie które przeszły przez masę rąk, które mają w sobie tę duszę, tę historię... No jak?

I tak miałam przez te parę lat takie okresy w życiu, że na przemian - raz więcej czytałam książek papierowych, żeby potem kilka pod rząd przeczytać na czytniku. I potem znowu papierowe, głównie z biblioteki, potem znów e-booki... i tak w kółko. W międzyczasie wyleczyłam się również z kupowania każdej książki, którą chciałam przeczytać, bo gdy rozpościerało się przede mną widmo kolejnej przeprowadzki, tym bardziej byłam załamana ich ilością i pytałam sama siebie: jak ja to wszystko poprzenoszę?... Bo książki to chyba jedna z rzeczy, którą przetransportować najtrudniej, bo najcięższa. Więc albo trzeba było poświęcić kręgosłup i dźwigać ciężkie kartony, albo nogi, kursując z mniejszymi pakunkami...

Dążąc do ograniczenia rzeczy wokół siebie zaczęłam ograniczać również książki - głównie te papierowe, kosztem e-booków. Tak, teraz kupuję e-booki, bo to nie tylko łatwiejsze, ale i książkę ma się od razu, zaraz można ją zacząć czytać. Nie trzeba wychodzić z domu. Zajmuje mało miejsca w czytniku, a na półce nie zajmuje jej w ogóle. A czytnik, leciutki i mały, mogę wszędzie zabrać ze sobą - z grubym tomiskiem nie zawsze to było możliwe. Ach! I w końcu mogłam zacząć czytać po angielsku, do czego od dawna się przymierzałam, ale odrzucała mnie od tego skutecznie kwestia zabrania ze sobą również słownika... I, o zgrozo, przerywania co chwila, aby sprawdzić, co znaczy to i owo. Dlatego właśnie książek po obcemu nie czytałam. Prawie w ogóle.

A e-booki mam zawsze przy sobie. Dużo, a nawet wszystkie. Zawsze mogę do nich wrócić, w każdej chwili. Czytając mogę dodać notatkę, myśl, cokolwiek. A już w ogóle bez jakichkolwiek wad jest czytanie w języku obcym, bo słownik też mam zawsze przy sobie - bo w Kindlu. I co najlepsze - nie muszę szukać słów, wystarczy kursor nakierować na nieznane słówko. Bajka.

I dlatego właśnie z biegiem czasu, przez te 3 czy 4 lata, stopniowo przekonywałam się do czytnika, aby w końcu pokochać go miłością bezgraniczną. I bez dwóch zdań to był mój najlepszy zakup ostatnich lat i najlepsza decyzja, jaką podjęłam odnośnie czytania książek.
Niewiarygodne, jak łatwo się o tym zapomina...

Niewiarygodne, jak łatwo się o tym zapomina...

niewiarygodne, jak łatwo się o tym zapomina

Dokładnie tak. Niewiarygodne, jak czasami szybko zapominamy o pewnych rzeczach. Czasem przyszłość (daleka czy bliska) jawi nam się jak jakaś abstrakcja nie z tej ziemi, a za chwilę właśnie tę abstrakcję uważamy za codzienność, a abstrakcją staje się to, co chwilę temu było naszą codziennością.

I właśnie dokładnie tak jest teraz ze mną. Nie wiem, jak to się dzieje, ale dla mnie to jest tak dziwne i niewiarygodne, że nie jestem w stanie tego czasem objąć umysłem.

Trzy miesiące temu moje życie wyglądało jeszcze zupełnie inaczej. Niby byłam w tym samym miejscu, w tym samym mieszkaniu, wśród tych samych osób. I nawet napisałam o tym, że niby po urodzeniu dziecka zmienia się dużo, chociaż cały czas niby jesteśmy tu, gdzie byliśmy. Ale byliśmy zawsze we dwoje. A teraz jest nas już trójka.

I wiecie, że ja naprawdę już nie pamiętam, jak to było we dwójkę?... Albo może inaczej, oczywiście pamiętam, ale jak przez mgłę, jakby to było milion lat temu. Naprawdę. I powiem Wam, że jakoś niespecjalnie za tym tęsknię... Chociaż fakt, od tych prawie trzech miesięcy córka młodej mamie czasem dobrze daje w kość, chciałabym się choć raz porządnie wyspać, bo czasem chodzę jak zombie... chciałabym usiąść z TeŻetem i obejrzeć film od początku do końca bez przerywania co pięć minut, czasem chciałabym zjeść w spokoju późny obiad albo napić się wina do kolacji (a o tym ostatnim to już w ogóle mogę na razie pomarzyć :D), to jednak tego co mam, nie zamieniłabym na nic innego, za nic w świecie.

Coraz bardziej zaciera się we mnie obraz nas we dwójkę, a przeżyliśmy w tę dwójkę siedem lat. I wystarczy taki mały człowieczek na świecie, żeby duży człowiek w jednej chwili zapomniał o tym, co było kiedyś, i zapomniał tak szybko, że nawet trudno to zauważyć.
Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym

Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym


Czasem lubię sięgnąć po książkę, którą nie tylko ja osobiście jestem zainteresowana, ale taką, którą poleca mi ktoś, komu mogę zaufać, a o której w ogóle nie słyszałam wcześniej. O Minimalizmie po polsku Anny Mularczyk-Meyer co prawda coś tam słyszałam, ale w ogóle nie miałam na nią ochoty. Sama nie wiem, dlaczego, bo przecież minimalizmem interesuję się już od jakiegoś czasu. Wystarczyło jednak zdanie, że komuś ta książka zmieniła życie, żeby zapaliła mi się lampka przy tej pozycji i żeby automatycznie wskoczyła na listę "do przeczytania".

Chociaż powiem szczerze, nie spodziewałam się po niej wiele. Po książce Kasi Kędzierskiej Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce oraz obu książkach Joasi Glogazy, Slow life i Slow fashion (o jednej z nich pisałam tutaj, drugą przeczytałam niedawno) doszłam do wniosku, że w kwestii minimalizmu już chyba mało mnie zaskoczy. No i porwie tak, jak wspomniane wyżej książki. Bo uwierzcie, tak lekko się je czyta, ale ktoś zainteresowany tematem je wręcz pochłonie. Teraz jakoś bardziej sceptycznie podeszłam do sprawy.

I co się okazało? Cóż... miałam rację. Książka Anny Mularczyk-Meyer jest dobra, jest fajnie napisana i faktycznie jest w niej ta esencja minimalizmu, którą autorka wykłada nam niemalże jak na talerzu. I gdybym na tę książkę trafiła jako pierwszą, podziałałaby na mnie tak samo jak blog Kasi i jej książka. Los chciał jednak, że to nie na nią trafiłam. Nie wiem, czy żałować, czy nie, chyba nie warto - po prostu obie pozycje są do siebie bardzo podobne, ale Chcieć mniej darzę jednak większym sentymentem, bo znam bloga Simplicite, która zresztą jest dla mnie mistrzem w budowaniu minimalistycznej szafy. Chyba tylko dlatego.

Może faktycznie, nic nowego nie odkryłam i nie dowiedziałam się niczego, czego bym nie znała, ale jednak - bardzo tę książkę polecam, szczególnie osobom, które są zainteresowane ideą minimalizmu, ale jeszcze mają przed sobą jakąkolwiek lekturę na ten temat. Autorka wiele nam w tej kwestii wyjaśni. A potem ewentualnie można sięgnąć po kolejne, szczególnie te wymienione przeze mnie wyżej, bo są świetnym uzupełnieniem Minimalizmu po polsku. Ja przeczytałam, można powiedzieć, na opak, ale i tak mi się podobała... No i czyta się ekspresowo.


Czym nas kuszą wydawnictwa?

Czym nas kuszą wydawnictwa?


Ostatnio, pewnie po części dlatego, że lato mamy w pełni, wydawnictwa i sklepy kuszą nas promocjami i zniżkami na książki. Nie ma co się dziwić, w końcu w wakacje właśnie czytamy najwięcej :)

Tania Książka jednak bije chyba wszystkich na głowę, bo oto co oferuje czytelnikom: po pierwsze PO TANIOŚCI, czyli książki za 5, 10 i 15 zł - uwaga, ta oferta jest ograniczona czasowo, bo tylko do 20 lipca, czyli tylko jeszcze dziś i jutro, więc warto się pospieszyć, aby upolować coś ciekawego, wystarczy kliknąć w baner:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_11?&url=http%3A%2F%2Fwww.taniaksiazka.pl%2Fpromocje%2Fid-135

Po drugie darmowa dostawa do kiosków Ruchu. Natomiast coś dla fanów Georga R. R. Martina i Gry o Tron, ale też pozostałej fantastyki - do 24 lipca ceny na powieści fantastyczne obniżone są o 35%:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_11?&url=http%3A%2F%2Fwww.taniaksiazka.pl%2Fwinter-is-coming-do-35-na-fantastyke--a-441.html

Księgarnia Gandalf również oferuje nam tańsze książki na wakacje:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_136?&url=http%3A%2F%2Fwww.gandalf.com.pl%2Fopis-promocji%2Fwarto-czytac%2F

Ciekawą ofertę przygotowało również wydawnictwo Samo Sedno - na stronie Virtualo.pl możemy kupić e-booki nawet o połowę taniej. Ze swojej strony bardzo polecam książkę Jak zadbać o własne finanse Marcina Iwucia - naprawdę warto ją przeczytać, i nie tylko ją, bo Marcin prowadzi również świetnego bloga, Finanse bardzo osobiste - ja dzięki niemu nauczyłam się oszczędzać i robić comiesięczny budżet domowy. Promocja ta trwa do 23 lipca:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_12?&url=http%3A%2F%2Fvirtualo.pl%2F%3Ff%3Dcollection_eq%3ASamo%2BSedno

I znowu coś dla fanów fantastyki i e-booków - na Ebookpoint.pl kolejna promocja, książki tańsze nawet o 60%, ale również trzeba się śpieszyć, bo promocja trwa jeszcze tylko dzisiaj:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_32?&url=http%3A%2F%2Febookpoint.pl%2Fpromocja%2F3728

Kolejne wydawnictwo, które obniżyło ceny niektórych e-booków, to Marginesy - na ibuk.pl do 23 lipca nawet do 30% tańsze książki:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_50?&url=https%3A%2F%2Fwww.ibuk.pl%2Fkatalog%2Feksiazki.html%3Flimit%3D50%26sort%3D2%26wydawca%3D1076

 Na sam koniec jeszcze oferta od Ravelo.pl i znowu książki na letnie popołudnia - sprawdźcie sami:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_65?&url=https%3A%2F%2Fwww.ravelo.pl%2Fksiazki-na-lato

Powiem szczerze, że ja zwróciłam uwagę głównie na ofertę Samo Sedno, strasznie kusi mnie też Gandalf i Ravelo. A Wam wpadło coś w oko? Skusicie się na którąś z promocji?
I ja nie oparłam się modzie na bullet journal

I ja nie oparłam się modzie na bullet journal


Gotowe kalendarze zawsze mnie ograniczały. Zazwyczaj przeszkadza mi w nich to, że jest za mało miejsca na notatki, a za dużo niepotrzebnych rzeczy, bez których mogłabym wyszczuplić swój kalendarz co najmniej o 1/4. A wierzcie mi, wypróbowałam ich już wiele. Może za wiele, bo jedynym idealnym wyjściem okazało się dla mnie stworzenie sobie takiego samodzielnie. Między innymi dlatego właśnie zaprojektowałam sobie na własny użytek jakiś czas temu własny organizer, który towarzyszył mi przez większość roku 2015 i z którym bardzo się zaprzyjaźniłam. W 2016 roku również przez jakiś czas używałam własnego kalendarza, który pokazywałam Wam tutaj. Ten już był troszkę mniej idealny od poprzedniego, ale też fajnie mi się z nim pracowało.


Potem, po tych własnych diy przeszłam na segregator/filofax. Plusem w nim jest to, że można dowolnie przekładać kartki, bez uszczerbku na niczym. Właśnie dlatego też ten pierwszy również był w segregatorze. To jest chyba dla mnie idealne rozwiązanie. I nic dziwnego, że po takim samodzielnym tworzeniu (chociaż jak pamiętam, takie kalendarze sama robiłam sobie już od dziecka właściwie...) trafiłam w końcu na bullet journal. Bo powiem Wam szczerze: cały czas szukam tego idealnego rozwiązania. Bullet journal jest mi bardzo bliski, bo dopasowany do moich potrzeb. Mało tego - jeśli coś się nie sprawdzi, nie spodoba, albo coś będę chciała zmienić, mogę to zrobić w każdym momencie, nie czekając na koniec miesiąca, albo co gorsza, roku. Ta elastyczność jest tutaj na wagę złota, bo to planner dopasowuje się do mnie, a nie ja do niego. A co jeszcze ważniejsze - aby sobie taki stworzyć potrzebny nam jedynie jakiś zeszyt lub notatnik i coś do pisania.


Nie zwracajcie uwagi na piękne rysunki, banerki, naklejki, nagłówki - wiele osób, gdy szuka informacji o bullet journalu, trafia czasem wręcz na dzieła sztuki i szybko przekonuje się, że to nie dla nich. Moim zdaniem odnaleźć się w bullet journalingu może znacznie więcej osób, gdyby zwróciło uwagę na fakt, że do tego nie potrzeba tych wszystkich upiększaczy i oryginalny system też tego nie uwzględnia. Ja sama czasem lubię sobie stworzyć jakiś fajniejszy nagłówek, na początku nawet robiłam to częściej, szukałam ładnych czcionek do skopiowania, żeby szybko się przekonać, że to nie dla mnie. Ja wolę minimalizm i mój planner (strasznie nie lubię określenia bujo) też jest raczej minimalistyczny. Nie chce mi się w nim rysować, bo zajmuje to dość dużo czasu, nie chce mi się nawet ozdabiać nagłówka, bo po prostu to nie dla mnie. Jest więc prosty, ale właśnie o to chodzi. Wystarczy mi do niego notatnik i zwykły cienkopis lub pióro. Tyle. I jeśli więcej osób się do tego przekona, tym więcej pewnie stwierdzi, że takie planowanie i organizacja jest jak najbardziej dla nich.


A z pięknych zdjęć na Instagramie i Facebooku można po prostu czerpać co jakiś czas inspiracje. Chociaż ja najczęściej zachwycam się po prostu pięknymi notesami, ale na tym się kończy, bo wiem, że to nie jest moja bajka :) Chociaż przyznam szczerze, że to właśnie grupa na FB zainspirowała mnie do stworzenia własnego bullet journala.

A Wy słyszeliście o tej formie planowania? Daliście się porwać modzie na bullet journaling? Czy raczej wolicie tradycyjne kalendarze, albo w ogóle ich nie potrzebujecie? Bo ja bez kalendarza, jakiegokolwiek, jestem jak bez ręki. A zawsze dążyłam do tego, żeby być bardziej zorganizowana. Teraz, przy dwuipółmiesięcznym szkrabie, jeszcze bardziej mi się to przydaje.
O tym, co każdy bloger wiedzieć powinien

O tym, co każdy bloger wiedzieć powinien

poradnik dla blogerów

Kiedyś musiałam trafić na tę książkę, nie wiem tylko, dlaczego tak późno to się stało, w wielu kwestiach za późno... cóż, czasu nie cofnę, mogę za to cieszyć się z tego, że nie trafiłam na nią jeszcze później, bo wtedy ten blog mógłby już nie istnieć... Tak, miałam kilka takich kryzysów w życiu, ale przecież to moje pierwsze "dziecko", nie mogę go tak po prostu porzucić.

A powiem Wam jeszcze, że o Kominku to ja w ogóle wcześniej nie słyszałam. Więc w sumie co tu się dziwić. Dziwnym jednak trafem w ciągu ostatniego miesiąca Kominek i jego blogi przewinęły się gdzieś tam niedaleko mnie kilka razy. Słyszałam wcześniej tylko i wyłącznie o książce Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj, ale kompletnie nie skojarzyłam jej autora z nikim. No bo jak niby, jak nie wiedziałam o istnieniu Kominka?

Nie o tym jednak chciałam napisać. Nawet nie o tym, że ta książka to pozycja obowiązkowa każdego blogera, nie tylko tego, który chce na swoim blogu zarabiać. Może przede wszystkim dla tych, dla których migające banerki na blogu, jaskrawe czcionki na czarnym tle i migające kursory to nic złego. Powiem Wam coś, z czym zgadzam się w stu procentach z autorem tej książki - gdy trafiam na takiego bloga, to zazwyczaj nie spędzam na nim czasu dłużej, niż kilka sekund.

Chciałam jednak zwrócić uwagę na zakończenie tej książki, czyli epilog. Coś, co podobało mi się w niej najbardziej. Historia samego autora, Tomka Tomczyka, okres, zanim jeszcze zaczął pisać Kominka. Przeczytałam ten epilog jednym tchem i muszę przyznać, że dawno nie przeczytałam czegoś tak wartościowego, ważnego dla mnie samej. W ogóle epilog w tej książce mógłby spokojnie być wydany jako oddzielne opowiadanie, chociaż... może nie miało by wtedy takiego znaczenia, gdyby nie cała książka, nie miałoby takiego przebicia, nie wiem. I w sumie autor również jakiejś ważnej prawdy w nim nie odkrywa, nie ujawnia niczego, czego byśmy już nie wiedzieli. A jednak coś w tym tekście jest, co nam uświadamia pewną rzecz: że mimo niepowodzeń, dziwnych spojrzeń otoczenia i braku wiary bliskich w to, że odniesiemy sukces - trzeba wiedzieć, czego się chce i za wszelką cenę do tego dążyć. Nie rezygnować z własnych marzeń tylko dlatego, że inni w nie nie wierzą i z góry spisują na straty. Trzeba iść do przodu, nawet wtedy, gdy wiatr wieje nam w twarz i popycha z powrotem do tyłu. Tylko wtedy nam się uda. Kominek, czyli Tomek Tomczyk jest tego idealnym przykładem.

A całą książkę polecam, szczególnie tym, którzy prowadzą własnego bloga. Bardzo dużo można z niej wynieść.


Czy zemsta naprawdę jest słodka? Idealna - Magda Stachula

Czy zemsta naprawdę jest słodka? Idealna - Magda Stachula

magda stachula

Bardzo  dawno już nie trafiłam na książkę, od której nie potrafiłabym się oderwać. Taką, którą czyta się jednym tchem. Może dlatego, że faktycznie mniej czytam niż kiedyś, kiedy zaczynałam pisać tego bloga, mam inne priorytety, mniej czasu, a ten, który mam, czasem chcę wykorzystać na coś innego. Nadal jednak czytanie jest jedną z rzeczy, które stawiam w swojej codzienności bardzo wysoko. I tym samym cieszę się, że trafiłam na Idealną.

Idealna miała swój najlepszy okres już jakiś czas temu, ja jednak trafiłam na tę książkę dopiero teraz, przy okazji premiery drugiej powieści Magdy Stachuli. I cieszę się, że to jednak Idealną zdecydowałam się przeczytać jako pierwszą. Bo uwielbiam takie debiuty i aż miło, że wśród nich można odnaleźć takie perełki. Naprawdę. Ostatnią książką, nad którą tak się zachwycałam, był chyba Miłoszewski i jego Gniew. I tak się jakoś (chyba nieprzypadkowo) składa, że większość tych naprawdę dobrych książek, które czytam, wychodzi spod pióra naszych rodzimych pisarzy. Nic, tylko się cieszyć :)

Idealna to powieść z czterema różnymi narracjami, co już jest dość nietypowe. Anita to młoda mężatka, żona Adama (drugiego bohatera), oboje starają się od dłuższego czasu o dziecko. Bezskutecznie. Jest też Marta - trudno powiedzieć, kim tak naprawdę jest Marta, bez spojlerów, więc niech zostanie, że po prostu jest i ma w tej historii dość spory udział. I jest też Eryk - artysta. Wiecie, że ja przez pół, a nawet większość książki myślałam, że Eryk to zupełnie inna osoba, niż ta, która nią była w rzeczywistości? Nie wiem, czy to był zamierzony zabieg autorki, czy po prostu ze mną coś nie tak... :) Jestem ciekawa, czy ktoś inny miał podobnie...? 

Cóż, wracając do książki, poszczególne narracje przeplatają się ze sobą przez całą powieść, i szczerze mówiąc sam jej motyw przewodni też jest dość wyświechtany, no bo kolejne małżeństwo, które usilnie stara się o dziecko i nic z tego nie wychodzi... I to prawda, ale jednak... ta książka to zupełnie coś innego, co do tej pory czytałam. Naprawdę. To świetna powieść, chociaż sama do końca nie byłam pewna, do jakiego gatunku literackiego ją mam zaliczyć. Thriller? No może, ale chyba nie do końca... Kryminał? No ale przecież nie ma trupa... Powieść psychologiczna... To na pewno, jakieś elementy tego gatunku można odnaleźć. Nie zmienia to jednak faktu, że zaczynając tę książkę czytelnik naprawdę niewiele się spodziewa, ale szybko przekonuje, że oto dostał dopracowaną w najmniejszym szczególe historię, od której nie można się oderwać, którą się niemalże połyka. Ach, jak ja uwielbiam takie książki! I to zakończenie... Niby najprostsze, niby przypadkowe, a jednak kto by się tego spodziewał?...

Jeśli jeszcze nie trafiliście na książkę Magdy Stachuli, to naprawdę serdecznie Wam ją polecam. Nie ma takich perełek wiele, ale Idealna z pewnością nią jest.


Co zmienia bycie mamą?...

Co zmienia bycie mamą?...


Nie raz słyszałam, jak to dużo się zmienia, gdy się zostaje rodzicem. Że dziecko przewraca świat do góry nogami. Że wszystko się zmienia o 180 stopni...

Dzisiaj, dokłanie 3 minuty po północy, moja córka skończyła dwa miesiące. A ja skończyłam dwa miesiące mamowania. I myślę, że po tych dwóch miesiącach w końcu mogę coś stwierdzić. To, że niekoniecznie wszystko się obraca o 180 stopni po urodzeniu dziecka, ale na pewno zmienia się znacznie. I trochę jednak ten świat wywraca.

Bo jest nas już nie dwójka, a trójka.
Bo niemalże od razu zmieniają się priorytety, dochodzi jeszcze jedna istotka do kochania i troszczenia się. 
Bo nie ma już tyle czasu dla siebie, ale w ogóle się tego nie żałuje - wręcz przeciwnie.

Powiem Wam, że tego, czego się przede wszystkim nauczyłam przez te dwa miesiące, to... wykorzystywać każdą wolną chwilę, czyli wtedy, kiedy dziecko śpi. A moje dziecko nie jest z tych przesypiających cały dzień. Więc jak uda jej się zasnąć, to czasem wręcz nie wiem, za co mam się wziąć: czy pozmywać naczynia, wykąpać się czy usiąść na kanapie i wypić jeszcze gorącą herbatę. Bo za pięć minut mogę o tej herbacie zapomnieć i przypomnieć sobie o niej za kilka godzin. A naczynia w dalszym ciągu będą stały w zlewie niepozmywane... Takie dylematy miałam przez pierwsze tygodnie. Teraz mogę w stu procentach przyznać, że moje dziecko nauczyło mnie organizacji własnego czasu. Że mam więcej rzeczy zrobionych teraz, niż gdy byłam w ciąży i siedziałam sama w domu. Chociaż wiadomo, nie jest tak dzień w dzień. Ale teraz potrafię wykorzystać te pięć minut. Bo wcześniej zazwyczaj mi się nie udawało (czyt. nie chciało).

Nauczyłam się również, że macierzyństwo to nie jest bułka z masłem. A często tak myślałam kiedyś. Nie, wręcz przeciwnie. To ciężka praca, ale taka, którą potrafi wynagrodzić jeden uśmiech. Taka, której nie zamieniłabym na nic innego. Podobnie było z samą ciążą, ale to jest temat na oddzielny wpis.

Nauczyłam się również kochać. I to jest miłość w zupełnie innym wymiarze, niż do tej pory. Miłość matki do dziecka, której do tej pory nie rozumiałam, i nic dziwnego, bo nie sposób tego zrozumieć, jak nie ma się dzieci. Miłość inna, wyjątkowa.

Faktycznie, inaczej się kocha mężczyznę, inaczej rodziców, a jeszcze inaczej dziecko. Ale każda z tych miłości jest jedyna w swoim rodzaju.

I nauczyłam się też... bać. Bać, że coś się stanie mojej rodzinie, TŻ-owi, mojej córce, mi... W końcu jesteśmy teraz rodziną, już nie parą, gdzie każdy nadal chodził czasem własnymi ścieżkami... Teraz idziemy wspólnie, całą trójką, tą samą drogą. I boję się o nich. Zwyczajnie.
Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli