Filary ziemi

Od kilku lat miałam w planach tę książkę... Tylko jakoś nigdy nie mogłam się za nią zabrać. Do takich książek chyba potrzeba natchnienia, bo od razu wiadomo, że nie przeczyta się ich ot tak... Nie tylko ze względu na objętość (chociaż ta jest niczego sobie), ale i ogólnie jej fabułę. Zbierałam się parę razy i parę razy podchodziłam do półki w bibliotece z książkami Kena Folleta, ale jakoś nie miałam weny na czytanie tej książki. Po prostu wiedziałam, że muszę mieć na nią czas i że chcę ją przeczytać akurat w danej chwili... Ale taki czas nie następował.

Kilka miesięcy temu ta książka pojawiła się w moim Kindlu. Specjalnie ją sobie ściągnęłam myśląc, że może w końcu przyjdzie ten czas na nią. Niestety musiała poczekać dobre kilka miesięcy. Sama nie wiem, dlaczego tak zwlekałam z czytaniem Filarów, może dlatego, że kiedyś tam, dawno temu (no, może nie tak dawno, ale dobre parę lat na pewno) oglądałam w telewizji serial na podstawie tej powieści. Jeden z moich ulubionych do tej pory. Może po prostu bałam się tej konfrontacji. Sama nie wiem, czy tego, że książka okaże się gorsza, czy film. Ale pod koniec zeszłego roku postanowiłam, że Filary nie mogą już dłużej czekać. Pora na nie. W końcu to już prawie jest klasyka... Wiele osób zna tę książkę, wiele ją pokochało, pora na mnie i na sprawdzian, jakie wrażenie zrobi na mnie. I zrobiła... spore.

To jest jedna z tych powieści, które pamięta się długo. Lubię takie tomiska, bo lubię zżywać się z ich bohaterami, razem z nimi przeżywać to samo, lubię się przyzwyczajać do ich świata... Fakt, są tego i minusy, bo gdy się taka książka skończy, to potem zostaje większa lub mniejsza pustka. Taki niedosyt. Z Filarami ziemi było podobnie. To jest powieść, której się długo, długo nie zapomina. I szczerze powiem, że wcale się nie rozczarowałam. Ani książką, ani serialem. Jedno i drugie ma coś w sobie i warto zwrócić uwagę na obie wersje, chociaż może w odwrotnej kolejności, niż to zrobiłam ja sama. Bo zwykle tak nie robię i pewnie większość moli książkowych również - bo najpierw zawsze obowiązkowo jest książka, potem dopiero ewentualnie film. Ale przy Filarach to, że zrobiłam zupełnie odwrotnie w ogóle mi nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi też to, że czytając powieść wciąż widziałam twarze filmowe. A Jack po prostu został dobrany idealnie... 

Zastanawia mnie teraz tylko to, ile czasu będę potrzebowała, aby się zabrać za kontynuację. Pewnie też sporo czasu upłynie. Na pewno jednak Świat bez końca jest na liście moich "must read" i raczej z niej nie spadnie... Uwielbiam takie książki, uwielbiam zaszyć się w nimi w kącie i przenieść się choć na chwilę do ich świata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli