Podsumowanie roku 2015

Podsumowanie roku 2015

Bardzo szybko zleciał ten rok. Ale ostatnio niestety czas chyba przyśpieszył, przynajmniej mnie. Święta minęły migiem, nawet nie wiem, kiedy, również szkoda, bo ja uwielbiam Święta Bożego Narodzenia, to jest mój ulubiony czas w roku, właśnie okres świąteczny i noworoczny.


Jaki był? Dobry. To na pewno mogę o nim powiedzieć, na pewno lepszy niż poprzedni. To tak ogólnie, bo jakoś tam ustabilizowałam się finansowo, a to było dla mnie najważniejsze. A pod względem książkowym? Też nie był zły, chociaż jak na swoje własne oko to mam wrażenie, że przeczytałam strasznie mało... No ale ogólnie nie było źle, biorąc pod uwagę moją pracę zawodową, moje studia itp. Nie ukrywajmy, w zeszłym roku miałam znacznie więcej czasu wolnego, więc i na czytanie było go więcej. Więc nie narzekam. Ogólnie jestem zadowolona, i pod względem książkowym, i pod tym bardziej ogólnym, bo udało mi się zrealizować kilka swoich postanowień, jakie założyłam na początku 2015 roku. 

Szkoda, że tak szybko zleciał rok 2015, ale może następny szykuje dla nas coś jeszcze lepszego? A jak Wasze podsumowania i przemyślenia? 

Szampańskiej zabawy sylwestrowej życzę każdemu z Was i oczywiście 
Szczęśliwego Nowego Roku 2016!!!
Top5 - najlepsze książki 2015 roku

Top5 - najlepsze książki 2015 roku

Czas rozpocząć okres podsumowań. Kończy się rok, więc jest to doskonała okazja ku temu. Jednak zanim cokolwiek w stylu podsumowania pojawi się tutaj, zajrzałam na listę moich przeczytanych książek w mijającym roku i postanowiłam zrobić listę tych najlepszych. Nie są to książki najlepsze w ogóle, które zostały wydane w 2015 roku. Od jakiegoś czasu nie jestem aż tak na bieżąco z nowościami i ich czytaniem, raczej śledzę tylko to, co naprawdę chcę. Moja lista to najlepsze książki, które udało mi się przeczytać w tym roku - na pewno takie, na które warto zwrócić większą uwagę, chociaż patrząc na okładki i tytuły nie trudno zauważyć, że są to pozycje raczej w jednym duchu... właśnie większość takich tytułów wpadała mi w tym roku w ręce, poważniejszych, bardziej ambitnych, a na pewno takich, nad którymi trzeba się potem trochę pozastanawiać...


Nie ma tym zestawieniu żadnych konkretnych miejsc, żadnej z nich nie jestem w stanie przyznać miejsca pierwszego. Każda z nich skradła mój czas na swój sposób i ani minuty tego czasu nie żałuję. Chętnie wrócę do tych książek za jakiś czas w przyszłości.

Oto linki do moich recenzji/opinii:
Rok tysięczny - Karol Bunsch
Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska
Sońka - Ignacy Karpowicz
Żelazne damy - Kamil Janicki

Czytaliście? Macie w planach?
A jeśli nie, to może mnie uda się Was zachęcić do sięgnięcia po którąkolwiek z nich?
Czerwona królowa

Czerwona królowa

Bardzo dawno już nie czytałam książek tej autorki. Nie wiem, czemu, może po prostu nie było okazji. Jakiś czas temu jednak przypomniało mi się nagle, że mam przecież jej książkę na czytniku. Całkowicie o niej zapomniałam...

Tyle, że przypomniało mi się to naprawdę dość dawno temu. Tak, właśnie wtedy zaczęłam ją czytać. Dawno. Dlaczego więc dopiero teraz o niej piszę?... Cóż... bo właśnie kilka dni temu skończyłam ją czytać. Czytałam tę powieść z przerwami około dwóch miesięcy... I chyba nigdy mi się nie zdarzyło tyle czasu czytać jednej książki... Po drodze były jakieś inne, bardziej odpowiednie na daną chwilę, cały czas męczę również podręczniki, bo muszę, a Czerwona królowa jakby nie patrzeć jest książką dość obszerną... No dobra... nie będę się tłumaczyć na siłę... Powiem szczerze, że Czerwona królowa właśnie była pierwszą powieścią Philippy, która na początku w ogóle mnie nie zainteresowała, więc tak sobie podczytywałam od czasu do czasu po kilka stron. Mimo wszystko chciałam ją skończyć. Dlatego właśnie tyle to trwało... Trochę długo. Trochę też za długo trwało, zanim się wkręciłam w to czytanie, bo dopiero gdzieś w połowie, a może jeszcze dalej. Fajnie się akcja rozkręca, ale... za długo to trwa. Naprawdę. A szkoda, bo ja naprawdę lubię Philippę. No ale nie wszystkie książki ulubionego autora muszą być doskonałe, prawda? Ta jest trochę mniej doskonała.

Nie będę się jednak poddawać. Lubię zarówno cykl o Tudorach Philippy, jak i ten drugi, o wojnach kuzynów. Obu jeszcze nie skończyłam, ale skończę. I w końcu może wszystkie książki Philippy przeczytam. Bo tworzy doskonałych bohaterów, co z tego, że czasem irytujących (tak właśnie irytowała mnie Małgorzata Beaufort), ale cały w tym urok, że nie są oni mdli, nudni i bezbarwni... Ja to właśnie najbardziej lubię u Philippy. Dlatego nie potrafię ocenić tej książki tak nisko, mimo wszystko ma swoje plusy. No i się rozkręca, późno, ale jednak :) Więc miłośnikom autorki, tak samo jak miłośnikom historii Tudorów, polecam jak najbardziej. Tym bardziej, że Małgorzata jest założycielką tej dynastii.
Wesołych Świąt

Wesołych Świąt


Raczej nie mam co liczyć na białe święta, chociaż marzą mi się bardzo... Niestety śnieg widziałam raz w tym roku, po godzinie już nie było po nim śladu... A ostatnio cieszę się jak dziecko, gdy go widzę... marzy mi się śnieżna zima...

W każdym razie doczekałam się w końcu Bożego Narodzenia... 

Kochani! Zdrowych Świąt przede wszystkim, nie chorujcie tak jak ja (tak tak, chora jestem...), pogodnych, spędzonych w gronie najbliższych, najcudowniejszych Świąt, jakie do tej pory mieliście. Oczywiście z mnóstwem książek, z czasem na czytanie oraz, co najważniejsze, bogatego Mikołaja, co by Wam multum tych książek przyniósł i wrzucił pod choinkę.
Wesołych Świąt!


Nowy rok się zbliża... planner-organizer-kalendarz DIY

Nowy rok się zbliża... planner-organizer-kalendarz DIY


Pamiętacie, jak ponad pół roku temu robiłam swój własny planner/organizer? Powstał nawet oddzielny post na ten temat, bo moje niezorganizowanie jednak było ponad mną i nie chciało przestać mną rządzić. Ten mój planner był ze mną aż do chwili obecnej i strasznie się do niego przywiązałam, okazało się, że swoją rolę, czyli zmobilizowanie mnie do planowania, odegrał wyśmienicie. No ale właśnie - niestety rok się kończy, moje wkładki w plannerze też się skończyły... Fakt, mogłabym iść do sklepu i kupić sobie kalendarz gotowy, ale jakoś nawet do głowy mi to nie przyszło. O wiele fajniej, lepiej i wygodniej było mi korzystać z "mojego" kalendarza... 

Tak więc... zmajstrowałam kolejny, na następne kilka miesięcy. Nie jest na cały rok, bo po pierwsze ma mi się wygodnie z niego korzystać, a na cały rok byłby dość gruby, a po drugie za pół roku będę mogła znowu sobie go ulepszyć. Ten jest właśnie ulepszony - po ponad pół roku korzystania z poprzedniego wiem już znacznie lepiej, co mi jest potrzebne, jaki musi być rozkład dnia i tygodnia, jakie przekładki porobić - wszystko to, z czego naprawdę korzystam. Księgarniane kalendarze mają taką wadę, że jest tam mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Tutaj takich nie ma, jest tylko to, co sami w nim umieścimy :-)


Karty projektowałam w zwykłym Wordzie i może nie jest to mistrzostwo graficzne, to jednak ja lubię taką prostotę właśnie. Nic zbędnego. Wydrukowałam sama w domu, poprzecinałam... Sama zaprojektowałam sobie okładkę z ulubionym łacińskim cytatem... Koszt tego plannera to było kilka dosłownie złotych za bindowanie w punkcie xero i wydrukowanie okładki na papierze fotograficznym (bo w domu takiego nie posiadałam). Trochę szkoda mi było rozstawać się z moim starym plannerkiem, ale fakt faktem bindowanie to jednak lepszy pomysł, segregator zajmował trochę więcej miejsca. No i doszłam do wniosku, że jednak przyda mi się rozkład dnia na całej stronie, a nie tygodnia. Mam zamiar nauczyć się planować (całkiem nieźle mi to idzie, ćwiczę samodyscyplinę), więc potrzebny mi jest godzinowy plan dnia, ale taki, gdzie sama sobie te godziny wpiszę. Już zaczęłam korzystać z mojego nowego plannera i korzysta się z niego całkiem przyjemnie, na pewno przyjemniej niż z kupionego w sklepie, a i planowanie można zacząć kiedy się chce (dlatego też nie umieszczałam dat na kartach, żebym sobie mogła wpisać je potem sama).

Polecam plannery diy. W necie sporo jest takich gotowych szablonów do wydrukowania. Nie trzeba nic projektować jak się nie chce, wystarczy wydrukować i zbindować. Chociaż mi znacznie większą frajdę sprawia korzystanie ze w stu procentach "mojego" kalendarza, a i projektuje się takie karty przyjemnie, takie zajęcie bardzo wciąga. 

Korzystacie z kalendarzy? Planujecie swoje dni, czy to są czynności zupełnie spontaniczne? Robicie własne kalendarze/organizery?... Ciekawa jestem, jak to u Was bywa, bo ja bez kalendarza czuję się jak bez ręki, jest mi niezbędny i mam go praktycznie od zawsze...
Żelazne damy. Kobiety, które zbudowały Polskę

Żelazne damy. Kobiety, które zbudowały Polskę

Nigdy wcześniej nie czytałam książek Kamila Janickiego, chociaż ma on na swoim koncie już co nieco. Jednak gdy zobaczyłam tę, na długo jeszcze przed jej premierą... cóż, rzadko tak mam, ale... zapragnęłam ją mieć. Nie przeczytać. Mieć. Żeby stała sobie na mojej półce - po prostu. Czasem tak mam, głównie z książkami innej autorki, Cherezińskiej. Ja po prostu wiedziałam, że ta książka będzie tego warta. I nie pomyliłam się.

Nawet udało mi się ją kupić w promocji (to chyba cud), ale dałabym za nią znacznie więcej. Naprawdę. I długo na półce samotnie nie przeleżała. Wręcz przeciwnie, gdy tylko dostałam paczkę z książką, od razu ją otworzyłam i... zaczęłam czytać. A przynajmniej przeczytałam kilka stron. I nie pożałowałam ani przez minutę. Wiedziałam, że to jest coś dla mnie, ogromnej fanki pierwszej polskiej dynastii. Więc to było po prostu do przewidzenia. Bo to jest książka o Piastach właśnie, a dokładniej o ich żonach - księżnych i królowych. O Dobrawie uczył się każdy, ale co o niej wiecie prócz tego, że była żoną Mieszka I i pomogła schrystianizować Polskę?... Pewnie niewiele. A wiecie, że Bolesław Chrobry miał w sumie... 4 żony? Najbardziej znana z nich to Emnilda, o której też niewiele więcej wiadomo... Były żonami, a żona w średniowieczu musi się podporządkować mężczyźnie... A okazuje się jednak, że kobiety jak kobiety, ale jeśli trzeba było walczyć o to, co dla nich ważne, nie cofnęły się przed niczym, mając czasami większe jaja od swoich małżonków. W średniowieczu nie ma miejsca dla kobiet? Wręcz przeciwnie, jest, i to czasami więcej, niż nam się zdaje. Bo to była właśnie epoka kobiet, co Kamil Janicki podkreśla na każdym kroku.

Książka pełna jest faktów, ale przedstawionych w mądry i ciekawy sposób. Pełna jest też hipotez, ale jak najbardziej prawdopodobnych, chociaż tak naprawdę już się nie dowiemy, jak to faktycznie było. Zdziwiło mnie ogromnie, że dosłownie pochłonęłam tę książkę i zdecydowanie była dla mnie za krótka, bo czytałam ją z wypiekami na twarzy. Wg większości ludzi, z którymi się spotykam, średniowiecze jest najnudniejszą epoką - ta książka pokazuje, w niezwykle ciekawy sposób, że jest zupełnie inaczej. W dodatku to średniowiecze przedstawione jest z perspektywy kobiet, które pozornie miały niewiele do powiedzenia w tym czasie. Ale czy faktycznie tak było, czy tylko tak nam się do tej pory wydawało?

Żelazne Damy to książka, do której będę wracać. Cieszę się ogromnie, że ją mam. Dzięki takim książkom również niezmiennie utwierdzam się w przekonaniu, że jednak dobrze wybrałam tę "swoją" epokę. I nie mogę doczekać się kolejnej, dalszej części. Bo to zaledwie początek i bardzo mnie to cieszy, mam tylko nadzieję, że na kontynuację nie będę musiała długo czekać.
Stosik dawno niewidziany

Stosik dawno niewidziany


Nie było go już tak dawno, że sama nie jestem w stanie sobie przypomnieć, kiedy faktycznie ostatnio był... Na pewno w pierwszej połowie tego roku. A rok właśnie się kończy, więc na koniec roku stos, który może nie każdego zainteresuje, bo są tu właściwie same historyczne pozycje, ale ten stos to efekt zakupów w Dedalusie - ja nie potrafię stamtąd wyjść bez książki, a nie wejść też ogromnie trudno... Strasznie chciałam mieć Jasienicę, więc mam, nie mówiąc już o Żelaznych Damach - tę książkę kupiłam przez internet, też w promocji prawie za pół ceny, ale tak bardzo chciałam ją mieć jeszcze przed jej premierą, że pewnie kupiłabym nawet za drugie tyle, co naprawdę kosztuje... I nie żałuję. Ale nie będę zdradzać już teraz swoich wrażeń - na to przyjdzie czas.
Ostatnio mam ogromną ochotę kupować książki, zresztą zawsze miałam, ale też potrafiłam się powstrzymać... Ostatnio nie potrafię. Mam nadzieję, że Mikołaj też mi choć jedną książkę pod choinkę wrzuci... bo jak nie, to ogromnie się na niego pogniewam.
Książka na grudzień #5

Książka na grudzień #5

Kolejny miesiąc się zaczął, mam więc dla Was kolejną książkę, która niedługo będzie u kogoś z Was, a przynajmniej mam taką nadzieję. U mnie na półce już sobie postała, mam nadzieję, że teraz komuś innemu się przysłuży, kto będzie chciał ją przeczytać. Przypominam, że książkę możecie mieć zupełnie za darmo i nawet nie trzeba wymyślać odpowiedzi na skomplikowane pytania - zależy mi jedynie na tym, aby trafiła do osoby, która naprawdę ją chce i przeczyta.

Wpisujcie się więc w komentarzach poniżej, czas na wpisy jak zwykle kilka dni, tym razem będzie to czas do niedzieli do północy, czyli do 6 grudnia 2015 roku do godz. 23:59. Wystarczy zwykłe 'zgłaszam się', dla ułatwienia możecie mi podać swój adres e-mail, abym mogła w miarę szybko się z Wami skontaktować.

Książką na grudzień może nie będzie książka bezpośrednio z grudniem związana, ale mam nadzieję, że komuś i tak sprawi radość :)

Katarzyna Michalak
Nie oddam dzieci


Czekam na zgłoszenia, szczęśliwca wylosuję na początku przyszłego tygodnia i w przyszłym tygodniu też postaram się wysłać ją do osoby, której się poszczęści.

Zapraszam :)
Jak się zorganizować?

Jak się zorganizować?


Wcale nie jestem mistrzynią w organizacji własnego czasu. Ba, wręcz przeciwnie, do niedawna za wszystko zabierałam się w ostatniej chwili, głównie jeśli chodzi o naukę. Jaki był tego skutek? A taki, że na nic nie byłam przygotowana tak, jak sobie pierwotnie planowałam, a dodatkowo dzień czy dwa przed pojawiała się panika, że z niczym nie zdążę. Mało tego, nie potrafiłam się zorganizować, ale wciąż mi na wszystko brakowało czasu. Nie wiedziałam, gdzie ten czas ucieka. Ucieka, a ja nadal nieprzygotowana, niezorganizowana i na nic nie mam czasu... Musiałam sobie jednak w końcu powiedzieć: stop! No bo tak dłużej nie mogło być.

Więc tak jak napisałam - mistrzynią jeszcze nie jestem, raczej to moje początki, ale jak na razie jestem zadowolona z tego, co osiągnęłam. A co osiągnęłam? Głównie to, że walczę z własnym niezdyscyplinowaniem i chcę je naprawdę pognać na cztery wiatry. Jak sobie z tym poradzić? Cóż, nie dam Wam cudownej rady, dzięki której jutro zrealizujecie wszystkie cele na najbliższy tydzień... Nie ma takiej. Chcecie w końcu przeczytać tę ambitną książkę, która leży na półce i się kurzy, ale nigdy nie ma na to czasu? Albo w końcu zaplanować święta i zacząć teraz, a nie tydzień przed? Moja jedyna rada jest taka, że jak się nie chce, niestety, ale trzeba się zmusić :-) Wiem, że to nie zachęca, ale... Wiadomo, jeśli założymy sobie na przykład: przeczytam tę 1000-stronicową książkę w tydzień, to już po pierwszym dniu rzucimy ją w cholerę i przeleży na półce kolejny rok nieruszona. To Wam gwarantuję. No więc jak to zrobić?

Jak ja sama radzę sobie z tymi wszystkimi ambitnymi planami? A uwierzcie, mam ich sporo - nie macie pojęcia, co to znaczy studiować historię :-)

Po pierwsze: rozkładam zajęcia i to, co mam w planach zrobić, na dłuższy okres czasu. Wtedy odcinki są mniejsze i... uwaga: łatwiej się zmusić. Bo chyba prościej jest, jak sobie rozłożę czytanie tej cegły np. codziennie po 15 min na dwa miesiące, niż gdybym miała czytać po 120 stron dziennie, prawda? Proste, ale nie zawsze oczywiste. Oczywiste jest jednak to, że trzeba wtedy pomyśleć zawczasu, jeśli mamy coś do zrobienia i deadline, który gdzieś tam wisi w przyszłości. Bo jak się obudzimy tydzień przed, to przykro mi, ale na 99% się nie uda... Znam, przetestowałam miliony razy, prawie nigdy się nie wyrobiłam z niczym. Warto więc dużo wcześniej pomyśleć o czymś, niż potem dzień i noc robić coś, co można było zrobić już dawno. No ale trzeba mieć tego świadomość. I chcieć. Łatwiej się zmusić do czegoś, np. do nauki, przez pół godziny dziennie przez miesiąc, niż potem przez 3 dni dzień i noc siedzieć nad książkami.

Po drugie: kalendarz, planner, organizer albo po prostu zwykły notes. Tak, bez tego ani rusz. Bo jak coś już planuję, to planuję. Czyli muszę to zapisać - ja mam pamięć dobrą, ale krótką, często po godzinie nie pamiętam, co miałam zrobić. Mi planner/kalendarz towarzyszy zawsze. Kiedyś kupowałam, teraz robię sama, jest w nim tylko to, co mi jest potrzebne. Bez kalendarza jestem jak bez ręki. I to tam wszystko zapisuję, rozplanowuję... nawet, jeśli potem nie realizuję tego - przynajmniej wiem, czego nie zrobiłam :) Ważne, że kiedy już sobie coś rozplanujemy na cały miesiąc, to żeby to potem odhaczać każdego dnia - widać wtedy postępy, a poza tym przyjemnie jest coś skreślić w końcu i mieć to za sobą, prawda? Gdybym nie miała kalendarza, pewnie nie zrobiłabym 70% rzeczy, które miałam zrobić, bo zwyczajnie bym o nich nie pamiętała...

Po trzecie: jestem systematyczna. I to też jest ważne. Ja się tego dopiero uczę. Ale już widać postępy. Lepiej jest coś robić przez powiedzmy 10 minut dziennie niż co tydzień przez dwie godziny. Dlaczego? Bo się uczymy systematyczności, a i łatwiej jest wtedy realizować swoje zamierzenia (patrz punkt pierwszy). Ale tu jest też coś ważnego, o czym do niedawna nie miałam pojęcia. Jeśli robimy coś codziennie, nie zastanawiamy się, czy to dziś, czy może dopiero jutro, bo obiecałam sobie biegać np. co dwa dni. Co dwa dni to co prawda też systematyczność, ale im dłuższe przerwy, tym trudniej potem się za coś zabrać. Również z własnego doświadczenia to wiem. Więc jeśli mamy to bieganie co drugi dzień, to w dni "wolne" też coś róbmy, np. ćwiczmy na dywanie w domu. Nie ma wtedy zastanawiania się, czy to dziś, czy może jutro, bo robimy to codziennie, a i szybciej nam to wtedy wejdzie w nawyk...

Oczywiście to nie wszystko, ale... cdn :)
Jakie Wy macie sposoby na to, żeby uszczknąć z tej doby trochę więcej, niż by się wydawało? Macie jakieś cenne rady? Może dowiem się czegoś, o czym jeszcze nie wiem...
Podsumowanie listopada

Podsumowanie listopada


Jak zwykle budzę się pod koniec miesiąca z myślą:... "Kiedyż ten miesiąc zleciał?"... Mam tak co najmniej od sierpnia i sama nie wiem, dlaczego mi ten czas tak szybko biegnie... Patrząc z trochę dłuższej perspektywy mogłabym zapytać: "Kiedy zleciał cały ten rok?" Bo przecież już za miesiąc większość z nas będzie robić roczne podsumowania i pewnie konkretyzować plany na przyszły rok...

Pamiętam listopad zeszłego roku, chociaż tak naprawdę wolałabym go nie pamiętać... lepiej go pamiętam niż miesiąc, który właśnie mija, taki paradoks. Jakbym zapadła w jakiś jesienny sen, albo jakiś marazm. Inna sprawa, że czas mi wręcz pędzi na złamanie karku. No... ale jaki był ten miesiąc dla mnie? Bo chyba o tym miał być ten post... Cóż... był szybki - to na pewno. Pod względem czytelniczym był na pewno lepszy od poprzedniego, chociaż to jeszcze nie jest to, co bym chciała, bo szczerze mówiąc czasu na zwykłe książki, takie do poduszki zwyczajnie mi brak, chociaż staram się w moim planie dnia uwzględnić chociaż z pół godziny na czytanie nienaukowe, czyli jakiś kryminał na przykład. O tak. I nauczyłam się w końcu planować. Chociaż może to nie o to chodzi, bo planować to ja umiem i lubię, gorzej z realizacją tych planów. Zdyscyplinowałam się raczej, trzymam się planu i go realizuję. Wiadomo, nie wszystko zawsze wychodzi, ale jestem na dobrej drodze do ideału :-)

Lubię listopad. Zawsze lubiłam listopady. Za co, sama nie wiem, ale jesień jest obok lata chyba moją ulubioną porą roku (tak, lata nic nie przebije). Chociaż... ja chyba lubię każdą porę i każdy miesiąc na swój sposób, każdy z nich ma coś w sobie, każdy może być wyjątkowy. Dla mnie w ogóle wyjątkowy był ten cały rok, ale o tym innym razem, pewnie za miesiąc. Ten listopad miał swoje wzloty i upadki, ale generalnie jestem z niego zadowolona, nie mam mu nic do zarzucenia... w przeciwieństwie do zeszłego roku...

Ufff, odczarowałam listopad... :-)
Marcowe fiołki

Marcowe fiołki

Cóż... do marca jeszcze daleko... Wiosny ani śladu, za to na zewnątrz deszcz i mgła... Zanim wiosna przyjdzie, to musi przyjść jeszcze do nas zima, która zresztą jest coraz bliżej... Może właśnie dlatego sięgnęłam po Marcowe fiołki dokładnie teraz?... Coś w tym musi być, bo tytuł z pewnością zapowiada pełną wiosny książkę... prawda?

Uwielbiam rodzinne tajemnice, i jedną z takich tajemnic będzie miała do rozwiązania główna bohaterka powieści, tajemnicę z przeszłości swojej rodziny. Sama na życiowym zakręcie, bo tuż po rozwodzie, wypalona po wydaniu bestsellera, Emily wyjeżdża na miesiąc do ciotki, aby odsapnąć, odpocząć, przemyśleć sprawy i wrócić ze świeżym umysłem do życia. Tam znajduje pamiętnik pewnej kobiety - ale kim ona była i co się z nią stało - nie wiadomo... Pamiętnik jest z 1943 roku, a więc dwa pokolenia wstecz - czy dotyczy jej rodziny?... Skąd się wziął tam, gdzie Emily go znalazła? I jakie tajemnice w sobie kryje?... Emily powoli będzie musiała rozwiązać wszystkie te zagadki, czy jej się to uda?...

Przyznam szczerze, że za bardzo nie miałam przekonania do tej książki i potraktowałam ją jako coś, przy czym się odstresuję i zrelaksuję, ale spodziewałam się raczej, że to będzie zwykła powieść dla kobiet, pewnie o miłości, taka do poczytania tylko. A jakie są moje wrażenia po lekturze? Ta powieść zrobiła mi wielką niespodziankę. Bo wielkich rzeczy się po niej naprawdę nie spodziewałam, ale historia w niej zawarta (i mowa tu o historii Esther i Elliota) po prostu skradła moje serce, znacznie bardziej od samej fabuły książki. I chyba właśnie ta historia sprawiła, że ta książka spodobała mi się znacznie bardziej, niż się tego spodziewałam. No i oczywiście im dalej brnęłam, tym byłam coraz ciekawsza również tego, jak zakończy się ta powieść, jak się potoczą dalej dzieje Emily, czyli głównej bohaterki, co ją spotka i jak to w ogóle autorka wszystko rozwiązała. Nie sądziłam, że aż tyle tajemnic będzie do rozwiązania, tyle różnych dróg, którymi będzie można pójść i którą z tych dróg wybierze Emily. Ale muszę przyznać, że zakończenie mnie również nie rozczarowało, wręcz przeciwnie, chyba mi się podobało (bo przeważnie w książkach tego typu jestem częściej rozczarowana zakończeniem... niestety). 

Naprawdę świetna jest ta książka, bo nie sądziłam, że w pewnym momencie nie będę mogła się od niej oderwać. Dawno już nie czytałam książki z tego gatunku, a już naprawdę mało która potrafi mnie wciągnąć do tego stopnia. Sarah Jio się to udało i ja sama jestem zaskoczona. A mimo tego, że w tytule mamy marzec, doskonała jest również na listopad - może nawet bardziej na te jesienne, słotne dni, bo umili nam trochę czas i ociepli wiosenną aurą i zapachem fiołków... Czego więcej potrzeba w listopadowy wieczór?...
Link Five... czyli o zbliżających się świętach, ale nie tylko...

Link Five... czyli o zbliżających się świętach, ale nie tylko...


Zazwyczaj mam swoje stałe strony, na które wchodzę regularnie albo rano przy kawie, albo po przyjściu z pracy, aby choć na chwilę się odstresować i odsapnąć... Ale internet jest tak ogromny, że nie sposób nie trafić od czasu do czasu na coś ciekawego, czasem na tyle, że z chęcią wracałabym, czy do danego bloga, czy innego ciekawego miejsca w sieci. Trafia się na nie często mimochodem, przypadkowo. I takie miejsca chcę Wam dzisiaj pokazać - miejsca, które w ostatnim czasie kradną mi kilka chwil w ciągu dnia lub tygodnia, ale które od jakiegoś czasu dość regularnie odwiedzam... (klik na tytuł przeniesie Was do strony).


Pewnie wielu z Was zna ten portal. Ja jestem jego wielką fanką już od dłuższego czasu. Nie tylko galerii, ale również wszystkiego, co stworzone pracą ludzkich rąk. A DaWanda to wręcz skarbnica pięknych rzeczy, które zresztą możemy nie tylko mieć, kupując, ale również, jeśli sami jesteśmy twórcami czegoś ciekawego i robimy to z pasją, to możemy się tym dzielić z innymi. Rękodzieło to coś, co nie tylko mi się podoba, ale również sama lubię tworzyć (co, gdzie i jak - o tym może napiszę kiedyś oddzielny post, a może o rękodziele w ogóle... zobaczymy) - podziwiam więc i mam ogromny szacunek do tych, którzy się tym zajmują i potrafią stworzyć piękne rzeczy czasem z niczego. Jeśli więc nie znacie DaWandy, to polecam serdecznie, szczególnie teraz, kiedy powoli zaczynamy myśleć o prezentach bożonarodzeniowych dla najbliższych - czasem warto wydać kilka zł więcej, ale mieć pewność, że drugiej takiej samej bluzki czy torebki nie zobaczymy u koleżanek...

Na bloga Niebałaganki trafiłam przypadkowo całkiem niedawno, ponieważ zainteresował mnie artykuł o organizacji czasu (mam hopla na tym punkcie od jakiegoś czasu). Ale doszłam do wniosku, że jednak cały blog jest warty uwagi, nie tylko ze względu na rady, jak być lepiej zorganizowaną, ale również inne ciekawe artykuły, które można tam znaleźć - skoro już była mowa o świętach w poprzednim punkcie, również tu znajdziecie rady na temat tego, jak się przygotować do świąt czy ładnie i oryginalnie zapakować prezenty.

No dobrze, skoro już w tym temacie świąt jesteśmy, to i również tę stronę można podciągnąć pod ten temat :) Na Foodera też trafiłam całkiem przypadkiem, ale od razu... przepadłam... Dlaczego?... Przepisy różnego rodzaju gromadzę od dawna, mam specjalny zeszyt-przepiśnik, głównie z ciastami (uwielbiam piec, szkoda że nie mam na to dużo czasu...), ale bardzo często też znajduję właśnie ciekawe przepisy w sieci. Czasem je drukuję, częściej jednak kopiuję do jakiegoś pliku na dysku i... potem, gdy coś mi jest potrzebne, przez pół dnia przekopuję połowę komputera, żeby to znaleźć... Moim zdaniem więc Fooder jest genialny, bo jednym kliknięciem, po założeniu konta, można sobie zapisać na nim interesujący przepis, który nam już nigdzie nie ucieknie (polecam więc zainstalowanie specjalnego przycisku na pasek przeglądarki). Do przepisów można dodawać sobie etykiety, dzięki którym szybko potem znajdziemy to co chcemy czy choćby złapiemy inspirację na obiad, gdy nie wiadomo, co ugotować (ja mam tak często). Naprawdę super sprawa, bo Foodera można też ściągnąć na telefon czy tablet i mieć zawsze pod ręką dany przepis, czy stworzyć szybko listę zakupów. Moim zdaniem genialny pomysł.

Dla tych, którzy uczą się języka angielskiego. Też przypadkowo trafiłam, ale Arlena tak fajnie tłumaczy pewne sprawy, dodatkowo ma tyle zapału i co widać, lubi to co robi, że postanowiłam, że będę regularnie do niej zaglądać. Po Cudzemu to nie tylko kanał dla początkujących w angielskim, nie nie, ja sama już dawno początkująca nie jestem, ale mimo wszystko Arlena mnie zaczarowała wręcz :) I nie znajdziecie tu nudnej gramatyki - tutaj głównie chodzi o wymowę, a to sprawia problemy zawsze, zarówno na początku nauki, jak i w zaawansowanym jej stadium. Nikt mi nie powie, że nigdy nie miał problemu z wymówieniem jakiegoś angielskiego słówka... Czasem po prostu nie wie się po prostu, jak coś powiedzieć lub przeczytać... Arlena przychodzi z pomocą, a tej pomocy towarzyszy humor i masa przykładów z filmów czy piosenek - sami zobaczcie :)

I tutaj też będzie youtubowy kanał i chyba nikogo nie zdziwi, że związany z historią :) Wchodzę nań regularnie już od jakiegoś czasu, a wynalazł go mój TŻ, za co mu jestem niezmiernie wdzięczna. Nie lubicie historii? Dzięki Wojtkowi Drewniakowi nie sposób jej nie polubić. Nie owija w bawełnę, opowiada ciekawie i... uczy. A kto się nie lubi uczyć w przyjemny sposób, który nie raz rozbawi do łez?... Bo ja nie raz płakałam ze śmiechu oglądając niektóre odcinki... No i to oglądanie wciąga niestety... albo i stety :) Założyciele tego projektu mieli doskonały pomysł po prostu, cały czas ich podziwiam za to.

**********
Ciekawa jestem, czy znacie coś z tego, co Wam tu dzisiaj podsunęłam?... Czy jednak pierwszy raz trafiacie w sieci na te linki?... Jeśli tak, to ja Wam z całego serca polecam każdy z nich... A może Wy mi coś ciekawego podsuniecie, co mnie zainteresuje i zostanę tam na dłużej?...
Krzyżowcy. Droga do Jerozolimy

Krzyżowcy. Droga do Jerozolimy

Uwielbiam powieści historyczne. Naprawdę, nic nie jest w stanie mnie odwieść od myśli, żeby darować sobie jakąś książkę, którą od dawna mam w planach... Na własnej skórze zawsze muszę się przekonać o tym, co to tak naprawdę jest. A jeśli akcja książki dodatkowo przenosi mnie do średniowiecza, to już w ogóle zazwyczaj przepadam na amen. 

Krzyżowców znowu wynalazłam w bibliotece, szukając właśnie jakiejś powieści historycznej. Dodatkowo znalazłam ją w dziale literatury skandynawskiej, co mnie ciut zdziwiło, ponieważ Szwecję znam raczej od strony kryminałów i to z tym gatunkiem głównie mi się kojarzy. A i nazwisko autora jakieś takie nieszwedzkie... Racja, nieszwedzkie, bo autor jest dzieckiem francuskich imigrantów, choć sam urodził się już właśnie w Skandynawii. A skoro średniowiecze, to postanowiłam dać szansę tej książce, bo inaczej być nie mogło - zwyciężyła ciekawość i zamiłowanie do powieści "średniowiecznych".

Chociaż na pierwszy rzut oka to mnie trochę przeraziła ta książka. Chociaż może nie najgrubsza (niecałe 400 stron), to wyglądała na dość toporną, a obok czekały jeszcze dwa kolejne, podobne tomy. Tak, to cała seria... Więc jak ktoś nie lubi, to trzymać się z daleka :) (oczywiście żartuję). W domu zajrzałam do sieci, a tam po trzech tomach odkryłam jeszcze czwarty. Pomyślałam: "to się porwałam z motyką na słońce, nie dość, że specjalnie nie mam czasu teraz czytać (przynajmniej dla przyjemności), to jeszcze nie wiadomo, czy mi się w ogóle spodoba"... Cóż... spodobało się. Dlaczego? Bo Skandynawia, bo Wikingowie (tak tak!), uwielbiam takie książki, do tego średniowiecze moje ukochane, jak Krzyżowcy mogliby mi się nie spodobać?... Nierealne. Momentami nie mogłam się nawet od tej powieści oderwać, bo jest parę takich zwrotów akcji, że po prostu nie sposób, chociaż na początku wcale się tak nie zapowiada. Mimo wszystko trzeba przeć do przodu, bo im dalej, tym robi się coraz ciekawiej, a na pewno, to mogę zagwarantować na sto procent, po dobrnięciu do końca nikt nie powie, że nie ma ochoty na drugi tom. Ja mam wielką... 

Ach, nie napisałam nic o fabule tej książki... Jej głównym bohaterem jest Arn Magnusson, cudownie ocalały z groźnego wypadku w dzieciństwie chłopiec, w związku z czym rodzice postanowili przeznaczyć dziecko Bogu. Arn jako kilkulatek trafia więc do klasztoru, gdzie się wychowuje. Tam zdobywa naprawdę bogate doświadczenie nie tylko w takich dziedzinach, jak łacina czy greka, ale uczy się również władania mieczem czy łukiem oraz jazdy konnej. Opuszcza klasztorne mury już jako prawie dorosły mężczyzna w momencie, gdy w Skandynawii trwa walka o tron miedzy Karolem Sverkerssonem i Knutem Erikssonem. Ten drugi był w dzieciństwie jego przyjacielem i to jego popiera Arn. I gdyby nie intryga i, oczywiście, pewna kobieta, w której bohater z wzajemnością się zakochuje, należałby do elity... Tymczasem zostaje zmuszony do odbycia krucjaty do Ziemi Świętej, aby ratować honor.

Faktycznie istniał w średniowieczu rycerz o nazwisku Arn Magnusson. Więc jest to postać autentyczna. I nie tylko on oczywiście. Więc mamy trochę faktów, trochę fikcji, ciekawą wartką akcję i naprawdę kawałek dobrej, szwedzkiej literatury. Dla takich miłośników jak ja w sam raz. A właśnie przed chwilą wygooglowałam również, że na podstawie tej książki został nakręcony film. Ja nie jestem raczej "filmowa", ale od czasu do czasu coś interesującego obejrzę. Ciekawa jestem więc ogromnie tego filmu, bo lubię konfrontować to, co przeczytałam z tym, co obejrzałam... Intrygująco się zapowiada.
Książka na listopad #4

Książka na listopad #4

Dzisiaj mam dla Was kolejną książkę. Tak jakoś wyszło, że praktycznie tydzień po tygodniu publikuję kolejnego posta na ten temat, jednak z poprzednim sporo się spóźniłam i to tylko z tego wynika...  

Książka na listopad już jest tak, jak powinna być, na początku miesiąca - i nie wybrałam jej przypadkiem :-) Dlaczego? Bo lato dawno się skończyło, my mamy teraz jesień, czasem złotą, częściej niekoniecznie, a w takie dni najchętniej ja sama i pewnie nie tylko ja, położyłabym się na kanapie pod kocem z ciepłą herbatką pod ręką i książką właśnie... A kiedy najlepsza pora jest na to, żeby wracać pamięcią do gorącego lata? Właśnie jesienią i zimą. 

Jeśli więc ktoś jest chętny na Upalne lato Gabrieli, to do niedzieli 8 listopada do północy może się zgłaszać po książkę pisząc komentarz pod tym postem wraz z adresem mailowym, żebym mogła w miarę szybko skontaktować z się tą osobą, do której ostatecznie ta książka powędruje.


Są chętni? W takim razie zapraszam :-)
Rzymska krew

Rzymska krew

Trafiłam na tę książkę z jednej strony przypadkiem, z drugiej nie. Będąc w bibliotece bowiem szukałam jakichś powieści historycznych, ale niespecjalnie wiedziałam, gdzie szukać. Czasem wolałabym, żeby ksiażki w bibliotekach na półce były poukładane tematycznie. Saylor wpadł mi w oko akurat wtedy przypadkiem, ale przypomniałam sobie szybko, że jest to seria powieści, które kiedyś polecała mi moja prowadząca zajęcia z łaciny na studiach jako dobrą odskocznię od jakichś poważniejszych, naukowych książek, których mi na studiach nie brakuje.

Rzymska krew jest pierwszą częścią serii "Roma Sub Rosa", a akcja jej rozpoczyna się w momencie, gdy w Rzymie dyktatorem jest Sulla. Głównym bohaterem całego cyklu jest Gordianus Poszukiwacz, ktoś w rodzaju prywatnego detektywa o niecodziennej spostrzegawczości. Gordianus spotyka na swojej drodze masę przeróżnych postaci, a wiele z nich jest autentyczna - nie powiem Wam wiele o dalszych częściach tego cyklu, bo jeszcze ich nie znam, ale w samej tylko Rzymskiej krwi występuje ich sporo - któż z Was nie słyszał o Cyceronie, ręka w górę? Pewnie niewiele tych rąk będzie, podobnie pewnie, gdy spytam o Krassusa. I nie tylko postaci są w powieściach Saylora autentyczne, ale również wydarzenia, które opisuje i główne wątki, tzw. "sprawy", którymi się główny bohater zajmuje. Tutaj jest to proces Sekstusa Roscjusza, podejrzanego o ojcobójstwo, a któż go broni? Oczywiście sam Cycero, chociaż w chwili, gdy toczy się akcja owej książki, nie jest jeszcze dobrze znany, raczej zaczyna jako mówca i adwokat... Dość specyficzna osoba i tak też została przedstawiona przez Saylora, ciekawie i intrygująco.

Sama Rzymska krew, jeśli chodzi o gatunek, jest powieścią sensacyjną, przygodową, coś w rodzaju kryminału, którego akcja toczy się w starożytnym Rzymie w czasie dyktatury Sulli, a raczej jej schyłku. I dzięki temu, że jest tam cała masa autentycznych wydarzeń i postaci, to z tej książki nie tylko można wynieść doskonałą rozrywkę, ale i dowiedzieć się sporo o historii Rzymu. Bo historii tu jest wiele, Sam Saylor również jest z wykształcenia historykiem, a pomysły czerpie z autentycznych źródeł. Jednak przede wszystkim jest to doskonała powieść, którą dość szybko się pochłania i która wbrew pozorom nie wymaga dużego myślenia, jeśli ktoś nie chce się zagłębiać specjalnie w historie przedstawione przez autora. Tak więc jest to wspaniała rzecz dla miłośników kryminałów czy powieści historycznych. Ja miałam w planach ten cykl, w końcu na niego trafiłam i na pewno nie poprzestanę na pierwszym tomie. Bo jest po prostu fajna, miło się czyta - no i mnie dodatkowo zauroczył ten specyficzny klimat i dość wierne odwzorowanie tamtej rzeczywistości... Więc polecam jak najbardziej.
Książka na październik #3

Książka na październik #3

Tak jak Wam obiecałam dwa dni temu, kolejny post będzie z książką, która wkrótce trafi do kogoś z Was. Trzeba się tylko zgłosić po nią, wyrażając w komentarzu chęć jej posiadania oraz podając maila (to ważne, bo tylko tak się z kimś z Was skontaktuję po ewentualnym wylosowaniu - na blogu jak już pewnie zauważyliście, nie podaję żadnych wyników - szczęśliwy przyszły posiadacz dowie się o tym ode mnie drogą mailową).

Pamiętajcie! Książka jest dla kogoś, kto naprawdę chciałby ją przeczytać - taki obrałam sobie cel tej akcji. Myślę jednak, że takich osób nie zabraknie :-) Zależy mi bowiem na tym, aby te książki nie były rzucone gdzieś w kąt i zapomniane, ale żeby były czytane - myślę, że wiecie, co co chodzi... :-) Jeśli nie, w ramach przypomnienia zapraszam tutaj:

Czekam więc na wasze zgłoszenia, do niedzieli do 23:59, osoba, która ją otrzyma, dostanie ode mnie maila na początku przyszłego tygodnia i w przyszłym tygodniu też ją postaram się wysłać (o ile dostanę oczywiście adres do wysyłki - uwaga! Wysyłka tylko na terenie Polski!)


Ah, no tak, jeszcze książka... 
Oto ona:


44 Scotland Street - moim zdaniem idealna na zimne, jesienne i deszczowe wieczory.

Czekam na zgłoszenia :-)
Krótki przegląd tego, co było ostatnio, czyli przeczytane, ale nie zapomniane

Krótki przegląd tego, co było ostatnio, czyli przeczytane, ale nie zapomniane

Wypadałoby się trochę usprawiedliwić, ale co ja mam na to usprawiedliwienie?... Brak czasu przede wszystkim, ale czas można sobie zorganizować, żeby starczyło go na wszystko, prawda?... No niby tak... Faktem jest, że wrzesień mnie przyszpilił do książek i podręczników, bo sesja wrześniowa niestety o sobie przypominała co i rusz... Teraz z kolei znowu nauka... Ale powiem szczerze, że ten czas mi takim piorunem leci ostatnio, że nawet nie wiem, kiedy to wszystko minęło?... Przecież dopiero co zaczął się październik, no hola, może by tak zwolnił trochę?.. Też macie takie wrażenie, że pędzi ten czas nawet nie wiadomo kiedy i gdzie?... Ja nie wiem, kiedy ten październik zleciał, naprawdę, jakbym go przespała w większości...

Nie znaczy to, że nie czytałam, choć siłą rzeczy czytałam mniej. Wrzesień mnie dobił i czytać za dużo nie pozwolił, trochę odżyłam po sesji :-) Ale tak jakoś przede wszystkim dla Was, ale również dla siebie, chciałabym coś napisać o tych książkach, które w moje ręce ostatnio wpadły. Nie będzie to jednak pełnowartościowa recenzja, raczej kilka zdań - ciekawa jestem, czy czytaliście i jeśli tak, to jakie wrażenia Wam zostały... 


Na pierwszy ogień pójdzie więc Charlotte Link, bo... polubiłam tę autorkę, a za sprawą Ciernistej róży jeszcze większą sympatią do niej zapałałam. Dlaczego? Bo ta książka jest trochę inna, bo dopiero gdzieś w połowie drugiej połowy tej książki (tak, dopiero pod koniec praktycznie) dowiedziałam się, że to jednak jest kryminał, o czym... po prostu nie pamiętałam do tego momentu. Czytałam i czytałam i nawet nie zastanawiałam się, jakim gatunkiem jest ta książka i zapomniałam kompletnie, że to przecież kryminał i jakieś zabójstwo powinno być... Dobre, nie? Historia przeplatana teraźniejszością z przeszłością, czyta się wyśmienicie, a sam wątek kryminalny nie jest tu taki ważny, ważna jest jednak przeszłość i stosunki panujące pomiędzy bohaterami - tutaj to się wysuwa na pierwszy plan i uważam, że to był strzał w dziesiątkę. Dzięki temu ta powieść się wyróżnia po prostu.
Po Hannie Cygler spodziewałam się... hm... więcej chyba. Do tej pory czytałam jej książki i potem było mi szkoda odkładać je na półkę, a Bratnie dusze to taka zwykła, babska, że tam powiem, historia. Ciekawa, bo przeczytałam do końca i nie usnęłam, czytało się fajnie, ale czegoś mi zabrakło, co do tej pory w książkach tej autorki mogłam uchwycić - tutaj tego nie ma. Ale dobra na odmóżdżenie, a czasem potrzebuję takiej powieści.
Cóż... natomiast o Karolu Bunschu mogę... pisać i pisać. Bez obaw, nie będę się rozpisywać, chociaż byłoby o czym, a i Imiennik swoimi rozmiarami też by na to pozwolił (bo to taka gruba cegiełka). Jednak każda powieść tego autora okazuje się za krótka, nieważne, ile stron by miała... Ja się po prostu jego książkami delektuję. Poważnie :-) Uwielbiam jego literaturę, jest niepowtarzalna, po prostu. Trzeba spróbować, żeby zrozumieć. Ja tego autora po prostu uwielbiam i nic się w tej kwestii nie zmieni przez najbliższy czas.



No a tak na zakończenie dzisiejsze na pewno Wam obiecuję, że postaram się być na pewno częściej. Na sto procent mogę Wam obiecać, że w następnym poście przedstawię Książkę na październik, spóźnioną, ale będzie i będzie można się po nią zgłaszać :-)
Nie żyje Henning Mankell...

Nie żyje Henning Mankell...


Jeden z moich ulubionych autorów, tych najbardziej ulubionych... To dzięki niemu pokochałam skandynawską literaturę...
Henning Mankell nie żyje. Miał 67, chorował na raka płuc, o swojej chorobie poinformował w zeszłym roku...
Szkoda, wielka szkoda, że literatura straciła takiego pisarza... 
[***]
Książka na wrzesień #2

Książka na wrzesień #2

Zacznę może od tego, od czego zaczęłam w tytule... czyli książki na ten miesiąc... We wrzeniu postanowiłam Wam zaoferować pozycję, którą już jakiś czas temu czytałam (chociaż tak naprawdę wcale nie tak dawno) i z którą naprawdę miło spędza się czas:


Andrew M. Greeley
Biskup i trzej królowie

Recenzję możecie przeczytać tutaj.
Na Wasze maile czekam do końca tego tygodnia (postanowiłam dać Wam i sobie trochę więcej czasu, bo prawdopodobnie przed poniedziałkiem nie będę w stanie wylosować zwycięzcy), czyli do niedzieli do godz. 23.59, szczęśliwca ogłosić postaram się w poniedziałek lub wtorek. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~

Cóż, da się żyć bez internetu, co więcej, ma się znacznie więcej czasu dla siebie. Tak się jakoś ostatnio stało, że ten internet mi wysiadł, więc dlatego zamilkłam na jakiś czas... Czasu jest więcej, ale i życie jest trudniejsze, szczególnie, gdy się przygotowuje człowiek na wrześniową sesję poprawkową - tak, tym razem mnie nie ominęła. Więc przez jakiś czas i tutaj mogą być chwilowe pustki, dopóki nie uporam się ze swoimi sprawami. Jak człowiek jest niezorganizowany, to zostawia wszystko na ostatnią chwilę, a potem w panice stara się wszystko odrobić na gwałt. Obiecuję więc wszem i wobec, że to ostatni raz, kiedy wszystko robię w ostatniej chwili, nigdy już nie narobię sobie takich zaległości, bo wszystko mogłam mieć już z głowy, ale moje niezorganizowanie wzięło górę. A planowałam być taka zorganizowana... ehhh...
Mam nadzieję, że jakoś się ogarnę i ogarnę też te swoje sprawy, i w końcu ta moja głowa też będzie spokojna... trzymajcie kciuki.
Pod słońcem prowincji

Pod słońcem prowincji

Takiej właśnie książki było mi trzeba... Jakiś czas temu, czytając ostatni tom Prowincji, zaczęłam gorzko żałować, że nie miałam od samego początku zakładek, jakichkolwiek karteczek przy sobie, aby móc zaznaczać przepisy. Jak ja tego żałowałam! Ale i tak obiecałam sobie, że kiedyś przeczytam przecież całą Prowincję jeszcze raz, od deski do deski, i wtedy już to zrobię - będę zaznaczać to wszystko, co mi się podoba i co sama chciałabym zrobić. Lubię gotować, chociaż czasem nie mam na to czasu i wrzucę do garnka coś szybkiego, ale taka szybka ściąga by się na pewno przydała... Bo już tyle razy aż ślinka ciekła, gdy wyobraziłam sobie coś, co właśnie upichciła Ludmiła...

Więc ta książka spadła mi jak z nieba - nie mogę tego inaczej określić. Pewnie chociaż nie wszystkie przepisy w niej znalazłam, które mnie wcześniej interesowały, ale znaczną większość. Ale nie zwiedźcie się - to nie jest książka kucharska! Tutaj te smakowite potrawy wplecione są między jeszcze smakowitsze, a na pewno interesujące, magiczne opowieści, legendy, a także zwykłe rozmyślania czy po prostu codzienne zapiski... Te, którymi dzieliły się nasze babcie i prababcie, które były opowiadane z pokolenia na pokolenie, nigdy nie zapisane gdzieś nikły razem z upływającym czasem. Takich opowieści i legend próżno szukać w książkach, można je było znaleźć jedynie u starszych wiekiem, pokoleniem i przede wszystkim doświadczeniem. I łączy się to również z jedzeniem właśnie. Któż nie ma w domu starych zeszytów z przepisami naszych babć... Moja mama posiada taki jeszcze, z pożółkłymi kartkami, zapisanymi pięknym dużym pismem - dla mnie to właśnie jest dużo więcej warte, niż dzisiejsze książki kucharskie, pięknie drukowane na lśniącym papierze... Ja zresztą uwielbiam wszystko, co stare, co zapomniane... Takie rzeczy są więcej warte, bo pełne są wspomnień - nie moich, ale mojej mamy czy babci.

Takie opowieści, ze swojego życia (a ile z tego łączy się z życiem książkowej Ludmiły!), z życia bliskich, zebrała wraz z nieodłącznymi przepisami Katarzyna Enerlich - jedna z moich ulubionych autorek. Prowincję kocham od samego początku, z każdym tomem coraz bardziej, bo coraz bardziej potrafię docenić to, co mam, że też mam gdzieś swoją prowincję, gdzie lubię wracać, gdzie zielenią się wiosną, a czerwienią jesienią drzewa, gdzie odpoczywam i nie myślę o niczym, z dala od świata i ludzi. Ale Kasia Enerlich ma tutaj jeszcze większą zasługę: chociaż zawsze starałam się odżywiać zdrowo, to dzięki niej chcę jeszcze zdrowiej, w myśl zasady: jesteś tym, co jesz. To dzięki niej od dłuższego czasu myślałam o ograniczeniu mięsa, aż w końcu postanowiłam zrezygnować z niego w ogóle (na razie na jakiś czas). I to dzięki niej jakoś tak zaczęłam bardziej doceniać to, co mnie otacza, zwłaszcza, gdy jestem bliżej natury... Dzięki niej poznałam moc ziół i zwykłych chwastów z przydomowego ogródka, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi, chyba że chce się ich pozbyć. Kiedyś nasze babki leczyły się ziołami, dziś wystarczy wyskoczyć do pobliskiej apteki, kupić magiczne tabletki i ból znika... na godzinę, na dwie... A potem kolejna cudowna, chemiczna tabletka. Dziś ludzie masowo odżywiają się paczkowanymi produktami, których nawet nie trzeba wrzucać do garnka, ale które zawierają tak wiele różnych substancji chemicznych i konserwantów, co tablica Mendelejewa. Aż strach pomyśleć, co będzie za kilkanaście, kilkadziesiąt lat. I nie tylko jeśli chodzi o jedzenie. Wyrzuciłam telewizor ze swojego życia kilka lat temu, czasem ludzie dziwnie na mnie patrzą, bo jak to, nie mam telewizora? Nie oglądam? Nie, bo dla mnie to strata czasu, wolę wziąć do ręki książkę... Ale to długi temat i na osobną notkę.

Katarzyna Enerlich pokazuje nam inną jakość życia - jedni ją znajdą w jej książkach, innych zainteresuje historia Ludmiły... Ale każdy powinien coś z tego wynieść - nie da się inaczej. Ja pokochałam tę serię od samego początku i nic już tego nie zmieni - zmieniło za to moje myślenie o różnych sprawach i nie tylko. I tak właśnie jest z serią prowincjonalną - ona wywiera wpływ na każdego, mniejszy lub większy - i nie zrobi tego pojedynczy tom, ale cała seria po kolei już tak... Jeśli jesteście na to gotowi, to sięgajcie po pierwszy, potem drugi, trzeci... reszta przyjdzie sama, a razem z nią niespodzianki w waszym życiu - nie na gorsze, na lepsze.


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mg
http://www.wydawnictwomg.pl/
Zostać wege na 30 dni

Zostać wege na 30 dni


A dlaczego tylko na 30, a nie na zawsze...? Bo te trzydzieści dni to będzie eksperyment i sprawdzian. Nigdy jakoś szczególnie nie pałałam miłością do mięsa, ale jadłam - bo tak było u mnie w domu od urodzenia, bo jedzą wszyscy, bo co mi zostanie, jak wykluczę mięso - sam chleb i woda?... Potem jakoś, mieszkając już sama, zaczęłam jeść więcej warzyw, ale to mięso też zawsze było, chyba z przyzwyczajenia. Nie jestem jednak na wskroś mięsożerna - nie jadam wędliny na śniadanie (ba, w ogóle nie kupuję wędliny jak doszłam do wniosku, że śmierdzi po 2 dniach i ocieka... wodą?...), kotleta na obiad itp. O wykluczeniu mięsa myślałam jednak od kilku dobrych... miesięcy... Ale zawsze coś tam wpadło. A to jakiś kurczak w niedzielę, a to jakaś tam - sporadycznie - wędlina na śniadanie - zazwyczaj z TeŻetem, bo on bez mięsa nie wyobraża sobie życia i dla niego bez mięsa nie ma obiadu. Tak samo moja mama (u niej jadam rzadziej, bo daleko). Gdy jestem jednak sama, kupuję mięso tak rzadko, że prawie wcale.... Wróć - kupowałam. Teraz bowiem nie mam zamiaru go kupować w ogóle. Co najmniej przez 30 dni.

Dlaczego trzydzieści? Bo nie mam nad sobą bata, że teraz już do końca życia i kropka. Mam 30 dni (właściwie już 27). A czas pokaże co będzie potem. I myślę, że nie będzie z tym większych problemów, biorąc pod uwagę moją dotychczasową dietę. Teraz jednak robię to w pełni świadomie. Doszłam do wniosku, że mięso nie jest mi do szczęścia potrzebne. Nie wiem jeszcze, jak zareaguje na to mój TeŻet, znajomi, rodzina - zobaczymy, za miesiąc. Ten miesiąc to będzie taki sprawdzian tego, jak się będę czuła jako wegetarianka :-) A czas pokaże, czy 30 dni przerodzi się w dłużej.

A pisząc o tym będę miała więcej motywacji, aby wytrwać, niż gdybym sobie ot tak postanowiła tylko we własnej głowie. To do czegoś zobowiązuje, prawda? :-) To jest takie postanowienie/wyzwanie nie-książkowe, bo nie samymi książkami człowiek żyje... Ciekawa jestem, ile wege chowa się wśród osób zaglądających tutaj...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

I jeszcze krótka notatka na temat posta i Książki na sierpień. Ponieważ nikt jeszcze nie zgłosił się do tego, aby ją otrzymać (nikt nie chce?), książkę wyślę pierwszej osobie, która wyrazi chęć jej przeczytania/posiadania i da mi o tym znać, najlepiej pod tamtym postem właśnie. Dalsze edycje oczywiście będą, ale być może też na zasadzie 'kto pierwszy, ten lepszy' - zobaczymy.
Książka na sierpień #1 ...bo książki są po to, aby je czytać

Książka na sierpień #1 ...bo książki są po to, aby je czytać


Przeczytałam ostatnio mądre zdanie na temat książek. Nie pamiętam już, jak dokładnie ono brzmiało, jednak generalnie chodziło o to, że książki są po to, aby je czytać, nie powinny zalegać na półkach raz przeczytane, powinny mieć swoją duszę, historię. Spodobało mi się to od razu, bo w stu procentach się z tym zgadzam. Dlatego właśnie tak bardzo lubię biblioteki, ich klimat, to, że tam każda książka na półce może opowiedzieć swoją własną historię - a każda ma tę historię inną. Biblioteki właśnie dlatego są magiczne - nie wiem, czy kiedykolwiek spełni się jedno z moich marzeń, by pracować wśród książek lub starych dokumentów, ale wiem, że biblioteka to będzie miejsce, gdzie będę chodzić zawsze - nieważne, gdzie będę się w danej chwili znajdować.

To tak w ramach wstępu. Po to, aby w myśl tego, co przed chwilą napisałam przedstawić Wam pewną akcję - chociaż słowo akcja czy projekt to za dużo moim zdaniem powiedziane, a i na sam pomysł  wpadło wielu przede mną. Na mojej półce zalega trochę książek. Część z nich to moje perełki, których nie oddam nikomu, to te, do których jestem przywiązana i żadna siła ich ode mnie nie odciągnie. Ale są takie, które z chęcią puściłabym w świat. Do których przywiązana jestem mniej, ale każda z nich przecież zasługuje na to, żeby być czytaną. U mnie to się nie zdarzy - bo wiem, że do niektórych książek już nie wrócę. A leżą, leżą, i pewnie nawet nikt oprócz mnie o nich nie wie. Szkoda ich. Książki naprawdę muszą być czytane, takie jest ich przeznaczenie. Dlaczego mam im to odbierać?...

Postanowiłam więc podzielić się nimi z moimi czytelnikami. Z Wami. Co miesiąc więc, na początku każdego miesiąca w miarę możliwości, będę Wam przedstawiać tytuł, po który będzie można się zapisywać w komentarzach. Wystarczy mi do tego tylko Wasz adres e-mail, abym mogła się skontaktować z osobą, która książkę w ostateczności otrzyma. Nie będzie żadnych konkursów, żadnych zadań, wymyślania haseł czy tym podobnych. Osobę do pierwszej książki wylosuję, ale to od Was zależy w jakiej formie to będzie działało dalej: czy chcecie losowanie, czy 'kto pierwszy ten lepszy', czy jeszcze jakąś inną formę wyboru szczęśliwca. Jak macie jakieś pomysły, to dawajcie, również pod tym postem - może wpadnie Wam do głowy coś innego niż mnie. Byle by to było zwykłe wpisanie się i nie wymagało zbytniego wysiłku - jedynie chęci przeczytania (czy posiadania) książki. Bo taki ma być tego cel. Na zapisy będzie góra kilka dni, a do wybranej osoby książka powędruje również w kilka dni. Tyle.

To od Was zależy, co z otrzymaną książką dalej zrobicie. Zależy mi jedynie na tym, aby zgłaszały się osoby, które naprawdę chcą dany tytuł przeczytać i to zrobią, ewentualnie komuś podarują. Super byłoby i naprawdę cieszyłabym się z tego, gdyby po przeczytaniu poszła ona dalej w świat, jednak ja już na to nie mam wpływu - możecie zatrzymać ją na półce, oddać komuś, oddać do pobliskiej biblioteki. Niech będzie czytana - książki muszą być czytane, nie mogą zalegać zapomniane na półkach. O to głównie w tym wszystkim mi chodzi. U mnie na półce już pożytku z nich nie będzie, ale jeśli ktoś jeszcze choć raz je przeczyta, to będę się cieszyć.

A może kiedyś mi się to zwróci? Na przykład w wymarzonej pracy albo wygranej szóstce w totolotka? :-)

Pierwszą książką, czyli KSIĄŻKĄ NA SIERPIEŃ ogłaszam:


Jest to trzecia część trylogii kwiatowej, być może ktoś już ma dwie poprzednie, a nie ma ostatniej, a może po prostu chciałby ją przeczytać ot tak (bo można, chociaż wątki się łączą, to można i oddzielnie, przecież nikt nam nie zabroni, prawda?). Egzemplarz jest w idealnym stanie, czytany tylko przeze mnie.

Wpisujcie swoje adresy mailowe, czas jest do poniedziałku do 23.59, we wtorek wylosuję osobę i poinformują ją mailem, na adres też będę czekać ok. 2 dni, jeśli go nie dostanę, wylosuję kogoś innego.
A jeśli macie jakieś uwagi, komentarze, też je wpisujcie - wszystkie mile widziane :-)
Miłość zimniejsza od śmierci

Miłość zimniejsza od śmierci

Literatura rosyjska zawsze była trochę specyficzna i charakterystyczna, od innych literatur różni się trochę do dziś. Nawet zwykłe kryminały, weźmy na przykład książki Aleksandry Marininy, mają trochę inny klimat od tych skandynawskich, angielskich czy polskich. To prawda, każdy kraj ma swoją specyfikę, swój charakterystyczny styl, ale Rosja to już zupełnie inna bajka, inny wymiar, czy to kryminału, powieści obyczajowej czy romansu. I właśnie chyba to najbardziej przyciąga mnie do rosyjskich pisarzy - ta niepowtarzalność.

Powieści Anny Małyszewej strasznie trudno znaleźć gdziekolwiek. Czasem jakaś pojedyncza książka jest do znalezienia w jakiejś małej bibliotece, ale przeważnie jest to jeden egzemplarz jakiegoś tytułu. Pewnie w internecie są do kupienia jej książki, ale ja ani nie mam czasu na to, ani już miejsca na półkach. Ja jestem z tych, co skoczą raz na jakiś czas do biblioteki publicznej, wypożyczą, i po jakimś czasie oddadzą - ja wbrew pozorom lubię takie czytanie, bo książki nie zalegają mi na półkach (chyba, że jest to coś, co muszę mieć), mogę czytać co chcę, nie muszę kupować czegoś, co interesuje mnie tylko przez chwilę i niekoniecznie muszę to posiadać. Biblioteki więc wszelakie uwielbiam - również ten klimat i to, że książki tam mają historię - każda swoją. 

Wracając do Małyszewej - pierwszą jej książkę wypożyczyłam właśnie w ten sposób - przypadkiem w bibliotece, teraz tę, drugą, w podobny sposób. Obie wołały do mnie: weź mnie! No i wzięłam, głównie dlatego, że czułam, że to będzie dobra literatura, a Miłość zimniejszą od śmierci wypożyczyłam najzwyklej w świecie dlatego, że podobała mi się pierwsza jej książka. Wiedziałam już, czego się spodziewać po tej autorce, i wiedziałam, że się na niej nie zawiodę. Nie zawiodłam się, bo jej powieści są dość specyficzne. To nie jest kryminał w pełnym słowa tego znaczeniu, w sumie trudno ją w ogóle nazwać kryminałem. Małyszewa nie klasyfikuje się ściśle do jednego gatunku literackiego, to jest zawsze zlepek różnych gatunków, ale tak ze sobą powiązanych, że zawsze wychodzi z tego super książka. Przeczytałam co prawda dopiero dwie, ale już mogę o tej autorce powiedzieć, że jest w gronie moich ulubionych i jak najbardziej warta tego, żeby się nią zainteresować, bo po prostu pisze świetnie, czyta się ją lekko i szybko, ale i nie wykłada nam wszystkiego wprost, paru rzeczy trzeba się domyśleć, pisze tyle, ile trzeba. Tę charakterystyczną rosyjską mentalność czuć tutaj od pierwszych stron. Ja uwielbiam taką formę literatury, w ogóle uwielbiam rosyjskich pisarzy, chociaż wielu ich w swoim życiu nie czytałam, ale na pewno to jeszcze nadrobię.

O czym jest książka? Cóż, w wielkim skrócie: Lida, studentka ostatniego roku przekładu literackiego, podejmuje się napisania dalszej części niedokończonej przez Dickensa powieści "Tajemnica Edwina Drooda". To, co spotka ją po drodze do celu będzie równie dziwne i tajemnicze, co tytuł owej książki. Do tego nagle znika jej druga połówka, a najlepsza przyjaciółka też okazuje się mieć niemało tajemnic. Miłość zimniejsza od śmierci, chociaż o typowo kryminalnym tytule, z kryminałem ma niewiele wspólnego, tak jak napisałam wcześniej. Ale na pewno warta jest tego, żeby tej książki poszukać i przeczytać - mnie wciągnęła od pierwszych stron. Ale taki już urok Anny Małyszewej.
Ach!... Kraków!

Ach!... Kraków!


Nigdy nie byłam w Krakowie. Oglądałam zdjęcia, słuchałam, marzyłam, ale nigdy tam nie byłam, mało tego - zawsze zazdrościłam jego mieszkańcom, że mieszkają w tak wspaniałym mieście. Nie znałam Krakowa osobiście, choć na moim karku niedługo wybije trzecia dekada... aż do teraz. Ja po prostu musiałam do tego Krakowa w końcu pojechać, przekonać się na własnej skórze, co tak cudownego jest w tym mieście, dlaczego zawsze tam jest tylu turystów... Przybyłam więc, zobaczyłam... i... przepadłam.

"Dziś idę walczyć, Mamo!"...

"Dziś idę walczyć, Mamo!"...

Dziś idę walczyć - Mamo!
Może nie wrócę więcej,
Może mi przyjdzie polec tak samo
Jak, tyle, tyle tysięcy

Poległo polskich żołnierzy
Za Wolność naszą i sprawę,
Ja w Polskę, Mamo, tak strasznie wierzę
I w świętość naszej sprawy

Dziś idę walczyć - Mamo kochana,
Nie płacz, nie trzeba, ciesz się, jak ja,
Serce mam w piersi rozkołatane,
Serce mi dziś tak cudnie gra.

To jest tak strasznie dobrze mieć Stena w ręku
I śmiać się śmierci prosto w twarz,
A potem zmierzyć - i prać - bez lęku
Za kraj! Za honor nasz!

Dziś idę walczyć - Mamo!


Poezję, szczególnie tę wojenną, ale nie tylko, tak naprawdę zaczęłam doceniać niedawno... W szkole zazwyczaj trzymałam się od niej z daleka, ale na szczęście człowiek zazwyczaj mądrzeje wraz z wiekiem (choć też nie wszyscy)... Poezja z okresu Powstania Warszawskiego jest jednak szczególnie jakoś mi bliska, sama nie wiem dlaczego, być może dlatego, że powstanie od samego początku było skazane na klęskę i... tak jakoś smutno po prostu. Nie przypadkowo więc wybrałam dzień na opublikowanie tego posta.

Czekamy ciebie, czerwona zarazo,
byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
byś nam Kraj przedtem rozdarłwszy na ćwierci,
była zbawieniem witanym z odrazą.

Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu
zbydlęciałego pod twych rządów knutem
czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem
swego zalewu i haseł poszumu.

Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,
morderco krwawy tłumu naszych braci,
czekamy ciebie, nie żeby zapłacić,
lecz chlebem witać na rodzinnym progu.

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco,
jakiej ci śmierci życzymy w podzięce
i jak bezsilnie zaciskamy ręce
pomocy prosząc, podstępny oprawco.

Żebyś ty wiedział dziadów naszych kacie,
sybirskich więzień ponura legendo,
jak twoją dobroć wszyscy kląć tu będą,
wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia

Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli
nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej
skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,
cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.

Legła twa armia zwycięska, czerwona
u stóp łun jasnych płonącej Warszawy
i scierwią duszę syci bólem krwawym
garstki szaleńców, co na gruzach kona.

Miesiąc już mija od Powstania chwili,
łudzisz nas dział swoich łomotem,
wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem
powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.

Czekamy ciebie, nie dla nas, żołnierzy,
dla naszych rannych - mamy ich tysiące,
i dzieci są tu i matki karmiące,
i po piwnicach zaraza się szerzy.

Czekamy ciebie - ty zwlekasz i zwlekasz,
ty się nas boisz, i my wiemy o tym.
Chcesz, byśmy legli tu wszyscy pokotem,
naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

Nic nam nie robisz - masz prawo wybierać,
możesz nam pomóc, możesz nas wybawić
lub czekać dalej i śmierci zostawić...
śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.

Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska - zwycięska narodzi.
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić
czerwony władco rozbestwionej siły. 

Oba powyższe wiersze, zarówno "Dziś idę walczyć, Mamo", jak i "Czerwona zaraza" napisane zostały przez Józefa Szczepańskiego, "Ziutka" (1922-1944), poetę czasów Powstania Warszawskiego, żołnierza Parasola. Oba utwory były jednymi z ostatnich wierszy Ziutka, jego przepowiednie sprawdziły się niestety dość szybko, zmarł w początkach września wskutek odniesionych ran. Mimo bardzo młodego wieku był bez reszty oddany ojczyźnie i Warszawie, wielki żołnierz i poeta i po prostu wielki człowiek... 

A na koniec jeszcze jeden wiersz Szczepańskiego, w trochę innej wersji i myślę, że znany większości:


Co czytać w wakacje?

Co czytać w wakacje?


No właśnie, co czytać? W sumie nie powinnam mieć problemu, jest jeszcze tyle książek nieprzeczytanych, co tydzień wychodzi tyle nowości, moja wirtualna półka z książkami do przeczytania raczej nie uszczupla się, a powiększa, a ja pytam, co czytać?..  A no właśnie, dlatego pytam... Za dużo tego wszystkiego, za duży wybór, ja takich wyborów nie lubię, bo mam niemały problem... Wolę wybrać jedno z dwóch, a nie ze stu dwóch... No ale z książkami tak jest, jest ich milion i raczej w najbliższym czasie nic się nie zmieni...

Ja jednak potrzebuję jakiejś inspiracji, czegoś, co mnie natchnie... co nie będzie zbyt wymagającą lekturą, jakaś literatura kobieca na przykład, albo jakiś kryminał - bo kryminały kocham... Jakąś książkę idealną do tego, żeby wziąć ją do pociągu i zapomnieć o dwugodzinnej jeździe, albo rozłożyć koc w ogrodzie i po prostu czytać... I koniecznie: książkę w formie książki, papierową, namacalną - od trzech tygodni męczę bowiem kolejnego e-booka i nie mogę powiedzieć, że to co czytam, jest nieciekawe, wręcz przeciwnie, ale... na e-booki już powoli patrzeć nie mogę. Książka na wakacje ma być książką, nie sądzicie?...

Dlatego też mam do Was pytanie: co czytacie w wakacje? Czytacie więcej czy mniej? Są to książki lżejsze, czy bardziej wymagające? Jakiś konkretny gatunek? I co czytacie akurat teraz, obecnie? Może złapię jakąś inspirację, polecę do biblioteki i coś fajnego dzięki Wam wypożyczę?...
Płomień Crossa

Płomień Crossa

Czasem mam wrażenie, że takie książki już są nie dla mnie... Że jestem za stara na taką literaturę, że to inny rodzaj odbiorców i ja się do nich nie zaliczam... Ale z drugiej strony dla kogo? Dla nastolatek? Ja wiem, że czytają to nastolatki, chociaż szczerze mówiąc sceny w tej książce każą zaklasyfikować ją do kategorii 18+ i nie dopuszczać nikogo, kto jest choćby o miesiąc młodszy... No ale nie o współczesnej edukacji seksualnej chcę tutaj pisać, bo temat jest długi, szeroki i każdy ma o nim inne zdanie, ja pełnoletność osiągnęłam już dość dawno, inaczej było wtedy, inaczej jest teraz. Ma być o drugiej części trylogii Sylvii Day, więc...

Jakoś tego typu powieści zupełnie do mnie nie przemawiają. I z reguły trzymam się od nich z daleka. Na początku odrzucało mnie od niej podobieństwo do oklepanego już wszerz i wzdłuż Greya, ale... przeczytałam pierwszą część. I o dziwo na tyle mi się spodobała, że sięgnęłam po część drugą. Tak, "podobała" to jedyne, na co się mogę przy niej zgodzić, a uwierzcie, to i tak dużo. Nie powiem, że jest świetna, nie napiszę, że trudno się od niej oderwać, ale... jak się już zacznie czytać, to się czyta. Tak zwyczajnie, bo po prostu chcę się wiedzieć, co będzie dalej. Ta ciekawość właśnie sprawiła, że przeczytałam do końca pierwszy tom, ona też doprowadziła do tego, że przeczytałam i drugi. I wiecie co? Nie odrzuca mnie od niej tak jak od słynnego już, wspomnianego wcześniej osobnika z innej powieści. Zresztą, trudno taką literaturę nazwać literaturą tak naprawdę, to jest taki odmóżdżacz, którego czasem potrzeba człowiekowi. Jak na przykład studentce historii po sesji :-) I z przyjemnością muszę stwierdzić, że swoje zadanie spełniła znakomicie, a nawet jeszcze pozostawiła chęć kontynuacji tego, w co wdepnęłam. I pewnie przeczytam ten trzeci tom, i pewnie czwarty też, o ile nie zrobi się mega nudno - a mam nadzieję, że nie zrobi. Bo czwarty też jest, mam rację?...

Ta książka jest o tyle lepsza od tamtej, której już nie chcę nawet wymieniać z tytułu, że coś jednak się w niej dzieje więcej niż tylko seks, ochy i achy nad głównym bohaterem i znowu jeszcze bardziej wyuzdany seks. Ba, jestem skłonna nawet napisać, że dzieje się, bo został dołączony wątek kryminalny wręcz - co prawda zaczął się dopiero, a już druga część się skończyła i nic nie wiadomo... Ale jest. Nie tylko jest miłość i seks, ale i jest coś więcej. A to mi się podoba. Chociaż i tak uważam, że ta książka nie jest w pełni dla mnie... No nie wiem, za stara na nią nie powinnam być, no bo kiedy mam czytać takie "powieści", jak będę mieć 50 lat? Chyba nie bardzo.
Niemiecki bękart

Niemiecki bękart

Jakoś tak... zapomniałam i o Camilli, i o całej tej serii... Sama nie wiem, dlaczego, bo bardzo mi się poprzednie książki podobały, ale tak to już jest, że rynek zalewa nas wciąż nowościami, bestsellerami, a o wcześniej wydanych książkach i o tych 'must read' po prostu się zapomina... Jak to dobrze, że od czasu do czasu przypominają nam o nich wirtualne półki na LC :-) Chociaż w tym przypadku o Camilli Läckberg przypomniał mi mój własny czytnik podczas przeglądania pozycji jeszcze nieprzeczytanych i zastanawiania się 'a co by tu teraz poczytać'...

Ja wręcz uwielbiam skandynawską literaturę, kocham Nessera, pałam wielką miłością do Mankella itd., Camilla Läckberg pisze od nich obu trochę bardziej 'lekko', tak lżej się czyta te powieści, ale wcale im to nie umniejsza, wręcz przeciwnie i dzięki temu tę autorkę również swego czasu polubiłam. Niemiecki bękart jest kolejną częścią cyklu, który można czytać jak popadnie albo przeczytać sobie po prostu jedną książkę, obojętnie jaką i nic się nie straci. Powiązania są, ale głównie w życiu prywatnym głównych bohaterów, co nie znaczy, że gdy się tych faktów nie zna, to się nie zrozumie fabuły. Podoba mi się to w tych skandynawskich cyklach i seriach, że można sobie czytać te książki jak się chce i to, na co się ma aktualnie ochotę albo co wpadnie właśnie w ręce. Fajne jest to, bo przyznam szczerze, czasem mnie męczy szukanie kolejnego tomu - często okazuje się bowiem, że są wszystkie oprócz tego, który chcę. Camillę co prawda czytam po kolei, ale równie dobrze mogłabym ją czytać od końca i też by mi się te książki podobały tak samo.

Dobrym rozwiązaniem w Niemieckim bękarcie jest to, że akcja dzieje się tutaj równolegle w dwóch odległych od siebie czasach: drugiej wojny światowej i współczesnych... Ja lubię takie książki, które odrywają mnie od czasu do czasu od tego, co się właśnie dzieje, aby przenieść do przeszłości i odkrywać tamte tajemnice. A że fanką kryminałów jestem niemalże od zawsze, tym bardziej mi się ta książka podobała - trochę historii, trochę więcej tajemnicy i jeszcze więcej zbrodni - to lubię. I polecam wszystkim, którzy lubią odrobinę dreszczyku, tajemnice przeszłości i kryminały same w sobie - idealna jest ta powieść zarówno na wakacje, jak i na senny zimowy wieczór przy kominku.
Niemoc, lenistwo... a może coś jeszcze innego?

Niemoc, lenistwo... a może coś jeszcze innego?


A może to po prostu zwykłe znużenie, zmęczenie materiału? Szczerze mówiąc nie wiem i również nie wiem, do czego to zmierza... Chociaż doskonale wiem, czym jest spowodowane - całym rokiem akademickim, który dla niektórych już się skończył, dla mnie teoretycznie też, ale wciąż wiszą nade mną dwa przedmioty, które musiałam zostawić na wrzesień. Nie lubię tego. Nie lubię mieć nad sobą czegoś, czego nie mogę zrobić już teraz i mieć tego po prostu z głowy. Nie lubię i już. Ale nie miałam wyjścia.

Niemoc była przymusowa, bo cały czerwiec poświęciłam na naukę do sesji. Wynik jest taki, że nie mogłam przez kilka dni patrzeć na książki, więc wzięłam do ręki swój czytnik, bo książek w wersji tradycyjnej miałam serdecznie dosyć. I wcale mnie ten fakt nie dziwi. Każdy by miał. Teraz coraz częściej patrzę z tęsknotą na półkę, coraz częściej mam ochotę odłożyć Kindla na rzecz zwykłej książki. Tak mam, że wracam na zmianę do obu tych wersji co jakiś czas. Ale i tak ostatnio jakoś czytam mniej.
Ale sesja się skończyła, ja mam trochę więcej czasu, powinnam go umiejętnie wykorzystać, a... nie potrafię. Co widać było po nieobecności na blogu, po ilości przeczytanych książek, po wszystkim. I nie wiem na razie, jak to zmienić. I nie wiem, czy mi się chce. Bo nie o to tu chodzi, żeby się do czegoś zmuszać, ale o to, żeby robić, to co lubimy, z przyjemnością i żeby sprawiało nam to radość, prawda? Ale z drugiej strony chciałabym się już ogarnąć choć trochę, bo coś czuję, że wlazłam w jakiś labirynt, w który wchodzę coraz głębiej, a coraz trudniej odnaleźć drogę do wyjścia... Na szczęście chyba zrobiłam już w tył zwrot i będę szukać tej drogi powrotnej. Lato ucieka, trzeba działać!

Wymęczył mnie ten rok akademicki okropnie, naprawdę. Nic dziwnego, że marzy mi się urlop od wszystkiego, od pracy, książek i w ogóle... Poleżenie na słońcu (tę książkę oczywiście też bym wzięła, najlepiej jakiś kryminał), w ogrodzie na wsi u rodziców, albo jakiś aktywny wyjazd ze zwiedzaniem... I po prostu taki zwyczajny odpoczynek. I nie myślenie przede wszystkim. Zatopienie się w przyjemnościach i już.
Upalne lato Gabrieli

Upalne lato Gabrieli

Biorąc pod uwagę ostatnią aurę pogodową ta książka jest  idealna do tego, żeby ją teraz recenzować :-) Chociaż do moich rąk trafiła dość dawno temu, sporo też przeczekała na swoją kolej, bo ważniejsze rzeczy miałam na głowie, jak np. uczelnia, ale gdy już po nią sięgnęłam... Potem znowu dość sporo czasu minęło, aż w końcu postanowiłam napisać o niej kilka słów... Szczerze mówiąc, to ogarnęła mnie ostatnio jakaś niemoc i nie chce odejść, może to zmęczenie nauką, pracą i w ogóle wszystkim. Co będzie dalej - nie wiem :-)

Upalne lato Gabrieli jest trzecią częścią trylogii Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak. Pierwsza, z tego co pamiętam, nie bardzo mnie porwała... Z drugą już było o niebo lepiej, coraz lepiej, bo czytałam ją z wielką przyjemnością. Od Gabrieli... cóż... nie mogłam się oderwać i przeczytałam ją niemalże w jeden dzień... Nie wiem, czemu tak dziwnie mi się ułożyło z tą serią, że im dalej w las, tym bardziej mnie wciągała... Ale tak właśnie jest. Myślę, że nie pomylę się za bardzo, gdy stwierdzę, że ten cykl jest jak wino, które im starsze, tym lepsze - tutaj ta seria dojrzewa wraz z historią, którą opisuje, a raczej trzema historiami, które są historiami trzech innych osób, ale powiązane są ze sobą bardzo mocno. Tak, owszem można je czytać niezależnie, jak oddzielne powieści, ale moim zdaniem nie odnajdzie się tu wtedy tego całego uroku, jaki roztacza wokół siebie Upalne lato, nie odnajdzie się tej głębi, która w tych historiach tkwi, tego się po prostu nie poczuje. Nie poczułoby się tego również wtedy, gdyby nie czekało się na kolejny tom tyle czasu - to również sprawia, że ta historia ma coś w sobie. Na początku irytowało mnie to, że przerwy między poszczególnymi tomami to całe pokolenie, teraz widać, dlaczego tak było i dlaczego nie mogło być inaczej. Gdyby tego wszystkiego,  o czym wspomniałam powyżej, nie było, byłyby to zwykłe powieści na lato. Ale nie są.

Czytałam tę książkę dość dawno temu, ale czytałam ją w ogródku, leżąc na słońcu, w spokoju, wiejskiej ciszy, nikt mi nie przeszkadzał. Może właśnie dlatego tak mnie wciągnęła... takie powieści w takich okolicznościach przyrody robią na mnie jeszcze większe wrażenie. Tak samo jest z książkami Katarzyny Enerlich, tak samo z książkami tej autorki, chociaż literatura obu nie ma ze sobą wiele wspólnego. Będzie więc krótko i na temat: polecam całą tę trylogię - od początku, tom po tomie - tylko wtedy odnajdzie się jej prawdziwy urok. 


Za powieść serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mg

Nie oddam dzieci

Nie oddam dzieci

Minęło już sporo czasu, odkąd tę książkę przeczytałam… Tak się jednak jakoś nie mogłam zebrać w sobie, żeby cokolwiek o niej napisać. Naczytałam się masę recenzji przed, i o zgrozo!, wcale te recenzje nie były najlepsze… Więc tak trochę jak pies do jeża podeszłam do tej książki, a potem zajęłam się nauką, sesją egzaminacyjną, życiem pozablogowym i… czas zleciał… Nie wiem nawet kiedy, ale widzę, że leci niemiłosiernie, bo wydawało mi się, jakbym ostatnią notkę na tym blogu pisała tak niedawno temu, a tu już koniec miesiąca… Za chwilę przyjdzie lipiec.

Wracając do książki… Lubię Katarzynę Michalak, lubię oderwać się czasem od rzeczywistości, przenieść do czasem idealnego, czasem niekoniecznie, świata jej bohaterów, w którym i tak wszystko zawsze dobrze się kończy. Lubię tę jej literaturę, przyznaję się bez bicia, chociaż czasem mnie wkurza tą swoją idealnością, to jednak coś w tych powieściach jest takiego, że po lekturze czasem trudno się pozbierać albo tkwi w nas taka tęsknota, że to jednak książka, a nie nasze własne życie… Cieszyłam się więc, że mam na półce Nie oddam dzieci, że kolejna książka czeka, książka, która przecież musi mnie porwać, musi się spodobać, bo jeszcze się na książkach Kasi nie zawiodłam… Potem przyszły negatywne recenzje, a ja zaczęłam myśleć: qrcze, chyba jednak odłożę tę książkę na jakiś bliżej nieokreślony czas. Przestałam jakoś mieć na nią taką jak wcześniej ochotę. Ale z braku laku w końcu po nią sięgnęłam i pomyślałam: zobaczymy, co to takiego autorka tym razem wymodziła, co się tak ludziom nie podoba…

Wiecie co? Ta książka jest do przeczytania. Naprawdę. Muszę się jednak zgodzić z większością, że… to nie jest to, co wcześniej. Temat fajny, można by z niego stworzyć naprawdę świetną powieść, gdyby to wszystko nie było potraktowane tak do bólu powierzchownie. Zarówno bohaterowie, akcja, wydarzenia – wszystko to takie po macoszemu, jakby brakowało pomysłu na tę książkę, miało się tylko plan wydarzeń i opisywało po kolei, bez żadnych emocji, fakt po fakcie. Katarzyna Michalak zawsze potrafiła we mnie wzbudzić masę emocji, czy to pozytywnych, czy negatywnych, Nie oddam dzieci nie wzbudziło praktycznie żadnych… Wszystko potoczyło się szybko, moim zdaniem zdecydowanie na szybko, za łatwo, ot, historia się zaczęła, kilka stron, bum! Koniec. Nie rozkręciła się ta książka w ogóle, a już się skończyła… I to jest mój główny zarzut co do niej, to mi najbardziej utkwiło w pamięci, a skoro tylko to, to znaczy, że jednak faktycznie trochę nie to dostałam, czego naprawdę oczekiwałam. Tyle w tym temacie.

Chociaż powtarzam: jest do przeczytania. Nie miałam ochoty nią rzucać o ścianę albo wywalić przez okno, ale mnie nie porwała. Skończyłam ją zupełnie bez entuzjazmu, bo była krótka (co jest jej wadą niestety i zarówno zaletą), ale jakichś emocji ze mnie nie wykrzesała w ogóle, nie wczułam się w sytuację, po prostu stałam z boku i obserwowałam. Pewnie szkoda byłoby mi na nią czasu po raz drugi, niestety. Trudno. Nie można być idealnym za każdym razem, nikt z nas nie jest i autorka też nie. Każdemu pisarzowi zdarzają się lepsze i gorsze książki. Ta należy do tych drugich. Ale warto ją przeczytać, żeby wyrobić sobie własne zdanie na jej temat, a nie polegać na innych. A nóż widelec ktoś napisze naprawdę dobrą, pochwalną recenzję na jej temat?...
Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli