Morze, prawo jazdy oraz o tym, jak zaliczyć sesję bez nauki [podsumowanie lipca]

Morze, prawo jazdy oraz o tym, jak zaliczyć sesję bez nauki [podsumowanie lipca]

podsumowanie miesiąca

Że zaliczyłam sesję bez żadnego przygotowania to może trochę przesada, bo się uczyłam... Tyle, że miałam do wyboru z czegoś zrezygnować na koszt czegoś, z czego ostatecznie wynikło to, że na jeden egzamin byłam przygotowana dobrze, na drugi gorzej. U mnie na uczelni wszystkie egzaminy są ustne (nienawidzę ich!), a wiadomo, jak to jest z ustnymi - trafi się na pytania, albo nie trafi. Na jeden, ten dobrze przygotowany, trafiłam... Na drugi już nie. Moje szczęście jednak, że ze wszystkich profesorów egzaminujących trafiam na tych "najlepszych" w tym sensie, że po prostu najlepiej u nich zdać :-) Więc żaden ze mnie przykład studentki, która nie uczy się, wszystko zapamiętuje i zdaje - wręcz przeciwnie, w naukę muszę włożyć zawsze sporo czasu i pracy. Niech Was nie kusi brać ze mnie przykładu typu: nie uczę się, i tak zdam! 

Ogólnie lipiec był bardzo dobrym miesiącem. Naprawdę. Chyba jednym z lepszych ostatnio. Pozałatwiałam część spraw na uczelni, więc miałam namiastkę wakacji. W pracy również rozpoczęłam urlop, z TeŻetem zwiedziliśmy Trójmiasto, było naprawdę super. Byłam tam raz jakieś wieki temu na wycieczce szkolnej, kiedy modne jeszcze były takie kierunki, jak morze czy góry (swoją drogą nie wiem, gdzie się teraz jeździ na wycieczki szkolne... jeździ się w ogóle?), pamiętam z tego tyle, co nic. Nawet Neptuna nie pamiętam. Więc fajnie było sobie co nieco przypomnieć, a raczej odkrywać na nowo. Chciałabym mieć więcej czasu i pieniędzy na takie małe nawet wycieczki... Naprawdę.



Co nieco Wam uszczknę z tego naszego wyjazdu nad morze w jednym z następnych postów :-) Chcecie? Bo dzisiaj zapraszam tylko na Instagrama... Fotek jeszcze nawet nie zgrałam na dysk, ale będą i wywoływane, choćby do Project Life'a.

No i mój hit ostatnich dni: tadam, zapisałam się na kurs prawa jazdy. W końcu. Chociaż zaczęłam się zastanawiać, czy ja naprawdę nie jestem już za stara na to. Poważnie tak pomyślałam. Teraz jestem pełna obaw, bo ja faktycznie nigdy nie siedziałam za kierownicą samochodu. No ale wszystko jest dla ludzi, prawda? Poza tym odkryłam, że ja mam trochę inne podejście do tego kursu, bo naprawdę chcę się nauczyć jeździć. Nie zdać, ale nauczyć. A z tego co zauważyłam, większość robi to dla papierka. Cóż, a potem nie brakuje wariatów na drogach...

Tylko książek trochę mało przeczytałam w lipcu, ale tłumaczę to sobie nauką do sesji. Czasem coś trzeba poświęcić, żeby dostać coś innego... Teraz ponadrabiam.

Ciekawa jestem, jaki będzie sierpień... A jak tam Wasze lipce? :-)
Pięć par butów, bez których nie wyobrażam sobie lata

Pięć par butów, bez których nie wyobrażam sobie lata


Robienie porządków w szafce z butami to nie lada wyczyn. Kiedyś bardzo lubiłam kupować buty. Miałam ich naprawdę sporo, ale większość z nich założyłam może raz, może dwa razy w życiu. Większość czasu przeleżały w kartonie, czekając na odpowiednie okazje: a to wesele, a to jakaś uroczystość rodzinna, a to na... czas, kiedy przestaną uwierać... (!). I jeśli chodzi o to pierwsze, czasem się doczekały, jeśli zaś chodzi o to ostatnie to... można się domyśleć - nigdy nie doczekałam się tego, bo w nich zwyczajnie nie chodziłam (tutaj pragnę zaznaczyć, że uwierać lub - o zgrozo! - obetrzeć mi nogi czasem do krwi potrafią nawet zwykłe trampki czy adidasy!). Butów się mnożyło, a ja kupowałam, bo przecież... nie miałam w czym chodzić.

Pierwsze porządki z butami zrobiłam pół roku temu podczas ostatniej przeprowadzki, gdy złapałam się za głowę, uświadamiając sobie, ile tak naprawdę ich mam. Do tego zajmowały masę miejsca, a ja już miałam tego serdecznie dosyć. Poza tym wciąż trzymałam buty, które może jeszcze nadawały się do chodzenia, ale przy domu w ogródku wyłącznie - poniszczone, sfatygowane, których już nie założę nawet na spacer do parku. Pomyślałam w końcu, że to bez sensu i zrobiłam selekcję, dzięki czemu przeprowadziłam się tylko z tymi butami, z którymi naprawdę ciężko mi było się rozstać. No niestety - przywiązuję się do czegoś, co polubię i w czym chodziłam przez dużą ilość czasu.


Ostatnio znowu zrobiłam taką selekcję. Niestety - cały czas ich ilość mnie przerasta. W połowie w ogóle nie chodziłam albo założyłam raz na większą imprezę. Część z nich w ogóle już nie nadawała się dla mnie do chodzenia (pomimo nowości, chyba stopa mi schudła, bo każde szpilki zwyczajnie spadają mi z pięty, nieważne czy są za duże, czy za małe). Poza tym chciałam zwyczajnie przejrzeć szafę, aby zobaczyć, w czym jeszcze mogę pochodzić, a w czym już nie, bo albo nie chcę, albo nie mogę. 

I tak powstała lista butów, bez których po prostu nie potrafię się obejść latem i bez których lata sobie zwyczajnie nie wyobrażam. Co to takiego?


JAPONKI

Bez japonek nie ma lata. Po prostu nie ma. Idealne na plaże, na spacer, a nawet do pracy (mnie na szczęście dress code nie obowiązuje).

SANDAŁY

To też jest chyba raczej oczywiste i nic nie trzeba komentować. Większość lata zawsze przechodzę albo w sandałkach, albo w japonkach, nieważne, gdzie się wybieram. A jeśli są do tego w miarę eleganckie, to nawet wkładam je na większe wyjścia.

BALERINY

Obecnie mam dwie pary - czarne i w kolorze nude. Dzięki temu pasują mi praktycznie do wszystkiego. Więc komentarz zbędny, albo jak wyżej :-)

TRAMPKI

Podobno w pewnym wieku już nie wypada chodzić w trampkach i ja w tym wieku ponoć się znajduję. Zawsze jednak miałam gdzieś wszelkie konwenanse, a w trampkach chodzić uwielbiam, bo są po prostu wygodne. I kropka.

SZPILKI

Tak, posiadam jedne, i tyle mi wystarczy (chociaż jeszcze do niedawna miałam ich kilka par, ale nie nadawały się dla mnie do chodzenia - znaleźć szpilki, które nie będą mi spadać ze stopy to nie lada wyczyn, naprawdę). Zawsze są jak znalazł na większe wyjścia, randkę czy coś w tym stylu... Poza tym uwielbiam buty na obcasie czy koturnie, więc musiały się jakieś znaleźć w mojej szafie.


Wciąż dążę do minimalistycznej szafy, nie tylko jeśli chodzi o buty, i wciąż się uczę. Ale to, co wyżej, to jest dla mnie takie minimum właśnie. Bez tego nie potrafiłabym się obejść latem - tak zwyczajnie. Nic innego do szczęścia nie jest mi potrzebne. Na szczęście doszłam do takiego etapu w życiu, że wolę mieć to co niezbędne i to co lubię, niż szafę pełną butów, w których nie chodzę, które mnie uwierają i które zabierają mi zwyczajnie przestrzeń, nie tylko tę fizyczną w szafie, ale i komfort psychiczny. 

A jak tam Wasze letnie szafy? Macie coś, bez czego trudno Wam się obejść?
Jak się spakować na trzydniowy czy weekendowy wyjazd?

Jak się spakować na trzydniowy czy weekendowy wyjazd?

jak się spakować

Wreszcie czas odpocząć. Głównie od obowiązków zawodowych. Czekałam na to pół roku albo i dłużej :-) W takich sytuacjach człowiek najczęściej myśli... hm... gdzie by tu pojechać... Tak się składa, że często i ja mam takie myśli. W tym roku, jeśli chodzi o urlop, razem z TeŻetem zgodnie zadecydowaliśmy: morze!

No ale nieważne, czy morze, góry, czy wycieczka na wieś - trzeba się jakoś spakować. No okay, nie trzeba (podziwiam tych, którzy z biegu bez niczego wsiadają w pociąg i voila), no ale ja wolę zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. A tak się składa, że pakowanie się na trzydniowy, czterodniowy czy weekendowy wyjazd opanowałam przez te lata chyba do perfekcji... Nie lubię być w mieście w tym czasie. Zawsze uciekam albo na wieś, albo gdzieś za miasto, w każdym razie gdzieś, gdzie nie będzie miejskiego zgiełku i gdzie będę mogła odpocząć. Jeśli mam wolny weekend, praktycznie nigdy nie ma mnie w Warszawie. Wyjeżdżam w piątek wieczorem, często wracam w poniedziałek z samego rana. Sztukę pakowania się na te dwa, trzy dni opanowałam chyba jak mało kto :-) I często w góra podręczną torbę, a czasami mam ze sobą tylko swoją torbę na ramię. Dlatego właśnie tak bardzo lubię duże i pojemne torebki.

No ale jak się spakować? Na co zwrócić uwagę?

Sprawdź... pogodę!

Tak, to jest bardzo ważna rzecz, nie śmiejcie się :-) Zawsze, absolutnie zawsze sprawdzam, jaka będzie pogoda na najbliższe dni i dopiero potem planuję to, co wyciągnąć z szafy i spakować. Nie cierpię brać rzeczy niepotrzebnych (np. dżinsów gdy wiem, że przez najbliższe dni będą upały). Oczywiście trzeba to zrobić z rozsądkiem i wziąć np. sweterek na te upały, gdyby noc okazała się chłodna, albo przeciwnie, coś lżejszego w zimne dni, bo pogodę nie zawsze da się przewidzieć w 100%. Ale naprawdę warto sprawdzić pogodę.

Zrób listę rzeczy do spakowania

Robię ją nawet, jeśli to ma być lista składająca się z pięciu punktów. Zazwyczaj bowiem jak przypomnę sobie o czymś ważnym, za minutę tego nie pamiętam. Dlatego zawsze zapisuję albo w kalendarzu, albo w aplikacji w telefonie. Chociaż faktycznie te moje listy nie są długie. Tym bardziej na trzydniowy wyjazd. Ale są. Wiem, że nie zapomnę o niczym ważnym.

Nie zabieraj niepotrzebnych rzeczy

I zastanów się, czy wszystko, co już jest w torbie, faktycznie jest niezbędne :-) Bo może się okazać, że ta trzecia koszulka pewnie nawet nie zostanie z niej wyjęta i wróci nienoszona. Po co więc ją brać? Weź tylko to, co jest faktycznie potrzebne. Ja zawsze pakuję się tak, aby wziąć jak najmniej, bo nie lubię dźwigać rzeczy, których ani razu nie użyję albo nie włożę. Naprawdę warto nad tym pomyśleć. Tyczy się to tak samo ubrań, jak i kosmetyków, i różnych innych różności.


Te trzy najważniejsze zasady zawsze biorę pod uwagę podczas krótkich wyjazdów czy wycieczek. I zawsze się sprawdzają - możecie mi wierzyć. Staram się brać jak najmniej, bo wiem, że to wszystko sama będę musiała taszczyć przez całą drogę do celu (no chyba że nie jestem sama, wtedy zazwyczaj TeŻet taszczy :P) I wiem, że sprawdzą się również teraz, podczas wyjazdu nad morze...

A Wy gdzieś wyjeżdżacie? I w ogóle często wyjeżdżacie gdziekolwiek?
O marzeniach, które nie powinny zostawać tylko marzeniami

O marzeniach, które nie powinny zostawać tylko marzeniami

jak spełnić marzenia

Zawsze byłam wielką marzycielką. Marzyłam o tym, na jakie studia pójdę i co będę po nich robiła. Jakie książki przeczytam. Marzyłam, że będę zarabiać tyle, że będę mogła sobie pozwolić na wszystko i jeszcze więcej. Marzyłam o wielkich podróżach, zwiedzaniu, wygrzewaniu się na plażach, gdy w Polsce jest zima i mróz. Marzyłam o pięknym związku z kimś, kto będzie dla mnie góry przenosił. O pięknym domu czy mieszkaniu, urządzonym z pasją. Marzyłam o tym, że będę pracować za granicą, że będę mieć własną firmę, będę w niej szefową, że na samą pracę będę poświęcać tak mało czasu, jak tylko się da, albo w ogóle nie będę pracować, bo inni ludzie będą zarabiać na mnie... 

Marzycielką jestem do tej pory. Tylko z biegiem czau te marzenia trochę uległy zmianie, ale wiadomo, jak to jest - z czasem człowiek zmienia swoje priorytety, co innego staje się ważniejsze, co innego bardziej istotne, czego innego po prostu chcemy. Więc tak na dobrą sprawę zmieniały się marzenia, ale nie ja. Ja zawsze pozostawałam ta sama - marząca o tym, czego nie mam. Uzmysłowiłam sobie to całkiem niedawno. Że mimo, że zmienia się otoczenie, że zmieniają się moje marzenia, ja ciągle marzę. I tylko marzę. Nie robię nic więcej.

Zrozumiałam tym samym jeszcze jedną rzecz - że do niczego mnie to marzenie nie doprowadzi, a już na pewno nie do tego, o czym marzę. Dlaczego? Bo nigdy nie robiłam nic, aby te moje marzenia urzeczywistnić. 

Ludzie lubią marzyć, ale tak naprawdę niewiele robią w celu ich realizacji. Dlaczego? Ponieważ boją się zmian. Boją się otoczenia i opinii innych. Boją się tego, co powiedzą znajomi i rodzina, tego, że szybko sprowadzą nas na ziemię. Wolimy tkwić w tym, co sprawdzone. Boimy się niepowodzeń.

Ja również się tego boję. Zawsze się bałam więcej lub mniej, i niektórych rzeczy niestety trudno się wyzbyć. Taka jest natura człowieka. Ja jednak, wbrew wszystkiemu, postanowiłam jakiś czas temu z tym walczyć. I pierwszym moim krokiem do tego było nieprzejmowanie się opinią innych. Pierwszym i jedynym z tych, który jednak wiele mnie nauczył i przekonał do tego, że warto w tym tkwić. Sami doskonale wiemy, z czym czujemy się dobrze, co lubimy, czego chcemy - a że innym coś się nie podoba, to nie jest nasz problem. Tylko tych osób. W takim wypadku najlepiej zmienić znajomych :-)

Nie o tym jednak chciałam dzisiaj napisać, a o tym, że... dzisiaj marzę o wiele mniej, ale moje marzenia są dużo bardziej przemyślane. Mniej w nich rzeczy materialnych, a więcej związanych ze mną samą. Nie potrzebuję ogromnej biblioteki w domu, nie potrzebna mi oddzielna garderoba na ubrania, buty i torebki, cenię swoją przestrzeń i nie chcę jej zwyczajnie bałaganić. Niepotrzebne mi podróże na krańce świata, bo dużo bardziej cieszy mnie wycieczka za miasto albo nad nasze polskie morze - nie po to, żeby wygrzewać się na plaży, ale żeby aktywnie spędzić czas z kochaną i kochającą osobą, pozwiedzać i wieczorem paść na łóżko mile zmęczona. Ciągle jednak marzę o tym, żeby mieć czas na swoje pasje i to marzenie, a raczej jego realizacja, bez przerwy gdzieś mi ucieka.

I wiem, że jeśli nic nie zrobię, nie zamienię marzeń na cele do realizacji, to nic się nie zmieni. Będę ciągle marzyć, pewnie do starości, a potem wspominać, że przeżyłam życie nie tak jak chciałam, bo przecież nie zrealizowałam nic, o czym marzyłam, ciągle ciężko pracowałam, zarabiałam pieniądze, ale w tym życiu nie było pasji. Po prostu. 

Nie chcę tak.

Dlatego postanowiłam coś zmienić. Urzeczywistnić swoje marzenia po to, żeby w przyszłości nie żałować, że czegoś nie zrobiłam. Ten wpis jest więc wstępem do większego projektu, w którym najważniejsza będę ja sama. Wiem, brzmi to teraz trochę patetycznie, ale mam nadzieję, że jednak tylko brzmi, a ja sama wezmę się w końcu za realizację tego, co chcę osiągnąć i o czym... zawsze marzyłam. Malutkimi krokami. Ale do większego celu. I pochwalę się nawet, że pierwsze kroki już zrobiłam. Są malutkie, ale od czegoś trzeba zacząć.

Ci, którzy czytają mojego bloga dość regularnie wiedzą, że pracuję zawodowo. Codziennie rano jadę do biura, codziennie o 16 z niego wychodzę. Od poniedziałku (a właściwie od piątku godz. 16.01) zaczynam swój dwutygodniowy urlop, podczas którego w końcu odpocznę po roku dość intensywnej pracy, nie tylko zawodowej, ale i na studiach. Ale te dwa tygodnie mam zamiar wykorzystać również na opracowanie swojego planu i być może całego cyklu, w którym będę się dzielić wszystkim tutaj, na blogu. Jeszcze sama tego nie wiem. Wiem tylko jedno: mam zamiar dać sobie dużo (albo i mało, zależy z jakiej perspektywy na to spojrzeć) czasu, bo cały rok. 52 tygodnie. Za rok o tej porze chciałabym powiedzieć, że... udało się. Ulepszyłam swoje życie według własnych zasad, realizuję swoje cele (nie marzenia!), i jestem o wiele szczęśliwsza niż rok temu (chociaż w tej chwili wcale nie czuję się nieszczęśliwa).

I bardzo jestem ciekawa jak mi to wyjdzie... Jak wyjdzie mi to bycie w zgodzie z samą sobą.*


*Inspiracją nie tylko do tego posta, ale ogólnie do pomyślenia o sobie, stało się wiele rzeczy, które wydarzyły się nie tylko w ciągu ostatniego czasu, ale na pewno na przestrzeni kilku lat. Aby zebrać je wszystkie, potrzeba by było oddzielnego tekstu na ten temat, bo inspiracji jest dużo, wokół mnie ostatnio bardzo, bardzo wiele, tylko ciężko je zebrać i po prostu wcielić w życie... Ale może kiedyś mi się uda to zrobić, aby zainspirowały jeszcze kogoś?

**No, jeśli ktoś dobrnął do końca, to gratuluję... :-)
Wyprzedaż, czyli... Uwaga! Pozbywam się książek

Wyprzedaż, czyli... Uwaga! Pozbywam się książek

wyprzedaż

Kiedyś bardzo mi się marzył dom pełen książek - a może nawet własna biblioteka. Doszłam jednak do takiego etapu w życiu, że teraz nie potrzebuję całej biblioteki, a wręcz przeciwnie: marzy mi się taka biblioteczka, która będzie taką moją "esencją", będą w niej tylko te książki, które naprawdę chcę mieć. Być może już do końca życia, być może na jakiś czas, może za kilka lat coś jeszcze w tej kwestii się zmieni. Ale uparcie dążę do minimalizmu i wiem, że jest to właściwa dla mnie droga (po kilku przeprowadzkach szczególnie).

Dlatego dzisiaj znowu przychodzę do Was z... książkami. Tymi, które zwyczajnie mi ciążą i zabierają przestrzeń (nie tylko fizyczną). Te książki szukają nowego właściciela... A gdzie mam szukać właściciela dla moich książek, jeśli nie na blogu, który czyta (czytało?) wielu książkowych moli?

gabaldon

Na zdjęciu powyżej seria książek Diany Gabaldon - uwaga, to są książki po angielsku. Już na sto procent do nich nie wrócę, ale jeśli kogoś by uszczęśliwiły - piszcie. Jeśli sami nie czytacie po angielsku, ale znacie kogoś - dajcie tej osobie znać. Chcę sprzedać całą tę serię od razu w całości - cena będzie do uzgodnienia. I zależy mi na tym, żeby naprawdę oddać je komuś, nie bibliotece, nie na makulaturę - bo są warte o wiele więcej. 

Pozostałe tytuły - już bez zdjęć. Większość linków prowadzi do recenzji książek, więc przy okazji można sprawdzić, czy się opłaca czy nie...:-)

Córka kata - Oliver Pötzsch
Życie Charlotte Brontë - Elizabeth Gaskell
Dziewczynka w zielonym sweterku. W ciemności - Krystyna Chiger, Daniel Paisner
Skrzydła nad Delft - Aubrey Flegg
Płotki giną pierwsze - Aleksandra Marinina
Alibi na szczęście - Anna Ficner-Ogonowska
Ścieżka nad drogami. Fraktale - Bohdan Urbankowski
Sklepik z niespodzianką. Lidka - Katarzyna Michalak
Ogród Afrodyty - Ewa Stachniak
Świętokradcy - William Ryan
Oblicze Pana - Mariusz Wollny
Na zawsze wygnańcy - Fiorella de Maria
Długa zima w N. - Alina Krzywiec
Ostatni list - Maria Ulatowska
W blasku gwiazd - Lydia Netzer
Trzeci brzeg Styksu - Krzysztof Beśka
Pozdrowienia z Londynu - Krzysztof Beśka
Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Ślad atramentu - Melvin R. Starr
Niespokojne kości - Melvin R. Starr
W cieniu kaplicy - Melvin R. Starr

Wszystkie książki są w dobrym albo bardzo dobrym (idealnym) stanie. Część z nich można obejrzeć tutaj, ale wierzcie - niektóre z nich wzięłam do ręki może dwa, trzy razy - są nawet nieczytane. Cena tak jak wcześniej, do uzgodnienia, bo nie zależy mi na pieniądzach, tylko na tym, żeby się ich pozbyć, więc raczej nie będę chciała za nie więcej niż 10 zł za sztukę, a przy chęci kupienia większej liczby egzemplarzy - jeszcze mniej (+koszt przesyłki).
A jeśli nie jesteście zainteresowani, ale znacie kogoś, kto mógłby być - przekażcie linka do mojego posta dalej.

Zależy mi bardzo na tym, aby pozbyć się książek, zrobić wokół siebie więcej przestrzeni, i zrobić to w możliwie jak najkrótszym czasie. Jeśli się nie uda, książki najprawdopodobniej wylądują gdzieś w bibliotece, bo już nawet nie chce mi się ich sprzedawać - więc korzystajcie :-)

Komentujcie lub piszcie na marchewkowemysli@gmail.com (jeśli ktoś woli przez Allegro, zapraszam również tutaj, ale w niektórych przypadkach chyba bardziej opłaca się bezpośrednio, prawda?... :))

Drugiej takiej okazji może nie być, bo do końca sierpnia chciałabym mieć to z głowy... Więc jak  - pomożecie? :-)
Plany na lato, czyli jak mam zamiar wykorzystać wakacje

Plany na lato, czyli jak mam zamiar wykorzystać wakacje


Wreszcie mogę trochę odsapnąć od nauki i studiów i przede wszystkim nie myśleć o tym, czy wszystko uda mi się załatwić na czas. Skończył się właśnie u mnie okres typowo sesyjny, chociaż to jeszcze nie koniec, bo przecież nikt za mnie we wrześniu nie obroni pracy... W każdym razie mogę powiedzieć, że mam wakacje (od szkoły), że mogę w końcu pomyśleć o czymś innym, niż o nauce, odsapnąć, odpocząć.

I oczywiście mam na ten okres "wakacyjny" mnóstwo planów i rzeczy do nadrobienia, na które nie miałam czasu wcześniej, albo po prostu zawsze było coś ważniejszego... A co będę robić w swoje wakacje?

ODPOCZYWAĆ - tak, w końcu chcę się zresetować, naładować akumulatory na później, nie myśleć o studiach, a naukę odłożyć na dalszy plan (chociaż nie całą, o tym niżej). Marzyłam o tym niemalże przez cały rok, od września zeszłego roku - ach! i w końcu ten dzień nadszedł :-)

NADROBIĆ ZALEGŁOŚCI W CZYTANIU - strasznie mi brakowało tego, aby wziąć w końcu czytnik lub książkę i czytać ją bez żadnych wyrzutów sumienia - bo miałam je niemalże zawsze; że powinnam się uczyć, że powinnam jeszcze zrobić to i tamto... Teraz mogę bezkarnie po prostu czytać kryminał za kryminałem i mieć w nosie wszystko inne.

UZUPEŁNIĆ SWÓJ PROJECT LIFE - mam trochę zaległości, bo po prostu nie było czasu. Nie miałam kiedy wywołać jeszcze zdjęć z czerwca, maj jest w rozsypce, a niedługo jeszcze będzie do ogarnięcia lipiec... Bez dwóch zdań trzeba się za to wziąć i to będzie przyjemna praca. Tym bardziej, że ostatnio zaopatrzyłam się w koszulki i karty. 

ZAPISAĆ SIĘ NA PRAWO JAZDY - bo go jeszcze nie mam i od x lat przekładam to z roku na rok. W ostatnich tygodniach jednak mam straszne parcie na to, mało tego, ja mam ogromną motywację i naprawdę chcę się nauczyć jeździć. A że za kierownicą nie siedziałam nigdy w życiu i boję się za nią usiąść, to będzie to nie lada wyzwanie... Mam jednak wrażenie, że bardzo polubiłabym jazdę samochodem...

WYJEŻDŻAĆ I PODRÓŻOWAĆ - nawet jeśli to będzie podróż za miasto czy na wieś (też w planach). Za trochę ponad tydzień jednak z TeŻetem jedziemy do Trójmiasta, może potem jeszcze gdzieś na jeden chociaż dzień uda się wyskoczyć... Mam jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia na swojej liście, nie tylko te, o których pisałam tutaj. Chciałabym również zwyczajnie pojeździć sobie rowerem i poodkrywać miejsca, które są blisko.

PODSZLIFOWAĆ ANGIELSKI - tak, to znowu nauka, ale w przyjemny sposób, a najprzyjemniejszym jest dla mnie czytanie książek po angielsku - po prostu. Ostatnio nie miałam na to zupełnie czasu, ostatni poważniejszy kontakt z językiem miałam z kilka ładnych miesięcy temu.

NIE MARTWIĆ SIĘ GŁUPOTAMI - bo ja niestety tak mam, że często martwię się czymś nieistotnym albo na co nie mam zupełnie wpływu. Bez sensu.

I robić po prostu to, na co mam w danej chwili ochotę. Chodzić na spacery, pisać bloga, biegać (o właśnie! Muszę zacząć rano biegać!), odżywiać się zdrowo, zadbać o siebie. Tylko w ten sposób będę w stanie wrócić do wytężonej pracy w październiku (bo mimo że narzekam na studia, to bardzo chciałabym jednak iść dalej...)

I chociaż pracując zawodowo, jestem w stanie wziąć urlop tylko na dwa tygodnie, to jednak moje wakacje będą trwały dłużej, bo swoją pracę mimo wszystko lubię (chociaż zawsze marzyłam o pracy w domu) - to właśnie odpoczynek od uczelni uważam za wakacje. I mam nadzieję wycisnąć z tego tyle, ile się da.
Dlaczego już nie piszę o książkach?

Dlaczego już nie piszę o książkach?

książki

Pewnie niejedna osoba zauważyła już tę zmianę. Na początku zamieszczałam na blogu masę recenzji, opinii, postów dotyczących tego, co udało mi się przeczytać albo co chcę przeczytać. Ostatnio jednak, w ostatnich miesiącach, recenzji książkowych pojawiało się u mnie mniej, i to znacząco mniej. Może nie jest do końca tak, że zupełnie już o nich nie piszę, ale jednak... pojawiają się sporadycznie.... Dlaczego?

Mój blog potrzebuje zmian. Ja sama potrzebuję zmian. Na blogu, ale i w sobie. Powiem Wam szczerze: od jakiegoś czasu już męczyło mnie pisanie recenzji każdej przeczytanej książki. Miałam wrażenie, że piszę w kółko o tym samym, a Wy ciągle to samo czytacie. To bez sensu. Mnie męczyło pisanie, Was czytanie, co było widać po statystykach, komentarzach, jakiejkolwiek aktywności. Zresztą od dawna chciałam rozwinąć trochę swojego bloga, pójść w trochę inną stronę, chociaż nie zejść z tej ścieżki zupełnie, to jednak czasem z niej zboczyć. Bo po prostu już nie sprawia mi frajdy powtarzanie w kółko tego samego. Nuda i tyle. Dlatego tak rzadko na blogu ukazują się teraz recenzje, chociaż nie zrezygnowałam (i pewnie nie zrezygnuję) z tego do końca. Dlatego też można było przeczytać w zeszłym miesiącu o tym, co ja osobiście sądzę o Dziewczynie z pociągu i jak bardzo zachwycił mnie Miłoszewski.

Prawdą jest również, że książek w ostatnim czasie czytałam mniej, w moje ręce natomiast częściej wpadały podręczniki. To również jest powód mniejszej ilości recenzji na blogu, bo po prostu czytałam mniej (a raczej sporo, ale mało tego, czego faktycznie chciałabym więcej). Minęły czasy, kiedy czytałam po dziesięć czy dwanaście książek na miesiąc, nie oszukujmy się - studia zrobiły swoje. Nie ukrywam jednak, że czasem trafię na jakąś perełkę i o takiej perełce na pełno będę chciała coś napisać. I to zrobię, bo jak mnie zachwyci jakaś książka, to nie ma zmiłuj :-) Nie będę jednak pisać o każdej przeczytanej książce, jak kiedyś. Chociaż od czasu do czasu może wpadnie jakiś krótki przegląd... zobaczymy.

Nie oszukuję się również w tej kwestii, że mniej książkowa tematyka bloga, a bardziej lifestylowa, będzie Wam wszystkim odpowiadać. Nie każdy lubi to samo i nie każdy interesuje się wszystkim dookoła. Rozumiem to i zdaję sobie sprawę, że część z Was po prostu sobie ode mnie pójdzie w siną dal i już tu więcej nie wróci. Część pewnie zostanie i cieszę się z tego. Na szczęście zawsze zależało mi bardziej na jakości, niż na ilości, nie tylko w kwestii ubrań w szafie :-) Jednak cieszę się z każdej osoby, która tu zagląda i która wraca. Statystyki mówią za siebie i potwierdzają tylko to, że robię ruch w dobrą stronę. A w jaką faktycznie to pójdzie, zobaczymy.

O takich zmianach myślałam od dawna, nie wiem, czy jest tu jeszcze ktoś, kto pamięta, że mój blog zaczynał cztery lata temu pod całkiem inną nazwą, zmiana nazwy bloga to był pierwszy ruch w stronę zmiany bloga w ogóle - ruch, którego nie żałuję i który był tylko kwestią czasu.

Ten tekst miałam w planach również od jakiegoś czasu, chodził mi on po głowie od dawna i zauważam również inną rzecz: część z tych od początku przeze mnie obserwowanych blogów również wprowadza mniejsze lub większe zmiany. Nie dziwię się temu wcale. Zmiany są dobre. Czasem po prostu trzeba :-) Swoją drogą trochę podobny post napisała niedawno Kreatywa, która zmotywowała mnie do wytłumaczenia się również z mojej strony. Rozumiem ją doskonale.

A jeśli chodzi o sam wygląd bloga - zminimalizowałam go tak, jak tylko się dało. To jeszcze nie to, co bym chciała, wciąż szukam szablonu 'dla siebie' (może być z tym kiepsko, bo mogę go nie znaleźć nigdy, biorąc pod uwagę moją wybredność), ale zmiany teraz już będą raczej powierzchowne i nie rzucające się w oczy. Może kiedyś dojdę do etapu, kiedy pomyślę: Wreszcie jest idealnie. Dążę do minimalizmu nie tylko w życiu, ale i na blogu - jak widać :-)

I z chęcią poznam Wasze zdanie na cały ten temat. Jakikolwiek feedback mile widziany, bo to dla mnie cenne informacje...

Blogowe odkrycia ostatniego półrocza

Blogowe odkrycia ostatniego półrocza

blogowe odkrycia

Przyznam szczerze, że przez ostatnie pół roku nie miałam zbytnio czasu na to, aby odkrywać nowe miejsca w sieci. I prawdę mówiąc jeśli już na coś trafię, to raczej dzieje się to przypadkowo. Jestem jednak z siebie dumna, ponieważ sukcesywnie robię porządki w swoich obserwowanych blogach, bo część ich po prostu już wymarła i nie funkcjonuje. Trochę tych stron mam jeszcze do usunięcia, ale najważniejsze, że robi się coraz mniejszy bałagan.

Pięć najlepszych sposobów na to, aby idealnie zacząć dzień

Pięć najlepszych sposobów na to, aby idealnie zacząć dzień


...i mieć tym samym dużą szansę na to, aby dobrze upłynął do wieczora, cokolwiek by się po drodze nie stało :-)

Miałam ostatnio taki koszmarny dzień, chociaż z reguły mi się to nie zdarza. Jednak jestem kobietą - mam prawo :-) Chodzi jednak o to, że ja złe dni naprawdę mam rzadko, a teraz nawet nie wiedziałam, o co właściwie mi chodzi. Denerwowało mnie wszystko, wszystko było na nie, najchętniej schowałabym się gdzieś i tak schowana przesiedziała cały dzień (nie, nie byłam przed okresem, a nawet wtedy takie dni zdarzają mi się naprawdę sporadycznie). Poza tym złe dni mamy nie tylko my baby, ale i faceci - mogę się założyć :-) Summa summarum - byłam przerażona, że bez powodu reaguję tak źle na wszystko, co się ze mną do diaska dzieje?... Miałam sama siebie dosyć, naprawdę.

W pewnym momencie mnie olśniło (co prawda dopiero wieczorem, ale lepiej późno niż wcale). Ja mam swoje poranne rytuały. Takie, że jeśli ich nie ma, to naprawdę trudno mi się potem pozbierać. A tego dnia ich nie było. Po prostu. Wstałam późno, nie zjadłam śniadania, nie pomachałam łapkami na rozruch, nic... No i stało się jasne, dlaczego chodziłam potem poirytowana cały dzień.

Oczywiście to są moje sposoby na dobry dzień i nie u wszystkich muszą się sprawdzić. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie - po prostu mam swoje sprawdzone metody, które nie muszą zadziałać u każdego. Ale... jednak działają na większość :-) I chyba nie zaszkodzi spróbować, bo kto nie chciałby mieć dobrego dnia, wstając rano z łóżka, prawda?

1. Idź wcześniej spać poprzedniego dnia wieczorem

Tak, dokładnie - bo idealny dzień zaczyna się wieczorem dzień wcześniej. A żeby dobrze zacząć dzień, trzeba się wyspać. Bo jakoś nie wyobrażam sobie siedzenia do drugiej czy trzeciej w nocy (o zgrozo, jeszcze przy komputerze!), a potem spanie do późna, albo co gorsza, przymus wstania rano i wyszykowania się do pracy na wpół przytomna z niewyspania. Nie da się - gwarantuję. 6-7 godzin snu to podstawa, ja nauczyłam się spać 7,5-8 godzin, kładę się o 22 (zawsze gaszę już światło i zasuwam pod kołdrę) i wstawać o 6 rano (bo do pracy czy szkoły). Mam tak wypracowany ten system, że prawdę mówiąc nie potrzebuję do tego budzika (ustawiam go tylko i wyłącznie na wszelki wypadek).
Poza tym ten punkt wiąże się ściśle z następnym, czyli...

2. Wstań rano wcześniej

Nie wcześnie. Po prostu wcześniej niż zwykle. Oczywiście większość z nas i tak ma ustawiony właśnie ten nieszczęsny budzik, więc wstaje tak czy siak. Więc ustaw go pół godziny wcześniej. Położenie się wcześniej wieczorem nie powoduje tego, że nieprzytomna zwlekę się rano z łóżka. Bo się zwyczajnie wysypiam. Nie wstajesz do pracy? I tak wstań wcześniej, nawet pół godziny. Nie śpij do południa... Bo za długie spanie jest chyba jeszcze gorsze od niewyspania, przynajmniej dla mnie. Nawet w weekend. A wcześniejsze wstawanie ma więcej zalet niż wad :-) Naprawdę - tylko trzeba to odkryć samemu.

3. Poćwicz

Tutaj większość pewnie pomyśli: o nie! Szczególnie ci, którzy nie są z aktywnością fizyczną za pan brat, szczególnie rano... Ale nie raz i nie dwa udowodniono, że ćwiczenia rano dają energię na cały dzień. Nie każę Ci przebiec dziesięciu kilometrów rano, tym bardziej, gdy nie biegasz, bo po co masz wrócić do domu z wyplutymi płucami i zawałem... Nie ćwiczysz? To chociaż otwórz okno, poprzeciągaj się, zrób kilka przysiadów. Mi też nie zawsze chce się ruszać rano, gwarantuję, ale zawsze tymi łapkami pomacham kilka razy. Od razu lepiej się robi i humor się poprawia, więc warto spróbować :-) (swoją drogą - muszę wrócić do porannego biegania, wtedy to miałam energię w ciągu dnia!). O, jeszcze jest jedna opcja: nie chce ci się poskakać, to zmieć podłogę albo umyj naczynia - też działa!

4. Zjedz śniadanie

To jest punkt obowiązkowy! Nie to, że nie ma czasu, śniadania trzeba jeść, bo zupełnie inaczej człowiek funkcjonuje rano. Ja nienawidzę być głodna rano. Nie cierpię! I nie mów, że nie masz czasu, po to między innymi kładziesz się wcześniej spać i wstajesz wcześniej - żeby go mieć i żeby na spokojnie zdążyć ze wszystkim przed wyjściem do pracy. Nie wychodzisz - zjedz tym bardziej. Wypij herbatę/kawę/sok (niepotrzebne skreślić), zjedz choćby coś małego. Nawet małe śniadanie daje więcej energii na rozpoczęcie dnia niż nie zjedzenie go wcale.

5. Ustal priorytety

Cokolwiek, co dzisiaj zrobisz. Nie musi to być cały plan dnia, nawet nie powinien, bo to frustruje i sprowadza na nas myśli typu: Ojej, jeszcze tyle do zrobienia, a dzień się zaraz skończy. Ale ustal cokolwiek - dzisiejsze zakupy, oddanie książek do biblioteki, odpisanie na maile, spotkanie z kimś. Może to być jedna mała rzecz. Ale jak już ją zaplanujesz, to znajdziesz na pewno czas w ciągu dnia na jej zrealizowanie, a wtedy szansa na idealny dzień wzrasta wielokrotnie. Sprawdzone!


Niby pięć małych, prostych sposobów, a jednak sprawiają, że naprawdę mam dobry dzień. I jest szansa, że takim zostanie do wieczora. Nie biorąc pod uwagę oczywiście różnych sporadycznych sytuacji, czy złych, no ale podobno dobre przyciąga dobre - więc i szansa na stanie się czegoś złego wtedy maleje :-) (Uwaga! to działa też w odwrotną stronę - złe przyciąga złe, więc chyba lepiej dobrze zacząć dzień i mieć szansę na to, aby dobrze go skończyć, prawda?)

A czy Wy macie jakieś swoje poranne rytuały, które sprawiają, że poranek jest idealny? Może coś kompletnie innego, dziwnego, oryginalnego?...
Zadbać o włosy, czyli wyzwanie na lipiec

Zadbać o włosy, czyli wyzwanie na lipiec

włosowe wyzwanie na lipiec

Postawiłam sobie w tym miesiącu cel - taki tylko dla siebie, a który powinnam postawić już daaawno temu - włosy! Jeszcze półtora roku temu miałam długie włosy... co z tego, skoro zniszczone, a końcówki wręcz połamane (i to do tego stopnia, że jeden włos dzielił się na kilka, a złamany był czasem w kilku miejscach - pewnie efekty przez długi czas używanej prostownicy)... Hodowałam te włosy kilka lat, jednak były tak zniszczone, że nie pożałowałam, obcięłam. Wcześniej co prawda nie robiłam z nimi nic oprócz mycia szamponem i nałożenia odżywki (bez niej się nie obędzie). Czasem (ale to od święta) nałożyłam jakąś maskę, potem (krótko przed ścięciem) poczytałam o olejowaniu. Niestety na olejowanie i to, żeby coś pomogło, było już za późno.

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli