Dawno niewidziany stosik

Dawno niewidziany stosik

Niewidziany przede wszystkim na moim blogu... staram się nie kupować stosów książek, raczej pozbywać się tych, które chciałabym, żeby trafiły gdzieś dalej, w dobre ręce... ale różnie to wychodzi, dowodem na to jest cały cykl piastowski Bunscha, który kupiłam ostatnio i którym ostatnio się chwaliłam... Ja zresztą chyba nie potrafię nie kupować książek, to jest mój nałóg, nieważne, czy to będą podręczniki czy zwykłe zachcianki... I tak nabyłam ostatnio znowu Jasienicę, tak przywędrował do mnie ze sklepu Musso... Trochę przybyło do recenzji (których swoją drogą nie mam czasu czytać)... 


Jeszcze mam takie marzenie, może już trochę mniejsze niż to związane z Bunschem, żeby sobie skompletować większość esejów Jasienicy, chociaż tych dotyczących średniowiecza... ale to nie na teraz. Na jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość... Chociaż nie wiem, jak to będzie, za każdym razem, gdy wchodzę do Dedalusa, wychodzę z jakąś książką... :/ (Trzej kronikarze są tego najlepszym przykładem...) Muszę jakoś poskromić ten swój nałóg i wziąć się za naukę :P
Czy Wy również macie takie zachcianki czasem, czy tylko ja tak mam, że chciałabym widzieć całe interesujące mnie serie u siebie na półce?... Bo wiem, że niektórzy nie przywiązują do konkretnych wydań jakiejś szczególnej wagi, ja natomiast przywiązuję ogromną...
Cała nadzieja w Paryżu

Cała nadzieja w Paryżu

Piękna okładka, Paryż w tytule... a do tego spora promocja. Jak się oprzeć takiej okazji?... Ja nie potrafiłam. Francję kocham od dawna, Paryż również od dawna chcę zobaczyć i mam wielką nadzieję, że kiedyś mi się to uda. Więc nie ukrywam, że trochę się po tej książce spodziewałam, tym bardziej, że recenzje również ma całkiem niezłe. Po raz kolejny jednak sprawdza się zasada, przynajmniej w moim przypadku, że nie należy wybierać książek po okładce...

Eve jest Brytyjką, kobietą w średnim wieku, Jackson Amerykaninem, wiekiem zbliżony do Eve. Ona przede wszystkim stara się być matką dla dorosłej już córki, którą zaniedbała w dzieciństwie, on właśnie pisze kolejną książkę-bestseller, za sobą ma ich już kilka, w tym trzy ekranizacje. Oboje połączą listy do siebie i wspólna pasja - gotowanie; dwójka zupełnie obcych sobie ludzi, na dwóch różnych kontynentach - w pewnym momencie zostaną najlepszymi przyjaciółmi i będą mogli porozmawiać praktycznie o wszystkim... chociaż i tak ich tematem numer jeden pozostanie jedzenie...

Pomysł na książkę wydał mi się całkiem fajny, dlatego podeszłam do niej z entuzjazmem... No i ten Paryż, przecież musi się w końcu pojawić, skoro jest już w tytule... Ale z każdą kolejną stroną ten entuzjazm coraz bardziej opadał i opadał... Przeczytałam połowę i ta książka wydała mi się po prostu nudna, a na pewno taka sobie... nic szczególnego. Przeczytałam jednak do końca. I nie mówię, że ta książka jest zła. Będą czytelnicy (ba, już są!), którym się naprawdę spodoba, którzy zobaczą w niej więcej, niż ja zobaczyłam. Na pewno można przy niej odpocząć, bo moim zdaniem to taka niezobowiązująca lektura, przy której człowiek się nie męczy myśleniem (no chyba że padnie z nudów w pewnym momencie). Na pewno ubarwiają ją - i to uważam za jej największy plus - listy Jacka i Eve... I chyba to mi się najbardziej tutaj spodobało + przepisy na końcu, tylko że... dlaczego tylko dwa?... Sama fabuła jednak tej książki taka sobie, mam wrażenie, że autorka nie do końca wykorzystała to, co rzeczywiście można było oddać w tej powieści... Bo fakt, jest samotność, pragnienie miłości, pasja... ale jest to takie przeciętne... no trudno mi opisać, czegoś mi zabrakło po prostu. Niektóre dialogi w ogóle mi się nie podobały, postaci (prócz głównych) bezbarwne zupełnie. No i w końcu... tak mało tego Paryża w Paryżu, praktycznie w ogóle go nie ma tutaj... a pojawia się w tytule - moim zdaniem to lekka przesada, jeśli nie barbarzyństwo...
Bunscha ciąg dalszy oraz o moim ostatnim szaleństwie...

Bunscha ciąg dalszy oraz o moim ostatnim szaleństwie...

Wiem, molestuję Was tym autorem ostatnio namiętnie, tak się jednak złożyło, że zaczęłam czytać jego cykl piastowski książka za książką, więc niejako temat tego posta nasuwa się sam. Dziś będzie recenzja nietypowa, bo dwóch części jednocześnie (gdybym to rozdzieliła, to w wielu sprawach musiałabym się powtórzyć, a wiele z Was pewnie zareagowałaby znudzonym pytaniem: "znowu?..."). Nie ma sensu dzielić więc tego na dwoje, bo zarówno Bezkrólewie, jak i Odnowiciel są książkami niezbyt obszernymi, raczej książeczkami niż księgami i chyba najcieńsze z całego cyklu.

Bezkrólewie to opowieść o czasach... tuż po śmierci Mieszka II. Mało kto zna postać Bolka Zapomnianego, w szkołach się o nim nie uczy, bo nie do końca wiadomo, czy faktycznie istniał, czy nie istniał. Karol Bunsch jednak w posłowiu przytacza dość wiarygodne tezy co do tego, że Bolesław, nieślubny, acz pierworodny syn Mieszka II, istniał naprawdę, i ja sama byłabym skłonna się im przychylić. Jednak czy to tylko legenda, czy prawda - pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Dość nieprawdopodobne jednak wydaje się to, że Mieszko swego pierworodnego nazwałby Kazimierzem, podczas gdy do tej pory to Mieszko i Bolesław były imionami, które nadawano następcom. Logiczne jest też, że gdyby Kazimierz był jedynym synem Mieszka, nie oddałby go na mnicha ze względów dynastycznych [posłowie, Odnowiciel]. A jak wiadomo spędził on w klasztorze dość sporo czasu.
Bezkrólewie opowiada o próbie objęcia tronu przez Bolesława, popieranego zresztą przez najbliższe otoczenie, a głównie ród Awdańców, pełniących wysokie godności w państwie. Bolko jednak, porywczy i zdecydowany, ma też wrogów, jednym z nich jest królowa Rycheza, chcąca osadzić na tronie syna, Kazimierza. W kraju więc wybucha konflikt między jedną a drugą stroną, Polska nie ma króla i cierpi. Autor jednak dość ciekawie rozwiązał ten problem - jak? Tego nie zdradzę. 
 
Odnowiciel to bezpośrednia kontynuacja poprzedniego tomu. Jak można wywnioskować z samego tytułu, władzę w Polsce obejmuje Kazimierz, jedyny pełnoprawny spadkobierca dziedzictwa swojego ojca, Mieszka. Państwo jednak jest rozdarte, cesarz niemiecki rości sobie prawa do zależności Polski od jego władzy, Kazimierz jednak, wezwany na władcę przez możnych, nie ma kompletnie doświadczenia ani w polityce, ani w wojnie. Swoją dobrocią, wyrozumiałością i wybaczaniem zjednuje sobie serca coraz większej rzeszy ludności, znajduje też dobrych doradców, jednymi z nich są Awdańce, walczący przedtem u boku Mieszka i Bolka. Powoli, ale skutecznie, stara się odbudować to, co zostawił jego ojciec.

Obie te części nie są obszerne, są dość cieniutkie, czyta się je bardzo szybko. Jednak nie znaczy to, że są mniej warte od poprzednich. Może i autor nie rozwinął zbytnio niektórych wątków, może są tu podejmowane tematy ściśle polityczne i to na nich się skupia, i dlatego obie książki mogą wydawać się ciut mniej ciekawsze od pozostałych. Ja jednak delektowałam się nimi jak najlepszą literaturą. Tak właśnie mam z Bunschem - delektuję się nim, jego językiem, stylem, bohaterami. I jakże chciałabym się przenieść w tamte czasy!... 
I z nim właśnie związane było moje ostatnie szaleństwo, które popełniłam... Szaleństwo, bo zrobiłam to pod wpływem chwili i nie myśląc zbytnio o tym, co robię... jednak gdy zobaczyłam na pewnej aukcji internetowej praktycznie cały cykl za cenę dosłownie dwóch, trzech książek - jak mogłam się oprzeć?... Pisałam ostatnio, że marzy mi się Bunsch na półce - marzył mi się krótko, bo oto stoi, brakuje tylko dwóch części, na które też już mam oko. Bunsch w wydaniach, które to właśnie najbardziej mi się podobają, tych nie najnowszych, ale najbardziej oddających klimat tych książeczek. Cały cykl w tym samym wydaniu, ach jak to pięknie wygląda, odkąd je mam napatrzyć się nie mogę :-) I wiem, że niektórzy mnie zrozumieją, co czuję, niektórzy nie, ale co mi tam, nie obchodzi mnie to, obchodzi mnie tylko i wyłącznie to, że mam Bunscha!... W dodatku zupełnie niezniszczone, są w idealnym stanie, na tyle, na ile mogą być książki wydane już jakiś czas (spory) temu. Piękne są, prawda?


Swoją drogą, zmieniły mi się trochę ostatnimi czasy preferencje co do książek. Kiedyś wolałam te nowe, pachnące jeszcze farbą drukarską, prosto z księgarni... Teraz coraz bardziej cenię sobie starsze wydania, wiele razy czytane... takie z duszą właśnie...
Kim byłbym bez ciebie?

Kim byłbym bez ciebie?

Czasem trzeba odpocząć od tego, co zwykle się czyta, w moim przypadku historii... Odpoczynek, nawet od tego co się lubi, czasem musi być, żeby się w głowie poukładało i odświeżyło. Musso więc spadł mi ostatnio z nieba, dokładnie przed Walentynkami, a że w tym roku nie miałam nastroju anty-walentynkowego, to i po Musso sięgnęłam. Wiedziałam, że biorę do ręki coś sprawdzonego, bo na nim nigdy jeszcze się nie zawiodłam. Nie pomyliłam się i tym razem.

Gabrielle ma dwadzieścia lat. 
Jest Amerykanką, studentką trzeciego roku na uniwersytecie w Berkeley.
Tamtego lata często chodzi w jasnych dżinsach, białej koszuli i dopasowanej, skórzanej kurtce. Ma długie gładkie włosy i zielone oczy, w których igrają złote punkciki. Podobna jest to Françoise Hardy, na fotografii zrobionej w 1960 roku przez Jean-Marie Périera. Tamtego lata spędza całe dnie w bibliotece uniwersyteckiej albo pracuje jako ochotniczka w oddziale straży pożarnej przy California Street. Tamtego lata przeżyje swoją pierwszą miłość.

Martin ma dwadzieścia jeden lat.
Jest Francuzem, dopiero co zrobił licencjat z prawa na Sorbonie. Tamtego lata pojechał do Stanów Zjednoczonych, żeby szlifować swój angielski i poznać kraj od wewnątrz. Ponieważ "groszem nie śmierdzi", przez siedemdziesiąt godzin tygodniowo wykonuje drobne prace: jest kelnerem, sprzedawcą lodów, ogrodnikiem...
Tamtego lata ma półdługie krucze włosy i wygląda jak młody Al Pacino.
Tamtego lata przeżyje swoją ostatnią miłość.

Gabrielle i Martin przeżyją tamtego lata kilka najwspanialszych tygodni w swoim życiu. Tylko kilka tygodni. On wróci do Francji, ona zostanie w Stanach. Ich drogi się rozejdą, aby pewnego dnia, po trzynastu latach, zejść się z powrotem... nieprzypadkowo. Martin bowiem, jako policjant, będzie ścigał znakomitego złodzieja dzieł sztuki, który w pewnym momencie znowu poprowadzi go przez ocean do Stanów Zjednoczonych...

Nie wiem, jak on to robi, chyba po prostu tak mam z sentymentu, ale ten autor za każdym razem potrafi sprawić, że jestem w zupełnie innym świecie. Fabuła tej książki nie jest jakaś nadzwyczajna, naprawdę, trochę kryminału, znacznie więcej miłości (nie oszukujmy się, Musso pisze głównie o miłości, ale jest jedynym autorem, u którego nic mnie nie drażni), historia, jaką jest w stanie wymyślić ot zwykły pisarz, ale ten facet ujmuje swoje opowieści w takie ramy, które czynią ją wyjątkową... Nie od niedawna wiadomo, że obraz, aby ukazał cały swój urok, musi mieć odpowiednio dobraną ramę. Tak samo jest z twórczością tego autora. On ze zwykłych rzeczy potrafi zrobić coś wyjątkowego, co chce się czytać, od czego nie można się czasami oderwać, zawsze jest w nich jakiś element magiczny, nie stoi twardo na ziemi, zawsze bohaterowie mają jakiś wybór... I nie zawsze wybierają tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Zawsze jednak te historie można przedkładać na własne: "a co byłoby, gdybym to ja...?"

Czasem, gdy czytam jakiś romans, mdli mnie od nadmiaru uczuć. Dlatego z reguły ich nie czytam. Musso jednak jest wyjątkiem. W ogóle trudno mi nazwać jego powieści romansami, chociaż przecież to właśnie miłość gra tu pierwszoplanową rolę, nieważne, jaka to miłość i jakich ludzi łączy. Kim byłbym bez ciebie? potwierdza tę regułę. Bo tutaj nigdy nic mnie nie mdli i nie dusi, tutaj wszystko jest wypisane jak na dłoni, ale tak jakoś subtelnie, a jednocześnie w taki sposób, że się tym bohaterom naszym zazdrości. Bo kto nie chciałby przeżyć takiej prawdziwej miłości z książek?... Tutaj też, jak to bywa u autora, nie będzie idealnie, bo nigdy nie jest sielankowo. Tutaj już na początku będzie się kręcić łza w oku, tu znowu zakończenie nie pozwoli odłożyć tej książki aż do ostatniej strony, bo dokładnie do ostatniej chwili nie będziemy wiedzieli, czy ta książka skończy się dobrze czy źle. To u niego też lubię - tę nieoczywistość i nieprzewidywalność.

Musso już chyba na zawsze pozostanie jednym z moich ulubionych autorów, nie wiem, czy z sentymentu, czy jego książki faktycznie po prostu są dobre... O czymś na pewno świadczy fakt, że jest jednym z najpoczytniejszych francuskich pisarzy... A biorąc pod uwagę jeszcze moją odwieczną miłość do Francji, nie muszę już chyba nic tłumaczyć :-)
[Yankee Candle] Zapach dziecięcych marzeń

[Yankee Candle] Zapach dziecięcych marzeń

Wolny od pracy dzień. Relaks, mimo że powinnam siedzieć nad książkami i się uczyć. Jednak w rękach książka zupełnie niezwiązana z nauką jakąkolwiek, bo mój ukochany Musso... Brakuje jeszcze tylko ciepłego, delikatnego zapachu, który mnie jeszcze bardziej otuli. No i padło na... dziecięce marzenia.


Dużo słyszałam o tym wosku, dużo dobrego, ale i trochę złego. To jest ponoć jeden z tych zapachów, które się kocha albo nienawidzi. Kolor ma bardzo ładny, choć na zdjęciach tego nie widać. Zamawiałam go jednak przez internet, więc nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać... Dobre opinie jednak przeważyły, na kwiaty akurat nie miałam ochoty, na żadne owocowe zapachy też, więc zapaliłam A Child's Wish. I... zakochałam się w nim! Ten zapach jest cudowny. Nie narzuca się, jest delikatny, nie dusi, nie jest zbyt nachalny. Jest po prostu idealny. Pierwsze co pomyślałam, to że gdyby były na rynku identyczne perfumy, kupiłabym je. Potem sobie przypomniałam, że bardzo podobne mam. Nie wiem, jak pachnie bursztyn czy górska lilia (takie zapachy niby obiecuje nam producent tego wosku), jakieś kwiaty na pewno czuć, ja tam jeszcze czuję zapach melona albo zieloną herbatę... Szczerze mówiąc trudno mi jest określić, co naprawdę tam czuć, ale dziecięce marzenia są słodkie, ale nie za słodkie, nie mdlą, są delikatne, niezbyt intensywne, idealne do małych pomieszczeń czy pokoików... I to jest pierwszy mój wosk, o którym pomyślałam, że bez wahania kupiłabym o tym zapachu większą świecę... I chyba jak na razie mój ulubiony number one. Dodawałam do kominka i dodawałam, dopóki tealight się nie wypalił i nawet nie zauważyłam, jak wypaliłam ponad połowę. Bo jest po prostu świetny i muszę zainwestować w więcej albo większą świeczkę - koniecznie.


http://www.goodies.pl/
Moje Walentynki od A do Z

Moje Walentynki od A do Z

Chyba nie będę oryginalna, gdy napiszę, że nie jest to dla mnie żadne święto. Jest to dla mnie zwykły dzień jak co dzień i zawsze takim był. Do tego dzień, w którym kumuluje się wszystko, co czerwone, w kształcie serca i słodkie do zemdlenia... Ale nie znaczy to, że czasem temu nie ulegam. Mam takie chwile, że raz chce mi się zrobić coś innego, oryginalnego w Walentynki dla tej drugiej połówki czy najbliższych, czasem mam taką awersję do tego dnia, że ochota na cokolwiek przechodzi od razu, gdy o Walentynkach pomyślę. Tak, miłość powinno się okazywać codziennie, ale święta czy specjalne dni w sumie są właśnie po to, żeby te uczucia nie spowszedniały, żeby było co świętować, bo jak się robi coś codziennie, dzień w dzień, to z czasem wszystko się nudzi. Tak więc ja czasem lubię Walentynki (chociaż nie cierpię tych całych dekoracji), czasem ich nie lubię. Czasem obchodzę, czasem nie. Czasem mam Walentynki w zupełnie innym miesiącu czy dniu, czasem właśnie 14 lutego. I w tym roku na ten dzień miałam większe plany. Bo to jest właśnie ten rok, kiedy je lubię. A że los ze mnie okrutnie zadrwił i zaplanował dla mnie dzień na uczelni, od 8 do 20 (chyba za karę za poprzedni rok), to już inna sprawa.


Dlatego ten wpis będzie walentynkowy, ale trochę inny. Bo to będą MOJE Walentynki - obchodzone tu, na blogu, i MOJE miłości - od a do z, więc trochę się tutaj dziś odsłonię. Ciekawa jestem, jak mi to wyjdzie... A więc... do dzieła!

A jak awokado, warzywo odkryte przeze mnie całkiem niedawno, a już uwielbiane
B jak bieganie, które pokochałam dawno, a w zeszłym roku o tej miłości znów sobie przypomniałam i trwa do dziś
C jak cytrusy, które mogę jeść bez umiaru
D jak dom - ten w którym się wychowałam i który jest dla mnie azylem, gdzie o wszystkim zapominam
E jak e-book, w nawiązaniu do książek oczywiście
F jak Francja i wszystko co francuskie
G jak Gabaldon, czyli autorka mojej ukochanej serii książkowej
H jak historia, którą studiuję i którą kocham od lat
I jak Italia, a szczególnie włoskie jedzenie i makaron pod każdą postacią
J jak jaśmin, jego zapach uważam za nieziemski
K jak... książki, oczywiście tego nawet nie trzeba komentować
L jak lakier do paznokci - posiadam chyba każdy kolor tęczy
Ł jak Łazienki Królewskie, mój ulubiony warszawski park
M jak pierwsza litera mojego imienia
N jak naleśniki w każdej postaci
O jak oryginalność, którą ostatnio bardzo cenię
P jak pierwsza litera imienia mojej od pięciu lat Walentynki, a raczej mojego Walentynka :)
R jak rudzielec, który chyba najlepiej mnie opisuje
S jak spokój, bez którego nie potrafię żyć i którego zawsze mi prędzej czy później brakuje
T jak truskawki, które również mogę jeść kilogramami
U jak umiar, bo trzeba go mieć we wszystkim
W jak wiosna, na którą czekam z utęsknieniem
Z jak zapach, mam bzika i zawsze miałam na punkcie świeczek zapachowych, ostatnio wosków...


Tak w tym roku właśnie wyglądają moje Walentynki - a raczej piątek trzynastego, który jest dzisiaj, bo Walentynki niemalże w całości spędzę na uczelni... Swoją drogą piątek trzynastego też dał o sobie znać, dziś mam jeden z nielicznych dni, kiedy mam wolne w pracy, więc pojechałam do biblioteki oddać trzy grube podręczniki, które już nie są mi potrzebne - biblioteka oczywiście zamknięta :) Humor mi się jednak nie zepsuł, bo pogoda dziś była prześliczna.
Szaleństwo wyprzedaży i nie tylko...

Szaleństwo wyprzedaży i nie tylko...

Ogarnęło mnie dziś szaleństwo... dokładnie tak, szaleństwo - co ja zrobiłam to pewnie "pochwalę" się wkrótce, bo nie omieszkam, ale na razie... szaleństwo trwa, bo kolejne książki idą na sprzedaż z mojej półki. Jak się coś kupuje, to trzeba coś sprzedać. Tym bardziej, gdy się kupuje, a miejsca na półkach brak, tak jak u mnie... A już jakiś czas temu pisałam o tym, że marzy mi się spersonalizowana biblioteczka w kierunku historycznym, więc trzeba to jakoś w końcu ogarniać :) 

Tak więc mam dla Was kolejną porcję książek, które mam nadzieję znajdą wkrótce nowych właścicieli. Cześć z nich wystawiłam na aukcjach, TUTAJ - zapraszam serdecznie, część przedstawiam poniżej, oto one:







Wszystkie książki są w idealnym albo bardzo dobrym stanie, raz czytane, a niektóre w ogóle nie czytane. Mam jednak zastrzeżenia do kilku z nich, żeby nie było nieprzyjemności, gdyby ktoś z Was zdecydował się cokolwiek kupić...  i tak:
Ogród Kamili to egzemplarz recenzencki, trochę inaczej wydany niż pozostałe części, poza tym że jest to egz. recenzencki jest napisane na okładce. Pozostałe części z serii kwiatowej sklepowe, w idealnym stanie.
Posłańca miałam z drugiej ręki i jest jakiś podpis na początku, jednak książka też jest w dobrym stanie.
Sklepik z niespodzianką. Lidka oraz W imię miłości posiada na stronie tytułowej autograf autorki: "Z pozdrowieniami Katarzyna Michalak".
Nadzieja natomiast ma dedykację spersonalizowaną z moim imieniem: "Małgosi serdeczności, Katarzyna Michalak" - to może być minus tej książki, ale sprzedam i tak, jeśli ktoś będzie chciał.

Reszta książek jest jak najbardziej "normalna". Cena to 10 zł za sztukę (lub do uzgodnienia) plus koszty wysyłki, przy kupnie większej ilości opłata za przesyłkę tylko raz. Ceny książek na Allegro takie jak wystawiłam, jeśli jednak ktoś chciałby kupić poza Allegro, również niech pisze, nie powinno być problemu.
Proszę, zwróćcie jednak uwagę na moje uwagi co do niektórych książek, żebyście wiedzieli, co kupujecie...

Zainteresowanych proszę o kontakt na maila: trinity801@autograf.pl


Bracia

Bracia

Wciągnęłam się w historię Polski Bunscha, i to bardzo! Uwielbiam te książki, są niczym balsam dla mojej duszy. Dokładnie tak jest. I teraz nawet nie mam ochoty czytać nic innego, tylko jedna za drugą kolejne części - na szczęście dostęp do nich mam ograniczony, bo jestem uzależniona od bibliotek... Na szczęście, bo chociaż szansa na to, że mi się znudzą jest niewielka, to jednak nie chcę ich przeczytać tak szybko, wolę co jakiś czas delektować się tą literaturą i przypominać, jakim doskonałym pisarzem był Karol Bunsch. 

Marzy mi się jednak cały cykl piastowski na półce, marzy mi się coraz bardziej... Szkoda, że tak trudno dostępne są te powieści, właściwie można liczyć tylko na biblioteki, ewentualnie antykwariaty czy Allegro... I to w tych starszych wydaniach w dodatku... A gdzie chociażby te wydania, które widać po lewo? Jeszcze jakieś nowsze znalazłam swego czasu, ale widziałam je tylko w necie, w żadnej księgarni, nawet internetowej, nic... Bez dwóch zdań jakiś wydawca powinien zdecydować się na kolejne wznowienie tego cyklu, chociaż zdaję sobie również sprawę z tego, że pewnie byłoby to mało opłacalne, bo o Bunschu chyba już niewiele osób pamięta. Szkoda.

Powieść Bracia jest kontynuacją Roku tysięcznego, autor jednak przeskoczył parę lat, bo oto właśnie umarł Chrobry, zostawiając panowanie nad krajem swojemu, nie pierworodnemu, Mieszkowi. Gdzieś tam jednak wciąż jeszcze żyje Bezprym pierwszy syn Bolesława, co więcej przekonany o tym, że to jemu należy się polska korona... Zamknięty w klasztorze przez jakiś czas uwalnia się w końcu ze znienawidzonego miejsca i... zaczyna walkę z Mieszkiem, a raczej zemstę... Zyskuje w dodatku przychylność Ottona, Mieszkowego brata... Za zdradę jednak będzie wysoka kara - nie ze strony Mieszka II, który jest niezdecydowany, nie lubi się mścić i woli wszystko rozstrzygać na drodze pokojowej... Kara będzie ze strony Bolesława, syna Mieszka, którego ojciec wyznaczył na swojego następcę. Bolko jest porywczy, nikomu nie ustępuje i jest zdecydowany. I nie zawaha się przed tym, żeby ukarać zdrajców. Musi jednak pamiętać o tym, że gdzieś tam w klasztorze przebywa jego brat Kazimierz, zrodzony z prawowitej małżonki Rychezy, w przeciwieństwie do Bolesława, urodzonego z nieprawego zdaniem możnych łoża.
Mieszko II koronował się na króla zaraz po śmierci ojca. Jednak utrzymać to, co wywalczyli jego ojciec i dziad, nie będzie łatwo. Z jednej strony Bezprym, z drugiej Otto będą domagać się swojej części. I chociaż to Mieszko siedzi na tronie, to jednak cały czas między nim a braćmi jest walka o władzę. Bezprym kieruje się przede wszystkim żądzą zemsty za ojca, który go wygnał i pozbawił wszystkiego, Otto początkowo niezainteresowany sprawami państwa, w pewnym momencie zostaje przeciągnięty na stronę Bezpryma przeciwko starszemu bratu.

Doskonale się czyta tę książkę, podobnie jak poprzednie części. Autor przestawia nam dzieje w taki sposób, że momentami trudno się od nich oderwać i zapominamy wtedy, że to nasza historia. Bohaterowie to mistrzostwo, zarówno autentyczni, jak i fikcyjni - przeplatają się ze sobą, tworząc świetną powieść historyczno-przygodową, są to różnorodne charaktery, nie są bezbarwni, a wręcz przeciwnie, nakreśleni jak żywi, jakbyśmy mieli ich właśnie przed sobą. Naprawdę nie powinno się zapominać o takich autorach jak Karol Bunsch, bo to nie tylko doskonała okazja do tego, aby bezboleśnie przypomnieć sobie fakty z lekcji historii w szkole, ale przede wszystkim bardzo wartościowa literatura, którą się można delektować. Dla mnie powieści piastowskie są jak balsam właśnie, koją, uspokajają i pozwalają wartościowo spędzić czas.
[Yankee Candle] Cytrynowy zawrót głowy

[Yankee Candle] Cytrynowy zawrót głowy

Właśnie doszłam do wniosku, że skończył mi się zapas moich wosków (który i tak był dość skąpy), trzeba będzie więc zrobić jakieś większe zakupy. Wkręciłam się na maxa w palenie wosków w kominku, fakt, ostatnio nieczęsto to robię, bo popołudniami nie ma mnie w domu, a to właśnie późnym popołudniem czy wieczorem zazwyczaj mam ochotę na relaks przy jakimś nowym (lub starym) zapachu. I teraz przydało by się sprawić sobie coś świeżego, kwiatowego, ewentualnie owocowego - takie mam ostatnio zachcianki, pewnie dlatego, że powoli mam dosyć tej zimy, która wcale w tym roku na zimę nie wygląda... Może polecicie jakiś wiosenny wosk, z którym będzie można czekać na wiosnę?

Sycylijską cytrynę kupiłam wtedy, gdy po raz pierwszy robiłam zakupy w Yankee Candle. To jest jeden z moich pierwszych trzech wosków - na sucho pachniał przepięknie i głównie dlatego się na niego skusiłam. A wszelkie cytrynowe zapachy uwielbiam. Zapaliłam go jednak całkiem niedawno, dość długo czekał na swoją kolej, ale za to... wypaliłam go bardzo szybko. To jest jeden z tych słodkich zapachów, ale nie przesłodzonych, taka słodycz cytryny, która nie jest zbyt dusząca, nie jest też kwaśna, ale taka cukierkowa właśnie. Przypomina mi zapach i smak cytrynowych landrynek z dzieciństwa. Gdzieś pod koniec palenia czuć od czasu do czasu też zapach jakichś bliżej niezidentyfikowanych kwiatów, jednak cytryna tu rządzi. Sicilian Lemon, biorąc pod uwagę to, jak szybko został przeze mnie wypalony, spodobał mi się... i to bardzo. I wrócę do niego jeszcze, muszę sobie tylko zrobić zapas :-)

http://www.goodies.pl/104-woski-zapachowe

Styczniowe podsumowanie, lutowe plany

Styczniowe podsumowanie, lutowe plany

Znowu będę narzekać na szybko płynący czas, ale cóż ja poradzę?... Teraz biegnie jeszcze szybciej, bo zaczęłam nową pracę, czasu mam więc jeszcze mniej, poza tym jestem o rok starsza (pierwszy dzień w pracy zbiegł się z moimi urodzinami, fajny miałam prezent...) Planów na luty mam całą masę i nie wiem, jak temu wszystkiemu podołam :) W każdym razie styczeń zleciał mi tak szybko, że nawet nie wiem, kiedy, a dopiero co przecież zaczynał się nowy rok...


Postanowiłam w lutym trochę się ogarnąć i zacząć w końcu organizować jakoś swój czas. Mam sporo planów, a wiadomo, że z czasem zawsze jest coś nie po drodze, a to się nie chce, a to coś innego, ważniejszego wypadnie, jakich wymówek człowiek nie jest w stanie sobie wymyślić, gdy nie ma na coś ochoty!... :-) A czas ucieka, a to na necie, a to na czymś innym... Więc postanowiłam skończyć z takim marnowaniem czasu - zobaczymy, jak mi to pójdzie. Musi, bo postanowiłam, że w lutym muszę w końcu solidnie przygotować się na egzamin na studiach, aby w marcu móc spokojnie do niego podejść i mieć go z głowy. No i mam jeszcze sporo rzeczy innych do zrobienia, zarówno na uczelni, jak i poza nią... Na przykład taki angielski - leży i kwiczy, należałoby w końcu wziąć się za naukę, fiszki leżą niedokończone, książki po angielsku też miałam czytać, ale w styczniu jakoś niespecjalnie mi to szło, w lutym pewnie też nie będzie, bo większość czasu zajmie mi nauka na egzamin... Mam nadzieję, że wszystko później będzie do nadrobienia, począwszy od marca :-) Wiosna przyjdzie, to i więcej się będzie chciało.
Jak dobrze (a z drugiej strony i niedobrze), że luty jest krótki :-)
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli