Podsumowanie marca 2015

Podsumowanie marca 2015


Tak, ten czas naprawdę tak szybko biegnie. Dopiero co zaczynał się marzec, a tu co? A tu już koniec, jutro pierwszy kwietnia... Nie wiem, czy to tylko mi te dni tak szybko uciekają, czy to jest powszechne?... Zanim się obejrzę, to będzie już koniec roku akademickiego i lato... Szczerze? Czekam na to.

Jestem zadowolona z marca - zadowolona pod względem czytelniczym, bo może wielu z Was wyda się to niewiele, ale dla mnie to dużo - bo przeczytałam 6 książek, w nawale obowiązków, pracy i nauki to sporo. Staram się przeczytać chociaż kilka stron dziennie, mimo że chodzę zmęczona non stop - nie wiem, co się dzieje, czy ta praca już tak wykańcza mnie psychicznie, czy coś innego, czy to przesilenie (tak sobie to tłumaczę, ale diabli wiedzą). W każdym razie przyszła wiosna, więc może razem z wiosną i cieplejszą temperaturą trochę i tej energii mi przybędzie, bo na razie nie mam jej w ogóle... I pod tym względem marzec był nijaki niestety.

Kwiecień muszę w końcu poświęcić na ogarnięcie ostateczne zaległych uczelnianych spraw. Ale potrzebuję również od tego od czasu do czasu odpoczynku, więc czytać będę dalej (tak to jest, że jak coś nam stoi nad głową, to wyszukujemy sobie różne wymówki :P). Czytałabym więcej, mam ostatnio tylko na to ochotę, ale trzeba niestety też się uczyć i pracować...

A jak Wam minął marzec? Są plany na kwiecień?
Saga Sigrun

Saga Sigrun

Bałam się tej książki. Ci, którzy czytają od czasu do czasu mojego bloga wiedzą, kim dla mnie jest Elżbieta Cherezińska - mistrzem. Niedoścignionym przez nikogo. Dlatego właśnie się jej bałam, bo po tym, co dostałam, czytając Koronę śniegu i krwi lub Legion, mam wrażenie, że już nic tym książkom nie dorówna (och, zapomniałam, może się z nią równać tylko Jarosław Grzędowicz ze swoim Panem Lodowego Ogrodu, ale to zupełnie inna kategoria literatury...). Dlatego się bałam, że Saga Sigrun będzie gorsza, przyćmiona, że mnie tak nie porwie, jak tamte książki. Że będzie inna - to wiedziałam od początku - w innym klimacie, innych czasach, innym świecie. Byłam wręcz pewna, że to nie jest to, co poprzednio. 

Powiem tak: nie pomyliłam się. Inny jest klimat, inny świat, inni bohaterowie, inna jest ta książka, jakże różna. Tak, to nie jest to co poprzednio. Nie spodziewałam się jednak, że tak odmienna powieść, mimo że tej samej autorki, po raz kolejny skradnie moje serce. Tak dokładnie jest. Autorka przeniosła mnie do Norwegii X wieku, kraju wikingów, bitw na śmierć i życie, wystawnych uczt, świata, w którym rządzi Odyn. Nie czytałam nigdy książki w tym klimacie, mimo że zawsze mnie to pociągało (wiadomo: wczesne średniowiecze, czyli to, co lubię najbardziej). Tyle, że tu się krew nie leje strumieniami, nie słychać aż tak bardzo dźwięku uderzającej o siebie stali - tutaj narratorem jest główna bohaterka, Sigrun - czyli kobieta. I świat widziany jej okiem. Tutaj rządzi nie tylko Odyn - tu rządzi przede wszystkim magia i miłość. Tutaj co prawda rządzą mężczyźni, ale mężczyznami rządzą kobiety. Kobiety silne, niezależne, bardzo często samotne czekające na swoich towarzyszy wracających z wypraw. A cała ta powieść to jest jedna wielka magia. Magia miłości przede wszystkim. Czegoś innego spodziewałam się po tej książce, ale ostatecznie przerosła moje oczekiwania kilkakrotnie. Nie wiem, co w niej takiego jest, nie mam pojęcia... Ale to jest kolejna książka Cherezińskiej, o której nie mogę zapomnieć, chociaż skończyłam ją czytać kilka dni temu.

Wiedziałam, jak się skończy od samego początku. Już pierwsze jej zdanie mi o tym powiedziało:
Ja jestem Sigrun, wdowa po Reginie. Matka Bjorna i Gudrunn, córka Apalvaldra.

Wiedziałam, a mimo tego jakoś odsuwałam od siebie myśl o zakończeniu. Odsuwałam do samego końca, co doprowadziło do tego, że na zakończeniu rozryczałam się jak nastolatka. Ja naprawdę rzadko płaczę przy książkach, praktycznie w ogóle, tutaj ryczałam jak bóbr, mimo że znałam przecież zakończenie, wiedziałam, co się stanie. A mimo wszystko...
Reginie ukochany, płoniesz dla mnie raz ostatni i mnie raz ostatni rozgrzewa ciepło bijące wprost od twego ciała. Chciałabym spłonąć dla ciebie, najmilszy, dlaczego mi zakazałeś?! Dlaczego? Ostry zapach, ale nozdrza moje znajdują w nim twą woń, nieomylne. Płynie łódź z tobą po morzu płomieni. Proporzec za wietrze łopoce, a smok, twój smok rodowy strzela ogniem z pyska, ożywiony dopiero w twej śmierci. Jakże ja chcę do ciebie, dlaczegoś mi zabronił? Mogłabym teraz na twojej piersi oddawać się płomieniom, które tyle razy zajmowały nas oboje... A kazałeś mi żyć i patrzeć, jak spopielają się nasze wspomnienia...
Taka była wola twoja, mój mężu, mój miły, mój panie...
Żyłeś godnie, dawałeś życie pięknie, umarłeś, jak chciałeś...
Przemija miłość, przemija bogactwo, sława życia zostaje...
[Yankee Candle] Bukiet miodowych kwiatów

[Yankee Candle] Bukiet miodowych kwiatów


Nie lubię zapachu miodu. Przyznaję się do tego bez bicia, chociaż jego smak lubię, nie mam nic do samego miodu, to jednak jego zapach sam w sobie nigdy mnie nie zachwycał. Co mnie więc skusiło do tego wosku? Frezje. Zapach frezji uwielbiam, więc trochę się pozastanawiałam, ale w końcu zdecydowałam, że go kupię. I teraz właśnie przypomniałam sobie o Honey Blossom, że gdzieś tam leży i czeka na to, aż go odpalę. A że mam przywoływać do siebie wiosnę, to taki wiosenny, bukietowy zapach jak znalazł...

No i wiosnę czuć. Ja tu żadnego słodkiego miodu nie czuję, czuję za to te frezje i żywiczne drewno też czuję - czyli tak jak obiecuje producent. Intensywny zapach, więc lepiej nie przesadzać z ilością, bo jak się wrzuci do kominka za dużo, to może i nawet głowa rozboli. Ale zapach jest bardzo przyjemny. Chociaż bardziej skłoniłabym się do tego, że mi lato przypomina i letnie wieczory przy ognisku, niż wiosnę, to jednak i na wiosnę się nada. A im dłużej go wącham (na sucho pachnie bardzo podobnie, jak po rozpaleniu), tym bardziej mi się podoba. Trochę sceptycznie podchodzę do kwiatowych zapachów (wolę zdecydowanie te jedzeniowe, owocowe), dlatego i do tego podeszłam ostrożnie, ale nie zawiódł mnie, a kolor ma prześliczny i etykietkę też (w sumie chyba ona najbardziej wiosnę przypomina). Tak więc polecam: nie za dużo, najlepiej przy uchylonym oknie, na pewno umili marcowe i kwietniowe wieczory.

http://www.goodies.pl/

Wiosno... gdzie jesteś?...

Wiosno... gdzie jesteś?...


Wiosna przyszła do nas kilka dni temu. I nie tylko data o tym świadczy, ale i piękna, słoneczna pogoda... Nie można na nią narzekać ostatnimi dniami. Wiosna w całym kraju, a ja się jednak zastanawiam, gdzie ta wiosna jest we mnie?... 

Jestem ostatnio notorycznie zmęczona. Zmęczona, śpiąca, najchętniej spałabym po 12 godzin na dobę. Często boli mnie głowa. Nie mogę sobie zorganizować czasu. Nie mam czasami siły ręką ruszyć, a co dopiero nauczyć się na zajęcia, załatwić coś na mieście, iść pobiegać. Fakt - pracuję. Drugi fakt - mam na głowie dużo: egzaminy, praca, zaliczenia, nauka... I... non stop przysypiam, nie mam na nic siły... Wiosenne przesilenie? Brakuje mi ruchu, słońca, świeżego powietrza?... Sama już nie wiem, czego. Chcę poczuć wiosnę również w sobie, nie tylko za oknem, ale jakoś ta wiosna nie chce do mnie przyjść i omija mnie z daleka...

Dlatego chyba będę musiała wyjść jej naprzeciw. Niedługo zacznie się kwiecień, święta wielkanocne zbliżają się wielkimi krokami, a ja zimą jakoś naprawdę mniej się ruszałam. Nie biegałam praktycznie w ogóle. Dlatego postanowiłam się zmobilizować i jednak wyjść... może właśnie tego mi brakuje?... Dotlenienia się?... Postanowiłam również postawić na warzywa i to, co zdrowe. Przede wszystkim zielone warzywa. Zaczyna się wiosna, będzie ich teraz coraz więcej, będą coraz lepsze, nie to co papierowe pomidory zimą z marketu. Postawiłam na naturalne jedzenie, a przede wszystkim takie, gdzie wiem, co wsadzam do paszczy. Od jakiegoś czasu sama piekę chleb, zdrowy, na zakwasie. Nie ma co go porównywać do dmuchanych bułek pełnych cukru i bóg wie czego jeszcze. Zaczęłam po prostu bardziej zwracać uwagę na to co jem, bo jak wiadomo, jesteśmy tym, co jemy.

Może to mi pozwoli jakoś tą wiosnę do mnie przywołać?... Pokonać zmęczenie i senność wiosennego przesilenia? Macie jakieś swoje sposoby, jak tego intruza pokonać i znowu mieć więcej energii?...

Ostatnio mi gdzieś w głowie gra ta piosenka, również idealna do tego, żeby odczarować i wygonić gdzieś daleko tą złą, zimową aurę (tylko że jak na razie nie bardzo działa, ale i tak ją lubię):


Wielbiciel

Wielbiciel

Ostatnio miałam tak wielką ochotę na jakąś powieść obyczajową lub kryminał, że pobiegłam do biblioteki tylko po to, jakby nic innego się nie liczyło - taką miałam potrzebę oddechu choć na chwilę od podręczników i innych cudów. Ostatnio potrzebuję właśnie takiego resetu, odpoczynku, trochę mniej stresu... Zdecydowanie za dużo mam na głowie i nie wiem na dodatek, co będzie jutro... 

Charlotte Link miałam już okazję poznać wcześniej, choć tylko raz, ale na pewno było to spotkanie udane. Zgarnęłam więc z półki Wielbiciela, gdy tylko go zobaczyłam, bo znana autorka na pewno mnie nie zawiedzie. I nie zawiodła. Moja przygoda z Charlotte Link co prawda dopiero się zaczęła, ale już wiem, że będę do niej wracała wtedy, kiedy będę miała taką możliwość. Wielbiciel również mnie nie zawiódł, chociaż na pierwszy rzut oka lektura wydaje się być taka sobie, na pewno nie jakaś nadzwyczajna... Zaczyna się co prawda groźnie, ale potem akcja trochę się uspokaja, bo poznajemy główną bohaterkę, Leonę, której życie w jednej chwili się wali. Mąż zostawia ją dla innej kobiety, sama chwilę wcześniej jest świadkiem samobójstwa kobiety, która dosłownie tuż pod jej stopami ląduje, rzucając się z okna... Tak właśnie poznaje Roberta, który... no właśnie, który zastanawia czytelnika od samego początku, bo chociaż nic na to tak naprawdę nie wskazuje, to jednak coś z nim jest nie tak... czuć to w powietrzu. Wisi taka tajemnica, ale do pewnego momentu sami nie wiemy, skąd się ona bierze. To się oczywiście wyjaśnia, im dalej brniemy w fabułę, jednak jest to duży plus dla autorki, że taką atmosferę potrafi stworzyć i w ten sposób naprawdę zaciekawić czytelnika.

Bardzo przyjemnie się tę książkę czyta. Takiego kryminału na chwilę obecną potrzebowałam, właśnie czegoś takiego, co mi pozwoli oderwać się od tej brutalnej codzienności... I ta książka spełniła swoją funkcję doskonale. Jest ciekawa, momentami nie można się od niej oderwać, akcja jest czasami wartka, czasami spokojna, przyśpiesza jednak w odpowiednich momentach, więc na nudę nie ma tu szans. A w związku z tym czyta się bardzo dobrze i przede wszystkim bardzo szybko. A ja naprawdę czasem potrzebuję czegoś takiego jak Charlotte Link właśnie (a potem śnią mi się po nocach koszmary i mam wybujałą wyobraźnię gdy wracam późnym wieczorem z pracy...). Polecam tę autorkę i jej powieści, naprawdę przyjemnie spędza się z nimi czas.
Rosja i narody. Ósmy kontynent. Szkic dziejów Euroazji

Rosja i narody. Ósmy kontynent. Szkic dziejów Euroazji

Rosja jest obecna w mojej literaturze co jakiś czas, z dużą regularnością, nie powinien więc dziwić fakt, że w końcu sięgnęłam i po pozycję Wojciecha Zajączkowskiego w nowym wydaniu. Dlaczego? Aby móc łatwiej Rosję zrozumieć. Miałam wielką nadzieję na to, że Rosja i narody  choć trochę przybliży mi tę współczesną przede wszystkim Rosję, ale również tę dawniejszą. I szczerze mówiąc moje oczekiwania co do lektury nie zawiodły. Bałam się jednak tego, że będzie napisana dość trudnym językiem, że sprawi mi problemy (a ja mam naprawdę dość naukowych książek, wystarczy, że studiuję i czytać muszę sporo). Jednak nic bardziej mylnego.

To nie jest naukowe podejście na temat Rosji tej dawnej i tej teraźniejszej. I tutaj wyłania się główny jej plus - bo napisana dość przystępnym językiem, ciekawym, a to dużo daje. Bo nieciekawy z reguły temat Wojciech Zajączkowski opisuje w zupełnie zaskakujący sposób - tutaj, jeśli kogoś choć odrobinę Rosja przyciąga, nie ma szans na nudę. Napisana lekko i wartko historia Rosji na przestrzeni kilku wieków pozwala spojrzeć na ten kraj zupełnie inaczej, w innych kategoriach, przewartościowuje trochę nasze obecne sądy o niej. I na pewno pozwala zrozumieć to, co działo się w tym kraju dawniej, i co dzieje się obecnie. Warto przy tym cały czas pamiętać, że Rosja to przede wszystkim ludzie - zlepek różnych narodów, tożsamości, języków... Dlatego niekiedy tak trudno było budować tę prawdziwą rosyjską tożsamość, bo żaden kraj na świecie nie jest tak złożony, jak Rosja.

"Jeśli ktoś zechce zapoznać się z dziejami Cesarstwa Rosyjskiego i kupi w księgarni sprzedawaną tam krótką historię (z atlasami) rozwoju Imperium Rosyjskiego, [...] to przejrzawszy mapy obrazujące rozwój Rosji od Czasów Ruryka [...] przekona się, że wielkie Imperium Rosyjskie powstało w ciągu tysiąclecia swego istnienia w ten sposób, iż stopniowo siłą oręża i wszelkimi innymi sposobami pochłaniało całą masę innych narodów. Imperium Rosyjskie stanowi konglomerat różnych narodowości, zatem, ściśle rzecz ujmując, nie ma Rosji, lecz jest imperium" (S. J. Witte)

Jest to kompendium wiedzy na temat Rosji. Dodatkowo książka jest naprawdę ładnie wydana... Opatrzona zdjęciami, biogramami, dodatkowymi informacjami... Każdy, kto interesuje się tym krajem, powinien ją mieć na półce.
Dzieci Stalina. Trzy pokolenia miłości i wojny

Dzieci Stalina. Trzy pokolenia miłości i wojny

Tak się jakoś złożyło, że ostatnio trafiają do mnie książki w jakiś sposób, mniej lub bardziej, związane z Rosją i jej historią. Jako historyk bardziej cenię sobie tę wcześniejszą Rosję, carską, co nie znaczy jednak, że tylko nią się interesuję, wręcz przeciwnie, coś mnie zawsze w tym kraju przyciągało... Więc może to wcale nie przypadek, że właśnie takie książki wybieram ostatnimi czasy.

Dzieci Stalina też mówią o Rosji (pewnie, już sam tytuł na to wskazuje). Ale sam tytuł potrafi niekiedy zwieść. Z tą książką jest dwojako. Faktycznie jest to opowieść o trzech pokoleniach jednej rodziny - mianowicie rodziny autora - o jego dziadkach, rodzicach i w końcu o nim samym. Ale na równi z bohaterami-ludźmi stoi bohaterka-Rosja; począwszy od Rosji bolszewickiej, poprzez drugą wojnę światową, terror Stalina, Rosję powojenną Chruszczowa, kończąc na tej zupełnie współczesnej. I ZSRR jest tu tak samo ważnym bohaterem jak sam Owen, jego rodzice Mila i Mervyn, czy jego dziadkowie Marta i Boris Bibikow. Historia zaczyna się właśnie od tego ostatniego, odznaczonego Orderem Lenina Bibikowa, gdy pewnego dnia żegna się z żoną i córkami i wsiada do czekającego na niego auta. To było ich ostatnie spotkanie. Aresztowany przez NKWD, długo torturowany, Boris Bibikow ostatecznie podpisał fałszywe zeznania, zarzucające mu zdradę stanu i został rozstrzelany. Jego córki, starsza Lenina i malutka Ludmiła, trafiły do sierocińca jako dzieci 'wroga ludu', ich matka - do gułagu. Dziewczynki miały to szczęście, że nie zostały rozdzielone. Ludmiła jednak niemalże przez całe życie wychowywała się bez rodziców, nie znała znaczenia słowa 'matka'. Przeszła w dzieciństwie kilka groźnych chorób, w tym gruźlicę kości, która na zawsze zniekształciła ciało dziewczynki. Obie musiały radzić sobie same, nie mając od nikogo wsparcia, z poranioną psychiką wskutek tego, co przeszły w dzieciństwie. Obie jednak stworzyły rodzinę, albo przynajmniej to, co przez rodzinę rozumiały, nie mając przykładu z dzieciństwa. Ludmiła po śmierci Stalina poszła na studia, zamieszkała na stałe w Moskwie. To właśnie tam Mila pozna swoją wielką miłość: młodego Walijczyka, który przybywa do stolicy Rosji w ramach wymiany uczelnianej. Jednak ich miłość nie jest piękna. Będzie musiała przejść wiele, w tym wielką rozłąkę, której nie będzie dało się tak łatwo pokonać. Czy jednak ich miłość przetrwa?...

Bardzo szybko się tę książkę czyta. Nie sądziłam, że ją pochłonę niemalże w dwa dni (przy moim codziennym trybie to naprawdę niewiele). Poruszyły mnie losy szczególnie Ludmiły, która już jako trzylatka została odłączona od matki, rozstrzelano jej ojca, ona sama od dzieciństwa zmagała się z groźną chorobą. Lenina pomagała malutkiej siostrze jak tylko się dało, tylko cudem udało im się uniknąć rozłączenia. Gdy matka dziewczynek, w sumie już kobiet, wróciła z gułagu, Lenina jeszcze jakoś potrafiła zareagować na powrót matki... Mila nie wiedziała, jak się zachować. Znała słowo 'matka', ale nie potrafiła odnieść tego do realnego życia, nie wiedziała, co powinna czuć, nie miała przecież  matki przez całe życie... opierać się mogła jedynie na książkach, z którymi się niemalże nie rozstawała... I jak tu stworzyć rodzinę, nie wiedząc nawet, jak ta rodzina powinna wyglądać, jak wyglądają zdrowe relacje pomiędzy jej członkami? Mervyna Mila poznała przypadkiem, przez wspólnego znajomego i... zrodziła się wielka miłość. Taka, która pokonała wielką, kilkuletnią rozłąkę, która zrodziła tysiące listów, rozmów telefonicznych, słów wypowiedzianych do słuchawki telefonicznej. I naprawdę niezmiernie podziwiam zawziętość i cierpliwość Mervyna, który robił wszystko, żeby Mili udało się wyjechać z Rosji i żeby oboje mogli wziąć ślub. Nawet, jeśli po tym ślubie przychodzi... cóż, codzienność i mniejsze lub większe rozczarowanie.

To jest historia prawdziwa; książka dodatkowo opatrzona jest autentycznymi zdjęciami bohaterów, opisującymi tę historię. Być może dlatego tak mi się podobała... bo zdarzyła się naprawdę i jeszcze bardziej dzięki temu wydaje się nieprawdopodobna. A takie historie niemalże zawsze poruszają jakąś tam cząstkę serca, nawet tego na co dzień niewzruszonego. Tak samo jest z tą książką. A jej wartość podnosi dodatkowo to, że na tle zwykłych-niezwykłych bohaterów jest ukazana ta prawdziwa Rosja na przestrzeni tych kilku dekad. Choćby dlatego warto ją przeczytać.
Prowincja pełna snów

Prowincja pełna snów

Długo czekałam na tę książkę. Długo, ale warto było. Na każdą kolejną Prowincję warto jest czekać nawet dłużej. Pamiętam, jak dostałam w swoje ręce trzy pierwsze części tego cyklu - wyglądały dość niepozornie, chociaż okładki urzekły mnie od samego początku. Na każde kolejne już musiałam czekać. A czekanie na coś, co chciałoby się wziąć do ręki już teraz, a co tak naprawdę jeszcze nie powstało, to istna katorga... Naprawdę.

I takie też mam uczucie teraz, po przeczytaniu Prowincji pełnej snów. Nie wiem, co mam napisać o tej książce, naprawdę nie wiem. Czekałam na nią dobre pół roku, jak nie dłużej, kiedy wzięłam ją do ręki... Po skończeniu poprzedniej części miałam uczucia podobne jak teraz, ale teraz jakoś bardziej dotkliwie to wszystko czuję... Wszystko przez... kolejne zakończenie, które zrobiło mi taki mętlik w głowie, że nie wiem, co mam powiedzieć, Kasia Enerlich chyba lubi się znęcać nad czytelnikami, a szczególnie nade mną, bo zostawiła mnie z dalszą częścią opowieści, której nie znam, a którą chciałabym znać już teraz, natychmiast. Mistrzyni zakończeń. No ja po prostu nie wiem, co mam teraz zrobić. Mam ochotę zacząć całą tę Prowincję od nowa, ale co z tego, że to zrobię - nie poznam dalszych losów Ludmiły przez to. Będę musiała znowu czekać... na kolejną część. Bo chociaż Prowincja miała się skończyć tom czy dwa temu, to wyraźnie widać, że to jeszcze nie koniec. 

Prowincją pełną snów się delektowałam. Autentycznie. Jak mało czym. Wstawałam rano, robiłam sobie kubek aromatycznej kawy, brałam do ręki książkę i... przepadałam na cały poranek. A to jest idealna pozycja do tego, żeby czytać ją nieśpiesznie, nie w autobusie czy pociągu, ale właśnie w domu, w spokoju. Autorka po raz kolejny zaczarowała mnie słowami, przepisami niemalże prosto z ogrodu, tym, że najlepszym, szczęśliwym życiem jest życie w zgodzie z samym sobą i z naturą - tutaj tej natury, tej bliskości świata jest sporo - i naprawdę nie jest trudno z tego czerpać, wystarczy chcieć. Po raz kolejny przekonała mnie, że wcale nie trzeba mieć wiele, aby być szczęśliwym, bo szczęście jest w każdym z nas, trzeba tylko wiedzieć, jak je stamtąd wydobyć na światło dzienne. Z Prowincji naprawdę wiele można się nauczyć, trzeba tylko tego chcieć, bo nie jest to trudne. Siadałam więc przez kilka ostatnich dni każdego poranka, brałam do ręki książkę i delektowałam się słowami, które działały na mnie jak balsam na duszę. Jednocześnie razem z Ludmiłą przechodziłam przez to wszystko, przez co przechodziła ona, razem z nią odczuwałam radości i smutki i... kiedy wszystko zaczęło się układać, kiedy zdawało mi się, że szczęścia już nic nie przyćmi... spadło zakończenie... jak grom z jasnego nieba. Tak było z Prowincją pełną szeptów,  tak było i teraz... Nie, nie chciałam rzucić książką o ścianę, bo Prowincję czczę niemalże jak Biblię... gdyby była inną książką, też bym nią nie rzuciła... Ale to zakończenie przyniosło wielkie rozczarowanie... Kimś, kogo ogromnie polubiłam... I jakoś mi tak teraz po prostu źle... Nieprawdopodobne jest to, że tak bardzo można zżyć się z bohaterami książki i traktować ich jak żywych ludzi.

Nie mam zamiaru po raz kolejny przekonywać do tej serii, każdy sobie sięgnie po Prowincję, jeśli będzie chciał. Ale jeśli już się zdecydujecie... błagam, czytajcie po kolei. Naprawdę cały urok tego cyklu można tak naprawdę odkryć tylko wtedy, gdy czyta się w odpowiedniej kolejności. Dla mnie ta książka jest jedną z ulubionych, każda z części niesie ze sobą jakieś przesłanie, każda zresztą inne, ale w każdej odnaleźć można ten kult natury i wszystkiego, co z nim związane, a mnie się to po prostu podoba. Bo ja się z tym wszystkim identyfikuję, a jednocześnie czegoś mnie też za każdym razem Prowincja uczy. Może i na Was rzuci swój urok, może i Wy wyniesiecie z tej lektury coś wartościowego.

[Yankee Candle] Śmietankowo-truskawkowo

[Yankee Candle] Śmietankowo-truskawkowo

Tradycyjnie chyba już na początku miesiąca kolejny nowy zapach... Tak samoistnie jakoś mi to wychodzi... Dziś będzie truskawkowo.

Raczej nie uświadczysz truskawek w zimie. Na pewno nie w Polsce. Nie oszukujmy się, mrożone truskawki to nie to samo co świeże, najlepiej takie prosto z krzaczka, te nadmuchane z marketów też raczej nie wzbudzają mojej sympatii. Ja uwielbiam truskawki od zawsze, zawsze też, gdy jest na nie sezon, potrafię nie jeść nic innego. Korzystam, póki można, bo to jedyny taki okres w roku, kiedy są pyszne i kiedy można się nimi objadać do woli. A z bitą śmietaną... mmm... niebo w gębie, aż zrobiłam się głodna!


Dlatego właśnie zdecydowałam się na Stawberry Buttercream. Ja po prostu wiedziałam, że ten wosk mnie zauroczy, bo uwielbiam nie tylko świeże truskawki, ale i wszystko co truskawkowe, szczerze mówiąc. A ten wosk jest... przepyszny. Właśnie taki truskawkowy, z bitą śmietaną, bije od niego słodycz, z lekką nutką wanilii, owocowo jest w całym domu. Jest dość intensywny, ale nie aż tak bardzo, taki w sam raz, nawet do małego pokoju. Nie dusi (a naprawdę, zapalając każdy nowy wosk boję się, że zapach mnie zadusi). I naprawdę po odpaleniu go ma się ochotę na te truskawki, takie świeże... albo koktajl truskawkowy. I dzięki niemu możemy cieszyć się truskawkami nawet w zimie :)

Doszłam do wniosku, że muszę na bieżąco robić sobie listę ulubionych wosków. Żeby, gdy już mi się skończą, zrobić zapasy. Bo niektóre te zapachy są naprawdę nieziemskie :)

http://www.goodies.pl/
Nowy miesiąc, pierwszy marca i święto...

Nowy miesiąc, pierwszy marca i święto...


Czas leci nieubłaganie, ale nie będę po raz kolejny się nad tym rozwodzić, bo nic z tym nie zrobię - ani doby nie rozciągnę na własne widzimisię, ani nie sprawię, że ten czas będzie jednak biegł wolniej. Cieszy mnie jednak to, że już jest marzec, a marzec to miesiąc wiosny, lekki wiosenny wiaterek zresztą już dzisiaj czuć. Strasznie mi już brakuje ciepła, większej ilości światła, dłuższych dni. Strasznie. Bo w zimie mam mało energii, jestem ospała i nic mi się nie chce. Więc wchodzę w ten miesiąc z nadzieją na to, że to się w końcu zmieni.

Ale ale... W marzec kolejny rok z rzędu wchodzimy świętem narodowym, młodym, bo młodym, niewolnym od pracy, ale jednak świętem. Ktoś wie, jakim?... Bo wiecie, byłam niezmiernie zaskoczona, słysząc i wczoraj, i dzisiaj nieustannie pojawiające się pytanie: Po co te flagi narodowe dzisiaj?... Warszawa wywiesiła flagi, ale po co - to wie już niewielki procent jej mieszkańców. Zastanawiam się, jak to jest z innymi... Nie zadziwia mnie fakt, że ludzie nie wiedzą, co to za święto dzisiaj, zadziwia mnie to, że siedząc wczoraj i dzisiaj na uczelni, w Instytucie Historycznym na zajęciach, słyszałam non stop pytania o dzisiejszy dzień... Wśród historyków!... Pomijając już fakt, że z mojej grupy nie wiedział nikt :-)


Dzisiaj Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych". Święto młode, bo uchwalone dopiero w 2011 roku. I ta historia XX wieku też cieszy się już nie tak wielkim zainteresowaniem, a szkoda, bo osobiście uważam, że należy się im pamięć jak najbardziej. Chociaż samo określenie "żołnierze wyklęci" wcale nie powstało tak dawno, bo pierwszy raz użyto go w 1993 roku w tytule wystawy poświęconej antykomunistycznemu podziemiu zbrojnemu po 1944 r. Był to ruch sprzeciwiający się sowietyzacji Polski i podporządkowaniu jej ZSRR, toczący walkę z ich służbami; często nazywani również niezłomnymi czy żołnierzami drugiej konspiracji
A dlaczego pierwszy marca?... Tego właśnie dnia w 1951 roku wykonano wyrok śmierci na kierownictwie IV Komendy Zrzeszenia "Wolność i Niepodległość" - organizacji antykomunistycznej, założonej w 1945 roku, której ideą było uniezależnienie się od Związku Radzieckiego.

Warto pamiętać o tym święcie narodowym. Tym bardziej, że na pewno większość z nas zna nazwisko rotmistrza Pileckiego, Jana Rzepeckiego czy generała Fieldorfa "Nila". Tych nazwisk jednak było o wiele więcej, liczbę członków organizacji konspiracyjnych szacuje się na ok. 120-180 tys. osób. Ostatni z nich zginął 18 lat po wojnie, w 1963 roku.



Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli