Czym nas kuszą wydawnictwa?

Czym nas kuszą wydawnictwa?


Ostatnio, pewnie po części dlatego, że lato mamy w pełni, wydawnictwa i sklepy kuszą nas promocjami i zniżkami na książki. Nie ma co się dziwić, w końcu w wakacje właśnie czytamy najwięcej :)

Tania Książka jednak bije chyba wszystkich na głowę, bo oto co oferuje czytelnikom: po pierwsze PO TANIOŚCI, czyli książki za 5, 10 i 15 zł - uwaga, ta oferta jest ograniczona czasowo, bo tylko do 20 lipca, czyli tylko jeszcze dziś i jutro, więc warto się pospieszyć, aby upolować coś ciekawego, wystarczy kliknąć w baner:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_11?&url=http%3A%2F%2Fwww.taniaksiazka.pl%2Fpromocje%2Fid-135

Po drugie darmowa dostawa do kiosków Ruchu. Natomiast coś dla fanów Georga R. R. Martina i Gry o Tron, ale też pozostałej fantastyki - do 24 lipca ceny na powieści fantastyczne obniżone są o 35%:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_11?&url=http%3A%2F%2Fwww.taniaksiazka.pl%2Fwinter-is-coming-do-35-na-fantastyke--a-441.html

Księgarnia Gandalf również oferuje nam tańsze książki na wakacje:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_136?&url=http%3A%2F%2Fwww.gandalf.com.pl%2Fopis-promocji%2Fwarto-czytac%2F

Ciekawą ofertę przygotowało również wydawnictwo Samo Sedno - na stronie Virtualo.pl możemy kupić e-booki nawet o połowę taniej. Ze swojej strony bardzo polecam książkę Jak zadbać o własne finanse Marcina Iwucia - naprawdę warto ją przeczytać, i nie tylko ją, bo Marcin prowadzi również świetnego bloga, Finanse bardzo osobiste - ja dzięki niemu nauczyłam się oszczędzać i robić comiesięczny budżet domowy. Promocja ta trwa do 23 lipca:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_12?&url=http%3A%2F%2Fvirtualo.pl%2F%3Ff%3Dcollection_eq%3ASamo%2BSedno

I znowu coś dla fanów fantastyki i e-booków - na Ebookpoint.pl kolejna promocja, książki tańsze nawet o 60%, ale również trzeba się śpieszyć, bo promocja trwa jeszcze tylko dzisiaj:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_32?&url=http%3A%2F%2Febookpoint.pl%2Fpromocja%2F3728

Kolejne wydawnictwo, które obniżyło ceny niektórych e-booków, to Marginesy - na ibuk.pl do 23 lipca nawet do 30% tańsze książki:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_50?&url=https%3A%2F%2Fwww.ibuk.pl%2Fkatalog%2Feksiazki.html%3Flimit%3D50%26sort%3D2%26wydawca%3D1076

 Na sam koniec jeszcze oferta od Ravelo.pl i znowu książki na letnie popołudnia - sprawdźcie sami:

https://go.buybox.click/linkclick_2824_65?&url=https%3A%2F%2Fwww.ravelo.pl%2Fksiazki-na-lato

Powiem szczerze, że ja zwróciłam uwagę głównie na ofertę Samo Sedno, strasznie kusi mnie też Gandalf i Ravelo. A Wam wpadło coś w oko? Skusicie się na którąś z promocji?
I ja nie oparłam się modzie na bullet journal

I ja nie oparłam się modzie na bullet journal


Gotowe kalendarze zawsze mnie ograniczały. Zazwyczaj przeszkadza mi w nich to, że jest za mało miejsca na notatki, a za dużo niepotrzebnych rzeczy, bez których mogłabym wyszczuplić swój kalendarz co najmniej o 1/4. A wierzcie mi, wypróbowałam ich już wiele. Może za wiele, bo jedynym idealnym wyjściem okazało się dla mnie stworzenie sobie takiego samodzielnie. Między innymi dlatego właśnie zaprojektowałam sobie na własny użytek jakiś czas temu własny organizer, który towarzyszył mi przez większość roku 2015 i z którym bardzo się zaprzyjaźniłam. W 2016 roku również przez jakiś czas używałam własnego kalendarza, który pokazywałam Wam tutaj. Ten już był troszkę mniej idealny od poprzedniego, ale też fajnie mi się z nim pracowało.


Potem, po tych własnych diy przeszłam na segregator/filofax. Plusem w nim jest to, że można dowolnie przekładać kartki, bez uszczerbku na niczym. Właśnie dlatego też ten pierwszy również był w segregatorze. To jest chyba dla mnie idealne rozwiązanie. I nic dziwnego, że po takim samodzielnym tworzeniu (chociaż jak pamiętam, takie kalendarze sama robiłam sobie już od dziecka właściwie...) trafiłam w końcu na bullet journal. Bo powiem Wam szczerze: cały czas szukam tego idealnego rozwiązania. Bullet journal jest mi bardzo bliski, bo dopasowany do moich potrzeb. Mało tego - jeśli coś się nie sprawdzi, nie spodoba, albo coś będę chciała zmienić, mogę to zrobić w każdym momencie, nie czekając na koniec miesiąca, albo co gorsza, roku. Ta elastyczność jest tutaj na wagę złota, bo to planner dopasowuje się do mnie, a nie ja do niego. A co jeszcze ważniejsze - aby sobie taki stworzyć potrzebny nam jedynie jakiś zeszyt lub notatnik i coś do pisania.


Nie zwracajcie uwagi na piękne rysunki, banerki, naklejki, nagłówki - wiele osób, gdy szuka informacji o bullet journalu, trafia czasem wręcz na dzieła sztuki i szybko przekonuje się, że to nie dla nich. Moim zdaniem odnaleźć się w bullet journalingu może znacznie więcej osób, gdyby zwróciło uwagę na fakt, że do tego nie potrzeba tych wszystkich upiększaczy i oryginalny system też tego nie uwzględnia. Ja sama czasem lubię sobie stworzyć jakiś fajniejszy nagłówek, na początku nawet robiłam to częściej, szukałam ładnych czcionek do skopiowania, żeby szybko się przekonać, że to nie dla mnie. Ja wolę minimalizm i mój planner (strasznie nie lubię określenia bujo) też jest raczej minimalistyczny. Nie chce mi się w nim rysować, bo zajmuje to dość dużo czasu, nie chce mi się nawet ozdabiać nagłówka, bo po prostu to nie dla mnie. Jest więc prosty, ale właśnie o to chodzi. Wystarczy mi do niego notatnik i zwykły cienkopis lub pióro. Tyle. I jeśli więcej osób się do tego przekona, tym więcej pewnie stwierdzi, że takie planowanie i organizacja jest jak najbardziej dla nich.


A z pięknych zdjęć na Instagramie i Facebooku można po prostu czerpać co jakiś czas inspiracje. Chociaż ja najczęściej zachwycam się po prostu pięknymi notesami, ale na tym się kończy, bo wiem, że to nie jest moja bajka :) Chociaż przyznam szczerze, że to właśnie grupa na FB zainspirowała mnie do stworzenia własnego bullet journala.

A Wy słyszeliście o tej formie planowania? Daliście się porwać modzie na bullet journaling? Czy raczej wolicie tradycyjne kalendarze, albo w ogóle ich nie potrzebujecie? Bo ja bez kalendarza, jakiegokolwiek, jestem jak bez ręki. A zawsze dążyłam do tego, żeby być bardziej zorganizowana. Teraz, przy dwuipółmiesięcznym szkrabie, jeszcze bardziej mi się to przydaje.
O tym, co każdy bloger wiedzieć powinien

O tym, co każdy bloger wiedzieć powinien

poradnik dla blogerów

Kiedyś musiałam trafić na tę książkę, nie wiem tylko, dlaczego tak późno to się stało, w wielu kwestiach za późno... cóż, czasu nie cofnę, mogę za to cieszyć się z tego, że nie trafiłam na nią jeszcze później, bo wtedy ten blog mógłby już nie istnieć... Tak, miałam kilka takich kryzysów w życiu, ale przecież to moje pierwsze "dziecko", nie mogę go tak po prostu porzucić.

A powiem Wam jeszcze, że o Kominku to ja w ogóle wcześniej nie słyszałam. Więc w sumie co tu się dziwić. Dziwnym jednak trafem w ciągu ostatniego miesiąca Kominek i jego blogi przewinęły się gdzieś tam niedaleko mnie kilka razy. Słyszałam wcześniej tylko i wyłącznie o książce Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj, ale kompletnie nie skojarzyłam jej autora z nikim. No bo jak niby, jak nie wiedziałam o istnieniu Kominka?

Nie o tym jednak chciałam napisać. Nawet nie o tym, że ta książka to pozycja obowiązkowa każdego blogera, nie tylko tego, który chce na swoim blogu zarabiać. Może przede wszystkim dla tych, dla których migające banerki na blogu, jaskrawe czcionki na czarnym tle i migające kursory to nic złego. Powiem Wam coś, z czym zgadzam się w stu procentach z autorem tej książki - gdy trafiam na takiego bloga, to zazwyczaj nie spędzam na nim czasu dłużej, niż kilka sekund.

Chciałam jednak zwrócić uwagę na zakończenie tej książki, czyli epilog. Coś, co podobało mi się w niej najbardziej. Historia samego autora, Tomka Tomczyka, okres, zanim jeszcze zaczął pisać Kominka. Przeczytałam ten epilog jednym tchem i muszę przyznać, że dawno nie przeczytałam czegoś tak wartościowego, ważnego dla mnie samej. W ogóle epilog w tej książce mógłby spokojnie być wydany jako oddzielne opowiadanie, chociaż... może nie miało by wtedy takiego znaczenia, gdyby nie cała książka, nie miałoby takiego przebicia, nie wiem. I w sumie autor również jakiejś ważnej prawdy w nim nie odkrywa, nie ujawnia niczego, czego byśmy już nie wiedzieli. A jednak coś w tym tekście jest, co nam uświadamia pewną rzecz: że mimo niepowodzeń, dziwnych spojrzeń otoczenia i braku wiary bliskich w to, że odniesiemy sukces - trzeba wiedzieć, czego się chce i za wszelką cenę do tego dążyć. Nie rezygnować z własnych marzeń tylko dlatego, że inni w nie nie wierzą i z góry spisują na straty. Trzeba iść do przodu, nawet wtedy, gdy wiatr wieje nam w twarz i popycha z powrotem do tyłu. Tylko wtedy nam się uda. Kominek, czyli Tomek Tomczyk jest tego idealnym przykładem.

A całą książkę polecam, szczególnie tym, którzy prowadzą własnego bloga. Bardzo dużo można z niej wynieść.


Czy zemsta naprawdę jest słodka? Idealna - Magda Stachula

Czy zemsta naprawdę jest słodka? Idealna - Magda Stachula

magda stachula

Bardzo  dawno już nie trafiłam na książkę, od której nie potrafiłabym się oderwać. Taką, którą czyta się jednym tchem. Może dlatego, że faktycznie mniej czytam niż kiedyś, kiedy zaczynałam pisać tego bloga, mam inne priorytety, mniej czasu, a ten, który mam, czasem chcę wykorzystać na coś innego. Nadal jednak czytanie jest jedną z rzeczy, które stawiam w swojej codzienności bardzo wysoko. I tym samym cieszę się, że trafiłam na Idealną.

Idealna miała swój najlepszy okres już jakiś czas temu, ja jednak trafiłam na tę książkę dopiero teraz, przy okazji premiery drugiej powieści Magdy Stachuli. I cieszę się, że to jednak Idealną zdecydowałam się przeczytać jako pierwszą. Bo uwielbiam takie debiuty i aż miło, że wśród nich można odnaleźć takie perełki. Naprawdę. Ostatnią książką, nad którą tak się zachwycałam, był chyba Miłoszewski i jego Gniew. I tak się jakoś (chyba nieprzypadkowo) składa, że większość tych naprawdę dobrych książek, które czytam, wychodzi spod pióra naszych rodzimych pisarzy. Nic, tylko się cieszyć :)

Idealna to powieść z czterema różnymi narracjami, co już jest dość nietypowe. Anita to młoda mężatka, żona Adama (drugiego bohatera), oboje starają się od dłuższego czasu o dziecko. Bezskutecznie. Jest też Marta - trudno powiedzieć, kim tak naprawdę jest Marta, bez spojlerów, więc niech zostanie, że po prostu jest i ma w tej historii dość spory udział. I jest też Eryk - artysta. Wiecie, że ja przez pół, a nawet większość książki myślałam, że Eryk to zupełnie inna osoba, niż ta, która nią była w rzeczywistości? Nie wiem, czy to był zamierzony zabieg autorki, czy po prostu ze mną coś nie tak... :) Jestem ciekawa, czy ktoś inny miał podobnie...? 

Cóż, wracając do książki, poszczególne narracje przeplatają się ze sobą przez całą powieść, i szczerze mówiąc sam jej motyw przewodni też jest dość wyświechtany, no bo kolejne małżeństwo, które usilnie stara się o dziecko i nic z tego nie wychodzi... I to prawda, ale jednak... ta książka to zupełnie coś innego, co do tej pory czytałam. Naprawdę. To świetna powieść, chociaż sama do końca nie byłam pewna, do jakiego gatunku literackiego ją mam zaliczyć. Thriller? No może, ale chyba nie do końca... Kryminał? No ale przecież nie ma trupa... Powieść psychologiczna... To na pewno, jakieś elementy tego gatunku można odnaleźć. Nie zmienia to jednak faktu, że zaczynając tę książkę czytelnik naprawdę niewiele się spodziewa, ale szybko przekonuje, że oto dostał dopracowaną w najmniejszym szczególe historię, od której nie można się oderwać, którą się niemalże połyka. Ach, jak ja uwielbiam takie książki! I to zakończenie... Niby najprostsze, niby przypadkowe, a jednak kto by się tego spodziewał?...

Jeśli jeszcze nie trafiliście na książkę Magdy Stachuli, to naprawdę serdecznie Wam ją polecam. Nie ma takich perełek wiele, ale Idealna z pewnością nią jest.


Co zmienia bycie mamą?...

Co zmienia bycie mamą?...


Nie raz słyszałam, jak to dużo się zmienia, gdy się zostaje rodzicem. Że dziecko przewraca świat do góry nogami. Że wszystko się zmienia o 180 stopni...

Dzisiaj, dokłanie 3 minuty po północy, moja córka skończyła dwa miesiące. A ja skończyłam dwa miesiące mamowania. I myślę, że po tych dwóch miesiącach w końcu mogę coś stwierdzić. To, że niekoniecznie wszystko się obraca o 180 stopni po urodzeniu dziecka, ale na pewno zmienia się znacznie. I trochę jednak ten świat wywraca.

Bo jest nas już nie dwójka, a trójka.
Bo niemalże od razu zmieniają się priorytety, dochodzi jeszcze jedna istotka do kochania i troszczenia się. 
Bo nie ma już tyle czasu dla siebie, ale w ogóle się tego nie żałuje - wręcz przeciwnie.

Powiem Wam, że tego, czego się przede wszystkim nauczyłam przez te dwa miesiące, to... wykorzystywać każdą wolną chwilę, czyli wtedy, kiedy dziecko śpi. A moje dziecko nie jest z tych przesypiających cały dzień. Więc jak uda jej się zasnąć, to czasem wręcz nie wiem, za co mam się wziąć: czy pozmywać naczynia, wykąpać się czy usiąść na kanapie i wypić jeszcze gorącą herbatę. Bo za pięć minut mogę o tej herbacie zapomnieć i przypomnieć sobie o niej za kilka godzin. A naczynia w dalszym ciągu będą stały w zlewie niepozmywane... Takie dylematy miałam przez pierwsze tygodnie. Teraz mogę w stu procentach przyznać, że moje dziecko nauczyło mnie organizacji własnego czasu. Że mam więcej rzeczy zrobionych teraz, niż gdy byłam w ciąży i siedziałam sama w domu. Chociaż wiadomo, nie jest tak dzień w dzień. Ale teraz potrafię wykorzystać te pięć minut. Bo wcześniej zazwyczaj mi się nie udawało (czyt. nie chciało).

Nauczyłam się również, że macierzyństwo to nie jest bułka z masłem. A często tak myślałam kiedyś. Nie, wręcz przeciwnie. To ciężka praca, ale taka, którą potrafi wynagrodzić jeden uśmiech. Taka, której nie zamieniłabym na nic innego. Podobnie było z samą ciążą, ale to jest temat na oddzielny wpis.

Nauczyłam się również kochać. I to jest miłość w zupełnie innym wymiarze, niż do tej pory. Miłość matki do dziecka, której do tej pory nie rozumiałam, i nic dziwnego, bo nie sposób tego zrozumieć, jak nie ma się dzieci. Miłość inna, wyjątkowa.

Faktycznie, inaczej się kocha mężczyznę, inaczej rodziców, a jeszcze inaczej dziecko. Ale każda z tych miłości jest jedyna w swoim rodzaju.

I nauczyłam się też... bać. Bać, że coś się stanie mojej rodzinie, TŻ-owi, mojej córce, mi... W końcu jesteśmy teraz rodziną, już nie parą, gdzie każdy nadal chodził czasem własnymi ścieżkami... Teraz idziemy wspólnie, całą trójką, tą samą drogą. I boję się o nich. Zwyczajnie.
Czas leci nieubłaganie...

Czas leci nieubłaganie...


Trudno uwierzyć, że minęło już tyle czasu... Czasami nie wiadomo, gdzie ten czas ucieka, bo mija, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo mamy wrażenie, jakby stał w miejscu.

Jednak sporo przez ten czas zastanawiałam się, co zrobić z tym blogiem. Kiedyś sprawiał mi wielką frajdę, teraz sama nie wiem, co do niego czuję. Czasami mam ochotę już sobie dać z tym spokój, bo w moim życiu są teraz ważniejsze rzeczy, są priorytety, a na drugim miejscu dopiero własne widzimisię i zachcianki. A ten blog nie wiem, czy w ogóle do którejś z tych grup się zalicza. Czasem jednak mam wielką ochotę tutaj wrócić, znowu zacząć pisać, śledzić co u Was (czasem nadal to robię, chociaż rzadziej)... I nie wiem. Stoję na rozdrożu i nie wiem, którą drogą pójść, czy mi się opłaca i co mi w ogóle to da. Nie wiem i nadal się zastanawiam.

Jedno wiem: czas naprawdę leci nieubłaganie. Ostatni wpis zrobiłam tutaj we wrześniu zeszłego roku, a w tym czasie moje życie obróciło się niemalże o sto osiemdziesiąt stopni.

Zostałam mamą. Mamą cudownej Izy. Mojego kochanego dziecka.

Sama jeszcze nie wierzę w to wszystko, bo zawsze się zarzekałam, że jak dzieci to nie ja, a w ogóle kwestia porodu to było dla mnie jedno wielkie przerażenie w oczach, więc nie, podziękuję.
A tu los tak potrafi płatać figle.

A co najlepsze: gdy tylko zobaczyłam te dwie kreski na teście, wiedziałam, że chcę zostać mamą. Moje postrzeganie w tym temacie zmieniło się dosłownie w jednej chwili. I jestem najszczęśliwszą mamą na świecie.

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli