Marcowe fiołki

Cóż... do marca jeszcze daleko... Wiosny ani śladu, za to na zewnątrz deszcz i mgła... Zanim wiosna przyjdzie, to musi przyjść jeszcze do nas zima, która zresztą jest coraz bliżej... Może właśnie dlatego sięgnęłam po Marcowe fiołki dokładnie teraz?... Coś w tym musi być, bo tytuł z pewnością zapowiada pełną wiosny książkę... prawda?

Uwielbiam rodzinne tajemnice, i jedną z takich tajemnic będzie miała do rozwiązania główna bohaterka powieści, tajemnicę z przeszłości swojej rodziny. Sama na życiowym zakręcie, bo tuż po rozwodzie, wypalona po wydaniu bestsellera, Emily wyjeżdża na miesiąc do ciotki, aby odsapnąć, odpocząć, przemyśleć sprawy i wrócić ze świeżym umysłem do życia. Tam znajduje pamiętnik pewnej kobiety - ale kim ona była i co się z nią stało - nie wiadomo... Pamiętnik jest z 1943 roku, a więc dwa pokolenia wstecz - czy dotyczy jej rodziny?... Skąd się wziął tam, gdzie Emily go znalazła? I jakie tajemnice w sobie kryje?... Emily powoli będzie musiała rozwiązać wszystkie te zagadki, czy jej się to uda?...

Przyznam szczerze, że za bardzo nie miałam przekonania do tej książki i potraktowałam ją jako coś, przy czym się odstresuję i zrelaksuję, ale spodziewałam się raczej, że to będzie zwykła powieść dla kobiet, pewnie o miłości, taka do poczytania tylko. A jakie są moje wrażenia po lekturze? Ta powieść zrobiła mi wielką niespodziankę. Bo wielkich rzeczy się po niej naprawdę nie spodziewałam, ale historia w niej zawarta (i mowa tu o historii Esther i Elliota) po prostu skradła moje serce, znacznie bardziej od samej fabuły książki. I chyba właśnie ta historia sprawiła, że ta książka spodobała mi się znacznie bardziej, niż się tego spodziewałam. No i oczywiście im dalej brnęłam, tym byłam coraz ciekawsza również tego, jak zakończy się ta powieść, jak się potoczą dalej dzieje Emily, czyli głównej bohaterki, co ją spotka i jak to w ogóle autorka wszystko rozwiązała. Nie sądziłam, że aż tyle tajemnic będzie do rozwiązania, tyle różnych dróg, którymi będzie można pójść i którą z tych dróg wybierze Emily. Ale muszę przyznać, że zakończenie mnie również nie rozczarowało, wręcz przeciwnie, chyba mi się podobało (bo przeważnie w książkach tego typu jestem częściej rozczarowana zakończeniem... niestety). 

Naprawdę świetna jest ta książka, bo nie sądziłam, że w pewnym momencie nie będę mogła się od niej oderwać. Dawno już nie czytałam książki z tego gatunku, a już naprawdę mało która potrafi mnie wciągnąć do tego stopnia. Sarah Jio się to udało i ja sama jestem zaskoczona. A mimo tego, że w tytule mamy marzec, doskonała jest również na listopad - może nawet bardziej na te jesienne, słotne dni, bo umili nam trochę czas i ociepli wiosenną aurą i zapachem fiołków... Czego więcej potrzeba w listopadowy wieczór?...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli