Biskup i trzej królowie

Przyznam szczerze: wiele się po tej książce nie spodziewałam. Chociaż jednocześnie wiedziałam, że mnie na pewno nie znudzi - dobre i to. Mam słabość do serii Corpus delicti, więc i ta książka znalazła się w kręgu mojego zainteresowania, ale podeszłam do niej bardziej jak pies do jeża, bez specjalnego entuzjazmu... Lepiej bowiem być miło zaskoczonym, niż rozczarowanym. I... faktycznie, zostałam miło zaskoczona. Ktoś mi już kiedyś polecał prozę Greeley'a, jednak ani nie wiedziałam, kto to, ani nie słyszałam nigdy o nim, ani nic kompletnie. Ale zapamiętałam nazwisko. I trzeba przyznać, że... dobrze zrobiłam.

Greeley pisze... hm... bardzo dobrze, lekko, bez trudu, tak jakby do tego właśnie był stworzony. Jednak najbardziej podobało mi się tutaj jego... poczucie humoru, a właściwie poczucie humoru głównego bohatera, Blackie'ego - czyli biskupa pomocniczego w Chicago, który udaje się do Niemiec do Kolonii, gdzie nagle zostaje odkryta kradzież relikwii Trzech Króli. Taka jest pokrótce fabuła tej książki, ale nie dajcie się zwieść, to jest nieco bardziej skomplikowana zagadka. Znajdą się pewnie tacy, którzy na wstępie odrzucą tę książkę ze względu na religijne wątki, a raczej tego, co może się wydawać, że jest w tej książce - tutaj pragnę uspokoić i dodatkowo zachęcić do tej powieści - bo to jest powieść sensacyjna, Blackie jest detektywem, który wraz z siostrzeńcem-archeologiem wyrusza do Niemiec, a teologia czy religia w tej książce ogranicza się do tego, że główny bohater to ksiądz, który szuka zaginionego relikwiarza. Tutaj, po tym, jak wkręcimy się w tę opowieść, bardzo łatwo zapomnieć, kim jest główny bohater, bo księdza, a tym bardziej biskupa nie przypomina - jest zwykłym człowiekiem, którego na dodatek od początku łatwo obdarzyć sympatią - głównie ze względu na jego humor właśnie. Znacznie bardziej powierzchownie zostali przedstawieni inni bohaterowie, zwłaszcza siostrzeniec Peter i jego dawna znajoma i wielka miłość - Cindasue, chociaż to też dość ciekawe postacie. A sama zagadka? Przyznam, czasem akcja jest dość spokojna, ale są i momenty, gdzie nagle przyspiesza - chociaż generalnie jest to książka z tych, które nie mają zbyt dużo zwrotów akcji, w której jest ciekawie, ale w granicach normy...

I ja właśnie lubię takie powieści. Bo czyta się ją lekko, można się przy niej zrelaksować, można zapomnieć na chwilę o tym, co dzieje się wokół nas, można przenieść się do Kolonii i nie chcieć z niej wracać (a samo miasto też ma tutaj swój udział oczywiście). Świetny odstresowywacz na kilka wieczorów, który może nie posiada zawrotnego tempa, ale mimo wszystko sprawia, że przewracamy kolejne strony. No i warto ją przeczytać do końca, aby poznać zakończenie - dość zaskakujące. Miło spędziłam przy tej powieści czas i nie żałuję ani minuty jej poświęconej.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Promic
http://wydawnictwo.pl/

3 komentarze:

  1. Również lubię tego typu lektury. Ostatnio co prawda, rzadko po nie sięgam, ale jeśli nadarzy się okazja z chęcią przeczytam "Biskupa i trzech królów" :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też czasami wolę się dobrze nie nastawiać, żeby się miło zaskoczyć :) Poszukam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam lata temu "Wrześniowe anioły" tego autora - coś niesamowitego, niby nic takiego, a jego proza jest urzekająca. Chętnie wrócę do jego twórczości!

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli