O wyborach życiowych, wakacjach (chociaż jeszcze nie dla mnie) i truskawkach... [podsumowanie czerwca]

podsumowanie miesiąca

Co tu dużo mówić... Znowu kolejny miesiąc minął, a ja nawet nie wiem, kiedy właściwie to się stało. Aż strach pomyśleć, że te całe wakacje też będą tak pędziły, że zanim się obejrzę, już będzie po moim urlopie i w ogóle po lecie. Trzeba łapać z tych dni tyle, ile się da i wycisnąć maksymalnie... Tylko że... cóż... w lipcu czeka mnie jeszcze masa nauki i praca licencjacka, która jakoś sama nie chce się napisać, więc chyba jednak muszę sama się za nią wziąć. I dokończyć sesję... Tak, sesja jeszcze się za mną ciągnie i będzie ciągnęła do połowy lipca co najmniej.

W ogóle czerwiec to jest taki miesiąc dość wyjątkowy, bo to w końcu połowa roku za nami. Poza tym zawsze mi się kojarzył z końcem szkoły, zakończeniem roku - coś się zawsze kończyło, coś się zaczynało... Ja właśnie teraz miałam tak wielką ochotę rzucić te moje studia w cholerę, bo już nie wyrabiam, bo mam za dużo zaległości, bo naprawdę już mnie to wszystko męczy... Już byłam tego bardzo blisko, nawet popełniłam wpis o studiach, które zabierają mi całą energię życiową ostatnio. Na szczęście w porę się opamiętałam. Jest w tym zasługa pewnej osoby, ale na szczęście mój własny rozum zwyciężył i tym razem (chociaż nie zawsze mam ochotę, aby tak było, ale teraz właśnie dobrze, że tak się stało). Powiedziałam sobie: kurczę, sprężę ten tyłek, wezmę się za tę naukę, napiszę tę pracę! Kto jak kto, ale ja dam radę! Bo niby czemu miałabym nie dać?... Zaległości jest do nadrobienia sporo, ale jestem dobrej myśli. Tak więc koniec czerwca i początek wakacji upływa mi na... nauce.

Na szczęście nie samą nauką człowiek żyje (chociaż ja ostatnio mam za swoje, mogłam pomyśleć o tym wcześniej, teraz nie byłoby zaległości), bo nawet udało mi się poczytać coś innego, niż podręczniki... Chyba tylko dlatego, że zawsze te pół godziny znajdę na coś innego.



Ostatni list w końcu przeczytałam, byłam jej ogromnie ciekawa i jak się okazało, warto było poświęcić na nią swój czas. To kolejne potwierdzenie tego, że jednak warto czytać naszych polskich autorów (tak, wiem, już do znudzenia to powtarzam, nawet pisałam o tym przy okazji Gniewu Miłoszewskiego, ale naprawdę warto i nie rozumiem tych, którzy omijają polskich pisarzy z daleka...) Za recenzję samej książki niech Wam wystarczy to, że jestem w stanie zaliczyć ją do grona moich ulubionych nawet, chociaż może nie najulubieńszych :-) Ciekawe, ile książek uda mi się przeczytać w lipcu, bo coś czarno to widzę :-)

Znowu jestem nudna, ale na razie jednak nauka, nauka, nauka... Potem sobie wszystko zrekompensuję urlopem, którego już nie mogę się doczekać - odpocznę i od pracy, i od nauki, i w końcu zobaczę znowu nasze polskie morze - byłam nad morzem raz jeden jedyny, dawno i mało co z tego pamiętam. Teraz cieszę się jak dziecko na ten Gdańsk i odliczam dni. I będę korzystać z lata :-) Bo lato w pełni, a u mnie w końcu królują owoce w jadłospisie (szkoda tylko, że tak szybko skończył się sezon na truskawki, bo je kocham najbardziej). I pewnie będą królowały jeszcze długo, pod każdą postacią.

podsumowanie miesiąca

Truskawki swoją drogą... Uwielbiam jednak również wszelkie arbuzy, granaty, melony czy mango... No i wróciłam również do moich ulubionych zielonych szejków, często właśnie od nich zaczynam swój dzień.

Z tego dzisiejszego postu wyszedł trochę taki misz-masz, jak ten wspomniany wcześniej zielony koktajl :-) Ale trochę tak miało wyjść, poza tym to podsumowanie miesiąca, a czerwiec był taki trochę zakręcony dla mnie w tym roku.

A jak u Was? Dobry był czerwiec czy... jeszcze lepszy? A półroczne podsumowania?... Zresztą... cóż może być lepszego od właśnie rozpoczętych wakacji, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli