O przeprowadzkach, porządkach i tęsknocie za wiosną [podsumowanie lutego]

O przeprowadzkach, porządkach i tęsknocie za wiosną [podsumowanie lutego]


Skończył się luty, najkrótszy miesiąc w roku, ale dla mnie strasznie długi... Chociaż i tak przeleciał migiem jak poprzednie miesiące, to jednak ten miesiąc był dla mnie dość intensywny pod każdym względem... Tylko jakoś za naukę się jeszcze nie potrafię zabrać tak, jakbym naprawdę tego chciała... Za to książki bym czytała bez przerwy... 

Najważniejszą rzeczą w tym miesiącu jednak była przeprowadzka. Nie wiem, jak większość z Was, ale ja nienawidzę się przeprowadzać. To jest najgorsze, co może mnie spotkać. Nie lubię ze względu na bałagan, jaki się wtedy tworzy, na to, że przywiązuję się do miejsc, oraz na to, że z każdą z nich coraz więcej rzeczy się zbiera, a potem jakoś trzeba organizować przenoszenie tego wszystkiego. Najlepiej byłoby, gdybym wszystko zmieściła w jednej walizce, spakowała ją w dziesięć minut i zamknęła za sobą drzwi. Ale ja samych książek miałam trzy walizki... A gdzie ubrania, kosmetyki i wszystko inne?... Za dużo niepotrzebnych rzeczy człowiek ze sobą gromadzi przez cały czas. Bez połowy z nich mógłby się bez problemu obejść. Zrobiłam tak i ja - pozbyłam się całego zbędnego balastu, zrobiłam w swojej szafie, kosmetyczce i wszędzie, gdzie się dało porządek... I z takim porządkiem wprowadziłam się do nowego miejsca i wchodzę w nowy miesiąc - postanowiłam również, że będę uczyć się minimalizmu - raczej pozbywać rzeczy, niż je gromadzić. Ale to i tak nie oznacza, że będę w stanie spakować się w jedną walizkę... Do tego mi jeszcze sporo brakuje.

Mam sporo planów na marzec, głównie uczelnianych. Takich, które po prostu chciałabym już mieć z głowy i nie zawracać sobie jej nimi więcej. Sporo tego jest, ale postaram się zrobić tak, żeby wszystko się udało. Marzec na pewno będzie spokojniejszy, więc mam i też plany czytelnicze - ale czy uda się je zrealizować, to czas pokaże, bo z tym czasem nadal może być trochę krucho. I z wielką nadzieją czekam na wiosnę - mogła by w końcu przyjść, bo potrzebuję energii, a wierzę, że wraz ze słońcem i cieplejszymi dniami mi jej przybędzie...
Biała księżniczka

Biała księżniczka

Nie tylko ja pewnie doświadczyłam nie raz tego uczucia, gdy czytamy jakąś książkę i w pewnym momencie, już po jej zakończeniu zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo zżyliśmy się z jej bohaterami. Białą księżniczkę skończyłam dobre kilka dni temu, jednak... tak, bardzo bardzo brakuje mi jej bohaterów. Nie sądziłam, nawet czytając już ten ostatni rozdział, że będę za nimi tęsknić. Zdałam sobie sprawę z tego wczoraj, kiedy sięgnęłam po zupełnie inną powieść i zrozumiałam, że... kurcze, przecież to już nie Elżbiera York, nie Henryk... To zupełnie inna książka... I tak jakoś zrobiło mi się smutno, że już do nich nie wrócę...

Tak, to jest dokładnie taka Philippa, jaką polubiłam kilka lat temu, dokładnie taka, za jaką tęskniłam... Nie czułam tego, czytając niedawno Czerwoną królową, czegoś mi tam brakowało, ale Elżbieta po prostu skradła mi serce. Tak zwyczajnie. Nawet polubiłam Henryka, który na początku wcale nie wydawał mi się możliwy do polubienia... To jest właśnie książka w stylu Philippy Gregory, która potrafi tak wykreować swoich bohaterów, tak opowiedzieć swoją historię, że po prostu tęskni się za tymi bohaterami, miejscami, opowieściami. Tęskni się za tą historią i szkoda, że ona w pewnym momencie się kończy. Myślałam, że wraz z Czerwoną królową Philippa straciła w moich oczach, ale cieszę się, że tak się nie stało. Mam ochotę na kolejną jej książkę i mam nadzieję, że tak samo mnie porwie, jak historia Elżbiety York. Na szczęście trochę jeszcze mi tych książek zostało. Cieszę się z tego.

Wiem, że wiele osób zna tę autorkę z Odmieńca i dalszej części. I najczęściej... na tym się kończy. Jeśli coś mam tym Wam doradzić... nie zawracajcie sobie głowy Odmieńcem. Do mnie on też niespecjalnie przemówił... Ale naprawdę szkoda tracić taką autorkę i oceniać ją tylko na podstawie tej jednej książki. Zarówno ten cykl (Wojny kuzynów) jak i tudorowski (a szczególnie ten drugi i moje ukochane Kochanice króla) jest wart tego, aby sięgnąć po powieści Philippy i z tej strony właśnie ją poznać. To jest zupełnie inne oblicze i daję sobie rękę uciąć, że będziecie do niej wracać. Philippa Gregory jest jedną z moich ulubionych autorek i chyba już tak pozostanie...

O zaległościach i tęsknocie za książkami wśród książek...

O zaległościach i tęsknocie za książkami wśród książek...


Ostatnio nie odwiedzałam tego portalu tak często, jak by się mogło wydawać... Sama nie wiem, czemu lubimyczytac.pl trochę było zapomniane, może winny jest temu mój nowy komputer i to, że jest jeszcze świeży i... pusty. I cała masa ważnych, ale odkładanych na później stron www i portali do odwiedzenia. Cały czas się przymierzam do tego, aby w końcu poprzenosić ze starego wszystkie ważne rzeczy i o tamtym zapomnieć, jakoś jednak motywacji brak... Ja się strasznie przywiązuję do rzeczy. No cóż... ale nie o tym chciałam napisać.

Wiele z Was pisze o plebiscycie Książka Roku 2015, w końcu więc weszłam, przypomniałam sobie, jak bardzo kiedyś lubiłam tę stronę, sprawiało mi frajdę dodawanie kolejnych przeczytanych książek... Weszłam, aby zagłosować, bo może i ja się jakoś przysłużę temu, że jakaś książka, przeczytana przeze mnie zostanie tą książką roku?... Wiele książek, wiele kategorii... zaczęłam skakać od jednej do drugiej, patrzeć na okładki i tytuły, szukać czegoś, co mi się spodobało i móc zagłosować... Jakże wielkie było moje przerażenie, że faktycznie to ja mogę zagłosować, owszem, ale... na jedną książkę. Bo tylko jedną książkę przeczytałam z tych blisko 200... 

Jaka była moja pierwsza myśl?... "Rany, jakie ja mam zaległości!..." Nie znam tytułów, nie wiem o nich nic, okładki może i niektóre gdzieś tam widziałam, ale książek przecież nie ocenia się po okładkach... Przeczytałam z tych książek dosłownie jedną, na którą oddałam ten głos, żeby jakiś tam swój wkład w ten plebiscyt mieć. Zresztą książka jak najbardziej była tego warta. Nie o to jednak chodzi. Byłam przerażona (i do tej pory jestem), jakie ja mam wielkie zaległości nie tylko w nowościach (bo chyba można tak nazwać książki wydane w ciągu ostatniego roku), ale w ogóle w czytaniu... 

To nie jest tak, że ja nie czytam. Czytam dużo, głównie na studia, ale czytam również dla przyjemności. Głowę miałabym kwadratową od tej nauki, gdybym nie przerwała jej od czasu do czasu czymś "normalnym". Ale nie ukrywając: kiedyś czytałam więcej... Czy ja naprawdę nie mam czasu na to czytanie?... Czy praca i szkoła aż tak wiele mi go zabierają, naprawdę?... Ja wiem, że pochłaniają go sporo, ale aż tyle?... 

Do tej pory patrzę na te książki zgłoszone do rankingu i... jestem w szoku. Że mam ogromne zaległości, a jak już czytam, to mam wrażenie, że to same starocie, no bo jak nazwać książkę wydaną kilka lat temu, o której większość już zapomniała? Ja wiem, że o takich też trzeba pamiętać, ale kiedyś naprawdę czytałam wiele nowości... Strasznie się za tym stęskniłam. Naprawdę. Za czytaniem w ogóle, za książkami, które bardzo chcę przeczytać od kilku lat i z roku na rok to odkładam, za nowościami i zakupami w księgarniach (bo już nawet przez te studia przestałam tyle książek kupować)... Tęsknię za zwykłym czytaniem dla przyjemności. 

I muszę, koniecznie (!) muszę to zmienić.
W cieniu Pałacu Zimowego

W cieniu Pałacu Zimowego

Sankt Petersburg to jest jedno z tych miejsc, do których mnie niesamowicie ciągnie... Czytaliście kiedykolwiek Jeźdźca Miedzianego Paulliny Simons?... Nie?... Bo ja właśnie dzięki niej zauroczyłam się dawno temu tym miastem. Jest to jedno z nielicznych miejsc poza granicami naszego kraju, które naprawdę kiedyś chciałabym odwiedzić. Bardzo.

Dlatego do przeczytania tej książki nie trzeba mnie było namawiać. W zasadzie to gdy zobaczyłam sam tytuł, wiedziałam, że kiedyś po nią sięgnę. Kwestia czasu. To jest jedna z tych magicznych chwil, kiedy można poznawać jakieś miejsce w ogóle go wcześniej nie znając i nie widząc, ale wystarczą sami bohaterowie, spacerujący brzegiem Newy czy Polem Marsowym podczas białych nocy, aby poznać to miejsce tak, jakby się tam faktycznie było, jakby rzeczywiście widziało się noce jasne jak za dnia... Sankt Petersburg jest jednym z moich miast-marzeń. A W cieniu Pałacu Zimowego znowu przeniosło mnie tam, znowu pokazało swoje oblicze, znowu zaczarowało... 

Nie ukrywam, że po tę powieść sięgnęłam również ze względu na autora, tego samego, który swoim czasem wycisnął mi łzy z oczu Chłopcem w pasiastej piżamie. Jednak to Petersburg, główny miasto-bohater tej książki sprawił, że zwróciłam na nią uwagę. Ale to nie wszystkie zalety tej historii (chociaż tę uważam za najważniejszą). Lubię książki, które dzieją się równolegle w przeszłości i w teraźniejszości, lubię wspomnienia, historię, lubię konfrontować ze sobą oba czasy... Ta powieść zaczyna się bardzo smutno, ale i autor, i główny bohater, który opowiada nam całą swoją historię, udowadnia, że mimo wszystko to jest piękna, wzruszająca opowieść i że nie zamieniłby ani jednej chwili ze swojego życia. Historia życia szczęśliwego, choć nie usłanego różami, ale cóż innego jest najważniejsze w życiu, jak nie miłość i szczęście u boku bliskiej osoby?...

To jest naprawdę wartościowa książka, z Petersburgiem w tle (a czasem na pierwszym planie, co mi się najbardziej podobało), z historią prawdziwą i prawdziwymi postaciami, takimi jak car Mikołaj Romanow i cała jego rodzina, jak Rasputin... Historia tej rodziny ma wiele niewyjaśnionych tajemnic, autor przedstawia jedną z jej wersji... Tutaj niektórzy bohaterowie wcale nie są tymi, za których się podają, niektórzy zaskoczą, niektórzy rozczarują. Ale bez wątpienia nie jest to nudna opowieść, to raczej jedna z tych, w które można wsiąknąć na dobre, a po przeczytaniu poczuć spory niedosyt. Wiedziałam, że ta książka mnie zaczaruje i nie pomyliłam się.
Pasja?... A po co mi to?...

Pasja?... A po co mi to?...


Natknęłam się ostatnio na pewnego bloga... Hm.. w sumie ostatnio trafiam dość często na nowe dla mnie rzeczy w internecie, chociaż staram się tu nie siedzieć często... To jest jedno z moich postanowień noworocznych - odciąć się trochę od tego świata informacyjnego, od Facebooka, od wiadomości codziennych nawet (chociaż ja, historyczka, powinnam się orientować, co się dzieje na świecie, ale jakoś niespecjalnie mam na to ochotę...). Trafiłam jednak ostatnio na posta o rysunku... O tym, jak nauczyć się rysować i podobno może się do tego zabrać każdy (inną sprawą jest, jak długo będzie opanowywał tę sztukę :P). Ja zawsze byłam wielką miłośniczką rysunku, największą tego zwykłym ołówkiem... Nie potrzeba do tego wiele, wystarczy w miarę dobry ołówek i kartka, a można stworzyć prawdziwe cuda... Wiecie, że ja nawet rysowałam?... Nie było to długo, nie powstało wiele, ale gdzieś w domu rodzinnym w jakiejś teczce jeszcze te rysunki mam... Dawno temu one powstały. Przypomniały mi się one właśnie teraz, kiedy trafiłam na tego wspomnianego bloga. Wspomniany blog sprawił również, że w tej samej chwili wzięłam kartkę, ołówek do ręki... i zaczęłam rysować. Pierwszy raz od naprawdę wielu lat, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że minęło z dziesięć albo i więcej... A wydaje się to tak niedawno...

Pamiętam jak w szkole podstawowej miałam same szóstki z plastyki (nie chwaląc się oczywiście :P), bo już większych ocen nie dało się stawiać :-) Poważnie. Ja zawsze miałam gdzieś jakiś do tego dryg, porzucony albo i zapomniany i zaszufladkowany gdzieś w głowie, gdzie nie miał wyjścia na światło dzienne... Ale był. Zawsze. I jest tam gdzieś do dziś. Wyjrzał na chwilę i zaczerpnął powietrza właśnie teraz, kiedy wzięłam ten ołówek do ręki. I pomyślałam sobie wtedy: ej, a może ja sobie porysuję? Może czasem, gdy nie będę miała nic do roboty (tylko kiedy to będzie?...), wezmę kartkę, ołówek, i czasem coś ciekawego powstanie? Za artystkę żadną się nie uważam i nigdy nią nie będę, ale przecież od tego jest praktyka, potem idzie lepiej i lepiej, prawda? A ja naprawdę chciałabym rysować...

Tylko ze mną zawsze jest taki problem, że zaraz w następnej dosłownie chwili, myślę sobie zawsze... tylko po co? Co mi z tego, jak od czasu do czasu wrzucę do teczki kolejne bazgroły? Po co mi to? To jest mój największy problem. Że zawsze z czegoś, co robię, muszę mieć jakąś korzyść... Nie mogę robić czegoś ot tak, po prostu?... Właśnie po to, żeby robić? Żeby mieć w tym przyjemność zwyczajnie?...

Chyba po raz pierwszy (a na pewno nie zdarzało się to często wcześniej) zaczęłam o tym myśleć trochę inaczej. Że właśnie chciałabym się czegoś nauczyć dla siebie, zrobić coś dla siebie, nie mieć w tym żadnych widzialnych korzyści, po prostu mieć z czegoś przyjemność. Nawet jeśli to rysowanie będzie tylko i wyłącznie dla mojego oka, niczyjego innego (a tak będzie). Po przekroczeniu tego magicznego wieku chyba zaczęłam trochę inaczej patrzeć na pewne sprawy...

Tylko bez przerwy gdzieś tam w głowie majaczy to natrętne pytanie: "po co"?

Ciekawa jestem, co Wy o tym myślicie... Macie jakieś pasje, hobby, które jest tylko dla Was? Warto w ogóle coś takiego mieć?... Coś, co i tak nigdy nie ujrzy światła dziennego, ale sprawia Wam ogromną przyjemność?... Bo ja cały czas do takich rzeczy podchodzę jak pies do jeża, nie wiem, dlaczego... Może ktoś mnie w końcu naprawdę przekona, że jednak warto?

*tak, ten chłopiec na fotografii naprawdę jest narysowany ołówkiem. Niesamowite, prawda? To jest jedna z moich ulubionych fotografii, znaleziona dawno temu gdzieś w zakamarkach internetu... chciałabym kiedyś narysować coś tak realistycznego, bardzo bym chciała...
Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli