Dlaczego postanowiłam ograniczyć ilość rzeczy wokół siebie?


Odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Nie, to raczej nie było tak, że nagle rano obudziłam się z myślą: hej, a może zostanę minimalistką?... Nie, to raczej wpłynął na to czas, dość długi okres czasu. A poza tym w dalszym ciągu nie nazywam siebie minimalistką - jeszcze mi dużo do minimalizmu brakuje...

Przeprowadzałam się w życiu sporo razy. Pierwszy raz od razu na głęboką wodę, bo wyprowadziłam się za granicę mając 21 lat. Swoją drogą teraz, z perspektywy czasu zastanawiam się, jak znalazłam w sobie wtedy tyle odwagi i determinacji, żeby spełnić swoje marzenie... Nie wiem, czy teraz bym taką miała. Pamiętam jednak, że wyjeżdżając (a wyjeżdżałam co najmniej na kilka miesięcy, żeby potem z tych miesięcy zrobiło się dwa lata) spakowałam się w jedną walizkę do 20 kg i jeden bagaż podręczny, który był naprawdę niewielki. Zastanawiałam się ostatnio, przypominając sobie o tym, jak ja do diabła to zrobiłam? :-) Tak mało rzeczy...

Gdy dwa lata później wracałam do Polski, rzeczy miałam już o wiele więcej. Na tyle dużo, że zapędziłam do pomocy mojego kuzyna, który dużą część rzeczy zwiózł mi do Polski swoim samochodem, bo ja lecąc samolotem nie zabrałabym się z tym wszystkim i ze dwadzieścia razy... Całe życie bardzo przywiązywałam się do rzeczy (i mam tak cały czas) wokół siebie, a tym bardziej do tego, co zdobyłam własną pracą i tylko dzięki sobie. Tym samym przywiozłam do Polski masę książek (chyba nie wymaga komentarza...), ubrań (zgubił mnie brytyjski Primark i jeszcze parę innych fajnych sklepów), a nawet meble (drobne, bo drobne, ale zawsze)! A pamiętam, że i tak wiele jeszcze tam zostawiłam, bo gdybym mogła, wzięłabym wszystko, wszystko!

Ale powrót do Polski wcale nie był moją największą przeprowadzką. Bo przeprowadzałam się potem jeszcze kilka razy. Każda kolejna to był dla mnie jakiś koszmar. Z każdą kolejną okazywało się, że gromadzę tych rzeczy coraz więcej. Rzeczy, które na dobrą sprawę, wcale nie były mi tak bardzo potrzebne albo nie były potrzebne w ogóle. Ubrań, które w większości leżały w szafie, a ja chociaż w nich nie chodziłam, to ciężko było mi się z nimi rozstać, bo może kiedyś, na jakąś okazję... może jednak... Książki? To był największy problem - zawsze! Kocham książki. Więc moja biblioteczka nigdy nie malała - wręcz przeciwnie - sukcesywnie się powiększała. Ale jak mi przyszło za każdym razem, z każdą przeprowadzką, taszczyć te książki ze sobą... koszmar nad koszmary. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, ile ważą książki, dopóki nie musi ich przenieść z miejsca A do miejsca B. Dla mnie to zawsze była największa katorga.

O ile porządek w szafie chciałam zrobić od kilku dobrych paru lat (tylko jakoś nigdy nie było czasu albo były ważniejsze rzeczy), o tyle z książek wyrosłam niedawno. Ale chyba na zawsze. Zrozumiałam w pewnym momencie, że może i dom z masą książek jest fajny, ale wcale nie potrzebna mi ogromna biblioteka, a wystarczą tylko te książki, które naprawdę chcę mieć, do których kiedyś wrócę, które coś wniosły do mojego życia. Inne po prostu stały, a ja wiedziałam, że drugi raz ich nie przeczytam. Dlatego od niedawna sukcesywnie pozbywam się tych książek, które jeszcze komuś mogą sprawić radość - mi już sprawiły i koniec. Więcej do nich nie wrócę. O książkach pisałam przy okazji wyprzedaży i w dalszym ciągu mam wiele z nich na półce - jeśli ktoś z Was będzie zainteresowany, czekam na maile.

W końcu udało mi się też zrobić porządek w swojej szafie. Czuję, że teraz, po lecie (chociaż jeszcze go trochę zostało, ale ja zawsze myślę na zapas) moja szafa przejdzie jeszcze większą rewolucję. Idea capsule wardrobe spadła mi z nieba - to jest dokładnie coś dla mnie. I wreszcie mam w co się ubrać!

I chociaż jeszcze wiele rzeczy w moim życiu wymaga porządków, to ja już widzę, jak wiele mi to dało. A co dało? Przestrzeń. Nie mówię tu o przestrzeni w szafie czy na półkach (chociaż ta też), ale w głowie. Jakoś tak bardziej uporządkowane są teraz moje myśli, chociaż nadal jest ich milion na minutę. A więc i od razu samopoczucie lepsze. Co mi jeszcze dało ograniczenie rzeczy wokół siebie? Że jakość jest znacznie ważniejsza od ilości. I że skoro tak bardzo potrafię przywiązywać się do rzeczy, nawet tych z reguły niepotrzebnych, to moje zakupy są teraz bardziej przemyślane, a za każdym razem, gdy chcę coś kupić, zadaję sobie po kilka razy jedno pytanie: czy ja naprawdę tego potrzebuję. W końcu zrozumiałam, że człowiek szczęśliwy to nie ten, który ma milion różnych rzeczy wokół siebie, ale taki, który potrafi zrobić pożytek z tego co ma. To również uczy kreatywności i rozwija wyobraźnię. 

Więc tak krótko podsumowując - po prostu mi lepiej z tym. A poza tym... zawsze będzie łatwiej przy następnej przeprowadzce, o ile taka się nadarzy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli