[Yankee Candle] Pink Grapefruit

[Yankee Candle] Pink Grapefruit

Ostatnio mam ogromną ochotę na owoce... Zaczął się właśnie mój ulubiony okres w roku - sezon na truskawki, zjadłam dziś ich cały kilogram i nadal nie mam dość. Mogę je jeść w każdej postaci, non stop, nieprzerwanie... Ale nie tylko truskawki za mną chodzą, ale i inne smaki... Truskawkowych wosków niestety nie miałam (skończyły się moje Truskawki w śmietanie), ostatnio też rzadziej te woski palę - i dobrze, starczy na dłużej. Ale miałam ochotę na coś owocowego właśnie, a że dostęp miałam tylko do różowego grapefruita, to i on poszedł do kominka... Pierwszy raz go paliłam, na sucho pachnie właśnie grapefruitowo, ale taki mydlany zapach w nim również poczułam, którego specjalnie nie lubię. Ale zapaliłam kominek mimo wszystko i wrzuciłam kawałek - zapach uniósł się bardzo przyjemny... Grapefruitowy właśnie, bez żadnych mydlanych dodatków, które wyczułam wcześniej. Lubicie te owoce? Super wybór. Nie lubicie? Nie wybierajcie Pink Grapefruita, bo zapach jest dość intensywny i... prawdziwy, jakbyśmy dopiero do rozkroili świeżego cytrusa. Mnie się podoba, ale ja lubię takie zapachy, zresztą ja lubię wszelkie owoce, a teraz jest sezon na nie i trzeba brać z tego jak najwięcej. Więc biorę, obżarłam się kilogramem truskawek i na pewno jeszcze wiele ich zjem - wielkie nieba, jak ja kocham truskawki!!! Muszę sobie sprawić jakiś truskawkowy wosk, ciekawe, czy będzie pachniał tak prawdziwie, jak ten - mam taką nadzieję.

http://www.goodies.pl/104-woski-zapachowe

Biskup i trzej królowie

Biskup i trzej królowie

Przyznam szczerze: wiele się po tej książce nie spodziewałam. Chociaż jednocześnie wiedziałam, że mnie na pewno nie znudzi - dobre i to. Mam słabość do serii Corpus delicti, więc i ta książka znalazła się w kręgu mojego zainteresowania, ale podeszłam do niej bardziej jak pies do jeża, bez specjalnego entuzjazmu... Lepiej bowiem być miło zaskoczonym, niż rozczarowanym. I... faktycznie, zostałam miło zaskoczona. Ktoś mi już kiedyś polecał prozę Greeley'a, jednak ani nie wiedziałam, kto to, ani nie słyszałam nigdy o nim, ani nic kompletnie. Ale zapamiętałam nazwisko. I trzeba przyznać, że... dobrze zrobiłam.

Greeley pisze... hm... bardzo dobrze, lekko, bez trudu, tak jakby do tego właśnie był stworzony. Jednak najbardziej podobało mi się tutaj jego... poczucie humoru, a właściwie poczucie humoru głównego bohatera, Blackie'ego - czyli biskupa pomocniczego w Chicago, który udaje się do Niemiec do Kolonii, gdzie nagle zostaje odkryta kradzież relikwii Trzech Króli. Taka jest pokrótce fabuła tej książki, ale nie dajcie się zwieść, to jest nieco bardziej skomplikowana zagadka. Znajdą się pewnie tacy, którzy na wstępie odrzucą tę książkę ze względu na religijne wątki, a raczej tego, co może się wydawać, że jest w tej książce - tutaj pragnę uspokoić i dodatkowo zachęcić do tej powieści - bo to jest powieść sensacyjna, Blackie jest detektywem, który wraz z siostrzeńcem-archeologiem wyrusza do Niemiec, a teologia czy religia w tej książce ogranicza się do tego, że główny bohater to ksiądz, który szuka zaginionego relikwiarza. Tutaj, po tym, jak wkręcimy się w tę opowieść, bardzo łatwo zapomnieć, kim jest główny bohater, bo księdza, a tym bardziej biskupa nie przypomina - jest zwykłym człowiekiem, którego na dodatek od początku łatwo obdarzyć sympatią - głównie ze względu na jego humor właśnie. Znacznie bardziej powierzchownie zostali przedstawieni inni bohaterowie, zwłaszcza siostrzeniec Peter i jego dawna znajoma i wielka miłość - Cindasue, chociaż to też dość ciekawe postacie. A sama zagadka? Przyznam, czasem akcja jest dość spokojna, ale są i momenty, gdzie nagle przyspiesza - chociaż generalnie jest to książka z tych, które nie mają zbyt dużo zwrotów akcji, w której jest ciekawie, ale w granicach normy...

I ja właśnie lubię takie powieści. Bo czyta się ją lekko, można się przy niej zrelaksować, można zapomnieć na chwilę o tym, co dzieje się wokół nas, można przenieść się do Kolonii i nie chcieć z niej wracać (a samo miasto też ma tutaj swój udział oczywiście). Świetny odstresowywacz na kilka wieczorów, który może nie posiada zawrotnego tempa, ale mimo wszystko sprawia, że przewracamy kolejne strony. No i warto ją przeczytać do końca, aby poznać zakończenie - dość zaskakujące. Miło spędziłam przy tej powieści czas i nie żałuję ani minuty jej poświęconej.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Promic
http://wydawnictwo.pl/

Czy ja się zgodziłam na mieszkanie z psem???

Czy ja się zgodziłam na mieszkanie z psem???


Z całym szacunkiem dla właścicieli psów oczywiście... Szanuję, nie oceniam (no chyba, że widzę, jak pies sra na trawnik, a właściciel stoi obok i nawet nie raczy posprzątać). Ale ja osobiście psów nie znoszę. Dla mnie mają specyficzny zapach, którego nie trawię, nieważne, czy pies jest zadbany, czy nie jest. Czy pachnie, czy śmierdzi. Zresztą, tego też nie oceniam - nie mój pies, nie moja sprawa (chociaż na znęcanie się nad zwierzętami również nie jestem obojętna).

Jednak gdy wprowadza się do mieszkania, które wynajmuję, pies, a ja się o nim dowiaduję przypadkiem dopiero po tygodniu, to dla mnie to już nie jest do zaakceptowania - wybaczcie. Przedstawię pokrótce sytuację: chłopak ogląda pokój, ledwo co go zobaczył, od razu się zdecydował, nie obejrzał nawet ani kuchni, ani łazienki, nic - wszedł, okay, wyszedł. Autentycznie. No ale dobra, jego sprawa. Za dwa dni wprowadzają się nowi lokatorzy (o tym, że jest to para, dowiaduję się dzień przed od właścicielki, która mieszka na drugim końcu Polski). Okay, będzie trochę tłoczno, ale da się przeżyć (bo mieszka ze mną jeszcze jeden lokator). Jakoś dam radę, choć tłoku też nie lubię. Jednak wraz z pojawieniem się w mieszkaniu pary nowych lokatorów pojawia się też... hm... nieprzyjemny zapach to delikatnie powiedziane. Zaczyna po prostu momentami śmierdzieć, i to tak, że najlepiej byłoby przestać oddychać. Ja się głowię od kilku dni, co to za smród i skąd się bierze, wietrzę kuchnię i korytarz non stop kosztem tego, że mi zimno, a grzać przestali. Ale ten smród jest, mniejszy lub większy, najgorszy rano. A dzisiaj??? Dzisiaj mi przemyka korytarzem... pies! Mały, bo mały, pewnie bym go nawet nie zauważyła, gdybym się za siebie nie obejrzała w pewnym momencie, będąc w kuchni.... całkiem przypadkiem... Wiecie co? Ten pies nawet nie zaszczekał przez ten tydzień! Fakt, ja pracuję, w domu mnie często nie ma... ale nie wydaje się Wam to dziwne?... Bo mi bardzo... Gdybym go nie zauważyła, to pewnie dalej zastanawiałabym się, co to za smród w tym mieszkaniu się pojawił i skąd.

Ja rozumiem, są amatorzy psów, są ich przeciwnicy i są zupełnie obojętni. Ja należę chyba do tej ostatniej grupy, ale gdy pies jest w zasięgu mojego wzroku, zdecydowanie do tej drugiej. Ludzie są różni. I chociażby z tego względu, gdy mamy zamiar wprowadzić się wraz z czworonożnym przyjacielem gdzieś, gdzie już ktoś mieszka, wypadałoby zapytać z grzeczności: "Hej, ale ja mam psa, nie będzie Ci to przeszkadzać?"... A jeśli już naprawdę nie jest się na tyle bystrym, żeby o tym pomyśleć, to chociaż właścicielka powinna powiadomić swoich lokatorów o tym i zapytać o zdanie. No właśnie - ale właścicielka mieszka na drugim końcu Polski, jest tu raz na miesiąc na pół godziny i... zastanawiam się, czy ona w ogóle o tym wie...

Jestem zła. Wręcz wściekła. Bo mieszkam od tygodnia w mieszkaniu, które co chwila muszę wietrzyć, a i tak śmierdzi. To nie jest pachnący pies, on po prostu cuchnie. Drugi lokator chyba jeszcze tkwi w błogiej nieświadomości, bo dwa ostatnie tygodnie go nie było, wrócił wczoraj. Dam sobie jednak głowę uciąć, że gdy wszedł, zastanawiał się, co to za "zapach". No ja w takim mieszkaniu mieszkać nie dam rady długo... I zastanawiam się, co zrobić. Pogadać z drugą osobą, co myśli o nowej parze z psem, porozmawiać z właścicielką?... czy się wyprowadzić po prostu?... Przeprowadzek nie cierpię i... po prostu nie chcę... 

Nie jestem zawistna, nie chcę się mścić, ale ludzie czasem naprawdę mogliby się wysilić i pomyśleć o innych, chcę po prostu być traktowana fair... No ale kogo to w sumie obchodzi? Mam wrażenie, że większość i tak widzi tylko czubek własnego nosa.
Ja jestem Halderd

Ja jestem Halderd

Nie mogło być inaczej - musiałam sięgnąć po kolejną część Północnej Drogi tak szybko, jak to było możliwe. Chociaż... znowu bałam się książki Cherezińskiej, bo po tym, co przeżyłam, czytając Sagę Sigrun byłam pewna, że żadna kolejna część jej nie dorówna... Ale jednocześnie znowu zapragnęłam znaleźć się w tamtym świecie - wojen, wikingów, świecie, gdzie słychać uderzającą o siebie stal, gdzie jest dużo krwi, czuć ją wszędzie, chociaż jej nie widać - tak wsiąkłam w tamten świat Sigrun, że wcale nie chciałam z niego wracać...

Halderd jest inna. Inna jako osoba i postać. Inna, różna od Sigrun. Inne jest jej życie, inne priorytety, inny świat, chociaż niby ten sam. Przeszłość Halderd, jej nie najszczęśliwsze dzieciństwo, potem małżeństwo, kolejne dzieci powodują, że rodzi się kobieta tak silna i tak pewna siebie, że nic jej nie może złamać, w myśl zasady: co nas nie zabije, to nas wzmocni. Halderd wie, czego chce - od samego niemalże początku - i tel cel z mozołem realizuje... Czy się uda? Pewnie, jej wszystko się udaje i zawsze osiąga to, co zaplanuje, ale czy przyszłość faktycznie można zaplanować ze wszystkimi szczegółami? Niekoniecznie i bohaterka też tego doświadcza. Bo świat mężczyzn to nie jest miejsce dla kobiet, tak samo, jak świat kobiet to nie miejsce dla mężczyzn. Chociaż Halderd zrobiła co mogła, żeby się do tego świata, jej niedostępnego, zbliżyć, to jednak... jest to opowieść kobiety... historia, widziana jej okiem, z jej perspektywy. W tej książce, tak jak w poprzedniej, rządzą właśnie kobiety - kobiety, które co prawda mają siłę, ale nie fizyczną - siłę znacznie potężniejszą, która jest w stanie pokonać znacznie więcej. To świat wikingów, którymi nie tylko włada chęć łupów, wojen, walk i rozlewu krwi. To świat magii, run, zaklęć i miłości. I tu zaczynają się podobieństwa Halderd do Sigrun. Bo obie są kobietami. Różnymi od siebie, ale też na swój sposób bardzo do siebie podobnymi.

Po raz kolejny pochwalić trzeba Cherezińską za to, jak świetnie przedstawia świat, który opisuje. Głównie proces szerzenia się chrześcijaństwa w Skandynawii - często narzucany siłą. Nie brakuje w Ja jestem Halderd nawet tych najbrutalniejszych scen - nie przeczytamy o nich wprost, one będą do odczytania pomiędzy wierszami, ale będą - i będą przerażać tym sposobem jeszcze bardziej. Znowu mi serce drgnęło, czytając tę książkę. Nie wiem, jak ona to robi, ale ta autorka sprawia, że nie mogę się od jej powieści oderwać. Mnóstwo emocji wywołała we mnie Sigrun, jest mi bliższa sercu niż Halderd, bo jest inna. Halderd natomiast też wywołuje emocje, ale inne. I też szkoda odkładać tę książkę na półkę. Na szczęście już czeka u mnie kolejna jej część... czeka i znowu się boję książki, że nie dorówna swoim poprzedniczkom. Pewnie niesłusznie. Bo Cherezińska za każdym razem udowadnia, że jest świetna w tym, co robi. Dla mnie jest po prostu mistrzem.
Planner idealny, czyli DIY - własny organizer

Planner idealny, czyli DIY - własny organizer


Postanowiłam wyjść naprzeciw swojemu zorganizowaniu, a raczej niezorganizowaniu i stworzyć coś, co pomoże mi nad tym moim czasem zapanować... Pomyślałam, że muszę w końcu ułożyć nie tylko w głowie głównie swoje obowiązki i plany uczelniane, a nad tym, uwierzcie, trudno zapanować, szczególnie historykowi z bałaganem w głowie. I tak oto właśnie zmajstrowałam sobie swój planner idealny.


Ja wiem, że jest maj i początek roku już dawno za nami, ale to jest właśnie pierwszy plus własnego, w stu procentach stworzonego własnoręcznie organizera - można go rozpocząć w dowolnym dniu, dowolnym momencie, w środku roku lub pod koniec, na miesiąc, na trzy, albo na cały następny rok... Mój się więc zaczął od maja. Do tej pory używałam małego kalendarza, który kupiłam pod koniec zeszłego roku w księgarni... jednak choć mam do niego sentyment, przestał mi wystarczać - po prostu. Za mało miejsca na własne notatki i myśli, za dużo niepotrzebnych rzeczy (no bo po co mi numery kierunkowe do państw europejskich albo inne kosmiczne rzeczy?). Za mało zorganizowania, za duży bałagan w mojej głowie, który tylko się powiększał... Popełniłam więc coś własnego, co będzie w pełni moje, takie, jak ja chcę, gdzie nie będzie niepotrzebnych zakładek, kartek, informacji - będą tylko te, które mi mają zorganizować życie, a nie dodatkowo robić w nim nieporządek. Bo nie o to tu chodzi, prawda?


Bazą został więc zwykły segregator A5 - idealna dla mnie wielkość, nie za mały, nie za duży, poza tym ma się zmieścić do torebki, ale i zostawić w niej jeszcze dużo miejsca na inne rzeczy, które noszę codziennie ze sobą... Kupiłam go za grosze, a że podobał mi się sam w sobie, obkleiłam go minimalnie. A potem... wzięłam się za robotę... I nie wiecie, ile frajdy daje projektowanie własnego kalendarza! Fakt, trochę czasu trzeba na niego poświęcić, komu się nie chce, niech jednak poszpera w necie, bo jest tam cała masa, skarbnica wręcz szablonów gotowych do wydrukowania... Chociaż ja wolałam sama sobie zaprojektować swój planner w całości, to jednak warto skorzystać z takich gotowych wzorów (jednemu i ja uległam), bo może akurat coś nam przypadnie do gustu?...

Ja podzieliłam swój świat (i organizer) na pięć części, najważniejszych, które powinny się w nim znaleźć: kalendarz sam w sobie oczywiście, studia, książki, blog i pozostałe rzeczy. Kalendarz ma się rozumieć - być musi, ja bez kalendarza czuję się jak bez ręki, gdy go nie mam, o niczym nie pamiętam, chodzę jeszcze bardziej zabałaganiona, niż z nim. Więc to był must have. Studia były inspiracją, więc kolejna ważna rzecz, bo to dzięki nim postanowiłam go stworzyć i w końcu zapisywać ważne terminy egzaminów i testów, to co do zrobienia przede mną, to co zostało zrobione z przyjemnością wykreślać :) Książki to również sprawa oczywista, ostatnio nie panuję nad książkami, które mam z biblioteki i nad terminami zwrotów, więc stworzyłam sobie listę, gdzie to wszystko zapisuję. Blog - to zakładka do tego, co z nim związane, a ostatnia do wszystkiego, co nie dotyczy poprzednich - są tam listy zakupów, listy rzeczy do zrobienia, miejsce na inne notatki i różne inne luźne myśli.



A na samym końcu - koperta na skarby :)


Powiem Wam, że o wiele więcej frajdy sprawia korzystanie z takiego własnej roboty plannera, niż tego kupionego w sklepie... Nie ma w nim niepotrzebnych rzeczy, są tylko te, które sami chcemy, żeby były... Kiedyś tworzyłam sobie takie własne kalendarze, potem jakoś uległam tym księgarnianym... A taki własny, własnoręcznie stworzony, jest o wiele lepszym pomysłem, niż kupowanie organizera z masą niepotrzebnych informacji, z których się nie korzysta... nie sądzicie?...


Wieści z nocnej półki, czyli...

Wieści z nocnej półki, czyli...


...stosik! Taki właśnie piętrzy się u mnie przy łóżku. Wiem, mały jest, wiem również, że mało ostatnio u mnie tych książkowych stosików, ale ja po prostu nie mam co pokazywać, bo większość książek trafia do mnie z bibliotek i najczęściej po przeczytaniu do niej wraca, nawet nie zdążę zrobić fotek, książki do recenzji biorę tylko te, które naprawdę mnie interesują (bo mam sporo czytania również na studia), a nowe... cóż, ograniczam się w kupowaniu, chociaż kuszą te książki za każdym razem... W przyszłości (może bliskiej) mam w perspektywie znowu przeprowadzkę i naprawdę nie chcę taszczyć jeszcze większej ilości książek, niż teraz mam... A jest ich dużo.

Fortuna i namiętności oraz Ja jestem Halderd przywędrowały do mnie z biblioteki, więc za chwilę do niej wrócą (mają szczęście, że załapały się na fotkę), Nie oddam dzieci to tradycyjnie za konkurs u autorki, więc poleży u mnie dłużej, tak samo jak Sekret oraz Biskup i trzej królowie (od wydawnictwa do recenzji). O dwóch z tych pięciu książek już mieliście okazję u mnie przeczytać, o pozostałych na pewno przeczytacie w najbliższym czasie.

Ten stosik leżący przy łóżku spełnia dla mnie również taką funkcję terapeutyczną - wiem, że mam co czytać oprócz podręczników i od razu mi lepiej... Poza tym, jak to wyczytałam ostatnio na którymś z demotywatorów: "podczas sesji dużo czytam - zwłaszcza kryminałów i fantastyki"... U mnie to się sprawdza :)
Fortuna i namiętności. Klątwa

Fortuna i namiętności. Klątwa

Wpadła mi ta książka w ręce przez przypadek. A chciałam ją przeczytać, jak tylko zobaczyłam zapowiedzi, pamiętając uwielbianą przez czytelników Cukiernię pod Amorem - cykl, który również na mnie zrobił niemałe wrażenie. Fortuna i namiętności z kolei były dla mnie dużą niespodzianką - nie miałam pojęcia, że autorka szykuje coś nowego. A ja tak lubię jej twórczość, że naprawdę była to dla mnie wspaniała wiadomość, więc gdy tylko książka trafiła w moje ręce, długo na swoją kolej nie czekała.

Uwielbiam wątki historyczne w Cukierni czy Podróży do miasta świateł, tutaj mamy książkę, której akcja w całości rozgrywa się w pierwszej połowie osiemnastego wieku, głównie na Litwie. Już samo to sprawiło, że zaczęła mi się ta powieść podobać, chociaż nie znałam bohaterów, nie wiedziałam, co się wydarzy... Czytałam jednak i czytałam... powoli... i muszę to napisać: to nie jest już Cukiernia. Inni są bohaterowie, chociaż są oni niewątpliwie plusem wielkim tej książki - to trzeba Małgorzacie Gutowskiej-Adamczyk przyznać, że postacie potrafi tworzyć nietuzinkowe - to pierwsza część Fortuny i namiętności nie wzbudziła we mnie wielkich zachwytów... dopóki nie przeczytałam ostatniej strony i nie odłożyłam jej, nie zrozumiałam, że to na razie koniec... Wiecie co? Mi się tak cudownie tę książkę czytało! Tak dobrze, że naprawdę szkoda było ją odkładać. Tak po prostu miło spędziłam przy niej czas i doszłam do wniosku, że mało jest takich książek, a przynajmniej mało ich do mnie trafia. To nie jest jakaś nadzwyczajna powieść, to zwykła historia ludzi, których losy plączą się i niekiedy trudno je rozplątać, wszystko to zabarwione tłem historycznym początku osiemnastego wieku - wyborem nowego króla, rozdarciem i w Polsce, i na Litwie. Jednak głównie jest to taka lekka historyczna powieść, która umila czas i którą dość szybko się czyta (a że ja czytałam kilka dni... gdybym miała czas, przeczytałabym pewnie w jeden - rozdziały są króciutkie i naprawdę to wszystko leci w ekspresowym tempie...).

Trudno jest nie porównywać tej powieści z innymi, które wyszły spod pióra Gutowskiej-Adamczyk, tym bardziej, że ta książka tak nie porywa, ani od samego początku, ani, gdy się uprzeć, również później - wszystko dzieje się tu o wiele spokojniej, jak na ironię w czasach rozdarcia i burzy w kraju. Ale jednak coś w tej lekturze jest, że tak cudnie mi się ją czytało - na pewno ma jakiś potencjał ta historia i miejmy nadzieję, wszystko się rozwinie w swoim czasie. A nawet jeśli nie, nawet jeśli Fortuna i namiętności pozostanie na tym samym poziomie - i tak nie będę mogła się doczekać kolejnych części. Może się w niej nie zakochałam, ale tak zwyczajnie mnie zauroczyła (a może to za sprawą podstarościego Kacpra Hadziewicza?...).
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli