O marzeniach, które nie powinny zostawać tylko marzeniami

jak spełnić marzenia

Zawsze byłam wielką marzycielką. Marzyłam o tym, na jakie studia pójdę i co będę po nich robiła. Jakie książki przeczytam. Marzyłam, że będę zarabiać tyle, że będę mogła sobie pozwolić na wszystko i jeszcze więcej. Marzyłam o wielkich podróżach, zwiedzaniu, wygrzewaniu się na plażach, gdy w Polsce jest zima i mróz. Marzyłam o pięknym związku z kimś, kto będzie dla mnie góry przenosił. O pięknym domu czy mieszkaniu, urządzonym z pasją. Marzyłam o tym, że będę pracować za granicą, że będę mieć własną firmę, będę w niej szefową, że na samą pracę będę poświęcać tak mało czasu, jak tylko się da, albo w ogóle nie będę pracować, bo inni ludzie będą zarabiać na mnie... 

Marzycielką jestem do tej pory. Tylko z biegiem czau te marzenia trochę uległy zmianie, ale wiadomo, jak to jest - z czasem człowiek zmienia swoje priorytety, co innego staje się ważniejsze, co innego bardziej istotne, czego innego po prostu chcemy. Więc tak na dobrą sprawę zmieniały się marzenia, ale nie ja. Ja zawsze pozostawałam ta sama - marząca o tym, czego nie mam. Uzmysłowiłam sobie to całkiem niedawno. Że mimo, że zmienia się otoczenie, że zmieniają się moje marzenia, ja ciągle marzę. I tylko marzę. Nie robię nic więcej.

Zrozumiałam tym samym jeszcze jedną rzecz - że do niczego mnie to marzenie nie doprowadzi, a już na pewno nie do tego, o czym marzę. Dlaczego? Bo nigdy nie robiłam nic, aby te moje marzenia urzeczywistnić. 

Ludzie lubią marzyć, ale tak naprawdę niewiele robią w celu ich realizacji. Dlaczego? Ponieważ boją się zmian. Boją się otoczenia i opinii innych. Boją się tego, co powiedzą znajomi i rodzina, tego, że szybko sprowadzą nas na ziemię. Wolimy tkwić w tym, co sprawdzone. Boimy się niepowodzeń.

Ja również się tego boję. Zawsze się bałam więcej lub mniej, i niektórych rzeczy niestety trudno się wyzbyć. Taka jest natura człowieka. Ja jednak, wbrew wszystkiemu, postanowiłam jakiś czas temu z tym walczyć. I pierwszym moim krokiem do tego było nieprzejmowanie się opinią innych. Pierwszym i jedynym z tych, który jednak wiele mnie nauczył i przekonał do tego, że warto w tym tkwić. Sami doskonale wiemy, z czym czujemy się dobrze, co lubimy, czego chcemy - a że innym coś się nie podoba, to nie jest nasz problem. Tylko tych osób. W takim wypadku najlepiej zmienić znajomych :-)

Nie o tym jednak chciałam dzisiaj napisać, a o tym, że... dzisiaj marzę o wiele mniej, ale moje marzenia są dużo bardziej przemyślane. Mniej w nich rzeczy materialnych, a więcej związanych ze mną samą. Nie potrzebuję ogromnej biblioteki w domu, nie potrzebna mi oddzielna garderoba na ubrania, buty i torebki, cenię swoją przestrzeń i nie chcę jej zwyczajnie bałaganić. Niepotrzebne mi podróże na krańce świata, bo dużo bardziej cieszy mnie wycieczka za miasto albo nad nasze polskie morze - nie po to, żeby wygrzewać się na plaży, ale żeby aktywnie spędzić czas z kochaną i kochającą osobą, pozwiedzać i wieczorem paść na łóżko mile zmęczona. Ciągle jednak marzę o tym, żeby mieć czas na swoje pasje i to marzenie, a raczej jego realizacja, bez przerwy gdzieś mi ucieka.

I wiem, że jeśli nic nie zrobię, nie zamienię marzeń na cele do realizacji, to nic się nie zmieni. Będę ciągle marzyć, pewnie do starości, a potem wspominać, że przeżyłam życie nie tak jak chciałam, bo przecież nie zrealizowałam nic, o czym marzyłam, ciągle ciężko pracowałam, zarabiałam pieniądze, ale w tym życiu nie było pasji. Po prostu. 

Nie chcę tak.

Dlatego postanowiłam coś zmienić. Urzeczywistnić swoje marzenia po to, żeby w przyszłości nie żałować, że czegoś nie zrobiłam. Ten wpis jest więc wstępem do większego projektu, w którym najważniejsza będę ja sama. Wiem, brzmi to teraz trochę patetycznie, ale mam nadzieję, że jednak tylko brzmi, a ja sama wezmę się w końcu za realizację tego, co chcę osiągnąć i o czym... zawsze marzyłam. Malutkimi krokami. Ale do większego celu. I pochwalę się nawet, że pierwsze kroki już zrobiłam. Są malutkie, ale od czegoś trzeba zacząć.

Ci, którzy czytają mojego bloga dość regularnie wiedzą, że pracuję zawodowo. Codziennie rano jadę do biura, codziennie o 16 z niego wychodzę. Od poniedziałku (a właściwie od piątku godz. 16.01) zaczynam swój dwutygodniowy urlop, podczas którego w końcu odpocznę po roku dość intensywnej pracy, nie tylko zawodowej, ale i na studiach. Ale te dwa tygodnie mam zamiar wykorzystać również na opracowanie swojego planu i być może całego cyklu, w którym będę się dzielić wszystkim tutaj, na blogu. Jeszcze sama tego nie wiem. Wiem tylko jedno: mam zamiar dać sobie dużo (albo i mało, zależy z jakiej perspektywy na to spojrzeć) czasu, bo cały rok. 52 tygodnie. Za rok o tej porze chciałabym powiedzieć, że... udało się. Ulepszyłam swoje życie według własnych zasad, realizuję swoje cele (nie marzenia!), i jestem o wiele szczęśliwsza niż rok temu (chociaż w tej chwili wcale nie czuję się nieszczęśliwa).

I bardzo jestem ciekawa jak mi to wyjdzie... Jak wyjdzie mi to bycie w zgodzie z samą sobą.*


*Inspiracją nie tylko do tego posta, ale ogólnie do pomyślenia o sobie, stało się wiele rzeczy, które wydarzyły się nie tylko w ciągu ostatniego czasu, ale na pewno na przestrzeni kilku lat. Aby zebrać je wszystkie, potrzeba by było oddzielnego tekstu na ten temat, bo inspiracji jest dużo, wokół mnie ostatnio bardzo, bardzo wiele, tylko ciężko je zebrać i po prostu wcielić w życie... Ale może kiedyś mi się uda to zrobić, aby zainspirowały jeszcze kogoś?

**No, jeśli ktoś dobrnął do końca, to gratuluję... :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli