Podsumowanie wyzwania fotograficznego

Podsumowanie wyzwania fotograficznego

podsumowanie

Niecałe trzy tygodnie temu, gdy na blogu Jest Rudo Natalia opublikowała wpis z kolejnym wyzwaniem fotograficznym, przeczytałam, pomyślałam chwilę i... wyciągnęłam swój aparat fotograficzny :) Do tej pory przypominałam o nim sobie tylko wtedy, gdy z TeŻetem gdzieś jechaliśmy, bardziej chyba z obowiązku go brałam, bo fajne zdjęcia przecież można robić też telefonem. I to właśnie telefon towarzyszy mi na co dzień przy robieniu fotek. Przyznam się wam szczerze do czegoś: nie lubię aparatów fotograficznych. I z moim jest podobnie - nie lubiłam go, bo nie umiałam i nie umiem robić nim zdjęć. Aż wstyd się przyznać do tego, że nigdy, tak, NIGDY nie przestawiłam w nim nic, a do niedawna nawet nie wiedziałam, że można :) I dziwiłam się, dlaczego mi zdjęcia nie wychodzą...

Wyzwanie Natalii sprawiło, że wyciągnęłam ten aparat, który mam już dobre kilka lat, siadłam do komputera i pierwsze co zrobiłam, to poszukałam w necie jego... instrukcji obsługi. I nagle mnie olśniło. Że niekoniecznie muszę robić zdjęcia na ustawieniach automatycznych, że sama sobie mogę ustawić wartości przesłony, iso i takich tam różnych rzeczy, o którym miesiąc temu nawet nie słyszałam i moje ulubione: zdjęcia makro :) Ja po prostu uwielbiam oglądać zdjęcia w maksymalnym przybliżeniu, ale robienie ich było dla mnie nieosiągalne. Bo myślałam, że mam zły aparat, który się do niczego nie nadaje. A tu taka niespodzianka, bo tym moim zwykłym kompaktem, uwaga: da się!

Zawsze uważałam, że nie potrafię robić fajnych zdjęć. I żeby nie było: nadal tak uważam :) Dlatego właśnie od jakiegoś czasu myślałam, żeby nad tym trochę popracować. Nauczyć się robić zdjęcia lepsze technicznie, ale i popracować nad kreatywnością i znaleźć wokół siebie coś, co chociaż nie zawsze wydaje się fotogeniczne, to przynajmniej spróbować pokazać to w innym świetle. Wyzwanie Natalii spadło mi więc jak z nieba. Pomyślałam: a tam, co mi szkodzi, spróbuję!

Nie sądziłam, że udział w tym wyzwaniu będzie naprawdę dla mnie wielkim wyzwaniem. Wielkim. Po pierwsze nadal jeszcze przez te trzy tygodnie nie nauczyłam się robić zdjęć w ciemnym pomieszczeniu. Że takim wyzwaniem będzie w ogóle zrobienie jakiejkolwiek fotki w świetle dziennym, bo w mieszkaniu cały czas jest po prostu ciemno - taki mamy teraz czas i pogodę. Po drugie ograniczona czasowo przy małym szkrabie nie zawsze to zdjęcie mam czas zrobić, nawet gdy mam nie nie pomysł. A po trzecie nadal ćwiczę swoją kreatywność, ale nie wiedziałam, że to będzie taaaakie trudne. Że czasem zwyczajnie mi brak pomysłu... O wiele lepiej idzie mi, gdy mam obiekt do fotografowania (czytaj: dziecko) i zresztą fotografowanie Izy sprawia mi chyba największą frajdę. A potem zamykanie tych zdjęć w albumie, o czym pisałam tutaj. Z innymi rzeczami jest problem.

Ale skoro podjęłam się tego, bardzo zależało mi na tym, żeby nie zawalić. Bardzo. Więc przedstawiam wam to, co udało mi się stworzyć. Zarówno aparatem, jak i telefonem. I wiem, że moim zdjęciom jeszcze wieeeele brakuje, ale mam zamiar ćwiczyć dalej. Ja swojego aparatu dopiero zaczęłam się uczyć i mam nadzieję, że będzie mi to szło coraz lepiej :) 

Poza domem

Jedno z moich ulubionych zdjęć zrobione przypadkiem, telefonem, wręcz w polowych warunkach, ale może dlatego ulubione...

poza domem


Gdy zajdzie słońce

Zastnawiałam się długo, czy nie wyjść po zmroku z domu i coś cyknąć, ale... w końcu wymyśliłam coś innego...

gdy zajdzie słońce


Aromaty jesieni

I mój ukochany wrzos...

aromaty jesieni


Blisko

Od początku wiedziałam, że dla mnie "blisko" to nie będzie zdjęcie zrobione z bliska :D Tylko coś zupełnie innego...

blisko


Dzień dobry

i dzisiejsze wschodzące słońce...

dzień dobry


W deszczu

Uczę się robić zdjęcia makro, bo zawsze je uwielbiałam, tylko nie miałam pojęcia, że ja też w ogóle mogę i że nie jest to takie trudne, na jakie wygląda...

w deszczu


I to by było na tyle na razie. Jak widać nie podjęłam wszystkich tematów, trochę z braku pomysłu, trochę z braku czasu. Chociaż te zdjęcia to zwykłe zdjęcia i wiele im brakuje do tego, żeby były jako takie, to jednak ta zabawa dała mi sporo frajdy, o dziwo :) I chyba ten aparat będę teraz wyciągać częściej, muszę tylko bardziej zgłębić jego tajniki :)





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Moje ulubione podcasty i czy w ogóle warto ich słuchać

Moje ulubione podcasty i czy w ogóle warto ich słuchać


Do podcastów od dłuuugiego czasu przymierzałam się jak pies do jeża. Jakoś nie byłam przekonana, nie wiedziałam, z czym to się je, a poza tym błędnie myślałam, że muszę coś zainstalować w telefonie, żeby ich słuchać, bo inaczej się nie da.  Wszystkie te moje przekonania były błędne, a teraz żałuję, że tak długo z tym zwlekałam. Bo dopiero teraz, na urlopie macierzyńskim, szukając jakichś sposobów na to, żeby jak najlepiej wykorzystać czas, robiąc coś w domu, przypomniałam sobie o podcastach, bo przecież to jest idealne rozwiązanie na to, aby troszkę wydłużyć swoją dobę. Bo można robić dwie rzeczy naraz :) No i przede wszystkim wiele się nauczyć, nie wkładając w to najmniejszego wysiłku.

Przedstawiam Wam dzisiaj listę czterech moich ulubionych podcastów, bo często o to pytacie :)

Finanse bardzo osobiste

Słuchanie podcastów zaczęłam właśnie od audycji Marcina. Na jego bloga trafiłam kiedyś przypadkiem, szukając bodajże jakichś inspiracji odnośnie kalkulatora budżetu domowego. I przepadłam na jego blogu, czytając artykuły niemalże od deski do deski. Dziwne jest to, że to na jego bloga trafiłam wtedy, a nie np. na bloga słynnego Michała Szafrańskiego... O Michale i jego podcaście będzie jednak dalej :) Któryś z odcinków podcastu Marcina to był właśnie ten pierwszy raz, kiedy przesłuchałam w ogóle jakiś podcast. I pomyślałam, że to fajna rzecz... I wtedy też zaczęłam szukać dalej.

Mała Wielka Firma

Do Małej Wielkiej Firmy również trafiłam poprzez podcast Marcina, gdy robił wywiad z jego autorem, Markiem Jankowskim. I... właśnie wtedy na dobre przepadłam, jeśli chodzi o słuchanie podcastów. A że jego tematyka bardzo ściśle wiąże się z tym, co mnie ostatnio bardzo interesuje (jest to podcast typowo biznesowy, ale powiedziałabym, że idealny dla początkujących przedsiębiorców i małych firm), był czas, że słuchałam odcinków Marka niemalże jeden za drugim. Marek Jankowski robi naprawdę bardzo ciekawe wywiady, poza tym zna się na tym, co robi, a podcast prowadzi już naprawdę długo. Nadal, przeglądając spis odcinków, znajduję tam coś, co warto byłoby posłuchać, a czego jeszcze nie znam.

Po nitce Ariadny

Do Ariadny trafiłam natomiast za sprawą rekomendacji. Czytałam o jej podcaście na innych blogach, ale jakoś nie po drodze mi zawsze było do jej audycji. Pamiętam, że kiedyś, kiedy próbowałam się przekonać do podcastów, włączyłam jakiś jej odcinek, ale szybko wyłączyłam, sama nie wiem, dlaczego. Wróciłam dopiero wtedy, kiedy już wiedziałam, czego mogę się spodziewać po podcastach w ogóle, a tematyka znowu świetnie się wpisała w moje zainteresowania (głównie o przedsiębiorczych kobietach i biznesach online). Z Ariadną poszło szybko przesłuchanie tego, co mnie interesowało, bo ma stosunkowo mało nagrań. W tej chwili już chyba mam przesłuchane wszystko, ale lubię wracać do jej podcastów.

Więcej niż oszczędzanie pieniędzy

Podcast Michała Szafrańskiego wiedziałam, że istnieje, ale przypomniałam sobie o tym dopiero wtedy, kiedy wpadłam w ich słuchanie po uszy. I powiem Wam szczerze, że to jest chyba mój ulubiony podcast jak do tej pory :) Co dziwne, nadal mi nie po drodze na bloga Michała (tematyka bloga jest bardzo zbliżona, jak nie taka sama, jak bloga Marcina Finanse bardzo osobiste), tutaj zdecydowanie wolę Marcina. Ale muszę przyznać, że Michał nagrywa po prostu świetne podcasty. Nie tylko o finansach, ale też na tematy rozwoju osobistego, własnej firmy... Już nie wspominając o tym, że jego po prostu świetnie się słucha i trudno przestać, ma po prostu idealnie stworzony do takich rzeczy głos. Dla samego tego głosu warto posłuchać.


Ja wybrałam te cztery, jako moje ulubione i regularnie słuchane, ale podcastów jest naprawdę cała masa na różne tematy w języku polskim, a jak ktoś zna język angielski, może wybierać i wybierać jeszcze więcej :) Można nawet uczyć się angielskiego poprzez podcasty. I nie tylko angielskiego. To jest po prostu świetna rzecz, a co najważniejsze, nie trzeba mieć na ich słuchanie jakiegoś specjalnego czasu. Ja ich słucham głównie na spacerach z Izą, ale też w domu, gdy np. gotuję obiad, sprzątam czy robię masę innych rzeczy, gdzie mogę podzielić swoją uwagę. Więc nie przekonują mnie wymówki typu: ale ja na podcasty nie mam czasu... Nie musisz mieć. Możesz słuchać w kolejce w sklepie, w autobusie, podczas gotowania czy różnych innych czynności. Z tym jest nawet łatwiej niż z czytaniem książek, bo książka wymaga od ciebie uwagi. Tutaj można robić dwie rzeczy naraz, a czasem nawet trzy i nie jest to żadnym problemem.

Poza tym podcastów można słuchać zarówno na komputerze, jak i telefonie. Do tego drugiego są specjalne aplikacje, najpopularniejsze to iTunes albo Stitcher. A ponieważ ja mam telefon z Windows Phone (swoją drogą chyba będę musiała to kiedyś zmienić...), polecam aplikację Podcasts! - wypróbowałam kilka, ale ta najbardziej mi odpowiada.

W planach mam jeszcze podcast Oli Budzyńskiej, może nie wszystkie odcinki, ale ma kilka, które mnie interesują.

A Wy słuchacie podcastów? Może coś innego polecicie oprócz tych czterech? W ogóle jeśli chodzi o polecenia, to polecam też grupę na Facebooku W ruchu słucham podcastów - tam też można fajne rzeczy znaleźć.
A może macie dopiero w planach słuchanie? Albo z jakichś powodów Wam nie po drodze? Nie jesteście przekonani? Z chęcią się dowiem, co na ten temat myślicie :)




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Mój Project Life - dziecko w albumie

Mój Project Life - dziecko w albumie

dziecko w albumie

Album z pierwszego roku życia dziecka miałam w planach już od bardzo dawna. W zasadzie wiedziałam, że on powstanie, już wtedy, gdy dowiedziałam się, że rodzina nam się powiększy. I że powstanie właśnie w formie Project Life. Zakochałam się w tej formie albumowania już jakiś czas temu, najpierw oglądając zdjęcia dziewczyn z zagranicy, potem te, które co chwila wstawia ktoś na grupie na facebooku. I po prostu przepadłam. Ale jakoś nie mogłam długo się zebrać do tego, żeby powstał album wcześniej, z naszej wspólnej z TŻem codzienności... 

Dopiero pojawienie się na świecie małego szkraba, przewracając wszystko do góry nogami, w końcu mnie do tego zmobilizowało. A właściwie wcale nie musiało mobilizować, bo jak rozkładam ten album, to po prostu robię to z czystą przyjemnością i nie ma nic bardziej relaksującego, jak uzupełnianie kolejnych stron. Czasem nie mogę się tego doczekać :)

dziecko w albumie

Praca nad takim albumem troszkę też zweryfikowała moje oczekiwania i plany :) Na początku myślałam sobie: A tam, to mi nie będzie potrzebne, wystarczą nożyczki, czysta kartka, ect... Nie będę jednak ukrywać, że dużo rzeczy kupiłam dlatego, że po prostu ułatwiają pracę nad albumem (czyt. życie :P), a bez nich ten album jeszcze pewnie długo by nie powstał :) Albo przynajmniej nie wyglądałby tak, jak wygląda teraz. A ja nie dość, że jestem wygodna i lubię ładne rzeczy, to jeszcze dodatkowo czasami chcę tu i teraz, bez czekania.

dziecko w albumie

Uwielbiam patrzeć na te zdjęcia. Uwielbiam otwierać ten album tylko po to, żeby pooglądać sobie te fotki i przypomnieć, jaka była moja córa te kilka miesięcy temu, jak się urodziła, jak rosła... Z każdym kolejnym zdjęciem widać, jak to wszystko i szybko się zmienia... Bez tych fotek nie byłoby tego, bo o takich rzeczach bardzo szybko się zapomina... Może i robimy od czasu do czasu zdjęcia, ale zazwyczaj leżą sobie potem zapomniane w jakimś bliżej nieoznaczonym folderze na dysku w komputerze. Kto potem do tego wraca? Albo jak często? No powiedzcie?

dziecko w albumie

Wywoływanie zdjęć i zamykanie ich w takich albumach ma w sobie magię i przede wszystkim nie pozwala zapomnieć. Dla mnie to jest bardzo ważne, jeszcze ważniejsze właśnie teraz, kiedy Iza jest na świecie. Chociaż może Project Life to nie jest hobby tanie, to nie żałuję żadnej złotówki wydanej na te dodatki. Bo to ogromna inwestycja w to, żeby te ważne chwile nie uciekły w zapomnienie :)

dziecko w albumie

Róbcie swoje albumy. Róbcie albumy swoim dzieciom, fotografujcie swoją codzienność, a potem koniecznie te zdjęcia wywołujcie, żeby nie tkwiły zapomniane na dyskowych folderach! Bo te chwile warte są o wiele więcej i na więcej zasługują :)





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

18 na 2018 - wyzwanie

18 na 2018 - wyzwanie

wyzwanie 18 na 2018

Zbliża się właśnie koniec 2017 roku. A pamiętam, jak na początku roku zastanawiałam się, czy ten rok zleci szybko czy wolniej, czy będę miała czas na to, aby cieszyć się chwilą, czy jednak będzie tyle obowiązków i zajęć, że nie będę miała na to czasu. Ten rok jest dla mnie wyjątkowy, głównie ze względu na to, że rok temu o tej porze jeszcze byłam "sama". W maju wszystko przewróciło się do góry nogami, ale już teraz wiem, że ten rok będzie najlepszym rokiem mojego życia.

A pamiętacie jeszcze o swoich postanowieniach noworocznych? Dam sobie rękę uciąć, że większość ludzi, którzy sobie takowe wyznaczyli, zapomniała o nich już w lutym :) U mnie to jest tak, że ja do tych swoich celów od czasu do czasu wracam w ciągu roku. Zawsze mam je gdzieś spisane i zawsze co jakiś czas zerkam. Mimo że jest jeszcze półtora miesiąca na ich realizację, wiem, że nie zdążę ze wszystkim. Ale warto byłoby choć trochę wyjść z tego roku zadowolonym i spełnionym, prawda? I właśnie dlatego powstało wyzwanie 18 na 2018, podpatrzone przeze mnie na blogu Eweliny Mierzwińskiej, a które moim zdaniem świetnie się wpisuje w zakończenie roku. Bo warto byłoby zrobić jeszcze cokolwiek, zanim ten rok się skończy i mieć jeszcze większą satysfakcję ze zrealizowanych zadań, a w nowy rok wejść z lżejszym bagażem, prawda?

Dlatego zachęcam do dołączenia do wyzwania, bo moim zdaniem to bardzo fajny pomysł, który daje naprawdę sporego kopa do działania. To jak, kto się przyłączy?

Co ja chciałabym zrobić przed końcem 2017 roku i mieć z głowy w roku następnym?
  1. Zrobić porządek z książkami (przede wszystkim wynieść do biblioteki, ewentualnie sprzedać, a zostawić tylko to, co faktycznie chcę zostawić).
  2. Uporządkować ubrania w szafie i oddać te, w których nie chodzę i nie będę chodzić.
  3. Analogicznie zrobić porządek z butami.
  4. Uporządkować dokumenty, wyrzucić co już niepotrzebne.
  5. Pochować za małe ubranka Izy i zrobić miejsce dla nowych.
  6. Powiesić w końcu zdjęcia w sypialni.
  7. Jak najczęściej wychodzić z Izą na spacery.
  8. Nadrobić zaległości w Project Life.
  9. Wywołać zdjęcia z siódmego miesiąca Izy w grudniu i zaktualizować album.
  10. Skończyć sweterek dla małej, który zaczęłam robić na drutach.
  11. Przeczytać zaległe książki - a jest ich sporo na czytniku i na półce :)
  12. Wziąć udział w wyzwaniu fotograficznym.
  13. Pomyśleć do końca listopada nad prezentami na święta, żeby w grudniu już mieć z tym spokój.
  14. Zaplanować zawodowo przyszły rok.
  15. Zrealizować plany zawodowe, które sobie postawiłam jeszcze w tym roku (drobne rzeczy, ale istotne).
  16. Zaplanować działania na blogu na pierwsze miesiące 2018 roku.
  17. Skończyć kurs, który zaczęłam jakiś czas temu.
  18. Pomyśleć o swoim zdrowiu i umówić się w końcu do lekarza.

Mam nadzieję, że pod koniec roku będę mogła odhaczyć wszystko, co się tutaj znajduje, jako zrealizowane, bo wybrałam takie cele, które są jak najbardziej możliwe do zrealizowania i na które znajdę czas. Myślę, że jest to do zrobienia, co o tym myślicie? A może ktoś się dołączy?





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Zakupy do bullet journal, planera, organizera - co warto kupić na AliExpress?

Zakupy do bullet journal, planera, organizera - co warto kupić na AliExpress?

bullet journal

Te osoby, które na AliExpress poruszają się już niemalże z zamkniętymi oczami (jak ja :P) wiedzą zapewne, że jutro, tj. 11.11, jak co roku AliExpress ma wielką wyprzedaż. Powiem Wam szczerze, że ja osobiście nigdy z niej nie korzystałam, bo zazwyczaj po prostu nie miałam potrzeby kupowania, a kupowanie tylko dlatego, że ceny są obniżone, moim zdaniem nie ma najmniejszego sensu. Ale nie ukrywam, że moją słabością zawsze były artykuły papiernicze, wszystko co jest związane z planowaniem, wszelkie cienkopisy czy akwarele. Zawsze jednak dwa razy pomyślę (albo i trzy) zanim coś kupię, ponieważ mój planner zrobił się ostatnio mocno minimalistyczny (zresztą pisałam o tym tutaj i tutaj), a ja po prostu bym tego wszystkiego nie używała. Mnie wystarczy do szczęścia pióro lub cienkopis i notes. I tyle. Nie mam czasu, a czasem i ochoty, na ozdabianie.

Wiem jednak, że niektórzy w Was lubią spróbować czegoś więcej. Czasem nakleić gdzieś jakąś washi, czasem coś dorysować. Ja również lubię ładne rzeczy, pod warunkiem, że mi służą. Ponieważ więc już jutro wielkie święto zakupoholików na AliExpress, mam dla Was kilka linków do tego, co warto kupić do bullet journala czy wszelkich innych planerów. Wszystkie rzeczy są sprawdzone, bo albo ja osobiście je posiadam, albo widziałam, pomacałam i po prostu wiem, że warto i że mogą Wam się przydać. 

1. Taśmy washi

aliexpress
Washi 1 | Washi 2 | Washi 3 | Washi 4 | Washi 5 | Washi 6 | Washi 7

AliExpress to jest wręcz królestwo tych taśm. Nigdzie indziej nie znalazłam tańszych, u nas w kraju są po prostu drogie. Czasem można znaleźć jakąś okazję, promocję, ale nie oszukujmy się, zdarza się to naprawdę rzadko. Ja miałam okres, że byłam naprawdę zakochana w washi, mam ich trochę w swoich zbiorach, ale obecnie używam rzadko. Przestałam je więc namiętnie kupować. Ale i tak je lubię, bo szybko można odmienić wygląd jakiejś nieciekawej strony, coś zaznaczyć, coś ozdobić. Teraz częściej wykorzystuję je do Project Life'a, ale i w bullet journalu coś się zdarzy.
Powyżej macie sprawdzone linki, ale warto poszukać też innych wzorów, bo tak jak napisałam, Ali to ich królestwo i w dodatku można je tam dostać za grosze.

2. Wkłady do planerów

aliexpress
Wkład nr 1 | Wkład nr 2

Ja ostatnio swój bullet przeniosłam do segregatora, a raczej plannera z Project Planner, który kupiłam już ze dwa lata temu. Ostatnio świetnie mi się w nim planuje. Ale... trzeba mieć na czym. Zauważyłam jednak, że z wkładami do plannerów jest taka sprawa, że warto wcześniej sprawdzić, czy taniej nie dostaniemy czegoś w Polsce. Bo ceny bardzo często są porównywalne, albo i większe. To samo tyczy się notatników na Ali. Nie warto przepłacać, a w kraju i wysyłka będzie szybsza. No chyba, że na czymś naprawdę Wam zależy :)

3. Przekładki do planerów

aliexpress
Przekładki

Tyczy się osób, które tak jak ja, planują w segregatorach. Ja wręcz zakochałam się w tych przekładkach, a że czegoś takiego swego czasu mi brakowało, to bez zastanowienia je zamówiłam. Są nie tylko piękne, ale i praktyczne, bo się nie niszczą, dostępne w co najmniej dwóch wielkościach, a od tego sprzedawcy przekładki dostałam, jeśli dobrze pamiętam, po dwóch tygodniach. Więc można by powiedzieć: ekspresowo. 

4. Cienkopisy i brushpeny

aliexpress
Microny | Brushpen

Jeśli chodzi o cienkopisy, pokusiłam się tylko i wyłącznie raz: na Microny. Chorowałam na nie długo, zastanawiałam się, czy kupić w Polsce, czy tam, w końcu kupiłam tam. Nie żałuję, bo są dobre, nie rozlały się (na to trzeba uważać, zamawiając je na Ali i w razie czego reklamować) i służą mi do teraz. Brushpenów jeszcze nie zamawiałam, ale kuszą mnie te ze zdjęcia i to chyba będzie jedyna rzecz, którą jutro sobie zamówię. Bo również od dawna mam na nie ochotę - a raczej na piękne nagłówki w moim planerze :)

5. Okładki na planery

aliexpress
Okładki

Pamiętam, jak był taki czas, gdy szukałam ładnej okładki na swój kalendarz. Miałam na oku Project Planner, ale bardzo chciałam kupić coś tańszego, bo moim zdaniem te pierwsze kosztują naprawdę milion monet. Ach, gdybym ja wtedy wpadła na to, żeby poszukać na AliExpress... Ostatecznie kupiłam PP, i absolutnie nie żałuję, ale może ktoś z Was szuka jednak czegoś tańszego? Sama nie posiadam, ale widziałam i prezentują się naprawdę nieźle, dobrze służą właścicielce już dobry kawałek czasu. Na Ali jest ich sporo, powyżej wybrane oferty.

***********
Oczywiście trzeba pamiętać o kilku rzeczach. Przede wszystkim o tym, że przesyłka z Chin idzie długo, zwykle do dwóch miesięcy, rzadko nawet dłużej (chociaż mi samej nigdy się to nie zdarzyło, a często normą są 3, 4 tygodnie). Zakupy 11 listopada mają podobno też to do siebie, że sprzedawcy lubią podnosić wcześniej swoje ceny, żeby 11.11 je obniżyć. Dlatego wcześniej warto śledzić ceny tego, co nas interesuje, np. wrzucając produkty na listę życzeń. Chodzą też słuchy, że przesyłki z 11 listopada potrafią iść jeszcze dłużej, niż zwykle - ja nie mam z tym doświadczenia, poczekamy, zobaczymy. Warto jednak pamiętać o okresie ochronnym i poprosić Majfrienda o przedłużenie w razie opóźnienia. Zwykle nie ma z tym problemu.

Ciekawa jestem, czy sami robicie zakupy na AliExpress? Kupujecie coś konkretnego? I czy macie jakieś plany z tym związane na jutrzejszy dzień? Ja, tak jak pisałam, mam w planach tylko i wyłącznie jedną rzecz, ale bardzo możliwe, że mój TŻ mnie zaatakuje, bo ostatnio jego ulubioną rozrywką jest oglądanie akcesoriów wędkarskich na Ali :D Ale AliExpress to naprawdę studnia bez dna, jeśli chodzi o artykuły papiernicze i piśmiennicze :) Do bullet journala na pewno można tam znaleźć sporo przydatnych rzeczy. Skusicie się?

I jeszcze jedna istotna informacja: za zakupy na AliExpress można dostać % zwrotu, jeśli kupujecie poprzez Refunder, a jeszcze dodatkowo otrzymacie 10 zł zwrotu, jeśli zarejestrujecie się z tego linku - naprawdę polecam, bo dlaczego z tego nie skorzystać, jeśli jest taka okazja, prawda?





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Linki miesiąca #2, czyli na co natrafiłam w sieci w październiku

Linki miesiąca #2, czyli na co natrafiłam w sieci w październiku

linki miesiąca

Jeśli mam być szczera, to październik był miesiącem, który mało obfitował w siedzenie na blogach i w ogóle w internecie. Tzn. to ostatnie na pewno było, ale bardziej pod względem pracy i planowania dalszych jej kroków, niż wyszukiwania ciekawych artykułów. Blogów też nie czytałam wiele. Mam grono swoich ulubionych na Bloglovin i tego się staram trzymać, czasem wpadnie coś ciekawego w moje oko i wtedy czasem taki blog również ląduje na liście do obserwowania. Staram się powoli odzwyczajać od obserwowania na Bloggerze na rzecz Bloglovina właśnie. Jakoś bardziej mi odpowiada ta platforma. Mnie możecie obserwować tutaj.

Jednak kilka ciekawych rzeczy znalazłam, co potwierdza poniższa lista. Z tym, że uprzedzam, że jest to zbiór tego, co mnie osobiście zaciekawiło, ale może ktoś z Was też znajdzie coś dla siebie :)

To jest temat, który mnie od dawna interesuje i u mnie ściśle wiąże się z ideą capsule wardrobe. Bardzo chciałabym w końcu znaleźć taki naprawdę mój styl, moją kolorystykę. Jestem na naprawdę dobrej drodze do tego, a takie wpisy dodatkowo mi w tym pomagają. No i dochodzę do wniosku, że mój ukochany granat jak najbardziej jest moim kolorem. Maria fajnie opisuje to, jak znaleźć idealne dla siebie kolory na podstawie szali, jak je dobrać, jakie kolory nam służą: ciepłe czy zimne, jasne czy ciemne? W ogóle warto sobie przejrzeć jej wpisy, mnie zainteresowały najbardziej właśnie te dotyczące analizy kolorystycznej.

Był czas, że faktycznie planowałam sobie menu - głównie wtedy, gdy mieszkałam jeszcze sama - i w zasadzie sama nie wiem, dlaczego od tego odeszłam. Bo to dużo łatwiejsze, bo nie zastanawiasz się: A co by tu dzisiaj zrobić na obiad? Bo masz wszystkie produkty w szafce lub lodówce i nie martwisz się o to, że czegoś brakuje. W końcu - oszczędzasz pieniądze. To ostatnie sprawdzone przeze mnie na własnej skórze, bo planując, wydawałam mniej, miałam wszystko pod ręką, a zakupy robiłam z głową. Kasia na nowo zmobilizowała mnie do tego, żeby to menu znowu zacząć planować, robić listę zakupów i tylko nie mogę się jeszcze przekonać do zakupów online. Tzn. ja jestem ich fanką i zawsze byłam (bo nie tracę czasu na stanie w kolejkach, a wszytko mi przynoszą praktycznie pod nos), ale mój TŻ jakoś nie jest i przekonać go nie można. Mimo wszystko jednak planowanie posiłków od tego wpisu weszło w moje życie. Jeszcze nie w krew, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu.

Pamiętam, jaka ja byłam przerażona kwestią porodu. Zawsze. A im bliżej było, tym bardziej nie potrafiłam sobie tego wyobrazić, chociaż starałam się, żeby moje podejście było pozytywne. Ale żadne poradniki, żadne artykuły w internecie nie potrafiły mnie specjalnie uspokoić i powiedzieć: będzie dobrze. Sama musiałam sobie to wmawiać, im bliżej tego dnia, tym częściej. Szkoda, że Edyta nie stworzyła tego wpisu wcześniej, na pewno moja głowa byłaby spokojniejsza. Wszystkim przyszłym mamom to polecam, szczególnie tym, którzy będą przechodzić przez to pierwszy raz. Teraz, po, wszystko łatwiej się pisze, ale poród to naprawdę nie jest nic strasznego, trzeba tylko zadbać o pewne rzeczy.

Dlaczego? Bo tak. I ja po prostu uwielbiam tę odpowiedź. Te dwa krótkie słowa to cała esencja tego wpisu, więc w sumie już nie trzeba czytać, ale i tak zachęcam. Lubię tego bloga za to, że pokazuje to, jak jest naprawdę, ale z odrobiną humoru. A ten post jest mi szczególnie bliski i zgadzam się z nim w stu procentach. Kto śledzi mojego bloga regularnie wie, dlaczego tematy okołomacierzyńskie itp. pojawiły się na moim blogu :) Więc czasem nie ma rady na to, że wrzucę tu jakiegoś linka :)

Jakoś nie mogę od jakiegoś czasu zebrać się i faktycznie zminimalizować swojej kosmetyczki. Oddać siostrze nieużywane cienie do powiek, zostawić faktycznie to, czego używam. Bo używam naprawdę niewielu kosmetyków, a kilka zasad Kameralnej już dawno wprowadziłam w swoje życie. I polecam, naprawdę. Jakoś tak od razu lżej się robi w głowie i na półce w łazience :)

Na koniec moja perełka - nie wiem, jak to znalazłam, ale tam naprawdę można napisać list do siebie w przyszłości. I ten mail faktycznie dojdzie, przynajmniej tak tam piszą :) Strasznie mnie kusi, żeby coś napisać, zapomnieć i być może za rok, za trzy albo pięć lat przeczytać coś, o czym kompletnie zapomniałam i sprawdzić, czy to co sobie zakładałam, że zrobię w ciągu tych kilku lat, faktycznie doszło do skutku :)

To jak, piszemy maila do siebie za kilka lat? Kto jest ze mną? :) A może coś innego Cię zaciekawiło? Albo dasz linka w komentarzu do czegoś, co mnie może zainteresować?...





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Przegląd książkowy #2: co mi towarzyszyło podczas ostatnich jesiennych wieczorów

Przegląd książkowy #2: co mi towarzyszyło podczas ostatnich jesiennych wieczorów

przegląd książkowy

Jesienne wieczory są teraz moją ulubioną porą dnia, kiedy po całym dniu, czasem zmęczona do nieprzytomności, czasem mniej, mogę w końcu wziąć czytnik lub książkę w rękę i poczytać. Czytam, czasem więcej, czasem mniej, ale staram się, żeby to było moim codziennym, wieczornym nawykiem - przeczytanie chociaż tych kliku stron. Po intensywnie spędzonym dniu z córką miło jest odpocząć przy dobrej powieści.

Co czytałam ostatnio? Zamiast pojedynczych recenzji postanowiłam dla Was zebrać tym razem kilka, w jednym poście. Będę takie przeglądy robić częściej, bo chyba łatwiej mi się pisze o książkach w ten sposób, a i Wam łatwiej z pewnością będzie się czytać takie małe podsumowania, i łatwiej przekonać się do przeczytania czegoś, nie tracąc czasu na czytanie całych długich recenzji... Prawda?


Zanim się pojawiłeś, Jojo Moyes

Od początku strasznie byłam nieprzekonana do tej książki. Zniechęciła mnie do niej osoba, której w ogóle się nie podobała. Jednak przez ten długi czas, odkąd książka była na rynku, tych pozytywnych opinii o niej było coraz więcej. Więc się przemogłam i przeczytałam, i... dosłownie popłakałam się pod sam koniec. Cały czas miałam głupią nadzieję, że jednak skończy się to dobrze, ale z drugiej strony wiedziałam, że tak nie może być. I to jest jasne już od samego początku, od pierwszych stron. Dzięki Jojo Moyes naprawdę przepadłam na dobrych kilka wieczorów i nie żałuję, że sięgnęłam po "Zanim się pojawiłeś". A na moim czytniku jest już druga część. W dalszym ciągu jednak nie mam ochoty na film, bo boję się, że zrujnuje te moje własne wyobrażenia o bohaterach. I jak na razie nie będę go oglądać.

Królowie przeklęci I i II, Maurice Druon

Po "Królów..." sięgnęłam ze względu na opinie właśnie. Na rekomendację samego Martina. I było warto. Ja po prostu uwielbiam takie książki, one mogą się ciągnąć tomami w nieskończoność, a ja będę czytać i czytać. Uwielbiam to uczucie, gdy mogę zżyć się z bohaterami do tego stopnia, że potem trudno mi jest wrócić do rzeczywistości, a tutaj to jest bardzo proste. Pierwszy tom "Królów" przeczytałam jeszcze w wakacje, drugi dopiero teraz. I uważam, że drugi jest jeszcze lepszy od pierwszego. Po prostu pochłania się te tomiska. W kolejce już czeka trzeci, ostatni.

Trzecia, Magda Stachula

Po tym, jak zaczytałam się w "Idealnej" Magdy Stachuli, po prostu nie mogłam nie sięgnąć po jej drugą książkę. Tamtą niemalże pochłonęłam, tę czytało mi się o wiele spokojniej, ale Magda trzyma doskonały poziom. Są momenty trzymające w napięciu, są i takie, które pozwalają nam odpocząć od tej gonitwy. W autorce widzę naprawdę wspaniały potencjał i będę z pewnością sięgać po kolejne jej powieści.

Zakręty losu. Nowe pokolenie, Agnieszka Lingas-Łoniewska

Oj, bardzo dawno czytałam "Zakręty losu". Naprawdę dawno, świadczy o tym choćby data publikacji tych recenzji: tom pierwszy, tom drugi, tom trzeci, ale pamiętam, że byłam bardzo zauroczona tą historią. Bardzo. A czwartym tomem jestem chyba jeszcze bardziej, biorąc pod uwagę to, że teraz wybieram zupełnie inne powieści, niż te kilka lat temu. Świetne zwieńczenie serii, naprawdę. Ale czy faktycznie już zwieńczenie?... Może Agnieszka nas czymś jeszcze zaskoczy?... Kto wie. Świetnie się czyta tę książkę, momentami nie można się od niej oderwać. Polecam zresztą całą tę serię.

Dziewczyna z Brooklynu, Guillaume Musso

O Musso już miliony razy pisałam, że jest to jeden z moich ulubionych autorów i zdania na ten temat nie zmieniłam. Będę czytać jego książki zawsze, o ile dalej będzie je pisał, a mam nadzieję, że będzie. Chociaż "Dziewczyna z Brooklynu" jest troszczę inna od jego wcześniejszych powieści, taka bardziej przyziemna, nie ma tu wątków fantastycznych, a bardziej przypomina kryminał, po raz kolejny Musso mnie wciągnął w ten świat, po raz kolejny się na nim nie zawiodłam.


Czytaliście któreś z tych pozycji? Jakie są Wasze opinie o nich? A może coś ciekawego, godnego polecenia mi zaproponujecie? Bo naprawdę szukam ciekawych książek, i bardziej poważnych, i takich odmóżdżaczy, przy których można się relaksować, a jest tego tyle, że trudno się zdecydować... Polecicie coś na te jesienne popołudnia i wieczory?

Przypominam również o konkursie.





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Tu & teraz - podsumowanie października'17

Tu & teraz - podsumowanie października'17

podsumowanie października

Chociaż siedzę sobie właśnie przy kubku kawy, patrzę, co się dzieje na zewnątrz i boję się wychylić za okno choćby kawałek nosa, żeby mi go nie urwało, to październik tak czy inaczej zaskoczył mnie bardzo śliczną pogodą, którą mieliśmy przez jakiś czas. Na tyle ciepłą, że można było na chwilę zapomnieć o kurtkach i przypomnieć sobie o ciepłym lecie... Ale jakby nie było, każda pogoda ma swój urok, z każdej można wyciągnąć coś pozytywnego, nawet jeśli na zewnątrz zieje złem, jak w tej chwili...

Planuję...
długookresowo. Zwykle staram się unikać takich planów, bo nigdy nie wiadomo, co naprawdę z tego wyjdzie, ale ostatnio nie potrafię tego uniknąć. I planuję już, co zrobię, gdy skończy mi się urlop macierzyński. Zazwyczaj, jeśli już coś planuję, to co najwyżej miesiąc do przodu, a właśnie sobie uświadomiłam, że na listopad nie mam jakichś konkretnych planów. Może poza uporządkowaniem domu i przestrzeni wokół siebie.

Jestem wdzięczna...
za tę piękną pogodę, którą poczęstował nas jeszcze październik, i za spacery z córką, które naładowały mnie naprawdę pozytywnie.

Słucham...
przede wszystkim siebie i tego, co mi podpowiada własne ja. A mówi dużo, co się wiąże z punktem pierwszym, czyli "planuję". A tak poza tym cały czas słucham podkastów, które pokochałam, a w takie jesienne dni zawsze mi się również przypomina o tym zespole:



Czytam...
obecnie coś mocno historycznego. Poza tym przeczytałam właśnie swoją pierwszą książkę Jojo Moyes, którą do tej pory omijałam szerokim łukiem, i oczywiście się popłakałam... Teraz rozumiem, na czym polega jej fenomen.

Chciałabym...
wykorzystać jak najlepiej zbliżający się listopad. Najlepiej spędzając czas z rodziną, chciałabym może pojechać gdzieś w końcu, bo odkąd urodziłam dziecko, w zasadzie jeszcze nie byliśmy dalej, niż 20 km. A marzy mi się wizyta u mamy na wsi, bo ostatnio byłam tam na święta Bożego Narodzenia... Potem ciąża i urodzenie dziecka nie bardzo mi na to pozwoliły.

Czuję się...
czasem totalnie zmęczona i przygnębiona tym, że tak szybko leci czas. Moja córa skończy zaraz pół roku, kiedy to zleciało? Może mi ktoś wytłumaczyć? W ogóle cały ten rok leci w zastraszającym tempie, ciekawe jak będzie z następnym.

Uczę się...
cały czas czegoś nowego. Bo lubię zgłębiać wiedzę w zakresie, który mnie interesuje, a internet daje naprawdę ogromne możliwości :) Chciałabym się nauczyć lepiej robić zdjęcia, szczególnie telefonem.

Taki był mój październik, trochę pełen energii, ale i zmęczenia materiału, szczególnie teraz, pod sam koniec. Pogoda jest jak pod psem, więc nawet spacery mamy w tej chwili ograniczone, a to właśnie wyjście na zewnątrz, nie siedzenie w domu, daje mi takiego kopa do działania. Mam nadzieję jednak, że jak tylko przejdzie ten orkan, który mam za oknem, to i pogoda się poprawi i wyjdzie słońce.

Przypominam Wam o konkursie, w którym możecie wygrać książkę Hansa Christiana Andersena "Improwizator" - recenzje można przeczytać tutaj, a zgłaszać się w tym linku.

A jak Wam minął październik? Lubicie ten miesiąc? Bo ja dochodzę do wniosku, że jest mi kompletnie obojętny, dużo bardziej lubię wrzesień czy grudzień...




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:


Jak w jeden dzień znacznie poprawić stan swoich włosów?

Jak w jeden dzień znacznie poprawić stan swoich włosów?

jak szybko poprawić stan włosów

Długo szukałam sposobu, aby faktycznie poprawić stan swoich włosów. Zapuścić zawsze było mi ciężko, bo szybko rozdwajały się na końcach (często na kilka warstw i łamały) i wyglądało to po prostu źle. Poza tym odkąd pamiętam, zawsze włosy mi wypadały, bardziej lub mniej. Oprócz magicznych 9 miesięcy, kiedy nie miałam problemu ani z włosami i ich wypadaniem, ani z cerą. No ale ciąża to żadne rozwiązanie. Po niej znowu zaczęły wypadać, rozdwajać się, łamać. Gdybym wcześniej wiedziała, że właściwie wystarczy tak niewiele...

Porządek z końcówkami
Tych rozdwajających się po prostu trzeba się pozbyć, nawet jak boli serce, bo przecież zapuszczam, chcę żeby były długie. Zawsze było mi ich szkoda, a one przez to ani szybciej nie rosną, ani nie wyglądają estetycznie, są matowe i brzydkie. Ja to zrobiłam sobie sama w domu, ale jeśli ktoś nie potrafi, polecam fryzjera :) Naprawdę to pierwszy i najważniejszy krok :)

Mycie w wodzie o odpowiedniej temperaturze
Woda gorąca nie służy moim włosom i chyba żadnym nie służy. Ja o tym wiedziałam, ale przez długi czas i tak uparcie płukałam je w gorącej niemalże wodzie. Stop. Gorąca woda nigdy nie sprawi, że włosy będą lśniące, bo rozchyla łuski włosa, więc nie ma nawet takiej opcji, żeby nie były po niej matowe. Naprawdę to robi różnicę.

Dobrze spłukany szampon
To też jest ważne, żeby dobrze wypłukać włosy po szamponie, szczególnie te, do których woda z trudem dochodzi. Ja najczęściej używam do tego prysznica i robię to zawsze trochę dłużej.

Ulubiona odżywka
Bez odżywki do włosów nie mogę się obejść, po niej moje włosy są naprawdę miłe w dotyku. No i ja osobiście nigdy nie używam odżywek bez spłukiwania (chociaż wyjątkiem była ta w sprayu z Joanny, ale już się z niej wyleczyłam). Generalnie polecam taką odżywkę, po której czujemy, że nasze włosy są w dobrym stanie, więc jeśli macie jakąś ulubioną, spokojnie się nada. Nakładam ją na włosy (zawsze dość sporą ilość) i przeczesuję szerokim grzebieniem, wtedy rozprowadzi się równomiernie na włosach. I czekam tyle, ile radzi producent (ostatnio nawet znalazłam taką, która działa od razu, nie trzeba czekać). Nie muszę chyba dodawać, że tak jak szampon do włosów, odżywkę trzeba tym bardziej dobrze spłukać.

Ręcznik i co z nim zrobić...
Zawinąć turban na głowie. Po prostu. Nie trzeć nim włosów, nie wycierać, nie targać, a to też wcześniej bardzo lubiłam robić. Od jakiegoś czasu próbuję się tego oduczyć i jakoś idzie :) I zaczekać, aż ręcznik trochę wchłonie wodę, na tyle, aby nie kapała z włosów.

Dlaczego warto wysuszyć włosy?
Kiedyś nie suszyłam. Uparcie wierzyłam w to, że moje włosy będą dzięki temu lśniące i będą dobrze się układały. Prawda była jednak inna - układały się jak chciały, czyli każdy w inną stronę, a wcale nie były takie milutkie i delikatne w dotyku. A jeśli już suszyłam włosy, to zawsze strumieniem powietrza z suszarki, który leciał w każdą stronę jak chciał. Było lepiej, ale też nie do końca dobrze. Odkąd suszę włosy na okrągłej szczotce, włosy są naprawdę miłe w dotyku, rozczesane, nie plączą się i są bardziej lśniące. I ja sama jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem tego, jak do tej pory znienawidzona przeze mnie szeroka okrągła szczotka potrafi zrobić taką różnicę moim włosom. Naprawdę. Oczywiście włosy najlepiej suszyć chłodnym strumieniem powietrza od góry, nigdy od dołu, bo to znowu rozchyla łuskę włosa. Szczotka daje efekt naprawdę gładkich, sprężystych włosów, czego nie osiągniemy samą suszarką, nawet susząc od góry do dołu. Sprawdzone. Naprawdę warto przekonać się do takiej szczotki. Ja przez długi czas jej nie lubiłam, bo po prostu nie potrafiłam sobie wysuszyć przy jej pomocy włosów, zawsze była to bardziej gimnastyka niż suszenie :) Ale ćwiczenie czyni mistrza i teraz jest o wiele lepiej. 

Dlaczego nie warto zostawiać włosów do samodzielnego wyschnięcia? 
Bo takie wysychanie nie domknie łuski, poza tym mokre włosy szybciej i łatwiej "łapią" brud z powietrza. Nie mówiąc już o zasypianiu z mokrymi włosami... Też tak kiedyś robiłam, a potem się dziwiłam, dlaczego moje włosy są takie, jakie są, a potem sięgałam po najgorsze z możliwych rozwiązanie: prostownicę. Używałam jej przez długie lata i doprowadziła moje włosy do naprawdę złego stanu. Prostownica jest fajna, ale raz na jakiś czas, bardziej od święta, ale nie po każdym myciu! A ja jej używałam naprawdę często. Teraz, odkąd suszę włosy na szczotce, leży sobie i używam jej naprawdę rzadko, właściwie od roku użyłam może raz albo dwa. W ostateczności.

Zdradzę Wam jeszcze jedno: najważniejszym punktem w tym wszystkim jest właśnie ostatni, czyli suszenie włosów, koniecznie na szczotce. Dzięki temu stan moich włosów naprawdę się poprawia niemalże w jednej chwili. Są proste, lśniące (!), nigdzie się nie załamują, a na końcach ładnie układają i uwaga: NIE WYPADAJĄ. Tak! Widzę wielką różnicę wcześniej i teraz, bo wypada ich dużo mniej, właściwie tyle, ile ma wypaść i kropka. A po ciąży miałam z tym naprawdę ogromny problem. Zaprzyjaźniłam się więc z okrągłą szczotką bardzo i polecam to wszystkim, którzy chcą w krótkim czasie poprawić stan swoich włosów. Działa! Przynajmniej na moich włosach, ale podejrzewam, że i na większości. Na pewno warto spróbować i przekonać się samemu.




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Konkurs: do wygrania "Improwizator" Hansa Christiana Andersena

Konkurs: do wygrania "Improwizator" Hansa Christiana Andersena

konkurs

Chciałabym dzisiaj zaprosić Was do udziału w konkursie - do wygrania będzie mój osobisty egzemplarz "Improwizatora" Hansa Christiana Andersena. Książka ciekawa już ze względu na osobę jej autora. Ale nie tylko, bo jest to naprawdę wartościowa pozycja. Jeśli jesteście ciekawi o czym jest, odsyłam do recenzji w poprzednim wpisie i zapraszam do udziału :)

Regulamin konkursu
1. Organizatorem konkursu, jak i sponsorem nagrody jestem ja, autorka bloga Marchewkowe Myśli.
2. Nagrodą w konkursie jest egzemplarz książki "Improwizator" Hansa Christiana Andersena.
3. Warunkiem przystąpienia do konkursu jest wyrażenie chęci wzięcia w nim udziału poprzez:
  • podanie swojego imienia oraz adresu mailowego w formularzu poniżej 
  • posiadanie adresu do wysyłki w Polsce
  • odpowiedź na pytanie: Dlaczego chciałabyś/chciałbyś dostać tę książkę? (wystarczy dosłownie jedno zdanie)
Bardzo mile widziane będzie obserwowanie mojego bloga na Facebooku lub zapisanie się do newslettera (ale nieobowiązkowe) oraz dalsze udostępnianie (można do tego wykorzystać obrazek główny).
4. Konkurs będzie trwał od dzisiaj, 17.10.2017 do 16.11.2017.
5. O wygranej poinformuję zwycięzcę poprzez wiadomość mailową.
6. Zwycięzca zostanie wybrany przeze mnie na podstawie odpowiedzi z formularza lub komentarzy pod postem.
7. Konkurs jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.
8. Książka zostanie wysłana do zwycięzcy przeze mnie w ciągu 5 dni roboczych od otrzymania adresu do wysyłki.
9. Zgłoszenie w konkursie jest równoznaczne z akceptacją regulaminu i wyrażeniem zgody na przetwarzanie danych osobowych (które zostaną wykorzystane tylko i wyłącznie do wysłania nagrody, do niczego więcej).

Zapraszam i życzę wszystkim powodzenia!





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Improwizator - Hans Christian Andersen

Improwizator - Hans Christian Andersen

wydawnictwo mg

Nie ma takiej osoby, która nie słyszałaby o Hansie Christianie Andersenie. Po prostu nie ma. Ja sama zaczytywałam się w dzieciństwie baśniami stworzonymi przez niego. I zapewne nie ma nikogo, komu chociaż nie obiłoby się o uszy jego nazwisko, a jego baśnie zna każde niemalże dziecko i dorosły. I powiem Wam szczerze: nie miałam pojęcia o tym, że ten duński autor napisał jeszcze inną książkę. W ogóle chyba niewielu ma o tym pojęcie. A napisał. Jakże inną od swoich baśni.

Improwizator to opowieść o chłopcu, który w dzieciństwie traci matkę. Zbiegiem okoliczności trafia do rodziny Borghese, szanowanej i znanej familii w Rzymie. To senior rodu finansuje jego dalszą naukę, jednak Antonio ma jeden wrodzony talent - potrafi improwizować i porywać publiczność, tworzyć taką poezję, którą może mu pozazdrościć niejeden poeta. Jednak nieoczekiwane wydarzenia każą mu wyjechać z Rzymu. Poprzez Neapol, powrót do Rzymu, Wenecję, Capri obserwujemy wędrówkę Antonia i to, jak się zmienia jako człowiek, oraz to, jak podchodzi do miłości.

Nie ma naprawdę okrutniejszego zwierzęcia niż człowiek! Gdybym był bogaty i niezawisły, wnet by się ich przekonanie zmieniło! Ale tak, wszyscy byli mądrzejsi, gruntowniejsi i rozsądniejsi ode mnie. Nauczyłem się wdzięcznie uśmiechać tam, gdzie powinienem był płakać; kłaniać się tym, którymi pogardzałem, i słuchać cierpliwie próżnego gadania głupców. To wychowanie, narzucone mi przez okoliczności i ludzi, śliczne dla mnie zrodziło owoce! - obłudę, gorycz i obrzydzenie życia. (str. 252)

Tę książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Ogromnie dużo jest tutaj opisów przyrody, opisów włoskich miast XIX wieku, wszystko to jest niezmiernie kolorowe, zapierające czasami dech w piersiach. Ma rację wydawca, pisząc na okładce, że Andersen miał niezwykły talent do opisywania wszystkiego: kolorów, smaków, zapachów. Ta powieść jest tym naładowana, ale wcale z tego powodu nie ciężka, wręcz przeciwnie. Czyta się ją swobodnie, jest lekka i przyjemna. Chociaż same przygody Antonia, od wczesnych dziecięcych lat aż do dorosłości nie zawsze były takie kolorowe. Czasem czytelnik poczuje smutek, czasem wręcz irytację na głównego bohatera, czasem poklepie się po głowie ze współczuciem. Ale mimo to Antonio wzbudza sympatię i chcemy dla niego jak najlepiej. To jedna z tych postaci, która, mimo że czasem irytuje, to jednak sprawia bardzo pozytywne wrażenie na czytelniku.

Ale oprócz Antonia to również miłość jest tutaj główną bohaterką. Antonio stroni od miłości, po wielkim zawodzie miłosnym musi opuścić Rzym, podróżuje więc po Italii, poznając nowe miejsca, smaki, zawierając nowe znajomości. Jednak przez cały ten czas stara się uciekać przed miłością, która go tak zawiodła na początku.  Jak to się skończy, można się domyśleć, jednak nie jest to książka, którą czyta się dla zaskakującego zakończenia (chociaż dla mnie takie było). To jest powieść, którą czyta się dlatego, że napisał ją Andersen, czyta się ją dla pięknych opisów i pięknych słów.

Naprawdę polecam tę książkę każdemu, kto lubi delektować się literaturą i kto choć trochę jest ciekaw tego, jaką jeszcze książkę mógł napisać Hans Christian Andersen, oprócz swoich słynnych baśni. Po skończeniu tej powieści absolutnie nikt nie pożałuje czasu nad nią spędzonego. Bardzo się cieszę, że miałam przyjemność ją przeczytać.

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu MG.





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Torebkowa capsule wardrobe, czyli ile ja ich właściwie posiadam? + ankieta

Torebkowa capsule wardrobe, czyli ile ja ich właściwie posiadam? + ankieta

capsule wardrobe

Torebki i buty to jest taka rzecz, do której każda kobieta podchodzi inaczej. Jednej wystarczy jedna para szpilek, inna musi mieć ich 20. Jedna posiada 3 torebki, jedną do pracy, jedną na zakupy i jedną kopertówkę na przyjęcia, druga ma ich w szafie dziesiątki, bo lubi zmieniać je co kilka dni, albo nawet codziennie. Ciekawa jestem, jak jest w Wami? Dużo toreb wisi u Was w szafach? Czy raczej podchodzicie do tego minimalistycznie?

Lubiłam kiedyś mieć dużo butów i dużo torebek. Jednak gdy pewnego dnia doszłam do wniosku, że w większości butów nie chodzę, połowa obciera mi piętę za każdym razem, jak je włożę, a druga połowa spada mi zwyczajnie ze stopy, postanowiłam zrobić z tym porządek. Podobnie było z torbami. Jestem co do tego strasznie wybredna i długo muszę szukać tej idealnej. Miałam ich wiele, ale i tak najbardziej sprawdzała się jedna czy dwie. Więc z torbami też zrobiłam porządek. No więc, ile ja ich właściwie posiadam?

Przez ramię i na ramię, czyli dwie codzienne
To są torby, które służą mi już naprawdę długo. Obie mam ponad trzy lata, obie mi się nosi bardzo dobrze, obie nadają się i do pracy, i na zakupy, przenosiłam w nich kilogramy książek i zakupów i jeszcze nic się z nimi nie stało, a o dziwo - są to torby handmade. Wiem, że trudno mi będzie znaleźć osobę z drugą taką samą, o ile w ogóle ją znajdę :) Jestem miłośniczką rękodzieła i w tej kwestii zaufałam również torebkom. Jak widać, był to strzał w dziesiątkę.
torebka handmade

Mała listonoszka na co dzień
To taka torebka, w której mieści się właściwie tylko portfel, telefon, chusteczki higieniczne i ewentualnie czytnik. Na dni, w które wychodzę tylko na spacer z córką, ale może zrobię jeszcze jakieś zakupy? Albo posiedzę w parku i poczytam?

Kopertówka
Mam czarną kopertówkę, która pasuje mi do każdej sukienki, i tej torebki używam naprawdę sporadycznie, na większe imprezy, które potrzebują bardziej formalnego stroju. Czyli dosyć rzadko :)

I to jest w zasadzie tyle. Naprawdę. Nie wiem, czy to mało, czy dużo, ale mnie naprawdę wystarcza i nie mam ani wrażenia przesytu, ani niedosytu.
Ciekawa jestem, ile Wy posiadacie toreb, drogie Czytelniczki? Czy dla Was cztery torebki to mało, czy dużo? A może jest tu ktoś, komu w ogóle to jest zbędne?

Ankieta
Bardzo interesują mnie Wasze odpowiedzi na pytania, ponieważ pracuję właśnie (w zasadzie to dopiero rozpoczynam pracę) nad pewnym projektem. Dlatego przygotowałam ankietę, której wypełnienie powinno zająć max. 5 do 10 minut, albo może nawet jeszcze mniej. Mnie jednak ogromnie pomoże w mojej pracy. Ankieta jest anonimowa, jednak zachęcam również na końcu do podania swojego adresu e-mail. Nie mam zamiaru spamować Waszych skrzynek, nic z tych rzeczy, jeśli jednak bylibyście ciekawi, co to za przedsięwzięcie, będę mogła Was poinformować w odpowiednim czasie :) Oto ona, zachęcam do wypełniania i serdecznie dziękuję każdej z Was, która to zrobi:







Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Linki miesiąca #1, czyli co ciekawego czytałam we wrześniu i propozycja dla Was

Linki miesiąca #1, czyli co ciekawego czytałam we wrześniu i propozycja dla Was

wrzesień

Ten cykl nie jest u mnie regularny. Powiedziałabym raczej, że bardzo nieregularny, bo często gdy trafię na coś ciekawego w sieci, to oczywiście nigdzie tego nie zapiszę i znika - z mojej pamięci przede wszystkim. Ale obiecałam sobie jednak, że postaram się bardziej regularnie sobie zapisywać te ciekawe linki z sieci, choćby po to właśnie, żeby się potem z Wami nimi podzielić. I po to, żebym sama trochę więcej z nich zapamiętała. Taka już ze mnie jest zapominalska, dlatego właśnie między innymi nie potrafię obejść się bez kalendarza...

To będzie garść linków, które jakoś zainspirowały mnie we wrześniu, czymś zainteresowały itp. Postaram się zrobić z tego comiesięczny cykl, ale kto to może wiedzieć, co z tego wyjdzie...

Nie jesteś byle kim, nie traktuj się byle jak - uważam, że jest to jeden z najlepszych tekstów u Ani, naprawdę. W sumie ona każdy ma dobry, lubię u niej czytać nawet zwykłe tygodniki, ale po przeczytaniu tego tekstu coś mnie uderzyło... osobiście we mnie. Jak wiecie jestem młodą mamą (w sensie bardziej mamą, niż młodą, chociaż staro też się nie czuję :D), i kto jest w podobnej sytuacji, zrozumie mnie po przeczytaniu tego tekstu u Ani. Ja myślę, że nic więcej tutaj nie trzeba dodawać. Bo jak się zostaje mamą, to nagle dziecko staje na pierwszym miejscu, a potem długo, długo nic... A gdzie miejsce dla siebie?

Zmiana planów to nie porażka. Dlaczego nie jesteś sobie nic winien - kolejny tekst, który trafił w sedno. Znowu. Ten wrzesień coś w sobie zawsze ma, bo przynajmniej ja jakaś jestem wtedy bardziej nostalgiczna i analizuję różne rzeczy. We wrześniu zrezygnowałam w końcu z czegoś, co do tej pory było dla mnie bardzo ważne, jednak czasem trzeba sobie te cele trochę aktualizować i nie trzymać się kurczowo czegoś tylko dlatego, bo tak. Bo przecież to było takie istotne kiedyś... No właśnie, kiedyś było. Teraz nie musi i nie znaczy to, że ponieśliśmy porażkę, bo nie wyszło. Czy moja rezygnacja będzie trwała, czas pokaże, może wrócę do tego kiedyś...

Gdzie jest dziecko w naszym domu? - czy posiadanie dziecka musi się wiązać z tym, że teraz cały dom będzie zawalony porozrzucanymi zabawkami, klockami, pieluchami itp? Czy jednak można to jakoś ogarnąć? Ja zawsze byłam przekonana, że się da, a Niebałaganka tym bardziej mnie w tym utwierdziła. Chociaż mój dom jeszcze nie jest tak idealny jak jej, to jednak można... A Wy co o tym sądzicie?

14 fajnych rzeczy do zrobienia jesienią - tego chyba nie trzeba komentować. Sama chciałam napisać podobny post, właśnie w stylu: dlaczego warto polubić jesień, ale ostatecznie dałam sobie spokój, bo co chwila teraz jakiś powstaje. Ja jesień kocham, również tą słotną, chociaż dużo bardziej złotą. W tym roku mamy i taką, i taką, ale nie warto jej marnować, tylko czerpać inspiracje i działać :)

Strachy na lachy, które każą Ci odkładać na później - wiadomo, każdy się boi. Czegoś. Że się nie uda, że coś pójdzie nie tak itp. Ale wiadomo też, że strach ma wielkie oczy i jest bardzo motywujący. Fajny tekst u Pani Swojego Czasu, polecam.

Sypialnia w bloku - jak urządzić miniaturowy pokój - nasza sypialnia nie jest tak miniaturowa jak u Natalii, ale niewiele większa. Jakieś 6.5m2. I również właśnie jesteśmy w trakcie jej urządzania (chociaż to bardziej ja jestem, niż mój TŻ). Jak widać, da się i o dziwo można w niej zmieścić jeszcze parę mebli, oprócz łóżka. Nasza będzie wyglądać trochę inaczej no i ma okno, ale ta u Jest Rudo też mi się bardzo, bardzo podoba :)


Tyle będzie na dziś, ale chciałabym Was do czegoś zachęcić. Mianowicie do tego, abyście w komentarzach do tego wpisu sami podawali mi linki do jakichś ciekawych tekstów, które udało Wam się znaleźć w internecie, ale przede wszystkim... do tekstów, które wyszły również spod waszego pióra (ewentualnie klawiatury). Jeśli uważacie coś za coś wartościowego, dawajcie śmiało. Jeśli mnie coś zainteresuje, w przyszłym miesiącu zestawię następną porcję linków i być może będzie tam link właśnie do Ciebie?... Czekam :)



Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli