Sońka

Odleżała Sońka swój czas, zanim po nią sięgnęłam. Może niezbyt długi, ale trochę jednak czasu upłynęło. Pewnie tak musiało być, może gdybym zaczęła ją czytać od razu, nie wzbudziłaby we mnie takich emocji. A te są tu wielkie...

Pewnego dnia, gdzieś na podlaskiej wsi psuje się samochód reżysera teatralnego, Igora. Wieś to wieś, brak zasięgu i ani żywej duszy w pobliżu. Jedynymi żywymi istotami, jakie spotyka Igor na swojej drodze jest staruszka pędząca do domu krowę. Sońka. On widzi w niej początkowo... hm... nic w sumie nie widzi, zwykłą staruszkę. Ona w nim anioła, który przyszedł po to, aby mogła w końcu opowiedzieć komuś historię swojego życia, a potem spokojnie odejść. Sońka zaprasza więc Igora do swojej chaty na kubek mleka, chaty magicznej, bo na wskroś wiejskiej, z wytartą ceratą na stole i blaszanym kubkiem na mleko. I tak właśnie zaczyna się ta historia, historia Sonii, wiejskiej dziewczyny, której życie było pasmem bólu i upokorzeń od samego początku - od urodzenia. Która żyła, zastępując swoim braciom matkę, zmarłą w trakcie porodu, a swojemu ojcu - żonę. Tak, żonę, ojciec odbierał bowiem to, co uważał, że mu się należy, jako karę za śmierć swojej małżonki. Aż pewnego dnia, w czasie wojny, Sonia spotyka na swojej drodze niemieckiego oficera Joachima: jedno spojrzenie niebieskich oczu, jeden podarunek, a zmienia całe jej życie. 

To jest książka głównie o wojnie i o miłości. Ja właśnie tak ją odebrałam, chociaż to jest też historia życia, jednego życia, które powinno było zakończyć się dawno temu - przynajmniej tak życzyłaby sobie sama jego właścicielka - Bóg jednak zdecydował inaczej. Historia samotności, nawet wtedy, gdy otacza nas milion ludzi, a mimo wszystko nie ma się komu zwierzyć. Historia kobiety z Kresów, która przeżyła tak wiele, że tą jej opowieścią i tymi jej przeżyciami można by obdarować co najmniej kilka osób. Dla jednej to zdecydowanie za wiele. Sońka jednak to wszystko widziała, doświadczyła, zaciskała zęby i żyła dalej... Książka magiczna, ale w taki sposób, że trudno to opisać. Dlaczego? Przekonajcie się sami. Napisana pięknym, poetyckim językiem, chociaż na pierwszych kilku stronach kręciłam nosem, to później... nie mogłam jej odłożyć. Bo miałam poczucie winy, że przecież jak to tak, teraz przerwać, że jestem coś winna bohaterce, że muszę... Jak nałóg. Więc ją pochłonęłam za jednym razem, wsiąkłam w tę opowieść, wniknęłam w tę historię całą sobą... Jednocześnie czułam tak silne emocje, tak rozdzierający czasem ból bijący z tej książki, tak wielką tęsknotę, potem rozczarowanie, smutek, ogromny żal... I to wszystko na tak niewielu stronach. Język tej książki jest naprawdę dość specyficzny, cały ten sposób opowiadania trochę inny niż wszystkie, niby czasem lekki, ale to tylko na pozór, bo wszędzie, w każdym niemalże jej zdaniu, czuć coś głębszego, coś, co zostawiło rysę na całe życie. 

Piękna książka. Wybitna. I na pewno nie będzie można jej długo zapomnieć. Nie wiem, nie znam innych książek Ignacego Karpowicza, nie czytałam nic tego autora, ta książka jest pierwsza. Ale cieszę się, że po nią sięgnęłam, chociaż nie wiem, czy sięgnę po inne jego dzieła - sam sobie postawił bardzo wysoko poprzeczkę. Na razie więc nie mam ochoty. Nie sądziłam, że to będzie tak wielka książka. Nie sądziłam też, że wzbudzi we mnie takie emocje... Wiem jednak, że będzie tkwiła w mojej głowie historia Sońki jeszcze przez długi, długi czas.

3 komentarze:

  1. Czytałam ją jakiś czas temu i jeszcze nawet nie zdążyłam o niej niczego napisać :) Wyszła ta Sońka Karpowiczowi, oj wyszła :) Świetna książka! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna opinia. Mnie się książka też podobała.
    Tak się dzisiaj jak to robi Karpowicz mało pisze.......

    OdpowiedzUsuń
  3. Och, muszę ją wreszcie przeczytać! :)

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli