Prowincja pełna snów

Długo czekałam na tę książkę. Długo, ale warto było. Na każdą kolejną Prowincję warto jest czekać nawet dłużej. Pamiętam, jak dostałam w swoje ręce trzy pierwsze części tego cyklu - wyglądały dość niepozornie, chociaż okładki urzekły mnie od samego początku. Na każde kolejne już musiałam czekać. A czekanie na coś, co chciałoby się wziąć do ręki już teraz, a co tak naprawdę jeszcze nie powstało, to istna katorga... Naprawdę.

I takie też mam uczucie teraz, po przeczytaniu Prowincji pełnej snów. Nie wiem, co mam napisać o tej książce, naprawdę nie wiem. Czekałam na nią dobre pół roku, jak nie dłużej, kiedy wzięłam ją do ręki... Po skończeniu poprzedniej części miałam uczucia podobne jak teraz, ale teraz jakoś bardziej dotkliwie to wszystko czuję... Wszystko przez... kolejne zakończenie, które zrobiło mi taki mętlik w głowie, że nie wiem, co mam powiedzieć, Kasia Enerlich chyba lubi się znęcać nad czytelnikami, a szczególnie nade mną, bo zostawiła mnie z dalszą częścią opowieści, której nie znam, a którą chciałabym znać już teraz, natychmiast. Mistrzyni zakończeń. No ja po prostu nie wiem, co mam teraz zrobić. Mam ochotę zacząć całą tę Prowincję od nowa, ale co z tego, że to zrobię - nie poznam dalszych losów Ludmiły przez to. Będę musiała znowu czekać... na kolejną część. Bo chociaż Prowincja miała się skończyć tom czy dwa temu, to wyraźnie widać, że to jeszcze nie koniec. 

Prowincją pełną snów się delektowałam. Autentycznie. Jak mało czym. Wstawałam rano, robiłam sobie kubek aromatycznej kawy, brałam do ręki książkę i... przepadałam na cały poranek. A to jest idealna pozycja do tego, żeby czytać ją nieśpiesznie, nie w autobusie czy pociągu, ale właśnie w domu, w spokoju. Autorka po raz kolejny zaczarowała mnie słowami, przepisami niemalże prosto z ogrodu, tym, że najlepszym, szczęśliwym życiem jest życie w zgodzie z samym sobą i z naturą - tutaj tej natury, tej bliskości świata jest sporo - i naprawdę nie jest trudno z tego czerpać, wystarczy chcieć. Po raz kolejny przekonała mnie, że wcale nie trzeba mieć wiele, aby być szczęśliwym, bo szczęście jest w każdym z nas, trzeba tylko wiedzieć, jak je stamtąd wydobyć na światło dzienne. Z Prowincji naprawdę wiele można się nauczyć, trzeba tylko tego chcieć, bo nie jest to trudne. Siadałam więc przez kilka ostatnich dni każdego poranka, brałam do ręki książkę i delektowałam się słowami, które działały na mnie jak balsam na duszę. Jednocześnie razem z Ludmiłą przechodziłam przez to wszystko, przez co przechodziła ona, razem z nią odczuwałam radości i smutki i... kiedy wszystko zaczęło się układać, kiedy zdawało mi się, że szczęścia już nic nie przyćmi... spadło zakończenie... jak grom z jasnego nieba. Tak było z Prowincją pełną szeptów,  tak było i teraz... Nie, nie chciałam rzucić książką o ścianę, bo Prowincję czczę niemalże jak Biblię... gdyby była inną książką, też bym nią nie rzuciła... Ale to zakończenie przyniosło wielkie rozczarowanie... Kimś, kogo ogromnie polubiłam... I jakoś mi tak teraz po prostu źle... Nieprawdopodobne jest to, że tak bardzo można zżyć się z bohaterami książki i traktować ich jak żywych ludzi.

Nie mam zamiaru po raz kolejny przekonywać do tej serii, każdy sobie sięgnie po Prowincję, jeśli będzie chciał. Ale jeśli już się zdecydujecie... błagam, czytajcie po kolei. Naprawdę cały urok tego cyklu można tak naprawdę odkryć tylko wtedy, gdy czyta się w odpowiedniej kolejności. Dla mnie ta książka jest jedną z ulubionych, każda z części niesie ze sobą jakieś przesłanie, każda zresztą inne, ale w każdej odnaleźć można ten kult natury i wszystkiego, co z nim związane, a mnie się to po prostu podoba. Bo ja się z tym wszystkim identyfikuję, a jednocześnie czegoś mnie też za każdym razem Prowincja uczy. Może i na Was rzuci swój urok, może i Wy wyniesiecie z tej lektury coś wartościowego.

6 komentarzy:

  1. Zachęciłaś mnie recenzją. Podoba mi się ten motyw uczenia się "życia" z książki, jak wywnioskowałam na podstawie Twoich słów. Seria wygląda zachęcająco i o ile nie sięgam po książki tego gatunku, to akurat na Prowincję mam ochotę. Wygląda mi to na niezłą ucztę literacką :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje odczucia są identyczne - pomysły autorki zaczynają przyprawiać mnie o mini zawał serca, a mimo to Prowincję szczerze uwielbiam. Nie wiem, z czym zostanę kiedy cykl się skończy...

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety, ale mnie jakoś treść książki mało zainteresowała :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam wcześniejszych części, ale seria mnie zaintrygowała. Piękna okładka ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dopiero zaczynam przygodę z panią Enerlich i pierwszymi tomami "Prowincji..."

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli