Pięć par butów, bez których nie wyobrażam sobie lata


Robienie porządków w szafce z butami to nie lada wyczyn. Kiedyś bardzo lubiłam kupować buty. Miałam ich naprawdę sporo, ale większość z nich założyłam może raz, może dwa razy w życiu. Większość czasu przeleżały w kartonie, czekając na odpowiednie okazje: a to wesele, a to jakaś uroczystość rodzinna, a to na... czas, kiedy przestaną uwierać... (!). I jeśli chodzi o to pierwsze, czasem się doczekały, jeśli zaś chodzi o to ostatnie to... można się domyśleć - nigdy nie doczekałam się tego, bo w nich zwyczajnie nie chodziłam (tutaj pragnę zaznaczyć, że uwierać lub - o zgrozo! - obetrzeć mi nogi czasem do krwi potrafią nawet zwykłe trampki czy adidasy!). Butów się mnożyło, a ja kupowałam, bo przecież... nie miałam w czym chodzić.

Pierwsze porządki z butami zrobiłam pół roku temu podczas ostatniej przeprowadzki, gdy złapałam się za głowę, uświadamiając sobie, ile tak naprawdę ich mam. Do tego zajmowały masę miejsca, a ja już miałam tego serdecznie dosyć. Poza tym wciąż trzymałam buty, które może jeszcze nadawały się do chodzenia, ale przy domu w ogródku wyłącznie - poniszczone, sfatygowane, których już nie założę nawet na spacer do parku. Pomyślałam w końcu, że to bez sensu i zrobiłam selekcję, dzięki czemu przeprowadziłam się tylko z tymi butami, z którymi naprawdę ciężko mi było się rozstać. No niestety - przywiązuję się do czegoś, co polubię i w czym chodziłam przez dużą ilość czasu.


Ostatnio znowu zrobiłam taką selekcję. Niestety - cały czas ich ilość mnie przerasta. W połowie w ogóle nie chodziłam albo założyłam raz na większą imprezę. Część z nich w ogóle już nie nadawała się dla mnie do chodzenia (pomimo nowości, chyba stopa mi schudła, bo każde szpilki zwyczajnie spadają mi z pięty, nieważne czy są za duże, czy za małe). Poza tym chciałam zwyczajnie przejrzeć szafę, aby zobaczyć, w czym jeszcze mogę pochodzić, a w czym już nie, bo albo nie chcę, albo nie mogę. 

I tak powstała lista butów, bez których po prostu nie potrafię się obejść latem i bez których lata sobie zwyczajnie nie wyobrażam. Co to takiego?


JAPONKI

Bez japonek nie ma lata. Po prostu nie ma. Idealne na plaże, na spacer, a nawet do pracy (mnie na szczęście dress code nie obowiązuje).

SANDAŁY

To też jest chyba raczej oczywiste i nic nie trzeba komentować. Większość lata zawsze przechodzę albo w sandałkach, albo w japonkach, nieważne, gdzie się wybieram. A jeśli są do tego w miarę eleganckie, to nawet wkładam je na większe wyjścia.

BALERINY

Obecnie mam dwie pary - czarne i w kolorze nude. Dzięki temu pasują mi praktycznie do wszystkiego. Więc komentarz zbędny, albo jak wyżej :-)

TRAMPKI

Podobno w pewnym wieku już nie wypada chodzić w trampkach i ja w tym wieku ponoć się znajduję. Zawsze jednak miałam gdzieś wszelkie konwenanse, a w trampkach chodzić uwielbiam, bo są po prostu wygodne. I kropka.

SZPILKI

Tak, posiadam jedne, i tyle mi wystarczy (chociaż jeszcze do niedawna miałam ich kilka par, ale nie nadawały się dla mnie do chodzenia - znaleźć szpilki, które nie będą mi spadać ze stopy to nie lada wyczyn, naprawdę). Zawsze są jak znalazł na większe wyjścia, randkę czy coś w tym stylu... Poza tym uwielbiam buty na obcasie czy koturnie, więc musiały się jakieś znaleźć w mojej szafie.


Wciąż dążę do minimalistycznej szafy, nie tylko jeśli chodzi o buty, i wciąż się uczę. Ale to, co wyżej, to jest dla mnie takie minimum właśnie. Bez tego nie potrafiłabym się obejść latem - tak zwyczajnie. Nic innego do szczęścia nie jest mi potrzebne. Na szczęście doszłam do takiego etapu w życiu, że wolę mieć to co niezbędne i to co lubię, niż szafę pełną butów, w których nie chodzę, które mnie uwierają i które zabierają mi zwyczajnie przestrzeń, nie tylko tę fizyczną w szafie, ale i komfort psychiczny. 

A jak tam Wasze letnie szafy? Macie coś, bez czego trudno Wam się obejść?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli