Ludzie, którzy jedzą ciemność


Chociaż już cztery dni kwietnia za nami, ja zaczynam go tutaj właśnie teraz... Pierwszym postem w kwietniu o książce, od której nie mogłam się oderwać i postanowiłam przeczytać ją jak najszybciej, kosztem innych zajęć i nauki... To jest właśnie książka, z którą spędziłam święta wielkanocne w tym roku. Taka niepozorna okładka nie mówiła mi zupełnie nic, jednak cieszę się, że na nią trafiłam... Że poleciła mi ją właściwie moja Siostra, niemalże wcisnęła w ręce, mówiąc: "Masz, czytaj!". Jestem jej ogromnie wdzięczna.

Ludzie, którzy jedzą ciemność to reportaż. Wydarzenia w niej opisane są prawdziwe. I to chyba czyni tę książkę tak poruszającą, tak ciekawą i tak przerażającą zarazem. To właśnie ten fakt czyni Tokio, miasto, o którym tu mowa, miasto, które jest jednocześnie również bohaterem książki, jeszcze bardziej tajemniczym, intrygującym, niezrozumiałym dla nas, Europejczyków. A zdawałoby się, co również potwierdzają statystyki, że to jedno z najbezpieczniejszych miast na świecie...

Dwudziestoletnia Lucie wyjeżdża do Tokio po to, aby dorobić - praca hostessy wydaje się być wymarzonym zajęciem, aby w łatwy sposób dorobić i spłacić niewielki dług. Jednak pewnego dnia dziewczyna znika, wszelki ślad po niej ginie. Tajemniczy nieznajomy, który dzwoni do jej przyjaciółki kilka dni po zniknięciu Lucie twierdzi, że wstąpiła ona do sekty i nie ma sensu dalszy z nią kontakt. Jednak ani przyjaciółka w Tokio, ani rodzice i siostra w Londynie nie mogą w to uwierzyć. Rozpoczyna się więc walka - z tokijską policją, japońskim wymiarem sprawiedliwości, ale przede wszystkim z tym, kto ma coś wspólnego z zaginięciem Lucie. Nikt jednak nie wie, kto to taki i gdzie szukać jakichkolwiek śladów...

Nie wiem, czy mieliście kiedykolwiek w rękach tę książkę... ja nawet wcześniej o niej, przyznam się szczerze, nie słyszałam. Jednak wciągnęłam się w tę historię już po kilku stronach. I trzyma w napięciu niemalże do ostatniej. Poza tym cały czas majaczy gdzieś z tyłu głowy poczucie, że to jest przecież prawdziwe, to naprawdę się wydarzyło... Trudno w to wszystko uwierzyć, jest się w szoku i uczuciu przerażenia wręcz... Co innego, gdyby to była fikcja literacka, takie historie zupełnie inaczej się odbiera od tych autentycznych. Być może właśnie dlatego, że ta książka to reportaż, aż do tego stopnia była w stanie wbić mnie w fotel... To nie jest niestety historia, która dobrze się kończy, tego się można domyślić już na samym początku i to jest oczywiste... Ale prawdy szybko się nie dowiemy... I dlatego czyta się ją z taką ciekawością...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli