Krzyżowcy. Droga do Jerozolimy

Uwielbiam powieści historyczne. Naprawdę, nic nie jest w stanie mnie odwieść od myśli, żeby darować sobie jakąś książkę, którą od dawna mam w planach... Na własnej skórze zawsze muszę się przekonać o tym, co to tak naprawdę jest. A jeśli akcja książki dodatkowo przenosi mnie do średniowiecza, to już w ogóle zazwyczaj przepadam na amen. 

Krzyżowców znowu wynalazłam w bibliotece, szukając właśnie jakiejś powieści historycznej. Dodatkowo znalazłam ją w dziale literatury skandynawskiej, co mnie ciut zdziwiło, ponieważ Szwecję znam raczej od strony kryminałów i to z tym gatunkiem głównie mi się kojarzy. A i nazwisko autora jakieś takie nieszwedzkie... Racja, nieszwedzkie, bo autor jest dzieckiem francuskich imigrantów, choć sam urodził się już właśnie w Skandynawii. A skoro średniowiecze, to postanowiłam dać szansę tej książce, bo inaczej być nie mogło - zwyciężyła ciekawość i zamiłowanie do powieści "średniowiecznych".

Chociaż na pierwszy rzut oka to mnie trochę przeraziła ta książka. Chociaż może nie najgrubsza (niecałe 400 stron), to wyglądała na dość toporną, a obok czekały jeszcze dwa kolejne, podobne tomy. Tak, to cała seria... Więc jak ktoś nie lubi, to trzymać się z daleka :) (oczywiście żartuję). W domu zajrzałam do sieci, a tam po trzech tomach odkryłam jeszcze czwarty. Pomyślałam: "to się porwałam z motyką na słońce, nie dość, że specjalnie nie mam czasu teraz czytać (przynajmniej dla przyjemności), to jeszcze nie wiadomo, czy mi się w ogóle spodoba"... Cóż... spodobało się. Dlaczego? Bo Skandynawia, bo Wikingowie (tak tak!), uwielbiam takie książki, do tego średniowiecze moje ukochane, jak Krzyżowcy mogliby mi się nie spodobać?... Nierealne. Momentami nie mogłam się nawet od tej powieści oderwać, bo jest parę takich zwrotów akcji, że po prostu nie sposób, chociaż na początku wcale się tak nie zapowiada. Mimo wszystko trzeba przeć do przodu, bo im dalej, tym robi się coraz ciekawiej, a na pewno, to mogę zagwarantować na sto procent, po dobrnięciu do końca nikt nie powie, że nie ma ochoty na drugi tom. Ja mam wielką... 

Ach, nie napisałam nic o fabule tej książki... Jej głównym bohaterem jest Arn Magnusson, cudownie ocalały z groźnego wypadku w dzieciństwie chłopiec, w związku z czym rodzice postanowili przeznaczyć dziecko Bogu. Arn jako kilkulatek trafia więc do klasztoru, gdzie się wychowuje. Tam zdobywa naprawdę bogate doświadczenie nie tylko w takich dziedzinach, jak łacina czy greka, ale uczy się również władania mieczem czy łukiem oraz jazdy konnej. Opuszcza klasztorne mury już jako prawie dorosły mężczyzna w momencie, gdy w Skandynawii trwa walka o tron miedzy Karolem Sverkerssonem i Knutem Erikssonem. Ten drugi był w dzieciństwie jego przyjacielem i to jego popiera Arn. I gdyby nie intryga i, oczywiście, pewna kobieta, w której bohater z wzajemnością się zakochuje, należałby do elity... Tymczasem zostaje zmuszony do odbycia krucjaty do Ziemi Świętej, aby ratować honor.

Faktycznie istniał w średniowieczu rycerz o nazwisku Arn Magnusson. Więc jest to postać autentyczna. I nie tylko on oczywiście. Więc mamy trochę faktów, trochę fikcji, ciekawą wartką akcję i naprawdę kawałek dobrej, szwedzkiej literatury. Dla takich miłośników jak ja w sam raz. A właśnie przed chwilą wygooglowałam również, że na podstawie tej książki został nakręcony film. Ja nie jestem raczej "filmowa", ale od czasu do czasu coś interesującego obejrzę. Ciekawa jestem więc ogromnie tego filmu, bo lubię konfrontować to, co przeczytałam z tym, co obejrzałam... Intrygująco się zapowiada.

1 komentarz:

  1. Historia to naprawdę twoja pasja- tak ciekawie o niej piszesz i polecasz kolejne książki :)

    Moje-ukochane-czytadelka

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli