Podsumowanie listopada

Podsumowanie listopada


Jak zwykle budzę się pod koniec miesiąca z myślą:... "Kiedyż ten miesiąc zleciał?"... Mam tak co najmniej od sierpnia i sama nie wiem, dlaczego mi ten czas tak szybko biegnie... Patrząc z trochę dłuższej perspektywy mogłabym zapytać: "Kiedy zleciał cały ten rok?" Bo przecież już za miesiąc większość z nas będzie robić roczne podsumowania i pewnie konkretyzować plany na przyszły rok...

Pamiętam listopad zeszłego roku, chociaż tak naprawdę wolałabym go nie pamiętać... lepiej go pamiętam niż miesiąc, który właśnie mija, taki paradoks. Jakbym zapadła w jakiś jesienny sen, albo jakiś marazm. Inna sprawa, że czas mi wręcz pędzi na złamanie karku. No... ale jaki był ten miesiąc dla mnie? Bo chyba o tym miał być ten post... Cóż... był szybki - to na pewno. Pod względem czytelniczym był na pewno lepszy od poprzedniego, chociaż to jeszcze nie jest to, co bym chciała, bo szczerze mówiąc czasu na zwykłe książki, takie do poduszki zwyczajnie mi brak, chociaż staram się w moim planie dnia uwzględnić chociaż z pół godziny na czytanie nienaukowe, czyli jakiś kryminał na przykład. O tak. I nauczyłam się w końcu planować. Chociaż może to nie o to chodzi, bo planować to ja umiem i lubię, gorzej z realizacją tych planów. Zdyscyplinowałam się raczej, trzymam się planu i go realizuję. Wiadomo, nie wszystko zawsze wychodzi, ale jestem na dobrej drodze do ideału :-)

Lubię listopad. Zawsze lubiłam listopady. Za co, sama nie wiem, ale jesień jest obok lata chyba moją ulubioną porą roku (tak, lata nic nie przebije). Chociaż... ja chyba lubię każdą porę i każdy miesiąc na swój sposób, każdy z nich ma coś w sobie, każdy może być wyjątkowy. Dla mnie w ogóle wyjątkowy był ten cały rok, ale o tym innym razem, pewnie za miesiąc. Ten listopad miał swoje wzloty i upadki, ale generalnie jestem z niego zadowolona, nie mam mu nic do zarzucenia... w przeciwieństwie do zeszłego roku...

Ufff, odczarowałam listopad... :-)
Marcowe fiołki

Marcowe fiołki

Cóż... do marca jeszcze daleko... Wiosny ani śladu, za to na zewnątrz deszcz i mgła... Zanim wiosna przyjdzie, to musi przyjść jeszcze do nas zima, która zresztą jest coraz bliżej... Może właśnie dlatego sięgnęłam po Marcowe fiołki dokładnie teraz?... Coś w tym musi być, bo tytuł z pewnością zapowiada pełną wiosny książkę... prawda?

Uwielbiam rodzinne tajemnice, i jedną z takich tajemnic będzie miała do rozwiązania główna bohaterka powieści, tajemnicę z przeszłości swojej rodziny. Sama na życiowym zakręcie, bo tuż po rozwodzie, wypalona po wydaniu bestsellera, Emily wyjeżdża na miesiąc do ciotki, aby odsapnąć, odpocząć, przemyśleć sprawy i wrócić ze świeżym umysłem do życia. Tam znajduje pamiętnik pewnej kobiety - ale kim ona była i co się z nią stało - nie wiadomo... Pamiętnik jest z 1943 roku, a więc dwa pokolenia wstecz - czy dotyczy jej rodziny?... Skąd się wziął tam, gdzie Emily go znalazła? I jakie tajemnice w sobie kryje?... Emily powoli będzie musiała rozwiązać wszystkie te zagadki, czy jej się to uda?...

Przyznam szczerze, że za bardzo nie miałam przekonania do tej książki i potraktowałam ją jako coś, przy czym się odstresuję i zrelaksuję, ale spodziewałam się raczej, że to będzie zwykła powieść dla kobiet, pewnie o miłości, taka do poczytania tylko. A jakie są moje wrażenia po lekturze? Ta powieść zrobiła mi wielką niespodziankę. Bo wielkich rzeczy się po niej naprawdę nie spodziewałam, ale historia w niej zawarta (i mowa tu o historii Esther i Elliota) po prostu skradła moje serce, znacznie bardziej od samej fabuły książki. I chyba właśnie ta historia sprawiła, że ta książka spodobała mi się znacznie bardziej, niż się tego spodziewałam. No i oczywiście im dalej brnęłam, tym byłam coraz ciekawsza również tego, jak zakończy się ta powieść, jak się potoczą dalej dzieje Emily, czyli głównej bohaterki, co ją spotka i jak to w ogóle autorka wszystko rozwiązała. Nie sądziłam, że aż tyle tajemnic będzie do rozwiązania, tyle różnych dróg, którymi będzie można pójść i którą z tych dróg wybierze Emily. Ale muszę przyznać, że zakończenie mnie również nie rozczarowało, wręcz przeciwnie, chyba mi się podobało (bo przeważnie w książkach tego typu jestem częściej rozczarowana zakończeniem... niestety). 

Naprawdę świetna jest ta książka, bo nie sądziłam, że w pewnym momencie nie będę mogła się od niej oderwać. Dawno już nie czytałam książki z tego gatunku, a już naprawdę mało która potrafi mnie wciągnąć do tego stopnia. Sarah Jio się to udało i ja sama jestem zaskoczona. A mimo tego, że w tytule mamy marzec, doskonała jest również na listopad - może nawet bardziej na te jesienne, słotne dni, bo umili nam trochę czas i ociepli wiosenną aurą i zapachem fiołków... Czego więcej potrzeba w listopadowy wieczór?...
Link Five... czyli o zbliżających się świętach, ale nie tylko...

Link Five... czyli o zbliżających się świętach, ale nie tylko...


Zazwyczaj mam swoje stałe strony, na które wchodzę regularnie albo rano przy kawie, albo po przyjściu z pracy, aby choć na chwilę się odstresować i odsapnąć... Ale internet jest tak ogromny, że nie sposób nie trafić od czasu do czasu na coś ciekawego, czasem na tyle, że z chęcią wracałabym, czy do danego bloga, czy innego ciekawego miejsca w sieci. Trafia się na nie często mimochodem, przypadkowo. I takie miejsca chcę Wam dzisiaj pokazać - miejsca, które w ostatnim czasie kradną mi kilka chwil w ciągu dnia lub tygodnia, ale które od jakiegoś czasu dość regularnie odwiedzam... (klik na tytuł przeniesie Was do strony).


Pewnie wielu z Was zna ten portal. Ja jestem jego wielką fanką już od dłuższego czasu. Nie tylko galerii, ale również wszystkiego, co stworzone pracą ludzkich rąk. A DaWanda to wręcz skarbnica pięknych rzeczy, które zresztą możemy nie tylko mieć, kupując, ale również, jeśli sami jesteśmy twórcami czegoś ciekawego i robimy to z pasją, to możemy się tym dzielić z innymi. Rękodzieło to coś, co nie tylko mi się podoba, ale również sama lubię tworzyć (co, gdzie i jak - o tym może napiszę kiedyś oddzielny post, a może o rękodziele w ogóle... zobaczymy) - podziwiam więc i mam ogromny szacunek do tych, którzy się tym zajmują i potrafią stworzyć piękne rzeczy czasem z niczego. Jeśli więc nie znacie DaWandy, to polecam serdecznie, szczególnie teraz, kiedy powoli zaczynamy myśleć o prezentach bożonarodzeniowych dla najbliższych - czasem warto wydać kilka zł więcej, ale mieć pewność, że drugiej takiej samej bluzki czy torebki nie zobaczymy u koleżanek...

Na bloga Niebałaganki trafiłam przypadkowo całkiem niedawno, ponieważ zainteresował mnie artykuł o organizacji czasu (mam hopla na tym punkcie od jakiegoś czasu). Ale doszłam do wniosku, że jednak cały blog jest warty uwagi, nie tylko ze względu na rady, jak być lepiej zorganizowaną, ale również inne ciekawe artykuły, które można tam znaleźć - skoro już była mowa o świętach w poprzednim punkcie, również tu znajdziecie rady na temat tego, jak się przygotować do świąt czy ładnie i oryginalnie zapakować prezenty.

No dobrze, skoro już w tym temacie świąt jesteśmy, to i również tę stronę można podciągnąć pod ten temat :) Na Foodera też trafiłam całkiem przypadkiem, ale od razu... przepadłam... Dlaczego?... Przepisy różnego rodzaju gromadzę od dawna, mam specjalny zeszyt-przepiśnik, głównie z ciastami (uwielbiam piec, szkoda że nie mam na to dużo czasu...), ale bardzo często też znajduję właśnie ciekawe przepisy w sieci. Czasem je drukuję, częściej jednak kopiuję do jakiegoś pliku na dysku i... potem, gdy coś mi jest potrzebne, przez pół dnia przekopuję połowę komputera, żeby to znaleźć... Moim zdaniem więc Fooder jest genialny, bo jednym kliknięciem, po założeniu konta, można sobie zapisać na nim interesujący przepis, który nam już nigdzie nie ucieknie (polecam więc zainstalowanie specjalnego przycisku na pasek przeglądarki). Do przepisów można dodawać sobie etykiety, dzięki którym szybko potem znajdziemy to co chcemy czy choćby złapiemy inspirację na obiad, gdy nie wiadomo, co ugotować (ja mam tak często). Naprawdę super sprawa, bo Foodera można też ściągnąć na telefon czy tablet i mieć zawsze pod ręką dany przepis, czy stworzyć szybko listę zakupów. Moim zdaniem genialny pomysł.

Dla tych, którzy uczą się języka angielskiego. Też przypadkowo trafiłam, ale Arlena tak fajnie tłumaczy pewne sprawy, dodatkowo ma tyle zapału i co widać, lubi to co robi, że postanowiłam, że będę regularnie do niej zaglądać. Po Cudzemu to nie tylko kanał dla początkujących w angielskim, nie nie, ja sama już dawno początkująca nie jestem, ale mimo wszystko Arlena mnie zaczarowała wręcz :) I nie znajdziecie tu nudnej gramatyki - tutaj głównie chodzi o wymowę, a to sprawia problemy zawsze, zarówno na początku nauki, jak i w zaawansowanym jej stadium. Nikt mi nie powie, że nigdy nie miał problemu z wymówieniem jakiegoś angielskiego słówka... Czasem po prostu nie wie się po prostu, jak coś powiedzieć lub przeczytać... Arlena przychodzi z pomocą, a tej pomocy towarzyszy humor i masa przykładów z filmów czy piosenek - sami zobaczcie :)

I tutaj też będzie youtubowy kanał i chyba nikogo nie zdziwi, że związany z historią :) Wchodzę nań regularnie już od jakiegoś czasu, a wynalazł go mój TŻ, za co mu jestem niezmiernie wdzięczna. Nie lubicie historii? Dzięki Wojtkowi Drewniakowi nie sposób jej nie polubić. Nie owija w bawełnę, opowiada ciekawie i... uczy. A kto się nie lubi uczyć w przyjemny sposób, który nie raz rozbawi do łez?... Bo ja nie raz płakałam ze śmiechu oglądając niektóre odcinki... No i to oglądanie wciąga niestety... albo i stety :) Założyciele tego projektu mieli doskonały pomysł po prostu, cały czas ich podziwiam za to.

**********
Ciekawa jestem, czy znacie coś z tego, co Wam tu dzisiaj podsunęłam?... Czy jednak pierwszy raz trafiacie w sieci na te linki?... Jeśli tak, to ja Wam z całego serca polecam każdy z nich... A może Wy mi coś ciekawego podsuniecie, co mnie zainteresuje i zostanę tam na dłużej?...
Krzyżowcy. Droga do Jerozolimy

Krzyżowcy. Droga do Jerozolimy

Uwielbiam powieści historyczne. Naprawdę, nic nie jest w stanie mnie odwieść od myśli, żeby darować sobie jakąś książkę, którą od dawna mam w planach... Na własnej skórze zawsze muszę się przekonać o tym, co to tak naprawdę jest. A jeśli akcja książki dodatkowo przenosi mnie do średniowiecza, to już w ogóle zazwyczaj przepadam na amen. 

Krzyżowców znowu wynalazłam w bibliotece, szukając właśnie jakiejś powieści historycznej. Dodatkowo znalazłam ją w dziale literatury skandynawskiej, co mnie ciut zdziwiło, ponieważ Szwecję znam raczej od strony kryminałów i to z tym gatunkiem głównie mi się kojarzy. A i nazwisko autora jakieś takie nieszwedzkie... Racja, nieszwedzkie, bo autor jest dzieckiem francuskich imigrantów, choć sam urodził się już właśnie w Skandynawii. A skoro średniowiecze, to postanowiłam dać szansę tej książce, bo inaczej być nie mogło - zwyciężyła ciekawość i zamiłowanie do powieści "średniowiecznych".

Chociaż na pierwszy rzut oka to mnie trochę przeraziła ta książka. Chociaż może nie najgrubsza (niecałe 400 stron), to wyglądała na dość toporną, a obok czekały jeszcze dwa kolejne, podobne tomy. Tak, to cała seria... Więc jak ktoś nie lubi, to trzymać się z daleka :) (oczywiście żartuję). W domu zajrzałam do sieci, a tam po trzech tomach odkryłam jeszcze czwarty. Pomyślałam: "to się porwałam z motyką na słońce, nie dość, że specjalnie nie mam czasu teraz czytać (przynajmniej dla przyjemności), to jeszcze nie wiadomo, czy mi się w ogóle spodoba"... Cóż... spodobało się. Dlaczego? Bo Skandynawia, bo Wikingowie (tak tak!), uwielbiam takie książki, do tego średniowiecze moje ukochane, jak Krzyżowcy mogliby mi się nie spodobać?... Nierealne. Momentami nie mogłam się nawet od tej powieści oderwać, bo jest parę takich zwrotów akcji, że po prostu nie sposób, chociaż na początku wcale się tak nie zapowiada. Mimo wszystko trzeba przeć do przodu, bo im dalej, tym robi się coraz ciekawiej, a na pewno, to mogę zagwarantować na sto procent, po dobrnięciu do końca nikt nie powie, że nie ma ochoty na drugi tom. Ja mam wielką... 

Ach, nie napisałam nic o fabule tej książki... Jej głównym bohaterem jest Arn Magnusson, cudownie ocalały z groźnego wypadku w dzieciństwie chłopiec, w związku z czym rodzice postanowili przeznaczyć dziecko Bogu. Arn jako kilkulatek trafia więc do klasztoru, gdzie się wychowuje. Tam zdobywa naprawdę bogate doświadczenie nie tylko w takich dziedzinach, jak łacina czy greka, ale uczy się również władania mieczem czy łukiem oraz jazdy konnej. Opuszcza klasztorne mury już jako prawie dorosły mężczyzna w momencie, gdy w Skandynawii trwa walka o tron miedzy Karolem Sverkerssonem i Knutem Erikssonem. Ten drugi był w dzieciństwie jego przyjacielem i to jego popiera Arn. I gdyby nie intryga i, oczywiście, pewna kobieta, w której bohater z wzajemnością się zakochuje, należałby do elity... Tymczasem zostaje zmuszony do odbycia krucjaty do Ziemi Świętej, aby ratować honor.

Faktycznie istniał w średniowieczu rycerz o nazwisku Arn Magnusson. Więc jest to postać autentyczna. I nie tylko on oczywiście. Więc mamy trochę faktów, trochę fikcji, ciekawą wartką akcję i naprawdę kawałek dobrej, szwedzkiej literatury. Dla takich miłośników jak ja w sam raz. A właśnie przed chwilą wygooglowałam również, że na podstawie tej książki został nakręcony film. Ja nie jestem raczej "filmowa", ale od czasu do czasu coś interesującego obejrzę. Ciekawa jestem więc ogromnie tego filmu, bo lubię konfrontować to, co przeczytałam z tym, co obejrzałam... Intrygująco się zapowiada.
Książka na listopad #4

Książka na listopad #4

Dzisiaj mam dla Was kolejną książkę. Tak jakoś wyszło, że praktycznie tydzień po tygodniu publikuję kolejnego posta na ten temat, jednak z poprzednim sporo się spóźniłam i to tylko z tego wynika...  

Książka na listopad już jest tak, jak powinna być, na początku miesiąca - i nie wybrałam jej przypadkiem :-) Dlaczego? Bo lato dawno się skończyło, my mamy teraz jesień, czasem złotą, częściej niekoniecznie, a w takie dni najchętniej ja sama i pewnie nie tylko ja, położyłabym się na kanapie pod kocem z ciepłą herbatką pod ręką i książką właśnie... A kiedy najlepsza pora jest na to, żeby wracać pamięcią do gorącego lata? Właśnie jesienią i zimą. 

Jeśli więc ktoś jest chętny na Upalne lato Gabrieli, to do niedzieli 8 listopada do północy może się zgłaszać po książkę pisząc komentarz pod tym postem wraz z adresem mailowym, żebym mogła w miarę szybko skontaktować z się tą osobą, do której ostatecznie ta książka powędruje.


Są chętni? W takim razie zapraszam :-)
Rzymska krew

Rzymska krew

Trafiłam na tę książkę z jednej strony przypadkiem, z drugiej nie. Będąc w bibliotece bowiem szukałam jakichś powieści historycznych, ale niespecjalnie wiedziałam, gdzie szukać. Czasem wolałabym, żeby ksiażki w bibliotekach na półce były poukładane tematycznie. Saylor wpadł mi w oko akurat wtedy przypadkiem, ale przypomniałam sobie szybko, że jest to seria powieści, które kiedyś polecała mi moja prowadząca zajęcia z łaciny na studiach jako dobrą odskocznię od jakichś poważniejszych, naukowych książek, których mi na studiach nie brakuje.

Rzymska krew jest pierwszą częścią serii "Roma Sub Rosa", a akcja jej rozpoczyna się w momencie, gdy w Rzymie dyktatorem jest Sulla. Głównym bohaterem całego cyklu jest Gordianus Poszukiwacz, ktoś w rodzaju prywatnego detektywa o niecodziennej spostrzegawczości. Gordianus spotyka na swojej drodze masę przeróżnych postaci, a wiele z nich jest autentyczna - nie powiem Wam wiele o dalszych częściach tego cyklu, bo jeszcze ich nie znam, ale w samej tylko Rzymskiej krwi występuje ich sporo - któż z Was nie słyszał o Cyceronie, ręka w górę? Pewnie niewiele tych rąk będzie, podobnie pewnie, gdy spytam o Krassusa. I nie tylko postaci są w powieściach Saylora autentyczne, ale również wydarzenia, które opisuje i główne wątki, tzw. "sprawy", którymi się główny bohater zajmuje. Tutaj jest to proces Sekstusa Roscjusza, podejrzanego o ojcobójstwo, a któż go broni? Oczywiście sam Cycero, chociaż w chwili, gdy toczy się akcja owej książki, nie jest jeszcze dobrze znany, raczej zaczyna jako mówca i adwokat... Dość specyficzna osoba i tak też została przedstawiona przez Saylora, ciekawie i intrygująco.

Sama Rzymska krew, jeśli chodzi o gatunek, jest powieścią sensacyjną, przygodową, coś w rodzaju kryminału, którego akcja toczy się w starożytnym Rzymie w czasie dyktatury Sulli, a raczej jej schyłku. I dzięki temu, że jest tam cała masa autentycznych wydarzeń i postaci, to z tej książki nie tylko można wynieść doskonałą rozrywkę, ale i dowiedzieć się sporo o historii Rzymu. Bo historii tu jest wiele, Sam Saylor również jest z wykształcenia historykiem, a pomysły czerpie z autentycznych źródeł. Jednak przede wszystkim jest to doskonała powieść, którą dość szybko się pochłania i która wbrew pozorom nie wymaga dużego myślenia, jeśli ktoś nie chce się zagłębiać specjalnie w historie przedstawione przez autora. Tak więc jest to wspaniała rzecz dla miłośników kryminałów czy powieści historycznych. Ja miałam w planach ten cykl, w końcu na niego trafiłam i na pewno nie poprzestanę na pierwszym tomie. Bo jest po prostu fajna, miło się czyta - no i mnie dodatkowo zauroczył ten specyficzny klimat i dość wierne odwzorowanie tamtej rzeczywistości... Więc polecam jak najbardziej.
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli