Pod słońcem prowincji

Takiej właśnie książki było mi trzeba... Jakiś czas temu, czytając ostatni tom Prowincji, zaczęłam gorzko żałować, że nie miałam od samego początku zakładek, jakichkolwiek karteczek przy sobie, aby móc zaznaczać przepisy. Jak ja tego żałowałam! Ale i tak obiecałam sobie, że kiedyś przeczytam przecież całą Prowincję jeszcze raz, od deski do deski, i wtedy już to zrobię - będę zaznaczać to wszystko, co mi się podoba i co sama chciałabym zrobić. Lubię gotować, chociaż czasem nie mam na to czasu i wrzucę do garnka coś szybkiego, ale taka szybka ściąga by się na pewno przydała... Bo już tyle razy aż ślinka ciekła, gdy wyobraziłam sobie coś, co właśnie upichciła Ludmiła...

Więc ta książka spadła mi jak z nieba - nie mogę tego inaczej określić. Pewnie chociaż nie wszystkie przepisy w niej znalazłam, które mnie wcześniej interesowały, ale znaczną większość. Ale nie zwiedźcie się - to nie jest książka kucharska! Tutaj te smakowite potrawy wplecione są między jeszcze smakowitsze, a na pewno interesujące, magiczne opowieści, legendy, a także zwykłe rozmyślania czy po prostu codzienne zapiski... Te, którymi dzieliły się nasze babcie i prababcie, które były opowiadane z pokolenia na pokolenie, nigdy nie zapisane gdzieś nikły razem z upływającym czasem. Takich opowieści i legend próżno szukać w książkach, można je było znaleźć jedynie u starszych wiekiem, pokoleniem i przede wszystkim doświadczeniem. I łączy się to również z jedzeniem właśnie. Któż nie ma w domu starych zeszytów z przepisami naszych babć... Moja mama posiada taki jeszcze, z pożółkłymi kartkami, zapisanymi pięknym dużym pismem - dla mnie to właśnie jest dużo więcej warte, niż dzisiejsze książki kucharskie, pięknie drukowane na lśniącym papierze... Ja zresztą uwielbiam wszystko, co stare, co zapomniane... Takie rzeczy są więcej warte, bo pełne są wspomnień - nie moich, ale mojej mamy czy babci.

Takie opowieści, ze swojego życia (a ile z tego łączy się z życiem książkowej Ludmiły!), z życia bliskich, zebrała wraz z nieodłącznymi przepisami Katarzyna Enerlich - jedna z moich ulubionych autorek. Prowincję kocham od samego początku, z każdym tomem coraz bardziej, bo coraz bardziej potrafię docenić to, co mam, że też mam gdzieś swoją prowincję, gdzie lubię wracać, gdzie zielenią się wiosną, a czerwienią jesienią drzewa, gdzie odpoczywam i nie myślę o niczym, z dala od świata i ludzi. Ale Kasia Enerlich ma tutaj jeszcze większą zasługę: chociaż zawsze starałam się odżywiać zdrowo, to dzięki niej chcę jeszcze zdrowiej, w myśl zasady: jesteś tym, co jesz. To dzięki niej od dłuższego czasu myślałam o ograniczeniu mięsa, aż w końcu postanowiłam zrezygnować z niego w ogóle (na razie na jakiś czas). I to dzięki niej jakoś tak zaczęłam bardziej doceniać to, co mnie otacza, zwłaszcza, gdy jestem bliżej natury... Dzięki niej poznałam moc ziół i zwykłych chwastów z przydomowego ogródka, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi, chyba że chce się ich pozbyć. Kiedyś nasze babki leczyły się ziołami, dziś wystarczy wyskoczyć do pobliskiej apteki, kupić magiczne tabletki i ból znika... na godzinę, na dwie... A potem kolejna cudowna, chemiczna tabletka. Dziś ludzie masowo odżywiają się paczkowanymi produktami, których nawet nie trzeba wrzucać do garnka, ale które zawierają tak wiele różnych substancji chemicznych i konserwantów, co tablica Mendelejewa. Aż strach pomyśleć, co będzie za kilkanaście, kilkadziesiąt lat. I nie tylko jeśli chodzi o jedzenie. Wyrzuciłam telewizor ze swojego życia kilka lat temu, czasem ludzie dziwnie na mnie patrzą, bo jak to, nie mam telewizora? Nie oglądam? Nie, bo dla mnie to strata czasu, wolę wziąć do ręki książkę... Ale to długi temat i na osobną notkę.

Katarzyna Enerlich pokazuje nam inną jakość życia - jedni ją znajdą w jej książkach, innych zainteresuje historia Ludmiły... Ale każdy powinien coś z tego wynieść - nie da się inaczej. Ja pokochałam tę serię od samego początku i nic już tego nie zmieni - zmieniło za to moje myślenie o różnych sprawach i nie tylko. I tak właśnie jest z serią prowincjonalną - ona wywiera wpływ na każdego, mniejszy lub większy - i nie zrobi tego pojedynczy tom, ale cała seria po kolei już tak... Jeśli jesteście na to gotowi, to sięgajcie po pierwszy, potem drugi, trzeci... reszta przyjdzie sama, a razem z nią niespodzianki w waszym życiu - nie na gorsze, na lepsze.


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mg
http://www.wydawnictwomg.pl/

8 komentarzy:

  1. Muszę się wreszcie rozejrzeć za tą serią! A ta książka jest chyba jej świetnym dopełnieniem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze powiedziawszy myślę, że ta książka by mi się nie spodobała..

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam żadnej książki z tej serii, a wszyscy chwalą, chyba w końcu się skuszę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam, ale po Twojej recenzji mam zamiar <3 Nie jestem pewna co do gatunku, ale wydaje mi się, że nie czytam podobnych książek. Może pora to zmienić? :)
    Pozdrawiam
    http://my-life-in-bookland.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie znam żadnej z książek tej pani, ale ta pozycja i tak mnie interesuje i ciekawi...

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli