Jak się zorganizować?


Wcale nie jestem mistrzynią w organizacji własnego czasu. Ba, wręcz przeciwnie, do niedawna za wszystko zabierałam się w ostatniej chwili, głównie jeśli chodzi o naukę. Jaki był tego skutek? A taki, że na nic nie byłam przygotowana tak, jak sobie pierwotnie planowałam, a dodatkowo dzień czy dwa przed pojawiała się panika, że z niczym nie zdążę. Mało tego, nie potrafiłam się zorganizować, ale wciąż mi na wszystko brakowało czasu. Nie wiedziałam, gdzie ten czas ucieka. Ucieka, a ja nadal nieprzygotowana, niezorganizowana i na nic nie mam czasu... Musiałam sobie jednak w końcu powiedzieć: stop! No bo tak dłużej nie mogło być.

Więc tak jak napisałam - mistrzynią jeszcze nie jestem, raczej to moje początki, ale jak na razie jestem zadowolona z tego, co osiągnęłam. A co osiągnęłam? Głównie to, że walczę z własnym niezdyscyplinowaniem i chcę je naprawdę pognać na cztery wiatry. Jak sobie z tym poradzić? Cóż, nie dam Wam cudownej rady, dzięki której jutro zrealizujecie wszystkie cele na najbliższy tydzień... Nie ma takiej. Chcecie w końcu przeczytać tę ambitną książkę, która leży na półce i się kurzy, ale nigdy nie ma na to czasu? Albo w końcu zaplanować święta i zacząć teraz, a nie tydzień przed? Moja jedyna rada jest taka, że jak się nie chce, niestety, ale trzeba się zmusić :-) Wiem, że to nie zachęca, ale... Wiadomo, jeśli założymy sobie na przykład: przeczytam tę 1000-stronicową książkę w tydzień, to już po pierwszym dniu rzucimy ją w cholerę i przeleży na półce kolejny rok nieruszona. To Wam gwarantuję. No więc jak to zrobić?

Jak ja sama radzę sobie z tymi wszystkimi ambitnymi planami? A uwierzcie, mam ich sporo - nie macie pojęcia, co to znaczy studiować historię :-)

Po pierwsze: rozkładam zajęcia i to, co mam w planach zrobić, na dłuższy okres czasu. Wtedy odcinki są mniejsze i... uwaga: łatwiej się zmusić. Bo chyba prościej jest, jak sobie rozłożę czytanie tej cegły np. codziennie po 15 min na dwa miesiące, niż gdybym miała czytać po 120 stron dziennie, prawda? Proste, ale nie zawsze oczywiste. Oczywiste jest jednak to, że trzeba wtedy pomyśleć zawczasu, jeśli mamy coś do zrobienia i deadline, który gdzieś tam wisi w przyszłości. Bo jak się obudzimy tydzień przed, to przykro mi, ale na 99% się nie uda... Znam, przetestowałam miliony razy, prawie nigdy się nie wyrobiłam z niczym. Warto więc dużo wcześniej pomyśleć o czymś, niż potem dzień i noc robić coś, co można było zrobić już dawno. No ale trzeba mieć tego świadomość. I chcieć. Łatwiej się zmusić do czegoś, np. do nauki, przez pół godziny dziennie przez miesiąc, niż potem przez 3 dni dzień i noc siedzieć nad książkami.

Po drugie: kalendarz, planner, organizer albo po prostu zwykły notes. Tak, bez tego ani rusz. Bo jak coś już planuję, to planuję. Czyli muszę to zapisać - ja mam pamięć dobrą, ale krótką, często po godzinie nie pamiętam, co miałam zrobić. Mi planner/kalendarz towarzyszy zawsze. Kiedyś kupowałam, teraz robię sama, jest w nim tylko to, co mi jest potrzebne. Bez kalendarza jestem jak bez ręki. I to tam wszystko zapisuję, rozplanowuję... nawet, jeśli potem nie realizuję tego - przynajmniej wiem, czego nie zrobiłam :) Ważne, że kiedy już sobie coś rozplanujemy na cały miesiąc, to żeby to potem odhaczać każdego dnia - widać wtedy postępy, a poza tym przyjemnie jest coś skreślić w końcu i mieć to za sobą, prawda? Gdybym nie miała kalendarza, pewnie nie zrobiłabym 70% rzeczy, które miałam zrobić, bo zwyczajnie bym o nich nie pamiętała...

Po trzecie: jestem systematyczna. I to też jest ważne. Ja się tego dopiero uczę. Ale już widać postępy. Lepiej jest coś robić przez powiedzmy 10 minut dziennie niż co tydzień przez dwie godziny. Dlaczego? Bo się uczymy systematyczności, a i łatwiej jest wtedy realizować swoje zamierzenia (patrz punkt pierwszy). Ale tu jest też coś ważnego, o czym do niedawna nie miałam pojęcia. Jeśli robimy coś codziennie, nie zastanawiamy się, czy to dziś, czy może dopiero jutro, bo obiecałam sobie biegać np. co dwa dni. Co dwa dni to co prawda też systematyczność, ale im dłuższe przerwy, tym trudniej potem się za coś zabrać. Również z własnego doświadczenia to wiem. Więc jeśli mamy to bieganie co drugi dzień, to w dni "wolne" też coś róbmy, np. ćwiczmy na dywanie w domu. Nie ma wtedy zastanawiania się, czy to dziś, czy może jutro, bo robimy to codziennie, a i szybciej nam to wtedy wejdzie w nawyk...

Oczywiście to nie wszystko, ale... cdn :)
Jakie Wy macie sposoby na to, żeby uszczknąć z tej doby trochę więcej, niż by się wydawało? Macie jakieś cenne rady? Może dowiem się czegoś, o czym jeszcze nie wiem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli