Co czytać w wakacje?

Co czytać w wakacje?


No właśnie, co czytać? W sumie nie powinnam mieć problemu, jest jeszcze tyle książek nieprzeczytanych, co tydzień wychodzi tyle nowości, moja wirtualna półka z książkami do przeczytania raczej nie uszczupla się, a powiększa, a ja pytam, co czytać?..  A no właśnie, dlatego pytam... Za dużo tego wszystkiego, za duży wybór, ja takich wyborów nie lubię, bo mam niemały problem... Wolę wybrać jedno z dwóch, a nie ze stu dwóch... No ale z książkami tak jest, jest ich milion i raczej w najbliższym czasie nic się nie zmieni...

Ja jednak potrzebuję jakiejś inspiracji, czegoś, co mnie natchnie... co nie będzie zbyt wymagającą lekturą, jakaś literatura kobieca na przykład, albo jakiś kryminał - bo kryminały kocham... Jakąś książkę idealną do tego, żeby wziąć ją do pociągu i zapomnieć o dwugodzinnej jeździe, albo rozłożyć koc w ogrodzie i po prostu czytać... I koniecznie: książkę w formie książki, papierową, namacalną - od trzech tygodni męczę bowiem kolejnego e-booka i nie mogę powiedzieć, że to co czytam, jest nieciekawe, wręcz przeciwnie, ale... na e-booki już powoli patrzeć nie mogę. Książka na wakacje ma być książką, nie sądzicie?...

Dlatego też mam do Was pytanie: co czytacie w wakacje? Czytacie więcej czy mniej? Są to książki lżejsze, czy bardziej wymagające? Jakiś konkretny gatunek? I co czytacie akurat teraz, obecnie? Może złapię jakąś inspirację, polecę do biblioteki i coś fajnego dzięki Wam wypożyczę?...
Płomień Crossa

Płomień Crossa

Czasem mam wrażenie, że takie książki już są nie dla mnie... Że jestem za stara na taką literaturę, że to inny rodzaj odbiorców i ja się do nich nie zaliczam... Ale z drugiej strony dla kogo? Dla nastolatek? Ja wiem, że czytają to nastolatki, chociaż szczerze mówiąc sceny w tej książce każą zaklasyfikować ją do kategorii 18+ i nie dopuszczać nikogo, kto jest choćby o miesiąc młodszy... No ale nie o współczesnej edukacji seksualnej chcę tutaj pisać, bo temat jest długi, szeroki i każdy ma o nim inne zdanie, ja pełnoletność osiągnęłam już dość dawno, inaczej było wtedy, inaczej jest teraz. Ma być o drugiej części trylogii Sylvii Day, więc...

Jakoś tego typu powieści zupełnie do mnie nie przemawiają. I z reguły trzymam się od nich z daleka. Na początku odrzucało mnie od niej podobieństwo do oklepanego już wszerz i wzdłuż Greya, ale... przeczytałam pierwszą część. I o dziwo na tyle mi się spodobała, że sięgnęłam po część drugą. Tak, "podobała" to jedyne, na co się mogę przy niej zgodzić, a uwierzcie, to i tak dużo. Nie powiem, że jest świetna, nie napiszę, że trudno się od niej oderwać, ale... jak się już zacznie czytać, to się czyta. Tak zwyczajnie, bo po prostu chcę się wiedzieć, co będzie dalej. Ta ciekawość właśnie sprawiła, że przeczytałam do końca pierwszy tom, ona też doprowadziła do tego, że przeczytałam i drugi. I wiecie co? Nie odrzuca mnie od niej tak jak od słynnego już, wspomnianego wcześniej osobnika z innej powieści. Zresztą, trudno taką literaturę nazwać literaturą tak naprawdę, to jest taki odmóżdżacz, którego czasem potrzeba człowiekowi. Jak na przykład studentce historii po sesji :-) I z przyjemnością muszę stwierdzić, że swoje zadanie spełniła znakomicie, a nawet jeszcze pozostawiła chęć kontynuacji tego, w co wdepnęłam. I pewnie przeczytam ten trzeci tom, i pewnie czwarty też, o ile nie zrobi się mega nudno - a mam nadzieję, że nie zrobi. Bo czwarty też jest, mam rację?...

Ta książka jest o tyle lepsza od tamtej, której już nie chcę nawet wymieniać z tytułu, że coś jednak się w niej dzieje więcej niż tylko seks, ochy i achy nad głównym bohaterem i znowu jeszcze bardziej wyuzdany seks. Ba, jestem skłonna nawet napisać, że dzieje się, bo został dołączony wątek kryminalny wręcz - co prawda zaczął się dopiero, a już druga część się skończyła i nic nie wiadomo... Ale jest. Nie tylko jest miłość i seks, ale i jest coś więcej. A to mi się podoba. Chociaż i tak uważam, że ta książka nie jest w pełni dla mnie... No nie wiem, za stara na nią nie powinnam być, no bo kiedy mam czytać takie "powieści", jak będę mieć 50 lat? Chyba nie bardzo.
Niemiecki bękart

Niemiecki bękart

Jakoś tak... zapomniałam i o Camilli, i o całej tej serii... Sama nie wiem, dlaczego, bo bardzo mi się poprzednie książki podobały, ale tak to już jest, że rynek zalewa nas wciąż nowościami, bestsellerami, a o wcześniej wydanych książkach i o tych 'must read' po prostu się zapomina... Jak to dobrze, że od czasu do czasu przypominają nam o nich wirtualne półki na LC :-) Chociaż w tym przypadku o Camilli Läckberg przypomniał mi mój własny czytnik podczas przeglądania pozycji jeszcze nieprzeczytanych i zastanawiania się 'a co by tu teraz poczytać'...

Ja wręcz uwielbiam skandynawską literaturę, kocham Nessera, pałam wielką miłością do Mankella itd., Camilla Läckberg pisze od nich obu trochę bardziej 'lekko', tak lżej się czyta te powieści, ale wcale im to nie umniejsza, wręcz przeciwnie i dzięki temu tę autorkę również swego czasu polubiłam. Niemiecki bękart jest kolejną częścią cyklu, który można czytać jak popadnie albo przeczytać sobie po prostu jedną książkę, obojętnie jaką i nic się nie straci. Powiązania są, ale głównie w życiu prywatnym głównych bohaterów, co nie znaczy, że gdy się tych faktów nie zna, to się nie zrozumie fabuły. Podoba mi się to w tych skandynawskich cyklach i seriach, że można sobie czytać te książki jak się chce i to, na co się ma aktualnie ochotę albo co wpadnie właśnie w ręce. Fajne jest to, bo przyznam szczerze, czasem mnie męczy szukanie kolejnego tomu - często okazuje się bowiem, że są wszystkie oprócz tego, który chcę. Camillę co prawda czytam po kolei, ale równie dobrze mogłabym ją czytać od końca i też by mi się te książki podobały tak samo.

Dobrym rozwiązaniem w Niemieckim bękarcie jest to, że akcja dzieje się tutaj równolegle w dwóch odległych od siebie czasach: drugiej wojny światowej i współczesnych... Ja lubię takie książki, które odrywają mnie od czasu do czasu od tego, co się właśnie dzieje, aby przenieść do przeszłości i odkrywać tamte tajemnice. A że fanką kryminałów jestem niemalże od zawsze, tym bardziej mi się ta książka podobała - trochę historii, trochę więcej tajemnicy i jeszcze więcej zbrodni - to lubię. I polecam wszystkim, którzy lubią odrobinę dreszczyku, tajemnice przeszłości i kryminały same w sobie - idealna jest ta powieść zarówno na wakacje, jak i na senny zimowy wieczór przy kominku.
Niemoc, lenistwo... a może coś jeszcze innego?

Niemoc, lenistwo... a może coś jeszcze innego?


A może to po prostu zwykłe znużenie, zmęczenie materiału? Szczerze mówiąc nie wiem i również nie wiem, do czego to zmierza... Chociaż doskonale wiem, czym jest spowodowane - całym rokiem akademickim, który dla niektórych już się skończył, dla mnie teoretycznie też, ale wciąż wiszą nade mną dwa przedmioty, które musiałam zostawić na wrzesień. Nie lubię tego. Nie lubię mieć nad sobą czegoś, czego nie mogę zrobić już teraz i mieć tego po prostu z głowy. Nie lubię i już. Ale nie miałam wyjścia.

Niemoc była przymusowa, bo cały czerwiec poświęciłam na naukę do sesji. Wynik jest taki, że nie mogłam przez kilka dni patrzeć na książki, więc wzięłam do ręki swój czytnik, bo książek w wersji tradycyjnej miałam serdecznie dosyć. I wcale mnie ten fakt nie dziwi. Każdy by miał. Teraz coraz częściej patrzę z tęsknotą na półkę, coraz częściej mam ochotę odłożyć Kindla na rzecz zwykłej książki. Tak mam, że wracam na zmianę do obu tych wersji co jakiś czas. Ale i tak ostatnio jakoś czytam mniej.
Ale sesja się skończyła, ja mam trochę więcej czasu, powinnam go umiejętnie wykorzystać, a... nie potrafię. Co widać było po nieobecności na blogu, po ilości przeczytanych książek, po wszystkim. I nie wiem na razie, jak to zmienić. I nie wiem, czy mi się chce. Bo nie o to tu chodzi, żeby się do czegoś zmuszać, ale o to, żeby robić, to co lubimy, z przyjemnością i żeby sprawiało nam to radość, prawda? Ale z drugiej strony chciałabym się już ogarnąć choć trochę, bo coś czuję, że wlazłam w jakiś labirynt, w który wchodzę coraz głębiej, a coraz trudniej odnaleźć drogę do wyjścia... Na szczęście chyba zrobiłam już w tył zwrot i będę szukać tej drogi powrotnej. Lato ucieka, trzeba działać!

Wymęczył mnie ten rok akademicki okropnie, naprawdę. Nic dziwnego, że marzy mi się urlop od wszystkiego, od pracy, książek i w ogóle... Poleżenie na słońcu (tę książkę oczywiście też bym wzięła, najlepiej jakiś kryminał), w ogrodzie na wsi u rodziców, albo jakiś aktywny wyjazd ze zwiedzaniem... I po prostu taki zwyczajny odpoczynek. I nie myślenie przede wszystkim. Zatopienie się w przyjemnościach i już.
Upalne lato Gabrieli

Upalne lato Gabrieli

Biorąc pod uwagę ostatnią aurę pogodową ta książka jest  idealna do tego, żeby ją teraz recenzować :-) Chociaż do moich rąk trafiła dość dawno temu, sporo też przeczekała na swoją kolej, bo ważniejsze rzeczy miałam na głowie, jak np. uczelnia, ale gdy już po nią sięgnęłam... Potem znowu dość sporo czasu minęło, aż w końcu postanowiłam napisać o niej kilka słów... Szczerze mówiąc, to ogarnęła mnie ostatnio jakaś niemoc i nie chce odejść, może to zmęczenie nauką, pracą i w ogóle wszystkim. Co będzie dalej - nie wiem :-)

Upalne lato Gabrieli jest trzecią częścią trylogii Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak. Pierwsza, z tego co pamiętam, nie bardzo mnie porwała... Z drugą już było o niebo lepiej, coraz lepiej, bo czytałam ją z wielką przyjemnością. Od Gabrieli... cóż... nie mogłam się oderwać i przeczytałam ją niemalże w jeden dzień... Nie wiem, czemu tak dziwnie mi się ułożyło z tą serią, że im dalej w las, tym bardziej mnie wciągała... Ale tak właśnie jest. Myślę, że nie pomylę się za bardzo, gdy stwierdzę, że ten cykl jest jak wino, które im starsze, tym lepsze - tutaj ta seria dojrzewa wraz z historią, którą opisuje, a raczej trzema historiami, które są historiami trzech innych osób, ale powiązane są ze sobą bardzo mocno. Tak, owszem można je czytać niezależnie, jak oddzielne powieści, ale moim zdaniem nie odnajdzie się tu wtedy tego całego uroku, jaki roztacza wokół siebie Upalne lato, nie odnajdzie się tej głębi, która w tych historiach tkwi, tego się po prostu nie poczuje. Nie poczułoby się tego również wtedy, gdyby nie czekało się na kolejny tom tyle czasu - to również sprawia, że ta historia ma coś w sobie. Na początku irytowało mnie to, że przerwy między poszczególnymi tomami to całe pokolenie, teraz widać, dlaczego tak było i dlaczego nie mogło być inaczej. Gdyby tego wszystkiego,  o czym wspomniałam powyżej, nie było, byłyby to zwykłe powieści na lato. Ale nie są.

Czytałam tę książkę dość dawno temu, ale czytałam ją w ogródku, leżąc na słońcu, w spokoju, wiejskiej ciszy, nikt mi nie przeszkadzał. Może właśnie dlatego tak mnie wciągnęła... takie powieści w takich okolicznościach przyrody robią na mnie jeszcze większe wrażenie. Tak samo jest z książkami Katarzyny Enerlich, tak samo z książkami tej autorki, chociaż literatura obu nie ma ze sobą wiele wspólnego. Będzie więc krótko i na temat: polecam całą tę trylogię - od początku, tom po tomie - tylko wtedy odnajdzie się jej prawdziwy urok. 


Za powieść serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mg

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli