Rok z bullet journal - co się u mnie sprawdziło?

Rok z bullet journal - co się u mnie sprawdziło?

bullet journal

Właśnie niedawno zdałam sobie sprawę, że pierwszy swój notes, taki typowy bullet journalowy, założyłam właśnie rok temu! A mam wrażenie, jakby to było co najwyżej kilka miesięcy. Niewiarygodne, jak szybko zleciał ten czas. Dokładnie pamiętam ten dzień, kiedy poszłam do księgarni i kupiłam zeszyt, to był wrześniowy dzień, podobny do dzisiejszego. Też pochmurny i dość chłodny. Wychodzi więc na to, że wrzesień w tym roku mamy bardzo podobny do tego zeszłorocznego.

Ten rok to był czas głównie testowania. Tego, co ma być w moim planerze, co tam się musi znaleźć koniecznie, a co mi jest kompletnie niepotrzebne. Tego, na ile mi wystarczy jeden notes i czy notes w kratkę będzie okay, czy będzie mnie to na tyle denerwować, że będę musiała go zmienić. Rok to jest chyba też taki optymalny czas na to, żeby faktycznie dojść do tego, co nam naprawdę odpowiada, a co kompletnie się nie sprawdza. Wiadomo, niektórzy dojdą do takich wniosków po kilku miesiącach, inni będą potrzebować więcej niż rok. Ale po roku chyba już można sobie co nieco wyklarować, co o tym sądzicie?


Bullet journal - co się u mnie sprawdziło?
  • minimalistyczny bullet journal - bez ozdobników, bez naklejek, bez różnych takich dodatków - fakt, fajnie to wygląda u innych, ale ja doszłam do wniosku, że marnuję na to mnóstwo czasu i energii, które wolałam wykorzystać na samo planowanie, albo jeszcze lepiej: działanie. Ładne, to prawda, ale mi to było kompletnie do niczego niepotrzebne. A ładne bullet journale mogę sobie zawsze pooglądać na instagramie, mój ma mi służyć, nie musi być piękny.
  • kalendarz roczny na początku notesu - ja wiadomo, bullet journal prowadzi się na bieżąco, nie robi się rozpisek na cały miesiąc, ani tym bardziej rok - taki roczny kalendarz na początku zeszytu to jest dla mnie konieczność, przeznaczyłam na to kilka stron i świetnie się sprawdziło - to był element, do którego chyba najczęściej wracam podczas prowadzenia plannera.
  • kalendarz miesięczny na początku miesiąca - swoją drogą i ten, i poprzedni ma jakąś specjalną nazwę w bullet jounalu - nie spodobała mi się, więc jej nie pamiętam :) Zawsze na początku miesiąca lubię sobie zaplanować działania, więc taki kalendarz też się świetnie sprawdził. Jedno spojrzenie i widać jak na dłoni cały miesiąc i to, co nas czeka. Moim zdaniem niezastąpione.
  • habit tracker - to jest jedyna nazwa, która odnosi się bezpośrednio do bullet journala, którą pamiętam, chociaż też jej nigdy nie używałam. U mnie zawsze to były "nawyki". Nawyki nie sprawdzały mi się na początku, nie chciało mi się codziennie ich uzupełniać, ale z biegiem czasu się do tego przekonałam. Teraz bardzo lubię tę część swojego plannera, bo widać, kiedy coś zrobiłam ostatnim razem, ale też jest motywacja do tego, żeby jednak te kratki zamalowywać, żeby nie było pusto. Albo przypominać sobie o czymś ważnym, co muszę zrobić codziennie, a czasem po prostu wylatuje mi to z głowy.
  • lista spraw do załatwienia, budżet domowy, menu - zawsze na początku miesiąca, potem sobie tylko odhaczam to, co zrobiłam, a to czego nie zrobiłam, przenoszę na następny, albo i nie, planuję budżet, menu (chociaż to ostatnie to jest taka bardziej inspiracja, co zrobić na obiad, żeby nie jeść w kółko tego samego, bo często nie mam na niego pomysłu).
  • tygodniówki i dniówki - bardzo długo egzystowałam bez tygodniówek. Uważałam, że do niczego mi nie są potrzebne, bo mam na początku miesiąca kalendarz, na który zawsze mogę spojrzeć, ewentualnie na tyle miejsca, żeby zawsze coś tam dopisać. Dopiero w okolicach marca albo kwietnia znalazłam dla siebie idealny układ tygodniówki, gdzie wpisuję między innymi listę zadań do zrobienia w tygodniu właśnie, listę zakupów itp.
  • adresownik i ważne informacje, które mam zawsze na końcu notesu.


Co się u mnie kompletnie nie sprawdza?
  • codziennik - to jest taka moja robocza nazwa na stronę, na której w jednym zdaniu zapisuje się cały dzień, co się wydarzyło. Robocza, ale tak została, jednak w ogóle tego nie prowadziłam, jak się później okazało. Jasne, coś tam sobie od czasu do czasu wpisałam, jak mi się przypomniało, ale prawda jest taka, że większość dni u mnie wygląda teraz bardzo podobnie, musiałabym tam ciągle wpisywać to samo. Strata czasu i papieru.
  • ozdabianie - tak jak wspomniałam na początku, dla mnie to była strata czasu i energii, którą mogłam wykorzystać inaczej. Wolę minimalistyczny bullet journal. 
  • kolekcje - czyli listy: zakupów, książek, filmów, seriali i co tam jeszcze nam przyjdzie do głowy. Przeczytane książki mam na lubimyczytac.pl. Listy zakupów robię co tydzień, a nawet codziennie, więc mi to niepotrzebne. Seriali oglądam mało (w zasadzie tylko dwa), a filmów też niewiele i zawsze jest to spontaniczny wybór. Na takie listy też było mi szkoda miejsca i czasu. Jeśli faktycznie mam jakieś kolekcje, listy, to są to tylko te bieżące, których nie przepisuje się z notesu do notesu, ale wykreśla i zapomina o nich, bo się dezaktualizują. Jedyną listę, jaką mam, to ksiażki do przeczytania, gdzie faktycznie wpisuję tytuł, który mi wpadnie w ucho i o którym naprawdę nie chciałabym zapomnieć.


Bullet journal jest dla mnie takim trochę eksperymentem. Pamiętacie, jak tworzyłam swój własny planner? (Swoją drogą ten post bije rekord popularności u mnie na blogu, nie mam pojęcia dlaczego.) Dla mnie był on może nie idealny, ale używałam go z przyjemnością i zapisałam do końca. Chociaż do ideału mu sporo brakowało. Chciałabym przyszły rok zacząć również z własnoręcznie zaplanowanym kalendarzem, ale żeby był on bardziej przemyślany. Bullet journal mi w tym sporo pomógł, zrozumieć to, czego faktycznie mi potrzeba. Chociaż nie ukrywam, że być może wcale nie stworzę czegoś swojego od przyszłego roku, może zostanę przy bullet journalu jeszcze jakiś czas? Kto to wie? Lubię zmiany i lubię zmieniać to, co mnie otacza, więc zobaczymy.

A Wam co się podoba w idei bulletjournalingu? Prowadzicie? Czy wolicie zwykłe kalendarze? Co Wam się w nich sprawdza, a co nie? Chętnie poczytam, może jeszcze bardziej udoskonalę swoje planowanie... :)




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

3 najważniejsze rzeczy, których nauczyłam się na studiach

3 najważniejsze rzeczy, których nauczyłam się na studiach

studia

Jest właśnie teraz taki okres w roku, kiedy dużo ludzi myśli o... studiach. Głównie młodych ludzi zaraz po szkole średniej albo tych, którzy już są studentami i czekają na rozpoczęcie roku akademickiego. Mnie wrzesień właśnie z czymś takim się kojarzy - z nowym początkiem, jak nie roku szkolnego czy kolejnego roku studiów, to z idealnym czasem, aby zacząć coś nowego. Niby każdy miesiąc w roku jest na to dobry, to jednak wrzesień tak jakoś najlepiej tutaj pasuje.

I wzięło mnie właśnie na wspominanie moich trzech lat studiów. Lat, pod koniec których zawsze przeklinałam tę swoją uczelnię, bo była nie po drodze studentom, albo że znowu musiałam co drugi weekend poświęcić na siedzenie od ósmej rano, nieczęsto do osiemnastej czy nawet dwudziestej, aby uczyć się nie tylko tego, co mnie interesuje, ale również tego, co wiedziałam, że w życiu mi się nie przyda... Dlatego zawsze byłam i jestem zagorzałą zwolenniczką programu studiów, gdzie student sam sobie może wybierać zajęcia, na które chodzi. Na studiach zaocznych niestety czasem nie ma możliwości czegoś takiego wprowadzić, a szkoda.

Przez te trzy lata (ba! nawet sześć, bo zaraz po liceum poszłam na studia, których nie skończyłam) nauczyłam się wiele. Bynajmniej nie mówię tutaj jednak o wiedzy, jaką próbują nam tam przekazać profesorowie, nie. I uważam, że nie ta wiedza właśnie jest moim największym sukcesem, bo równie dobrze większość tego mogłam sobie sama przyswoić z książek. Ale studia uczą również innych rzeczy. Czego nauczyły mnie?

1. Żeby nie marnować czasu na to, co mnie nie interesuje.
Zawsze, bez znaczenia, jaki kierunek sobie wybierzemy, przyjdzie czas, że będziemy musieli nauczyć się czegoś, co nas kompletnie nie interesuje. Nie ma chyba osoby, która chodziłaby z takim samym entuzjazmem na wszystkie, wszyściutkie zajęcia. Ja również takie miałam. Pech chciał nawet, że im bliżej końca, tym było ich więcej (bo "moja" epoka to głównie średniowiecze oraz, co było wynikiem zapału, jaki potrafił nam przekazać wykładowca, starożytność - generalnie, im wcześniej coś się wydarzyło, tym bardziej mnie to interesowało). Studia historyczne mają też to do siebie, że nawet w zakresie jednej epoki nie wszystko musi wydawać nam się interesujące.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że równie dobrze wiedzę, którą chcę mieć, mogę nabyć w dużym zakresie sama. Pomijając oczywiście fakt, że odkryłam na tych studiach mnóstwo różnych rzeczy, o których nie do końca wiedziałam, a które mi się spodobały na tyle, aby szukać dalej. Generalnie jednak chodzi w tym wszystkim o to, że szkoda mi było czasu na coś, co mnie kompletnie nie interesuje i przekłada się to nie tylko na wiedzę historyczną, ale również na życie. Na wszystko to, co w życiu robię, co lubię robić i czego nie lubię. I że na to ostatnie szkoda mi było po prostu tego życia.

2. Że człowiek uczy się głównie na własnych błędach.
Nie na cudzych. To prawda, zawsze jest lepiej wyciągać wnioski z czyjegoś niepowodzenia, aby nie powtórzyć tego we własnych doświadczeniach. Ale prawdą jest również to, że dużo skuteczniej działa to wtedy, kiedy odczujemy to coś na własnej skórze. Cudze błędy mało nas obchodzą. Albo nie obchodzą w ogóle, a jeśli już, to na krótko i trudniej nam jest je zrozumieć. Dopiero gdy sami odczujemy ich skutki, wtedy jest już zupełnie inaczej. Mnie takie analizowanie i wyciąganie wniosków z popełnionych przez kogoś błędów zawsze dawało niewiele. Dopiero jak odczuję coś na własnej skórze, wtedy dopiero się budzę, bo nagle... auć, boli.

3. Że sama biorę odpowiedzialność za swoje decyzje.
I nie chodzi o to, że muszę. Że skoro zamieszkałam sama, że pracuję, zarabiam, i jeszcze się uczę, to siłą rzeczy już na nikogo nie zwalę odpowiedzialności. Biorę za nie odpowiedzialność, bo chcę. Mogę sama decydować o sobie i mogę to zawdzięczać tylko sobie, nieważne, czy jest to dobra decyzja, czy zła (tutaj kłania się punkt numer 2). I szczerze mówiąc nikomu nic do tego.


Oprócz samej wiedzy (którą, moim zdaniem, w dużej części można przyswoić samemu) studia to jednak dobra rzecz. Bo teoretyczna wiedza, jaką tam dostaniemy, to malutka część tego, czego faktycznie się tam nauczymy. Z większości z tych rzeczy nawet nie będziemy zdawać sobie sprawy, dopóki studia się nie skończą. Widzę to dopiero teraz, z własnego doświadczenia, po zakończeniu tego, co już nie wróci. Podczas tych ostatnich trzech lat studiów milion razy przeklinałam te zajęcia i tę uczelnię, teraz jednak jest mi szkoda... Tych wszystkich spotkań, znajomych, przyjaciół, miejsc, które były ściśle związane ze studiami właśnie. I mimo że chociaż mam to wszystko nadal na wyciągnięcie ręki, to jednak nie jest już to samo, prawda?




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Czasami lubię samotność

Czasami lubię samotność

samotność

Czasem lubię pobyć sama ze sobą. Zawsze lubiłam, tylko może mniej to doceniałam. Bo zazwyczaj nie docenia się czegoś, co ma się na wyciągnięcie ręki, kiedy tylko się chce. Zaczyna się doceniać, jak już nie jest tak łatwo...

Lubię czasem posiedzieć w ciszy i pomyśleć. Kiedy na nic innego nie mam ochoty, tylko na to, aby się maksymalnie wyciszyć, zrelaksować, odpocząć.

Lubię, gdy wokoło jest cicho, nikt mi nie przeszkadza, i mogę robić to tylko, na co naprawdę mam ochotę: poczytać książkę, napisać coś na blogu, popisać pamiętnik czy wziąć planner do rąk, do drugiej pióro i zaplanować kolejny dzień lub miesiąc.

Lubię, gdy nikt nie pyta, co akurat robię, co robiłam przed chwilą albo co zamierzam.

Lubię się położyć do góry brzuchem, zamknąć oczy i pozwolić myślom biec, byle by tylko nie był to wieczór przed snem, wtedy gonitwa myśli najczęściej ląduje w pamiętniku. Wtedy lubię mieć czystą głowę i zasnąć w spokoju.

Lubię nie mieć nad głową masy obowiązków, zarówno domowych, jak i służbowych, lubię mieć wszystko poukładane, nie lubię gonitwy za nie wiadomo czym, aby wyrobić się z tym lub tamtym.

Lubię od czasu do czasu nie zrobić obiadu.

Lubię czasem od rana do wieczora posiedzieć w domu, nie musieć wychodzić nigdzie, ani na żadne spotkania, ani na zakupy, ani na spacer do parku. Szczególnie w deszczowy wrzesień.

Lubię czasem być sama w domu, szczególnie jak dziecko śpi, a ja mogę wykorzystać w końcu ten czas na to, na co mam ochotę. Zazwyczaj co prawda nie wiem, za co się zabrać, bo mam tyle planów na to "gdy dziecko uśnie", ale też lubię wtedy nie zrobić nic z tych zaplanowanych rzeczy i po prostu położyć się razem ze szkrabem i pospać, bo po prostu lubię się wyspać.

Teraz takich chwil, tylko z własnym ja, jest mało, i cenię je sobie szczególnie. Cenię je tak samo jak chwile spędzone z córką i z Nim. I to, i tamto jest na wagę złota. Chociaż tak odmienne.

Naprawdę czasem lubię samotność. I prawie pusty dom. Lubię tę swobodę.

Ale lubię też zupełne przeciwieństwo wszystkiego tego, co powyżej. Lubię czasem znaleźć dla siebie ten złoty środek, nawet jeśli jeden dzień jest spędzony zupełnie samotnie w domu, a następny wśród masy ludzi.





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Witaj, wrześniu!... Jesienne plany

Witaj, wrześniu!... Jesienne plany

jesienne plany

Zawsze wraz z początkiem września coś się kończy. Z bólem serca to stwierdzam, ale tak właśnie jest. Nawet jeśli pogoda jeszcze dopisuje i świeci słońce, nawet jeśli szkoła już dawno jest za nami... Zawsze, gdy nadchodził wrzesień, czułam już, że to nie jest już to. Może zostało mi tak z czasów szkolnych, kiedy zawsze 1 września trzeba było już zostawić za sobą wakacje i myśleć o nauce.

Teraz, kiedy moje życie już dawno nie jest tym z czasów szkolnych, to jednak coś z tego zostało - refleksje, które zawsze pojawiają się na początku września. Bo tylko cztery miesiące do końca roku (zawsze wtedy się zastanawiam, gdzie i jak to się stało, że poprzednie osiem zleciało tak szybko), bo kończy się lato, trzeba będzie z bólem serca wyciągnąć niedługo botki z szafy, a sandały schować na przyszłe lato. Trzeba schować sukienki, a wyciągnąć swetry. To pogarszająca się pogoda chyba tak na mnie wpływa (chociaż co by nie było, lubię jesień). I zawsze o tej porze gdzieś tam z tyłu głowy majaczą mi myśli, aby w końcu coś zrobić, co planuję od dawna, bo to jest ostatnia szansa, aby jakoś wyjść z twarzą z tego wszystkiego pod koniec grudnia. Żeby jakoś te cztery miesiące jeszcze produktywnie wykorzystać.

W tym roku podchodzę do tych moich planów trochę bardziej na luzie. Wiem, że nie jestem robotem, a przy dziecku niektórych rzeczy się po prostu nie da tak w 100%. To nie znaczy wcale, że w 90% to już jest źle. Bo jest w dalszym ciągu super. Mam jednak kilka takich rzeczy, które naprawdę chciałabym zrealizować...

Po pierwsze... dbać o siebie

Nie tylko o wygląd, strój, makijaż, ale też z tej drugiej, bardziej duchowej strony. Kiedy mam na to ochotę, to odpoczywać, nie przejmując się niepozmywanymi naczyniami w zlewie. Codziennie, chociaż przez pięć minut dziennie, zrobić coś dla siebie - nieważne, czy to będzie ładny makijaż, poczytanie książki, czy leżenie do góry brzuchem i patrzenie w sufit, jeśli tylko mam na to ochotę. Ale codziennie. Bo nie można o sobie zapominać. Tym bardziej jest to ważne, gdy jest się młodą mamą i dziecko stoi na pierwszym miejscu. Dlatego właśnie tak ważne jest to, aby dobrze wyglądać i dobrze się ze sobą czuć, więc moim postanowieniem jest również to, żeby nie chować ładnych ubrań w szafie tylko dlatego, że i tak przecież siedzę w domu, a na spacer z małą mogę wyjść w tym, w czym jestem. Nie!

Po drugie... dieta informacyjna

Koniec z bezmyślnym scrollowaniem Facebooka czy Instagrama. Doszłam do wniosku, że do niczego nie jest mi to potrzebne, a codziennie marnuje się przy tym tyle czasu, że spokojnie mogłabym w tym czasie poczytać i mieć jedną dodatkową wartościową książkę w miesiącu na koncie. I tyczy się to u mnie również blogów. Muszę zrobić w końcu porządek w tych, które od jakiegoś czasu nie są aktualizowane albo z jakichś powodów nie chcę już ich obserwować.

Po trzecie... mieć więcej czasu dla córki

Bo te chwile już nie wrócą. A dzieci rosną w zastraszającym tempie. Chcę jej zacząć czytać książeczki, aby zapałała miłością do nich tak, jak mama. Chciałabym też częściej wychodzić z nią na spacery, szczególnie teraz we wrześniu, kiedy jeszcze będzie słonecznie i ciepło. Ale nie tylko, bo przez całą jesień. Bo cała zima będzie na siedzenie w domu. I obserwować po prosu jak się rozwija, bo to są najcenniejsze chwile, na miarę złota.

Po czwarte... skończyć jakiś kurs

Na przykład skończyć zaczęte w zeszłym roku prawo jazdy. Albo wrócić na studia. Albo znaleźć sobie jakiś kurs internetowy. Nauczyć się czegoś nowego, choćby to miał być tylko jakiś nowy ścieg na drutach albo kurs robienia lepszych zdjęć (z tym u mnie cały czas kulawo), bo zaczęłam album dla dziecka i dobrze by było...

Po piąte, po szóste... itd.

  • odpisywać regularnie na maile
  • regularnie co miesiąc robić album dla małej, bo już mam zaległości
  • uporządkować szafę i przygotować ją na jesień i zimę, oddać ubrania, w których nie chodzę
  • oddać niechciane książki do biblioteki i uporządkować biblioteczkę
  • ocieplić sypialnię zdjęciami na ścianie i piękną firanką w oknie
  • dokończyć wszystko, co niedokończone

I ostatnie: cieszyć się tą jesienią... tak po prostu.



Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Jak bycie mamą zajmuje czas... - podsumowanie sierpnia

Jak bycie mamą zajmuje czas... - podsumowanie sierpnia

podsumowanie miesiąca

Nie wiem, kiedy zleciało całe to lato... Naprawdę. Cały lipiec i sierpień przeleciał mi jak przez palce, ale z drugiej strony wcale mnie to nie dziwi. Bycie mamą kilkumiesięcznego szkraba pochłania naprawdę mnóstwo czasu i muszę przyznać, że naprawdę jest to praca na cały etat i nie zawsze jest kolorowo. To, że notorycznie jestem niewyspana to już codzienność. Ale i tak nie zamieniłabym się z nikim. 

Kiedyś myślałam, że jak zostaje się mamą, to zmienia się postrzeganie przede wszystkim samej siebie. Coś w rodzaju: "teraz jestem mamą, wow, ależ się zmieniłam, co innego myślę, robię, czuję"... Powiem szczerze, że jeśli naprawdę tak jest, to ja jestem wyjątkiem. Czuję się dokładnie tak samo jak przedtem, myślę o sobie dokładnie tak samo, tyle tylko, że teraz jest ze mną ta mała istotka i że jest dla mnie i ja dla niej jestem najważniejsza. I tyle.... Może gdy usłyszę pierwsze świadome "Mamo", to się to zmieni, nie wiem.

Ale to miało być przede wszystkim podsumowanie miesiąca, więc... w sierpniu szczerze mówiąc niewiele się wydarzyło. To był chyba pierwszy taki leniwy miesiąc w tym roku. Dałam sobie na luz, przede wszystkim w tym, że nie muszę być idealna - mamą na pełen etat, do tego posprzątane, ugotowane... Nigdy nie będę taką typową kurą domową, bo nigdy też nie chciałam i nie chcę nią być. Szczerze mówiąc czasem już tęsknię za swoją pracą na etacie, za swoimi studiami... Ale nie zmienia to faktu, że gdy tylko mała śpi, staram się wykorzystać ten czas nie tylko na obowiązki domowe, ale przede wszystkim dla siebie. I na czytanie. Może nie przeczytałam w tym miesiącu jakiejś ogromnej liczby książek, nie na ilości mi zależy, ale na jakości przede wszystkim. 4 czy 5 książek w miesiącu to dla mnie takie optimum. Nigdy pewnie już nie wrócę do czytania 10-15 książek miesięcznie i nawet nie chcę do tego wracać.

Na jesień mam jednak już bardziej konkretne plany. Plany dotyczące przede wszystkim mnie samej, ale nie tylko. Nie wiem dlaczego, ale mam poczucie, że muszę wykorzystać tę jesień jak tylko się da. Oczywiście bez spinania się, bez zaniedbywania "bycia mamą", ale jednak. I w ogóle cały mój urlop macierzyński chciałabym wykorzystać w miarę produktywnie. Przecież często taki długi urlop się nie zdarza, prawda?...

A jak Wam minął sierpień?



Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku
lub zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Co ma wspólnego krem do twarzy z kawą - #ulubione

Co ma wspólnego krem do twarzy z kawą - #ulubione

#ulubione

Co ma wspólnego kawa z kosmetykami? Szczególnie z kremem do twarzy czy płynem do kąpieli? To, że w ostatnim czasie wszystkie te rzeczy trafiły na listę moich ulubionych. A ponieważ ja rzadko zmieniam kosmetyki, szczególnie jeśli coś się u mnie sprawdza, takich postów u mnie nie ma i nie będzie wiele. Ale od czasu do czasu po prostu mam ochotę Wam pokazać te moje ukochane, ulubione ostatnich miesięcy czy tygodni...

#ulubione

Kremu do twarzy, który pasowałby mi w stu procentach, albo chociaż w dziewięćdziesięciu, szukałam naprawdę długo. Chciałam znaleźć taki, który będzie mi pasował zarówno pod makijaż, jak i na noc, kiedy już jestem po kąpieli. Szukałam, szukałam... i znalazłam od razu dwa. Żółtego Miya zaczęłam używać właśnie na noc, długo go szukałam, bo u mnie nie jest dostępny ani w Rossmannie, ani w żadnej innej drogerii, znalazłam go stacjonarnie tylko i wyłącznie w Hebe. I pokochałam, za konsystencję, za zapach (!) i za działanie. Drugi natomiast kupiłam chyba z tydzień wcześniej niż Miyę, w konsystencji oba są bardzo podobne (nie cierpię bardzo gęstych kremów, szczególnie tych do twarzy), ale Mixy używam przede wszystkim pod makijaż, bo fajnie matuje cerę, która potem się tak nie świeci jak żarówka... A ja mam z tym problem zawsze.
No a pomadkę kocham za zapach mlecznej czekolady... Aż chce się ją całą zjeść. Idealna na co dzień, kiedy nie używam szminki, a nawilżone usta to podstawa.

#ulubione

Nie jestem jakoś strasznie wybredna co do płynów pod prysznic i do kąpieli, ale jedno muszą mieć: ładny zapach. U mnie płyn do kąpieli ma przede wszystkim spełniać swoją funkcję, ale naprawdę kocham wszystko, co ma piękny zapach, a zapach świeżych owoców to jest niebo... Do tej pory kupowałam co popadnie, byle myło i odświeżało, ale od jakiegoś czasu jestem wierna Le Petit Marseillais. Te zapachy są obłędne, szkoda tylko, że jest taki mały wybór. I fajnie się pienią. Dla mnie na razie numer jeden.

#ulubione

Co prawda Inka ma niewiele wspólnego z kawą, ale ja kocham Inkę za to, że była ze mną przez całe dzieciństwo. Teraz staram się trochę ograniczać zwykłą kawę (chociaż uwielbiam jej smak), więc musiałam znaleźć sobie jakąś alternatywę... I znalazłam. Karmelową Inkę. Wróciły wspomnienia z dzieciństwa, ale też jest i powiew świeżości, bo czegoś takiego wcześniej nie było (chociaż karmelowa Inka jest na rynku już jakiś czas, jest też czekoladowa, mleczna, z magnezem, z błonnikiem - nic tylko wybierać...). Chociaż ja zazwyczaj piję kawę tylko z mlekiem, to uważam, że szczególnie do tej karmelowej świetnie nadawałaby się jeszcze bita śmietana na szczycie. Pachnie jak waniliowo-karmelowe lody :)

#ulubione

Na koniec coś, co towarzyszy mi w każdej wolnej chwili. Czytnik. Ale nie o czytnik tutaj właściwie chodzi, ale etui. Długo szukałam idealnego do swojego zwykłego, poczciwego Kindle 5 i niestety ze świecą szukać. A stare etui już naprawdę do niczego się nie nadawało. Aż mnie olśniło, że przecież mogę poszukać na AliExpress... I to był strzał. Świetnie pasuje, świetnie się sprawdza, świetnie mi się teraz czyta. Ja swoje etui kupiłam tutaj, ale jest masa rożnych, do wyboru, do koloru pod tym linkiem.

A tak kompletnie zmieniając temat, przypominam Wam o konkursie, gdzie do wygrania jest książka - naprawdę zachęcam, bo ta książka, choć niepozorna, jest rewelacyjna. Warto się przekonać samemu, a książkę będziecie mieć za darmo, wystarczy się zgłosić.




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku
lub zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Konkurs - do wygrania "Jazda na rydwanie" z dedykacją

Konkurs - do wygrania "Jazda na rydwanie" z dedykacją

jazda na rydwanie

Dzisiaj mam dla Was coś wyjątkowego :) Ponieważ na moim blogu dawno już nie było żadnego konkursu, dzisiaj takowy ogłaszam. Do wygrania macie naprawdę rewelacyjną książkę, w dodatku książkę z dedykacją (oczywiście jeśli ktoś nie będzie chciał dedykacji, nie będzie problemu), pt. Jazda na rydwanie Juliana Hardego, którą recenzowałam w poprzednim wpisie. Mam nadzieję, że będzie dużo chętnych, bo ta książka to naprawdę perełka wśród książek i nie jest to żadna reklama ani wpis sponsorowany - sama przeczytałam, sprawdziłam i polecam, a uwierzcie, nigdy nie polecam czegoś, co na to nie zasługuje. A jeśli konkurs będzie się cieszył dużą popularnością, do zgarnięcia będą również e-booki, więc tym bardziej zapraszam.


Regulamin konkursu:

1. Organizatorem konkursu jestem ja, autorka bloga Marchewkowe Myśli.
2. Sponsorem nagrody, zarówno egzemplarza książki "Jazda na rydwanie", jak i e-booków, jest jej Autor, Julian Hardy.
3. Warunkiem przystąpienia do konkursu jest wyrażenie chęci wzięcia w nim udziału (wystarczy zwykłe "zgłaszam się"), podanie adresu mailowego w komentarzu poniżej oraz posiadanie adresu do wysyłki w Polsce. Bardzo mile widziane będzie obserwowanie mojego bloga na Facebooku lub zapisanie się do newslettera (ale nieobowiązkowe) oraz dalsze udostępnianie (można do tego wykorzystać obrazek główny).
4. Konkurs będzie trwał od dzisiaj, 24.08.2017 do 10.09.2017.
5. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu do pięciu dni roboczych od zakończenia konkursu.
6. Zwycięzca zostanie wybrany przeze mnie, a nagrodę otrzyma osoba, która będzie się aktywnie udzielać tutaj, na moim blogu. Zależy mi na tym, żeby nie była to przypadkowa osoba, ale ktoś, komu na książce zależy, bo sama książka po prostu na to zasługuje.
7. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi z dopiskiem 'konkurs' na mój adres mailowy: marchewkowemysli@gmail.com w ciągu pięciu dni od momentu ogłoszenia wyników.
8. Konkurs jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.
9. Książka zostanie wysłana do zwycięzcy przez Autora.
10. Zgłoszenie w konkursie jest równoznaczne z akceptacją regulaminu i wyrażeniem zgody na przetwarzanie danych osobowych (które zostaną wykorzystane tylko i wyłącznie do wysłania nagrody, do niczego więcej).

Zapraszam i życzę wszystkim powodzenia! 



Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku
lub zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Jazda na rydwanie - Julian Hardy

Jazda na rydwanie - Julian Hardy


jazda na rydwanie

Sztuką jest kierować okręt
przez oceanu otchłanie...
Sztuką - jazda na rydwanie...
Sztuką jest też miłowanie...
(Sztuka kochania, Owidiusz)
Zazwyczaj nie lubię podejmować się czegoś, gdy nie wiem, jaki będzie tego efekt. Nie lubię niespodzianek, bo boję się zawsze rozczarować, wolę wiedzieć co mnie czeka. Dlatego też dwadzieścia razy zawsze się zastanowię, zanim podejmę się napisania jakiejkolwiek recenzji książki, o której nie słyszałam i w ogóle mało kto słyszał. Z Jazdą na rydwanie miałam o tyle dobrze, że jednak kilka tych opinii, chociażby na lubimyczytac.pl, się pojawiło. I były to bardzo dobre recenzje, a gdy otrzymałam propozycję od samego autora, który o dziwo też był przekonany, że ta książka mi się spodoba, to już nie było wyjścia: byłam tak zaintrygowana, że się zgodziłam.

Trudno jest napisać w kilku zdaniach, o czym jest ta powieść, ponieważ jest to powieść wielowątkowa. Jest rok 1938. Poznajemy bohatera, Roberta Meissnera, wychowywanego przez samotną matkę, która stara się całkowicie podporządkować sobie chłopca. Robert czuje się tłamszony, ciągle osaczany. Ta nie zauważa, że chłopak, zamiast pałać do matki miłością, jak powinno być w zdrowej rodzinie, zaczyna czuć do niej coś zupełnie odwrotnego. Ona z kolei nie zdaje sobie sprawy z tego, że terroryzuje wręcz swojego syna, chcąc niby dla niego jak najlepiej. Robert namiastkę matki znajduje w sąsiadce, która jest jej przeciwieństwem. Z panią Anielą można porozmawiać na wszystkie tematy, można jej się wyżalić. Jest dla Roberta prawdziwą przyjaciółką i to właśnie z nią Robert, zakochany w Wice, koleżance ze szkoły, dzieli swoje radości i smutki związane z pierwszą miłością. Oraz pierwsze wątpliwości i przemyślenia odnośnie zbliżającej się wojny i zamiaru zaciągnięcia się do armii.

Tak zaczyna się to opasłe tomisko, które trudno nazwać jakimś konkretnym gatunkiem literackim. Bo ta książka to jest zlepek różnych gatunków, powiedziałabym nawet, że tak wielu, że ja osobiście po raz pierwszy spotykam się z tak wielogatunkową powieścią. Jest to zarówno powieść przygodowa, obyczajowa, psychologiczna, erotyczna, romans, jak i thriller szpiegowski czy kryminał. Poza tym akcja co chwila przyspiesza, zaraz potem trochę zwalnia, żeby za chwilę znowu przyszpilić czytelnika do fotela. Momentami naprawdę nie mogłam się oderwać od tej książki. Jest tu tak wiele wydarzeń, tak dużo się dzieje, jest wręcz naładowana tym do oporu, ale to absolutnie nie jest jej minus. Bohaterów też jest wiele i czasem trzeba naprawdę uważnie czytać, żeby się w nich połapać, ale generalnie nie powinno z tym być problemu.

Na plus zasługuje również tło historyczne: począwszy od przygotowań do wojny i wybuchu drugiej wojny światowej aż do jej zakończenia, poprzez zimną wojnę, aż po Polską Rzeczpospolitą Ludową - ta przestrzeń jest tutaj dość szeroka, ale całość ujęta w taki sposób, że trudno się przyczepić do czegokolwiek. Widać, że autor odwalił kawał dobrej roboty, przygotowując się do napisania tej powieści i oddania jej realiów historycznych.

No i na szczególną uwagę zasługuje również postać głównego bohatera. Ja praktycznie od samego początku zapałałam do niego sympatią, doceniłam za spryt, zdrowy rozsądek, humor. Trzeba przyznać, że na kartach tej książki dzieje się ogromna przemiana, z chłopca, biednego, pogardzanego przez kolegów i koleżanki, na inteligentnego mężczyznę, o którym marzą kobiety, który wie, czego chce od życia, i wie jak wykorzystać zdobytą wiedzę, chociażby do tego, aby się wzbogacić. Podoba mi się również jego sposób podejścia do życia i do ludzi. Naprawdę trudno jest Roberta nie polubić.

Czy nie lubię Żydów? Nigdy się nie zastanawiałem, kogo akurat nie lubię. Lubię albo nie lubię ludzi. Nie Żydów, Polaków czy Niemców. 

Ta książka to jest naprawdę kawał dobrej roboty wykonany przez autora. Jak pies do jeża podchodziłam do niej na początku, chociaż mnie intrygowała, to jednak mój sceptycyzm brał górę. Niepotrzebnie. Kończąc ją było mi szkoda. Wszystkiego, ale przede wszystkim tego, że muszę się rozstać z tak świetną powieścią, jakich naprawdę mało na naszym książkowym rynku. I trudno ją polecać konkretnym odbiorcom. Powinna się spodobać zarówno miłośnikom thrillerów, jak i powieści erotycznych. Ją naprawdę trzeba przeczytać, żeby to zrozumieć, i absolutnie nie bać się jej objętości. Rewelacyjna książka.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Autorowi książki.



Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku
lub zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Atlas gwiazd. Przewodnik po konstelacjach - Przemysław Rudź

Atlas gwiazd. Przewodnik po konstelacjach - Przemysław Rudź

atlas gwiazd

Zawsze uwielbiałam patrzeć w niebo. Pamiętam, że już jako dziecko interesowałam się gwiazdami, a jak już miałam jakiekolwiek pojecie, jak znaleźć na niebie Wielką i Małą Niedźwiedzicę, często latem, podczas bezchmurnych wieczorów i nocy rozkładałam na trawie koc i wpatrywałam się w niebo, a podczas deszczu spadających gwiazd wymyślałam coraz to inne życzenia, które chciałam, żeby mi się spełniły. Do tej pory uwielbiam patrzeć na spadające perseidy, które raczą nas swoim widokiem co roku w sierpniu. I chyba nie było przypadkiem to, że ta książka wpadła w moje ręce właśnie teraz, przed tym pięknym spektaklem.

Bo Atlas gwiazd jest dla każdego, kto kocha gwiazdy, tak jak ja. Chociaż kiedyś potrafiłam rozpoznać na niebie wyłącznie Wielki Wóz (nawet nie Wielką Niedźwiedzicę...), bo był zawsze dokładnie nad moim domem. A po Wielkim Wozie do Małego jak po nitce do kłębka... Ah, i jeszcze potrafiłam odnaleźć na niebie gwiazdozbiór Kasjopei, bo też świecił zawsze jasno na niebie i miał charakterystyczny kształt. Długo moja umiejętność rozpoznawania konstelacji kończyła się na tych trzech właśnie. I może dwa lata temu zaczęłam w końcu zauważać więcej. Bo zwyczajnie więcej chciałam widzieć. W tym roku niebo szczyci nas swym pięknem, bo nawet chmurne noce zdarzają się dość rzadko. I to był doskonały czas, aby wziąć tę książkę pod pachę i wyjść pooglądać gwiazdy. I znaleźć w końcu coś więcej niż Gwiazdę Polarną.

atlas gwiaz

Ten album ma mnóstwo plusów, ponieważ po niedługim, ale dość treściwym wstępie na temat tego, jak oglądać gwiazdy, jak ich szukać i jakiego sprzętu do tego używać oraz masie innych przydatnych informacji autor przechodzi do meritum. Ta książka bowiem podzielona jest na dwanaście rozdziałów, a każdy z nich pokazuje nam dokładnie, jaką część wszechświata widać w określonym miesiącu. Bo to wszystko z każdym miesiącem się zmienia, może nieznacznie, ale jednak, i uwierzcie, mimo że zarówno w styczniu, jak i w lipcu na niebie łatwo będzie odnaleźć Wielką Niedźwiedzicę, to jednak to niebo jest inne. I w styczniu na przykład, o ile pogoda nam pozwoli, będziemy mogli zobaczyć gdzieś przy horyzoncie konstelację Wielkiego Psa, której darmo nam szukać na lipcowym niebie.

Każdy rozdział tej książki dzieli się dodatkowo na podrozdziały, poświęcone poszczególnym konstelacjom w ten sposób, aby omówić praktycznie wszystkie, które zobaczyć można u nas na niebie. I rzecz najważniejsza - jak je znaleźć, od czego zacząć szukanie... i dlaczego tak a nie inaczej dany gwiazdozbiór się nazywa. Dlaczego Kasjopeja to Kasjopeja, a Orion to Orion?

atlas gwiazd

Ale najważniejszym i chyba najbardziej rzucającym się w oczy plusem tej książki jest jej wydanie - piękne, z mnóstwem ilustracji, jeszcze większą ilością zdjęć, w twardej oprawie, w pięknej okładce. Trudno nie nacieszyć oka już samym tym wydaniem. A cena? Sami spójrzcie poniżej... Ja co prawda tę książkę dostałam w prezencie od kogoś, kto doskonale wiedział, że mi się spodoba i uważam, że na prezent jest idealna. Jeśli oczywiście ktoś lubi niebo i lubi książki. A nawet jeśli nie lubi książek, tylko samo niebo, też się sprawdzi - bez dwóch zdań. I nic, tylko brać ją pod pachę, podczas bezchmurnego wieczoru, i szukać, szukać, szukać... gwiazd na niebie.



Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku
lub zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:



Czy bajki są tylko dla dzieci? Ulubione bajki mojego dzieciństwa

Czy bajki są tylko dla dzieci? Ulubione bajki mojego dzieciństwa

bajki dla dzieci

Chociaż moja córka jeszcze nie ogląda bajek, to już widzę jej zainteresowanie pewnymi rzeczami. Chociażby mrugającym czasem komputerem (bo telewizora nie posiadam i jakoś nie widzę takiej potrzeby...) Jest co prawda teraz w takim wieku, że wszystko wydaje jej się ciekawe i nie zdziwi mnie fakt, jak czas zleci i będzie chciała oglądać bajki w telewizji. Chociaż podobno dziecku do roku życia nie powinno się puszczać bajek, albo nawet do skończenia drugiego roku - tak twierdzą niektórzy naukowcy.

Wiem jednak jedno - będę oglądała te bajki razem z nią. I nie będą to bajki tylko i wyłącznie współczesne, bo jak wracam pamięcią do "moich" bajek, które oglądałam jako dziecko, to bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że kiedyś te bajki dla dzieci były dużo bardziej wartościowe. 

Moją ulubioną oczywiście były "Muminki". Czekałam na tę dobranockę zawsze, nie mogłam się jej doczekać. Bo kiedyś nie było internetu, a na bajkę trzeba było czekać do wieczora do 19.00. Trwała 20 minut (albo i nie) i koniec. Może właśnie dlatego tak się na nie wtedy czekało... Ale takich ulubionych bajek miałam kilka. Za moich czasów było też coś takiego jak magnetowid (ktoś jeszcze pamięta?...) na duże kasety VHS, a ja miałam kasetę z "Koziołkiem Matołkiem" - jak ja uwielbiałam to oglądać! Maglowałam tę kasetę do tego stopnia, aż się popsuła, ale znałam ją niemalże na pamięć. Do tej pory mam sentyment również do "Smerfów", bo to również była dobranocka, na którą zawsze czekałam. Lubiłam "Pszczółkę Maję", a szczególnie piosenkę z czołówki. I nie wiem, czy wiecie, ale była jeszcze jedna bajka, o której teraz w ogóle jakoś mało kto pamięta... "Makowa panienka". Po Muminkach była to moja ulubiona dobranocka. W zasadzie te dwie właśnie to były i chyba są moje ukochane bajki. Potem dopiero reszta.

Postanowiłam, że nie dam im pójść w zapomnienie i moja córa też będzie je oglądać. A ja razem z nią, bo uważam, że z pewnych rzeczy nie powinno się wyrastać, a oglądanie bajek - szczególnie z dzieckiem - jest jedną z nich. Chociażby po to, aby powspominać własne dzieciństwo. Jestem jednak świadoma tego, że już nie ode mnie będzie zależało, co naprawdę jej się spodoba. Dzisiaj na szczęście jest internet i każdą z tych bajek można znaleźć właśnie tam, każdy odcinek, jaki tylko nam się zamarzy... kiedyś nie było takich dogodności, gdyby nie on, pewnie wiele z tych bajek już by umarło.

A jakie są Wasze ulubione bajki z dzieciństwa?... Oglądacie jeszcze?


Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku
lub zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Capsule wardrobe - przegląd ulubionych ubrań na lato

Capsule wardrobe - przegląd ulubionych ubrań na lato

capsule wardrobe

Podobno przez 80% czasu nosimy tylko 20% zasobów swojej szafy. I analogicznie: 80% ubrań zazwyczaj leży gdzieś tam na dnie zapomniana, a jak już sobie o nich przypominamy, to albo jest już niemodna i... leży dalej, albo właśnie wtedy zakładamy, czyli nieczęsto. Ja już jakiś czas temu przetrzebiłam swoją szafę do tego stopnia, że tych rzadko zakładanych ubrań mam naprawdę mało. Jednak kilka sztuk jeszcze się znajdzie, bo zwyczajnie z niektórymi rzeczami jest mi trudno się rozstać. Przy zbliżającej się jesieni będę musiała chyba jednak zrobić z tym w końcu porządek i całkowicie oczyścić szafę z tego, czego już nie noszę.

Mam jednak kilka takich ubrań, które mogłabym nosić non stop. Zresztą chyba każdy tak ma. Dlatego właśnie ta duża część leży zazwyczaj zapomniana. Chociaż nadal jeszcze nie odnalazłam swojego własnego, takiego w 100% mojego stylu, to jednak wszystko zmierza w dobrą stronę, przynajmniej taką mam nadzieję. Dzisiaj więc zapraszam na przegląd moich ulubionych, letnich ciuchów. Letnich, bo w końcu mamy lato, na zimowe przyjdzie czas w odpowiednim momencie.

capsule wardrobe

1. Latem zdecydowanie stawiam na sukienki i spódnice. Był czas, kiedy kupowałam namiętnie wszystkie, które mi się podobały, teraz została mi garstka tych ulubionych, ale na pewno jest ich w mojej szafie najwięcej. Moją ukochaną sukienkę możecie zobaczyć tutaj, miałam ją w Krakowie. Kocham też tą wyżej, czarną w białe groszki, zresztą mam takie dwie: druga też jest czarna, ten sam fason, tylko w brązowo-pomarańczowe kwiatki. To są trzy moje najukochańsze, które wiszą już tam dobrych kilka lat (ta z Krakowa jest najmłodsza, bo kupiłam ją jakieś dwa, trzy lata temu). Lubię też sukienkę, którą widzicie powyżej - granatowa w białe paski, kupiłam ją w tym roku, jeszcze jak byłam w ciąży - nadawała się idealnie na ten stan i teraz też mi się dobrze ją nosi.
Jeśli natomiast chodzi o spódnice, to uwielbiam chodzić w maxi, chociaż mam tylko jedną, niebiesko-białą, podobną (nie tę samą) do tej wyżej. Poza tym uwielbiam również krótką, żółtą, tiulową spódniczkę, która jest idealna na lato.

2. Jeśli chodzi o spodnie, to latem zdecydowanie stawiam na szorty, zazwyczaj długie jeansy i spodnie leżą u mnie i czekają na jesień. Jakiś czas temu kupiłam sobie wymarzone szare jeansy i je chyba noszę najczęściej. Mam też czerwone spodnie, o których kiedyś strasznie marzyłam. No a teraz oczywiście, w takie upały, zazwyczaj krótkie, zwykłe jeansowe spodenki albo czarno-białe haremki, które również uwielbiam, na upały nadają się idealnie.

3. Co do góry i koszulek (tutaj znalazła się tylko jedna, ale mam ich kilka), to najczęściej są to koszulki barwy czarnej właśnie, białe (uwielbiam biel, a białe koszulki to już w ogóle) albo granatowe. Tak, żeby pasowały do większości moich ciuchów. I zazwyczaj bez rękawów, chociaż znajdą się w mojej szafie i krótkie rękawki. I jest też jedna jasnoniebieska koszula z dłuższym rękawem, takim do łokcia.
Jeśli zaś chodzi o coś cieplejszego na chłodniejsze dni - hitem jest granatowa marynarka, dokładnie ta, która jest na zdjęciu - uwielbiam ją.

4. Buty. O butach na lato już się rozpisywałam tutaj. Nie wyobrażam sobie lata bez sandałów, te niebieskie sandały kupiłam w tym roku, bo musiałam. Te które miałam do tej pory skończyły swój żywot. Czasem pomykam też w trampkach. I jak na razie chodzę w tych dwóch parach prawie non stop. Szpilek nie noszę, po na urlopie macierzyńskim szpilki nie są mi potrzebne, a nawet gdybym pracowała, to i tak chodziłabym pewnie w tych butach, w których chodzę teraz. Na szczęście moja praca nie wymaga jakiegoś określonego dress codu. Poza tym szpilek od jakiegoś czasu nie znoszę, bo zwyczajnie, czy za małe, czy za duże, czy w sam raz - spadają mi ze stopy...

I to by było w sumie tyle. Jak widzicie, w mojej szafie dominują dość stonowane kolory, głównie biel, szarości i granat, trochę czerni. Co nie znaczy, że nie ma w niej bardziej kolorowych ubrań, choćby ta różowa sukienka, żółta spódnica czy czerwone spodnie. Czerwień również uwielbiam. Staram się jednak, aby to, co mam i ewentualnie kupuję, pasowało do pozostałych rzeczy. Zakupy jednak również ograniczyłam ostatnio do minimum, raczej muszę pozbyć się jeszcze kilku ubrań, niż dokupywać nowe.

Ciekawa jestem, czy Wy macie jakieś swoje ulubione ubrania, w których moglibyście chodzić na okrągło... Chyba każdy ma takie, prawda?
Motylek - Katarzyna Puzyńska

Motylek - Katarzyna Puzyńska


Od dawna czekałam na to, aż w moje ręce wpadnie jakaś książka Katarzyny Puzyńskiej. W sumie to nie wiedziałam, czego się spodziewać; miałam nadzieję, że przeczytam jak nie doskonały, to chociaż dobry kryminał, czyli to, co lubię najbardziej. Ale co to właściwie będzie za książka i czy będzie warta swojej ceny? Powiedziałam sobie w pewnym momencie, że przecież nie dowiem się, dopóki nie sprawdzę, prawda?...

Motylek jest pierwszą częścią serii kryminalnej Katarzyny Puzyńskiej. Cała akcja dzieje się w Lipowie, wsi niedaleko Brodnicy, gdzie ma miejsce tragiczny w skutkach wypadek. Ale czy na pewno to tylko wypadek? Okazuje się, że nie do końca, bo przejechanej i znalezionej w lesie zakonnicy ktoś jednak pomógł. Pytań jest mnóstwo: przede wszystkim co robiła w Lipowie zakonnica z Warszawy, po co tu przyjechała i kto ją potrącił. Szansę wykazania się dostają policjanci z Lipowa, którzy nie mają wielkiego doświadczenia w tego typu wypadkach, a tym bardziej morderstwach. Sprawa dodatkowo komplikuje się, kiedy pojawia się kolejna ofiara.

Dostajemy więc od Katarzyny Puzyńskiej stuprocentowy kryminał, a ofiara pojawia się już na pierwszych jej stronach. I to jest największy plus tej książki - zagadka śmierci zakonnicy staje się coraz bardziej skomplikowana, z każdą kolejną stroną. Podejrzanych osób robi się coraz więcej i tak naprawdę trudno wydedukować, kto za tym wszystkim stoi. Zimowa aura dodatkowo potęguje uczucie całej tej tajemniczości, dużo osób sporo wie, ale nikt nic nie mówi, woli zachować fakty dla siebie. Do tego jeszcze bardziej tajemniczy bloger, prowadzący stronę o wiosce, który zdaje się wiedzieć najwięcej i w ekspresowym tempie zamieszczać kolejne wzmianki i informacje... Tajemnica goni tajemnicę. I byłoby idealnie, gdyby nie...

...bohaterowie. A no właśnie. Od początku miałam wrażenie, że to nie są bohaterowie, jakich bym oczekiwała. I nie chodzi mi tu o idealnych bohaterów, bo nie każdy jest idealny i taki jaki chcielibyśmy, aby był, ale... Z tymi bohaterami jest coś nie tak. Prawie ze wszystkimi. Pomijając już nie dającą się absolutnie lubić rodzinę Kojarskich, której członkowie co do jednego są jacyś dziwni i wręcz odrażający i paskudni swoimi charakterkami, ale... Tutaj każdy bohater jest w jakiś sposób wyrazisty. Zdaje mi się, że czasem aż za bardzo. Weronika, która rozwiodła się z mężem i przeprowadziła do Lipowa, aby zapomnieć; Grażyna, żona jednego z policjantów, Ewelina - żona drugiego, pani Maria, matka Daniela, również policjanta, no i sama policja, począwszy od Pawła, który nie stroni od wulgaryzmów i czasem aż to razi, przez całą rodzinkę Rosołów, gdzie zarówno ojciec, jak i dzieci to niezłe ziółka, aż po Klementynę, przestarzałą panią komisarz z tatuażami. Aż trudno uwierzyć, że w tak małej wiosce jest tylu takich ludzi, bo nie oszukujmy się, większość ludzi to niczym nie wyróżniający się obywatele, a w tej książce niemalże każdego nietrudno zapamiętać. I zastanawiam się, czy ja, czytając tego Motylka, kogoś w ogóle polubiłam tak po prostu, zwyczajnie... Chyba nie bardzo. Nie tak, jakbym chciała (chociaż do tego mógłby pretendować Daniel, ale to już pod sam koniec książki). A już najmniejszą sympatię wzbudziła we mnie Klementyna - nic dziwnego, że nikt jej ponoć nie lubi, czytelnik też nie bardzo. Łysa staruszka z tatuażami, uzależniona od coli, która wydaje się być najdziwniejszą postacią tej książki. Coś mi w tym wszystkich bohaterach nie bardzo grało przez całą powieść, a najszczególniej na samym początku. Z biegiem kartek człowiek się przyzwyczaja, ale jednak, to uczucie pozostaje do końca.

Mimo wszystko jednak Motylek to jest dobry kryminał. Nie zawiodłam się na nim, bo kryminał to zagadka, a ta okazała się być naprawdę trudną do rozwiązania. I ja sama do końca nie wiedziałam, co myśleć, do ostatniej niemalże strony nie miałam pojęcia, kto jest mordercą, nie mówiąc już o motywie. A do bohaterów, tak jak napisałam, idzie się przyzwyczaić... Trudno, ale jednak daje radę. I książkę oceniam naprawdę na duży plus i na sto procent sięgnę po kolejne powieści z tego cyklu. Tym bardziej, że to polska pisarka, a to co polskie trzeba promować :) Więc polecam głównie miłośnikom kryminałów i wyrazistych postaci, bo tych tutaj nie brakuje. Naprawdę warto.

Gdańsk część 2: Oliwa, stare miasto i inne

Gdańsk część 2: Oliwa, stare miasto i inne

gdańsk

Lato w pełni, a jak lato, to i ładna pogoda, urlopy, wyjazdy... Niestety w tym roku nie miałam i chyba już nie będę miała okazji wyjechać gdzieś na dłużej niż na weekend. Oboje z TeŻetem postanowiliśmy, że nie ma co brać na razie małej na żadne urlopy i wyjazdy, ale w przyszłym roku na pewno gdzieś pojedziemy, już we trójkę. Bo sama osobiście nie uważam, że będzie za wcześnie, ba! ja nawet teraz, z trzymiesięcznym dzieckiem chętna bym była na urlop, nie mam tylko w tym doświadczenia, ani w organizacji takiego wyjazdu, ani w ogóle... Na taki wypoczynek trzeba się odpowiednio wcześniej przygotować, więc w przyszłym roku będzie jak znalazł.

Mimo wszystko trochę mi szkoda czasem i chciałabym gdzieś się urwać, tym bardziej, że siedzę praktycznie cały czas z małą w domu...
Dlatego dzisiaj trochę powspominam zeszłoroczne wakacje, jeszcze we dwójkę - bo bardzo tęsknię za morzem. Naszym polskim morzem. I z chęcią bym się tam wybrała jeszcze raz.

A więc zapraszam na spacer po Gdańsku, starym mieście, Parku Oliwskim i palmiarni w tymże, oraz po miejscach trochę mniej znanych.


Odnośnie palmiarni: niewielki budyneczek, wstęp wolny, ale naprawdę warto tam wejść. Wbrew nazwie to nie tylko palmy, ale nie powiem, one robią naprawdę ogromne (dosłownie i w przenośni) wrażenie:



Mam chyba jakieś zboczenie na punkcie robienia fotek wszelakich map i tu nie było wyjątku:



A teraz to, co zna prawie każdy, kto choć raz był w Gdańsku:


Uwielbiam takie dworce... Piękny dworzec ma Kraków, Gdańsk również, przynajmniej z zewnątrz...





Polecam też w Gdańsku rejs tramwajem wodnym - nie uświadczysz czegoś takiego w innych miastach.

 





No i troszkę mniej znane miejsca w Gdańsku - mieszkaliśmy dosłownie obok, piękne widoki, imponująca Akademia Muzyczna... choć również centrum miasta.




Miło jest tak czasem powspominać, pooglądać zdjęcia... Ja te zdjęcia dodatkowo zaczęłam drukować do mojego albumu, bo jednak oglądanie fotek w albumie, a nie na monitorze komputera, to zupełnie inny wymiar i zupełnie inne emocje, nie uważacie?...
5 książek, które chciałabym przeczytać swojej córce

5 książek, które chciałabym przeczytać swojej córce

co czytać dzieciom

Zaczęłam czytać bardzo wcześnie. Wcześnie się tego nauczyłam i już tak zostało - czytanie pokochałam. I do tej pory mam kilka takich perełek, które są moimi ukochanymi książkami, które nigdy mi się nie znudzą, ale i które są nadal ponadczasowe, można je czytać do woli. To właśnie te książki chciałabym, żeby moja córka przeczytała. Mam nadzieję, że również je pokocha, tak jak ja. 
A więc do rzeczy:


Muminki, Tove Jansson

To jest chyba jedna z pierwszych książek, które przeczytałam samodzielnie, a na pewno pierwsza wypożyczona z biblioteki. Od tamtej pory pokochałam miłością bezgraniczną zarówno biblioteki, jak i Muminki. Do tej pory uwielbiam tę serię książek, a i samą bajkę, która leciała jako dobranocka w telewizji - kochałam ją i nigdy nie przestałam.

Dzieci z Bullerbyn, Astrid Lindgren

To była, z tego co dobrze pamiętam, pierwsza książka, którą miałam na własność. I niby lektura szkolna, ale tak bardzo ją polubiłam, że szybko stała się moją ulubioną książką. Taka wakacyjna... Do tej pory żałuję, że potem ją komuś pożyczyłam - niestety nie odzyskałam już tej książki... :(

Oto jest Kasia, Mira Jaworczakowa

Egzemplarz Oto jest Kasia leży jeszcze na półce w moim domu rodzinnym. Zniszczona, pochlapana czymś, w kilku miejscach się rozlatuje, ale... jest. Czytałam ją kilka razy.

Mała księżniczka, Frances Hodgson Burnett

Kolejna książka, którą czytałam naprawdę kilka razy, aż w końcu znałam ją niemalże na pamięć. Chociaż nigdy nie miałam jej na własność, ale wypożyczałam namiętnie co jakiś czas z biblioteki szkolnej...
 

Mały książę, Antoine de Saint-Exupéry

Tę książkę czytałam pierwszy raz dużo później, bo już pod koniec podstawówki. Przeczytałam ją jednak wcześniej, potem jeszcze raz jako lekturę w siódmej czy ósmej klasie. I również pokochałam bardzo.


Książek w dzieciństwie czytałam naprawdę sporo, ale ta piątka jest chyba dla mnie najważniejsza. Wszystkie z nich kocham do dziś i chciałabym, aby moja córka również je poznała i może pokocha książki, tak jak ja pokochałam czytanie dzięki powyższym. Mam nadzieję, że nie będę musiała w to włożyć dużo wysiłku i że miłość do książek ma we krwi, chociaż jest jeszcze za malutka na czytanie, nawet przez rodziców. Ale już niedługo...

A Wy kiedy zaczęliście czytać swoim dzieciom? W jakim były wieku?
Krótka opowieść o Kindlu

Krótka opowieść o Kindlu

kindle

Swojego Kindla mam już... ile to już lat? Cztery? Czy dopiero trzy?... Nie wiem. Nie pamiętam dokładnej daty, kiedy go zamówiłam, ale pamiętam bardzo dokładnie ten moment. I cel. Bo miał mi służyć przede wszystkim na studia - historyk musi czytać duuużo książek, a tak się złożyło, że większość z nich miałam w pdf-ach. Jak sobie pomyślałam, że mam to wszystko drukować, czytać i wydawać na to masę kasy, nie mówiąc już o tym, że musiałabym chyba kupić też trzydrzwiową szafę na trzymanie tych kserówek... to zwątpiłam. I zamówiłam czytnik.

I tak się zaczęła moja przygoda z Kindlem. I z książkami w formie elektronicznej. I przyznam szczerze, że na początku tak naprawdę czytałam ich mało, a czytnik służył mi faktycznie bardziej na studiach. No bo jak tu porzucić papierowe książki, takie pachnące farbą drukarską, albo zniszczone wypożyczone z biblioteki, takie które przeszły przez masę rąk, które mają w sobie tę duszę, tę historię... No jak?

I tak miałam przez te parę lat takie okresy w życiu, że na przemian - raz więcej czytałam książek papierowych, żeby potem kilka pod rząd przeczytać na czytniku. I potem znowu papierowe, głównie z biblioteki, potem znów e-booki... i tak w kółko. W międzyczasie wyleczyłam się również z kupowania każdej książki, którą chciałam przeczytać, bo gdy rozpościerało się przede mną widmo kolejnej przeprowadzki, tym bardziej byłam załamana ich ilością i pytałam sama siebie: jak ja to wszystko poprzenoszę?... Bo książki to chyba jedna z rzeczy, którą przetransportować najtrudniej, bo najcięższa. Więc albo trzeba było poświęcić kręgosłup i dźwigać ciężkie kartony, albo nogi, kursując z mniejszymi pakunkami...

Dążąc do ograniczenia rzeczy wokół siebie zaczęłam ograniczać również książki - głównie te papierowe, kosztem e-booków. Tak, teraz kupuję e-booki, bo to nie tylko łatwiejsze, ale i książkę ma się od razu, zaraz można ją zacząć czytać. Nie trzeba wychodzić z domu. Zajmuje mało miejsca w czytniku, a na półce nie zajmuje jej w ogóle. A czytnik, leciutki i mały, mogę wszędzie zabrać ze sobą - z grubym tomiskiem nie zawsze to było możliwe. Ach! I w końcu mogłam zacząć czytać po angielsku, do czego od dawna się przymierzałam, ale odrzucała mnie od tego skutecznie kwestia zabrania ze sobą również słownika... I, o zgrozo, przerywania co chwila, aby sprawdzić, co znaczy to i owo. Dlatego właśnie książek po obcemu nie czytałam. Prawie w ogóle.

A e-booki mam zawsze przy sobie. Dużo, a nawet wszystkie. Zawsze mogę do nich wrócić, w każdej chwili. Czytając mogę dodać notatkę, myśl, cokolwiek. A już w ogóle bez jakichkolwiek wad jest czytanie w języku obcym, bo słownik też mam zawsze przy sobie - bo w Kindlu. I co najlepsze - nie muszę szukać słów, wystarczy kursor nakierować na nieznane słówko. Bajka.

I dlatego właśnie z biegiem czasu, przez te 3 czy 4 lata, stopniowo przekonywałam się do czytnika, aby w końcu pokochać go miłością bezgraniczną. I bez dwóch zdań to był mój najlepszy zakup ostatnich lat i najlepsza decyzja, jaką podjęłam odnośnie czytania książek.
Niewiarygodne, jak łatwo się o tym zapomina...

Niewiarygodne, jak łatwo się o tym zapomina...

niewiarygodne, jak łatwo się o tym zapomina

Dokładnie tak. Niewiarygodne, jak czasami szybko zapominamy o pewnych rzeczach. Czasem przyszłość (daleka czy bliska) jawi nam się jak jakaś abstrakcja nie z tej ziemi, a za chwilę właśnie tę abstrakcję uważamy za codzienność, a abstrakcją staje się to, co chwilę temu było naszą codziennością.

I właśnie dokładnie tak jest teraz ze mną. Nie wiem, jak to się dzieje, ale dla mnie to jest tak dziwne i niewiarygodne, że nie jestem w stanie tego czasem objąć umysłem.

Trzy miesiące temu moje życie wyglądało jeszcze zupełnie inaczej. Niby byłam w tym samym miejscu, w tym samym mieszkaniu, wśród tych samych osób. I nawet napisałam o tym, że niby po urodzeniu dziecka zmienia się dużo, chociaż cały czas niby jesteśmy tu, gdzie byliśmy. Ale byliśmy zawsze we dwoje. A teraz jest nas już trójka.

I wiecie, że ja naprawdę już nie pamiętam, jak to było we dwójkę?... Albo może inaczej, oczywiście pamiętam, ale jak przez mgłę, jakby to było milion lat temu. Naprawdę. I powiem Wam, że jakoś niespecjalnie za tym tęsknię... Chociaż fakt, od tych prawie trzech miesięcy córka młodej mamie czasem dobrze daje w kość, chciałabym się choć raz porządnie wyspać, bo czasem chodzę jak zombie... chciałabym usiąść z TeŻetem i obejrzeć film od początku do końca bez przerywania co pięć minut, czasem chciałabym zjeść w spokoju późny obiad albo napić się wina do kolacji (a o tym ostatnim to już w ogóle mogę na razie pomarzyć :D), to jednak tego co mam, nie zamieniłabym na nic innego, za nic w świecie.

Coraz bardziej zaciera się we mnie obraz nas we dwójkę, a przeżyliśmy w tę dwójkę siedem lat. I wystarczy taki mały człowieczek na świecie, żeby duży człowiek w jednej chwili zapomniał o tym, co było kiedyś, i zapomniał tak szybko, że nawet trudno to zauważyć.
Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym

Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym


Czasem lubię sięgnąć po książkę, którą nie tylko ja osobiście jestem zainteresowana, ale taką, którą poleca mi ktoś, komu mogę zaufać, a o której w ogóle nie słyszałam wcześniej. O Minimalizmie po polsku Anny Mularczyk-Meyer co prawda coś tam słyszałam, ale w ogóle nie miałam na nią ochoty. Sama nie wiem, dlaczego, bo przecież minimalizmem interesuję się już od jakiegoś czasu. Wystarczyło jednak zdanie, że komuś ta książka zmieniła życie, żeby zapaliła mi się lampka przy tej pozycji i żeby automatycznie wskoczyła na listę "do przeczytania".

Chociaż powiem szczerze, nie spodziewałam się po niej wiele. Po książce Kasi Kędzierskiej Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce oraz obu książkach Joasi Glogazy, Slow life i Slow fashion (o jednej z nich pisałam tutaj, drugą przeczytałam niedawno) doszłam do wniosku, że w kwestii minimalizmu już chyba mało mnie zaskoczy. No i porwie tak, jak wspomniane wyżej książki. Bo uwierzcie, tak lekko się je czyta, ale ktoś zainteresowany tematem je wręcz pochłonie. Teraz jakoś bardziej sceptycznie podeszłam do sprawy.

I co się okazało? Cóż... miałam rację. Książka Anny Mularczyk-Meyer jest dobra, jest fajnie napisana i faktycznie jest w niej ta esencja minimalizmu, którą autorka wykłada nam niemalże jak na talerzu. I gdybym na tę książkę trafiła jako pierwszą, podziałałaby na mnie tak samo jak blog Kasi i jej książka. Los chciał jednak, że to nie na nią trafiłam. Nie wiem, czy żałować, czy nie, chyba nie warto - po prostu obie pozycje są do siebie bardzo podobne, ale Chcieć mniej darzę jednak większym sentymentem, bo znam bloga Simplicite, która zresztą jest dla mnie mistrzem w budowaniu minimalistycznej szafy. Chyba tylko dlatego.

Może faktycznie, nic nowego nie odkryłam i nie dowiedziałam się niczego, czego bym nie znała, ale jednak - bardzo tę książkę polecam, szczególnie osobom, które są zainteresowane ideą minimalizmu, ale jeszcze mają przed sobą jakąkolwiek lekturę na ten temat. Autorka wiele nam w tej kwestii wyjaśni. A potem ewentualnie można sięgnąć po kolejne, szczególnie te wymienione przeze mnie wyżej, bo są świetnym uzupełnieniem Minimalizmu po polsku. Ja przeczytałam, można powiedzieć, na opak, ale i tak mi się podobała... No i czyta się ekspresowo.


Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli