Lewa strona życia

Pamiętam, jak czytałam Motyla Lisy Genovy. Nigdy jeszcze tak szybko nie przeczytałam żadnej książki. Zaczęłam wieczorem, potem na kilka godzin poszłam spać, a wcześnie rano znowu do niej wróciłam i nawet nie zauważyłam, jak dobiegłam do końca. Dlatego też długo się nie zastanawiałam, stojąc między bibliotecznymi półkami, czy wziąć Lewą stronę życia czy nie, właściwie w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Ręka sama po nią powędrowała.

Bohaterka, Sarah, jest mężatką, matką trójki dzieci i wiceprezesem dużej firmy. Jej dzień właściwie jest wypełniony zajęciami po brzegi, nie ma w nim żadnej wolnej sekundy. Po co, skoro wstawiając pranie można w międzyczasie odpowiedzieć na kilka maili, a jadąc samochodem wykonać ważny telefon lub wysłać smsa. Jednak pewnego dnia, jadąc do pracy, Sarah ulega wypadkowi i doznaje urazu mózgu. Ten dzień zmieni jej życie o 180 stopni. Nie tylko dlatego, że będzie musiała zrezygnować z pracy w wielkiej korporacji, przynajmniej na jakiś czas, ale głównie dlatego, że... przestanie widzieć wszystko, co znajduje się po jej lewej stronie. Będzie ignorować istnieje nawet tak oczywistej rzeczy, jak prawa ręka czy noga. Od nowa musi nauczyć się podstawowych czynności, jak chodzenie, jedzenie, czytanie... Ten wypadek jednak zmieni w jej życiu o wiele więcej.

Kolejna książka Lisy Genovy sprawiła, że nie mogłam się od niej oderwać. Głównie za sprawą tajemniczej choroby, o której szczerze mówiąc nie miałam w ogóle do tej pory pojęcia. Na początku trochę trudno było mi sobie wyobrazić to wszystko, co przeżywa bohaterka, jak można kompletnie nie widzieć tego, co znajduje się po naszej lewej stronie, potem w końcu trochę to zaczęłam rozumieć. No bo jak wytłumaczyć uczucie, kiedy wiemy, że posiadamy lewą rękę, ale jej nie widzimy, nie czujemy, nie identyfikujemy jej z własnym ciałem, jakby to była ręka zupełnie kogoś innego?... Nie mówiąc już o współpracy z nią, poruszaniu, chwytaniu... Trudno to na początku pojąć. Jednak im bardziej wczuwamy się w rolę i sytuację Sarah, już trochę łatwiej nam to przychodzi. Autorka doskonale to opisuje, chociaż sama choroba jest ciężka, trudna i wymaga ogromu pracy, aby wrócić do normalności i znowu zacząć zauważać lewą stronę. 

Sami bohaterowie są również nietuzinkowi. Każdy z nich spełnia swoją rolę doskonale, zarówno mąż bohaterki, dzieci (strasznie polubiłam Charlie'go, najstarszego synka), matka... Wszyscy oni stanęli przed zmianą w swoim życiu - zmianą, która po prostu się stała, która nie dała im wyboru, tylko postawiła przed faktem dokonanym i kazała się dostosować. Stosunki z matką to również temat na rozprawkę. Tak jak jest to książka o zespole postrzegania stronnego, tak samo jest ona o miłości, o wybaczaniu, o tym, że w pędzącym świecie i wyścigu szczurów trzeba się czasem zatrzymać, powiedzieć 'stop!', przypomnieć o tym, że mamy bliskich, rodzinę, która nas potrzebuje. Że czasem dopiero takie wydarzenie jak wypadek pozwala nam na zrozumienie tego - wielka szkoda, że potrzeba dopiero czegoś tak strasznego, aby przypomnieć sobie o kochających osobach. Potrzeba wstrząsu, aby się ogarnąć i zrozumieć, że ten wyścig do niczego nie prowadzi, że są rzeczy znacznie ważniejsze. Ale to jest niestety faktem, że czasem musi nastąpić przełom, abyśmy zrozumieli, czego tak naprawdę chcemy w życiu.

Piękna książka, życiowa, która może i nas naprowadzi na lepszą drogę. Nie warto czekać na 'przełom'. Warto takie rzeczy zrozumieć wcześniej, potem może być za późno. Szybko się czyta tę powieść, jest niesamowicie wciągająca, podobnie jak Motyl, czasami trudno się od niej oderwać (sama ta choroba wydawała mi się czasem właśnie taka oderwana od rzeczywistości...). Polecam! Naprawdę polecam z czystym sumieniem i mam nadzieję, że każdy, kto ją przeczyta, weźmie sobie do serca jej przesłanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli