Podsumowanie roku 2015

Podsumowanie roku 2015

Bardzo szybko zleciał ten rok. Ale ostatnio niestety czas chyba przyśpieszył, przynajmniej mnie. Święta minęły migiem, nawet nie wiem, kiedy, również szkoda, bo ja uwielbiam Święta Bożego Narodzenia, to jest mój ulubiony czas w roku, właśnie okres świąteczny i noworoczny.


Jaki był? Dobry. To na pewno mogę o nim powiedzieć, na pewno lepszy niż poprzedni. To tak ogólnie, bo jakoś tam ustabilizowałam się finansowo, a to było dla mnie najważniejsze. A pod względem książkowym? Też nie był zły, chociaż jak na swoje własne oko to mam wrażenie, że przeczytałam strasznie mało... No ale ogólnie nie było źle, biorąc pod uwagę moją pracę zawodową, moje studia itp. Nie ukrywajmy, w zeszłym roku miałam znacznie więcej czasu wolnego, więc i na czytanie było go więcej. Więc nie narzekam. Ogólnie jestem zadowolona, i pod względem książkowym, i pod tym bardziej ogólnym, bo udało mi się zrealizować kilka swoich postanowień, jakie założyłam na początku 2015 roku. 

Szkoda, że tak szybko zleciał rok 2015, ale może następny szykuje dla nas coś jeszcze lepszego? A jak Wasze podsumowania i przemyślenia? 

Szampańskiej zabawy sylwestrowej życzę każdemu z Was i oczywiście 
Szczęśliwego Nowego Roku 2016!!!
Top5 - najlepsze książki 2015 roku

Top5 - najlepsze książki 2015 roku

Czas rozpocząć okres podsumowań. Kończy się rok, więc jest to doskonała okazja ku temu. Jednak zanim cokolwiek w stylu podsumowania pojawi się tutaj, zajrzałam na listę moich przeczytanych książek w mijającym roku i postanowiłam zrobić listę tych najlepszych. Nie są to książki najlepsze w ogóle, które zostały wydane w 2015 roku. Od jakiegoś czasu nie jestem aż tak na bieżąco z nowościami i ich czytaniem, raczej śledzę tylko to, co naprawdę chcę. Moja lista to najlepsze książki, które udało mi się przeczytać w tym roku - na pewno takie, na które warto zwrócić większą uwagę, chociaż patrząc na okładki i tytuły nie trudno zauważyć, że są to pozycje raczej w jednym duchu... właśnie większość takich tytułów wpadała mi w tym roku w ręce, poważniejszych, bardziej ambitnych, a na pewno takich, nad którymi trzeba się potem trochę pozastanawiać...


Nie ma tym zestawieniu żadnych konkretnych miejsc, żadnej z nich nie jestem w stanie przyznać miejsca pierwszego. Każda z nich skradła mój czas na swój sposób i ani minuty tego czasu nie żałuję. Chętnie wrócę do tych książek za jakiś czas w przyszłości.

Oto linki do moich recenzji/opinii:
Rok tysięczny - Karol Bunsch
Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska
Sońka - Ignacy Karpowicz
Żelazne damy - Kamil Janicki

Czytaliście? Macie w planach?
A jeśli nie, to może mnie uda się Was zachęcić do sięgnięcia po którąkolwiek z nich?
Czerwona królowa

Czerwona królowa

Bardzo dawno już nie czytałam książek tej autorki. Nie wiem, czemu, może po prostu nie było okazji. Jakiś czas temu jednak przypomniało mi się nagle, że mam przecież jej książkę na czytniku. Całkowicie o niej zapomniałam...

Tyle, że przypomniało mi się to naprawdę dość dawno temu. Tak, właśnie wtedy zaczęłam ją czytać. Dawno. Dlaczego więc dopiero teraz o niej piszę?... Cóż... bo właśnie kilka dni temu skończyłam ją czytać. Czytałam tę powieść z przerwami około dwóch miesięcy... I chyba nigdy mi się nie zdarzyło tyle czasu czytać jednej książki... Po drodze były jakieś inne, bardziej odpowiednie na daną chwilę, cały czas męczę również podręczniki, bo muszę, a Czerwona królowa jakby nie patrzeć jest książką dość obszerną... No dobra... nie będę się tłumaczyć na siłę... Powiem szczerze, że Czerwona królowa właśnie była pierwszą powieścią Philippy, która na początku w ogóle mnie nie zainteresowała, więc tak sobie podczytywałam od czasu do czasu po kilka stron. Mimo wszystko chciałam ją skończyć. Dlatego właśnie tyle to trwało... Trochę długo. Trochę też za długo trwało, zanim się wkręciłam w to czytanie, bo dopiero gdzieś w połowie, a może jeszcze dalej. Fajnie się akcja rozkręca, ale... za długo to trwa. Naprawdę. A szkoda, bo ja naprawdę lubię Philippę. No ale nie wszystkie książki ulubionego autora muszą być doskonałe, prawda? Ta jest trochę mniej doskonała.

Nie będę się jednak poddawać. Lubię zarówno cykl o Tudorach Philippy, jak i ten drugi, o wojnach kuzynów. Obu jeszcze nie skończyłam, ale skończę. I w końcu może wszystkie książki Philippy przeczytam. Bo tworzy doskonałych bohaterów, co z tego, że czasem irytujących (tak właśnie irytowała mnie Małgorzata Beaufort), ale cały w tym urok, że nie są oni mdli, nudni i bezbarwni... Ja to właśnie najbardziej lubię u Philippy. Dlatego nie potrafię ocenić tej książki tak nisko, mimo wszystko ma swoje plusy. No i się rozkręca, późno, ale jednak :) Więc miłośnikom autorki, tak samo jak miłośnikom historii Tudorów, polecam jak najbardziej. Tym bardziej, że Małgorzata jest założycielką tej dynastii.
Wesołych Świąt

Wesołych Świąt


Raczej nie mam co liczyć na białe święta, chociaż marzą mi się bardzo... Niestety śnieg widziałam raz w tym roku, po godzinie już nie było po nim śladu... A ostatnio cieszę się jak dziecko, gdy go widzę... marzy mi się śnieżna zima...

W każdym razie doczekałam się w końcu Bożego Narodzenia... 

Kochani! Zdrowych Świąt przede wszystkim, nie chorujcie tak jak ja (tak tak, chora jestem...), pogodnych, spędzonych w gronie najbliższych, najcudowniejszych Świąt, jakie do tej pory mieliście. Oczywiście z mnóstwem książek, z czasem na czytanie oraz, co najważniejsze, bogatego Mikołaja, co by Wam multum tych książek przyniósł i wrzucił pod choinkę.
Wesołych Świąt!


Nowy rok się zbliża... planner-organizer-kalendarz DIY

Nowy rok się zbliża... planner-organizer-kalendarz DIY


Pamiętacie, jak ponad pół roku temu robiłam swój własny planner/organizer? Powstał nawet oddzielny post na ten temat, bo moje niezorganizowanie jednak było ponad mną i nie chciało przestać mną rządzić. Ten mój planner był ze mną aż do chwili obecnej i strasznie się do niego przywiązałam, okazało się, że swoją rolę, czyli zmobilizowanie mnie do planowania, odegrał wyśmienicie. No ale właśnie - niestety rok się kończy, moje wkładki w plannerze też się skończyły... Fakt, mogłabym iść do sklepu i kupić sobie kalendarz gotowy, ale jakoś nawet do głowy mi to nie przyszło. O wiele fajniej, lepiej i wygodniej było mi korzystać z "mojego" kalendarza... 

Tak więc... zmajstrowałam kolejny, na następne kilka miesięcy. Nie jest na cały rok, bo po pierwsze ma mi się wygodnie z niego korzystać, a na cały rok byłby dość gruby, a po drugie za pół roku będę mogła znowu sobie go ulepszyć. Ten jest właśnie ulepszony - po ponad pół roku korzystania z poprzedniego wiem już znacznie lepiej, co mi jest potrzebne, jaki musi być rozkład dnia i tygodnia, jakie przekładki porobić - wszystko to, z czego naprawdę korzystam. Księgarniane kalendarze mają taką wadę, że jest tam mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Tutaj takich nie ma, jest tylko to, co sami w nim umieścimy :-)


Karty projektowałam w zwykłym Wordzie i może nie jest to mistrzostwo graficzne, to jednak ja lubię taką prostotę właśnie. Nic zbędnego. Wydrukowałam sama w domu, poprzecinałam... Sama zaprojektowałam sobie okładkę z ulubionym łacińskim cytatem... Koszt tego plannera to było kilka dosłownie złotych za bindowanie w punkcie xero i wydrukowanie okładki na papierze fotograficznym (bo w domu takiego nie posiadałam). Trochę szkoda mi było rozstawać się z moim starym plannerkiem, ale fakt faktem bindowanie to jednak lepszy pomysł, segregator zajmował trochę więcej miejsca. No i doszłam do wniosku, że jednak przyda mi się rozkład dnia na całej stronie, a nie tygodnia. Mam zamiar nauczyć się planować (całkiem nieźle mi to idzie, ćwiczę samodyscyplinę), więc potrzebny mi jest godzinowy plan dnia, ale taki, gdzie sama sobie te godziny wpiszę. Już zaczęłam korzystać z mojego nowego plannera i korzysta się z niego całkiem przyjemnie, na pewno przyjemniej niż z kupionego w sklepie, a i planowanie można zacząć kiedy się chce (dlatego też nie umieszczałam dat na kartach, żebym sobie mogła wpisać je potem sama).

Polecam plannery diy. W necie sporo jest takich gotowych szablonów do wydrukowania. Nie trzeba nic projektować jak się nie chce, wystarczy wydrukować i zbindować. Chociaż mi znacznie większą frajdę sprawia korzystanie ze w stu procentach "mojego" kalendarza, a i projektuje się takie karty przyjemnie, takie zajęcie bardzo wciąga. 

Korzystacie z kalendarzy? Planujecie swoje dni, czy to są czynności zupełnie spontaniczne? Robicie własne kalendarze/organizery?... Ciekawa jestem, jak to u Was bywa, bo ja bez kalendarza czuję się jak bez ręki, jest mi niezbędny i mam go praktycznie od zawsze...
Żelazne damy. Kobiety, które zbudowały Polskę

Żelazne damy. Kobiety, które zbudowały Polskę

Nigdy wcześniej nie czytałam książek Kamila Janickiego, chociaż ma on na swoim koncie już co nieco. Jednak gdy zobaczyłam tę, na długo jeszcze przed jej premierą... cóż, rzadko tak mam, ale... zapragnęłam ją mieć. Nie przeczytać. Mieć. Żeby stała sobie na mojej półce - po prostu. Czasem tak mam, głównie z książkami innej autorki, Cherezińskiej. Ja po prostu wiedziałam, że ta książka będzie tego warta. I nie pomyliłam się.

Nawet udało mi się ją kupić w promocji (to chyba cud), ale dałabym za nią znacznie więcej. Naprawdę. I długo na półce samotnie nie przeleżała. Wręcz przeciwnie, gdy tylko dostałam paczkę z książką, od razu ją otworzyłam i... zaczęłam czytać. A przynajmniej przeczytałam kilka stron. I nie pożałowałam ani przez minutę. Wiedziałam, że to jest coś dla mnie, ogromnej fanki pierwszej polskiej dynastii. Więc to było po prostu do przewidzenia. Bo to jest książka o Piastach właśnie, a dokładniej o ich żonach - księżnych i królowych. O Dobrawie uczył się każdy, ale co o niej wiecie prócz tego, że była żoną Mieszka I i pomogła schrystianizować Polskę?... Pewnie niewiele. A wiecie, że Bolesław Chrobry miał w sumie... 4 żony? Najbardziej znana z nich to Emnilda, o której też niewiele więcej wiadomo... Były żonami, a żona w średniowieczu musi się podporządkować mężczyźnie... A okazuje się jednak, że kobiety jak kobiety, ale jeśli trzeba było walczyć o to, co dla nich ważne, nie cofnęły się przed niczym, mając czasami większe jaja od swoich małżonków. W średniowieczu nie ma miejsca dla kobiet? Wręcz przeciwnie, jest, i to czasami więcej, niż nam się zdaje. Bo to była właśnie epoka kobiet, co Kamil Janicki podkreśla na każdym kroku.

Książka pełna jest faktów, ale przedstawionych w mądry i ciekawy sposób. Pełna jest też hipotez, ale jak najbardziej prawdopodobnych, chociaż tak naprawdę już się nie dowiemy, jak to faktycznie było. Zdziwiło mnie ogromnie, że dosłownie pochłonęłam tę książkę i zdecydowanie była dla mnie za krótka, bo czytałam ją z wypiekami na twarzy. Wg większości ludzi, z którymi się spotykam, średniowiecze jest najnudniejszą epoką - ta książka pokazuje, w niezwykle ciekawy sposób, że jest zupełnie inaczej. W dodatku to średniowiecze przedstawione jest z perspektywy kobiet, które pozornie miały niewiele do powiedzenia w tym czasie. Ale czy faktycznie tak było, czy tylko tak nam się do tej pory wydawało?

Żelazne Damy to książka, do której będę wracać. Cieszę się ogromnie, że ją mam. Dzięki takim książkom również niezmiennie utwierdzam się w przekonaniu, że jednak dobrze wybrałam tę "swoją" epokę. I nie mogę doczekać się kolejnej, dalszej części. Bo to zaledwie początek i bardzo mnie to cieszy, mam tylko nadzieję, że na kontynuację nie będę musiała długo czekać.
Stosik dawno niewidziany

Stosik dawno niewidziany


Nie było go już tak dawno, że sama nie jestem w stanie sobie przypomnieć, kiedy faktycznie ostatnio był... Na pewno w pierwszej połowie tego roku. A rok właśnie się kończy, więc na koniec roku stos, który może nie każdego zainteresuje, bo są tu właściwie same historyczne pozycje, ale ten stos to efekt zakupów w Dedalusie - ja nie potrafię stamtąd wyjść bez książki, a nie wejść też ogromnie trudno... Strasznie chciałam mieć Jasienicę, więc mam, nie mówiąc już o Żelaznych Damach - tę książkę kupiłam przez internet, też w promocji prawie za pół ceny, ale tak bardzo chciałam ją mieć jeszcze przed jej premierą, że pewnie kupiłabym nawet za drugie tyle, co naprawdę kosztuje... I nie żałuję. Ale nie będę zdradzać już teraz swoich wrażeń - na to przyjdzie czas.
Ostatnio mam ogromną ochotę kupować książki, zresztą zawsze miałam, ale też potrafiłam się powstrzymać... Ostatnio nie potrafię. Mam nadzieję, że Mikołaj też mi choć jedną książkę pod choinkę wrzuci... bo jak nie, to ogromnie się na niego pogniewam.
Książka na grudzień #5

Książka na grudzień #5

Kolejny miesiąc się zaczął, mam więc dla Was kolejną książkę, która niedługo będzie u kogoś z Was, a przynajmniej mam taką nadzieję. U mnie na półce już sobie postała, mam nadzieję, że teraz komuś innemu się przysłuży, kto będzie chciał ją przeczytać. Przypominam, że książkę możecie mieć zupełnie za darmo i nawet nie trzeba wymyślać odpowiedzi na skomplikowane pytania - zależy mi jedynie na tym, aby trafiła do osoby, która naprawdę ją chce i przeczyta.

Wpisujcie się więc w komentarzach poniżej, czas na wpisy jak zwykle kilka dni, tym razem będzie to czas do niedzieli do północy, czyli do 6 grudnia 2015 roku do godz. 23:59. Wystarczy zwykłe 'zgłaszam się', dla ułatwienia możecie mi podać swój adres e-mail, abym mogła w miarę szybko się z Wami skontaktować.

Książką na grudzień może nie będzie książka bezpośrednio z grudniem związana, ale mam nadzieję, że komuś i tak sprawi radość :)

Katarzyna Michalak
Nie oddam dzieci


Czekam na zgłoszenia, szczęśliwca wylosuję na początku przyszłego tygodnia i w przyszłym tygodniu też postaram się wysłać ją do osoby, której się poszczęści.

Zapraszam :)
Jak się zorganizować?

Jak się zorganizować?


Wcale nie jestem mistrzynią w organizacji własnego czasu. Ba, wręcz przeciwnie, do niedawna za wszystko zabierałam się w ostatniej chwili, głównie jeśli chodzi o naukę. Jaki był tego skutek? A taki, że na nic nie byłam przygotowana tak, jak sobie pierwotnie planowałam, a dodatkowo dzień czy dwa przed pojawiała się panika, że z niczym nie zdążę. Mało tego, nie potrafiłam się zorganizować, ale wciąż mi na wszystko brakowało czasu. Nie wiedziałam, gdzie ten czas ucieka. Ucieka, a ja nadal nieprzygotowana, niezorganizowana i na nic nie mam czasu... Musiałam sobie jednak w końcu powiedzieć: stop! No bo tak dłużej nie mogło być.

Więc tak jak napisałam - mistrzynią jeszcze nie jestem, raczej to moje początki, ale jak na razie jestem zadowolona z tego, co osiągnęłam. A co osiągnęłam? Głównie to, że walczę z własnym niezdyscyplinowaniem i chcę je naprawdę pognać na cztery wiatry. Jak sobie z tym poradzić? Cóż, nie dam Wam cudownej rady, dzięki której jutro zrealizujecie wszystkie cele na najbliższy tydzień... Nie ma takiej. Chcecie w końcu przeczytać tę ambitną książkę, która leży na półce i się kurzy, ale nigdy nie ma na to czasu? Albo w końcu zaplanować święta i zacząć teraz, a nie tydzień przed? Moja jedyna rada jest taka, że jak się nie chce, niestety, ale trzeba się zmusić :-) Wiem, że to nie zachęca, ale... Wiadomo, jeśli założymy sobie na przykład: przeczytam tę 1000-stronicową książkę w tydzień, to już po pierwszym dniu rzucimy ją w cholerę i przeleży na półce kolejny rok nieruszona. To Wam gwarantuję. No więc jak to zrobić?

Jak ja sama radzę sobie z tymi wszystkimi ambitnymi planami? A uwierzcie, mam ich sporo - nie macie pojęcia, co to znaczy studiować historię :-)

Po pierwsze: rozkładam zajęcia i to, co mam w planach zrobić, na dłuższy okres czasu. Wtedy odcinki są mniejsze i... uwaga: łatwiej się zmusić. Bo chyba prościej jest, jak sobie rozłożę czytanie tej cegły np. codziennie po 15 min na dwa miesiące, niż gdybym miała czytać po 120 stron dziennie, prawda? Proste, ale nie zawsze oczywiste. Oczywiste jest jednak to, że trzeba wtedy pomyśleć zawczasu, jeśli mamy coś do zrobienia i deadline, który gdzieś tam wisi w przyszłości. Bo jak się obudzimy tydzień przed, to przykro mi, ale na 99% się nie uda... Znam, przetestowałam miliony razy, prawie nigdy się nie wyrobiłam z niczym. Warto więc dużo wcześniej pomyśleć o czymś, niż potem dzień i noc robić coś, co można było zrobić już dawno. No ale trzeba mieć tego świadomość. I chcieć. Łatwiej się zmusić do czegoś, np. do nauki, przez pół godziny dziennie przez miesiąc, niż potem przez 3 dni dzień i noc siedzieć nad książkami.

Po drugie: kalendarz, planner, organizer albo po prostu zwykły notes. Tak, bez tego ani rusz. Bo jak coś już planuję, to planuję. Czyli muszę to zapisać - ja mam pamięć dobrą, ale krótką, często po godzinie nie pamiętam, co miałam zrobić. Mi planner/kalendarz towarzyszy zawsze. Kiedyś kupowałam, teraz robię sama, jest w nim tylko to, co mi jest potrzebne. Bez kalendarza jestem jak bez ręki. I to tam wszystko zapisuję, rozplanowuję... nawet, jeśli potem nie realizuję tego - przynajmniej wiem, czego nie zrobiłam :) Ważne, że kiedy już sobie coś rozplanujemy na cały miesiąc, to żeby to potem odhaczać każdego dnia - widać wtedy postępy, a poza tym przyjemnie jest coś skreślić w końcu i mieć to za sobą, prawda? Gdybym nie miała kalendarza, pewnie nie zrobiłabym 70% rzeczy, które miałam zrobić, bo zwyczajnie bym o nich nie pamiętała...

Po trzecie: jestem systematyczna. I to też jest ważne. Ja się tego dopiero uczę. Ale już widać postępy. Lepiej jest coś robić przez powiedzmy 10 minut dziennie niż co tydzień przez dwie godziny. Dlaczego? Bo się uczymy systematyczności, a i łatwiej jest wtedy realizować swoje zamierzenia (patrz punkt pierwszy). Ale tu jest też coś ważnego, o czym do niedawna nie miałam pojęcia. Jeśli robimy coś codziennie, nie zastanawiamy się, czy to dziś, czy może dopiero jutro, bo obiecałam sobie biegać np. co dwa dni. Co dwa dni to co prawda też systematyczność, ale im dłuższe przerwy, tym trudniej potem się za coś zabrać. Również z własnego doświadczenia to wiem. Więc jeśli mamy to bieganie co drugi dzień, to w dni "wolne" też coś róbmy, np. ćwiczmy na dywanie w domu. Nie ma wtedy zastanawiania się, czy to dziś, czy może jutro, bo robimy to codziennie, a i szybciej nam to wtedy wejdzie w nawyk...

Oczywiście to nie wszystko, ale... cdn :)
Jakie Wy macie sposoby na to, żeby uszczknąć z tej doby trochę więcej, niż by się wydawało? Macie jakieś cenne rady? Może dowiem się czegoś, o czym jeszcze nie wiem...
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli