Podsumowania, plany, postanowienia

Podsumowania, plany, postanowienia

Koniec roku to jest chyba taki czas, że każdy, bez wyjątku, choćby nie wiem jak bardzo się zapierał - robi sobie w głowie jakieś podsumowania minionego roku. Każdy z nas, świadomie lub nie, czuję, że jakiś okres się skończył, jakiś się zaczyna. Każdy obiecuje sobie większe lub mniejsze rzeczy, nawet choćby miał je porzucić po miesiącu czy nawet tygodniu... Mnie to nigdy nie omijało, poza tym ja już tak mam, że ten koniec grudnia i początek stycznia to mój ulubiony czas w roku. I podsumowania zawsze robiłam siłą rzeczy, bo trudno nie robić, a ze mnie to taki sentymentalny typ. Jaki więc był ten mijający właśnie rok?...

Cóż... na pewno był... krótki. Niesamowicie krótki i szczerze mówiąc teraz się głowię i zastanawiam: kiedy on zleciał? To chyba prawda, że im człowiek starszy, tym chyba czas mu szybciej biegnie. Na pewno był pełen doświadczeń - nie tylko tych przyjemnych, ale i tych mniej przyjemnych. Tych drugich nawet w ogólnym bilansie ilościowym wyszło mi więcej, plusów mniej, ale dla mnie właśnie te plusy były ważniejsze. Więc w zasadzie chyba będzie po równo. Nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona (tak jak mówiłam rok temu o poprzednim), ale i nie mogę powiedzieć, że był całkiem do kitu, bo czegoś się nauczyłam, wiele zrozumiałam, i prawdą jest, że doświadczenie uczy w każdym wieku... A mi już tych latek trochę upłynęło.

A czego bym chciała w nowym roku? Cóż, mam oczywiście jakieś postanowienia, na pewno konkretniejsze niż rok temu. Jeśli chodzi o książki: więcej czytać po angielsku (co najmniej jedną książkę miesięcznie - spojrzałam na książki z tego roku i doszłam do wniosku, że nie przeczytałam żadnej! wstyd...). I w zasadzie to wszystko. Pewnie będzie jeszcze bardziej historycznie, siłą rzeczy, więc i to jest moim postanowieniem również.
Jeśli chodzi o bloga... chciałabym go nakierować na trochę ogólniejsze tematy, bo jak na razie to jest blog typowo książkowy... A ja bym chciała bloga takiego bardziej mieszanego, ale czy to się uda... zobaczymy, bo na to trzeba mieć czas. A wraz z nowym rokiem trochę w moim życiu się zmieni. 
I tutaj przechodzimy do ogólnych postanowień. Bo jeśli chodzi ogólnie... o moje życie... Chcę się w końcu ustabilizować. Dobrą pracą przede wszystkim, i to jest już właściwie w realizacji, pracę nową zaczynam po 6 stycznia. Na pewno będę dalej studiować, poza tym chcę się rozwijać, uczyć, chciałabym w końcu zrobić prawo jazdy... Chcę dalej biegać, chcę nadal zdrowo się odżywiać, uprawiać jeszcze jakiś inny sport, ewentualnie regularnie chodzić na siłownię. Chciałabym wyjechać na wakacje w końcu, choć na kilka dni, nawet i nie daleko, ale wyjechać i odpocząć od codzienności. Chciałabym, żeby ten rok był pełen wyzwań, ambitny i pracowity. I żebym mogła za rok podsumować go tak, jak rok temu: że to był wspaniały rok. 


Wam życzę dokładnie tego samego - abyście w Sylwestra 2015 mogli powiedzieć, że mijający rok był dla Was wspaniały. Żebyście zrealizowali wszystkie swoje postanowienia, żeby był zaczytany, obfity w mnóstwo wspaniałych książek, w mnóstwo wyjątkowych wydarzeń. Życzę Wam dużo miłości i nieskończonej ilości chwil spędzonych z tymi, których kochacie. Żebyście po prostu byli szczęśliwi. No i życzę Wam oczywiście wspaniałej zabawy, która być może czeka Was już za kilka godzin. 

Szczęśliwego Nowego Roku!!!
10 najlepszych książek 2014 roku

10 najlepszych książek 2014 roku


Rok 2014 właśnie się kończy. Aż nie do wiary, że to tak szybko zleciało, pamiętam zeszłe święta i Sylwestra, jakby były miesiąc temu, a tu mamy już za sobą kolejne, a Sylwester dosłownie za chwilę. Nie wiem, gdzie ten czas tak szybko ucieka, kiedyś płynął w normalnym tempie, teraz w jakimś mega zawrotnym, też macie takie wrażenie?...

Wiele osób w tym czasie robi większe i mniejsze podsumowania i siłą rzeczy i mnie to nigdy nie omija. Chociaż tutaj na blogu zawsze jakoś zgrabnie udawało mi się wymykać temu - w tym roku będzie inaczej, bo postanowiłam wybrać dla Was dziesięć książek - najlepszych książek 2014 roku. Ale nie książek wydanych w tym roku, najpopularniejszych, cieszących się największym zainteresowaniem - ale książek najlepszych, które mnie osobiście udało się w tym roku przeczytać. I chociaż ogólnie rok ten był trochę uboższy w literaturę dla rozrywki, a trochę bogatszy w pozycje naukowe i podręcznikowe, to z taką listą nie miałam większego problemu... 

Od razu jednak pragnę zaznaczyć: kolejność nie jest losowa! :-) Rok ten zdominowała u mnie Elżbieta Cherezińska, a Legion to była najlepsza z najlepszych książek, które przyszło mi przeczytać nie tylko w ostatnim roku, ale w ogóle przez ostatnie parę lat. Ta książka jest wybitna, genialna i w ogóle brak mi słów i bez wątpienia plasuje się na pierwszym miejscu. Na kolejnym znowu ta sama autorka oraz Korona śniegu i krwi i czytana chwilę temu Niewidzialna korona. Cherezińska to moje odkrycie tego roku, od razu stała się jedną z ulubionych autorek i mnie osobiście wcale to nie dziwi - zasługuje na to. A na równi z Cherezińską - Karol Bunsch. Kolejne odkrycie i kolejne mega zafascynowanie - aż szkoda, że się o tym autorze już nie pamięta. Ojciec i syn to kolejna jedna z najlepszych książek jakie czytałam w ogóle w życiu, podobnie jak wyżej wspomniany Legion - i po raz kolejny polecam, bo sama nie byłam zbytnio przekonana do serii Bunscha, teraz ją uwielbiam. 
Tak przedstawia się moje podium. Dopiero kolejne pozycje mogę umieścić w bardziej lub mniej pomieszanej kolejności, bo sama nie mogę się zdecydować na lepsze czy gorsze - podobały mi się w niemalże równym stopniu. Motyla Lisy Genovy przeczytałam w zastraszającym tempie i bez wątpienia była to książka, którą w tym roku przeczytałam najszybciej, Alibi na szczęście znają prawie wszyscy - kolejna powieść, od której trudno było mi się oderwać, podobnie jak W imię miłości Jodi Picoult. Shirley po raz kolejny przeniosła mnie do świata wiktoriańskiej Anglii, po niej w ogóle nie chciało mi się wracać do rzeczywistości; po Uratuj mnie sięgnęłam ze względu na autora i po raz kolejny mnie zaczarował, a Dzieci wolności, chociaż na początku nie zapowiadały się ciekawie, urzekły mnie tak, że szkoda było tę książkę kończyć, a to o czymś świadczy (jak również to, że się tutaj znalazła).

Czytaliście którąś z wymienionych przeze mnie książek?...
Niewidzialna korona

Niewidzialna korona

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2014
Liczba stron: 764
Koronę śniegu i krwi czytałam już jakiś czas temu, ciągle jednak miałam wielką ochotę wrócić do tej książki przez cały ten czas. Pamiętam tę książkę, jakbym skończyła czytać ją wczoraj. Nic więc dziwnego, że nie mogłam doczekać się, kiedy trafi w moje ręce jej kolejna część, wydana w tym roku Niewidzialna korona. Od początku, odkąd tylko wzięłam do ręki pierwszą powieść Elżbiety Cherezińskiej, ta autorka jest jedną z moich ulubionych, a pewnie i ulubioną w ogóle.

Pierwsza część, Korona śniegu i krwi, kończy się morderstwem Przemysła. I chociaż doskonale wiedziałam, jak skończył król, to jednak całe to zakończenie było dla mnie jak grom z nieba, bo dzięki Elżbiecie Cherezińskiej Przemysł II stał się jednym z moich ulubionych władców polskich. Niewidzialna korona jest kontynuacją tych wydarzeń, jej pierwszoplanową postacią staje się Władysław Łokietek i chyba nie będzie zaskoczeniem dla nikogo, a szczególnie dla tych, którzy już mnie trochę znają, że kolejny władca dołącza do grona moich ulubionych, ale nic nie poradzę też na to, że autorka ma niebywały talent do przedstawiania swoich postaci. I nie tylko ona. Ja wiem, że wiele tutaj ma do rzeczy również moje wielkie zainteresowanie Piastami, nie ma więc co się dziwić, że podczas Korony... moim ulubieńcem był Przemysł; że gdy czytałam Grę w kości, polubiłam Bolesława Chrobrego, że gdy wpadł w moje ręce Bunsch i jego Ojciec i syn, zapałałam wielką miłością do Mieszka; że teraz taki los spotkał również Łokietka... Dla mnie cała ta historia, ten okres, gdy powstawało państwo polskie, gdy na tronie zasiadała nasza pierwsza dynastia - dla mnie to wszystko jest tak uzależniające, tak niesamowicie ciekawe i intrygujące, że przychodzi od czasu do czasu taki czas w moim czytelniczym bycie, że nie mam ochoty czytać nic innego... I taki też okres chyba mam teraz.

Wypadałoby coś napisać o samej książce, bo zachwycać to ja się mogę w nieskończoność, ale i nie każdy ma ochotę o tym czytać. Ale i przy Niewidzialnej koronie ta recenzja po prostu nie ma szans być inna. Zainteresowanych odsyłam do mojej opinii o Koronie śniegu i krwi - dlaczego? Bo o tej powieści mogę napisać dokładnie to samo. Jak ja się cieszę, że jest w Polsce autor, współczesny autor, a raczej autorka, która potrafi w taki sposób przedstawić historię Polski. Nie miałam pojęcia, że to jest w ogóle możliwe, dopóki nie trafiłam na Cherezińską (i Bunscha, który niestety już nie żyje). Autorka dodatkowo urozmaica tę historię wątkiem fantastycznym, który niesamowicie mi się podoba, nie jest naciągany, subtelnie wpleciony w fabułę, nie ingerujący w żadne wydarzenia, ale bez niego to też nie byłaby ta sama książka.

Sposób, w jaki przedstawieni są poszczególni bohaterowie to kolejna rzecz, która zasługuje na pochwałę. Tutaj każdy bohater jest dopracowany ze szczegółami, każdy z osobna, i bohaterowie tej książki i to, jak są przedstawieni, to po prostu arcydzieło. Tak było w Koronie..., tak jest i tutaj. Nie każdy ma taki talent, jak ma Cherezińska. A Przemysł i Władysław tylko to potwierdzają. Nie lubicie historii? Nie cierpicie średniowiecza? Gwarantuję Wam, że po książkach Elżbiety Cherezińskiej co najmniej je polubicie. Tutaj się nie da inaczej. Tutaj po prostu człowiek uczy się historii nawet nie wiedząc o tym, a to jest właśnie najprzyjemniejsza nauka. To jest historia podana właśnie w taki sposób, jaki najbardziej lubię.

Zawsze właśnie ten okres w dziejach naszego kraju fascynował mnie najbardziej. Dlatego cieszę się, że tacy autorzy są. Powtórzę jeszcze raz to, co pisałam przy Koronie śniegu i krwi - jeśli kiedykolwiek miałabym napisać jakąkolwiek książkę, chciałabym, żeby to była książka właśnie w tym stylu. W żadnym innym. I będę zachęcać na wszelkie możliwe sposoby do czytania Cherezińskiej, bo to jest autorka, która po prostu na to zasługuje, jak nikt inny. I nie mogę doczekać się kolejnej kontynuacji tej opowieści. Chociaż doskonale ją znam to jednocześnie wiem, że autorka znowu mnie czymś zaskoczy i wiem, że znowu będę czytać tę książkę z wypiekami na twarzy. Oby powstała jak najszybciej.

Szczęście w cichą noc

Szczęście w cichą noc

Autor: Anna Ficner-Ogonowska
Wydawnictwo Znak, 2013
Liczba stron: 176
O ironio! Odłożyłam tę książkę do przeczytania na tydzień, dwa przed świętami, najlepiej na początku grudnia, leżała sobie na półce i leżała i... zapomniałam o niej! Przypomniało mi się dosłownie kilka dni temu, że leży sobie cicho przytłoczona innymi, większych rozmiarów i w ogóle jej nie widać. Ale chyba tak miało być, bo w tym roku atmosfera świąteczna jakoś w ogóle nie chce do mnie przyjść, jest deszczowo, temperatura na zewnątrz ok. 10 stopni powyżej zera, a o nadchodzących świętach przypominają jedynie sklepowe dekoracje. Wzięłam więc książkę z nadzieją, że trochę tej atmosfery świątecznej od niej uszczknę.

Szczęście w cichą noc to czwarty mini-tom trylogii Anny Ficner-Ogonowskiej; trylogii, którą zaczytują się niemalże wszystkie Polki (czwarty tom trylogii, co za dziwactwo...). Ja również miałam taki czas. Polubiłam bardzo atmosferę w książkach autorki, ciekawa więc byłam, co to takiego, ten mini-tom... Bo niby wszystko już zostało zakończone, wszystko się wyjaśniło, skończyło pięknie... 

Ta książka to jednak taka kropka nad i. Zwieńczenie całej tej serii. Idealna do czytania właśnie w takim czasie, w jakim jesteśmy teraz: tuż przed świętami, bo dzięki niej poczujemy (może... cały czas mam z tym problem) ten zapach piernika, poczujemy atmosferę świątecznych przygotowań i świeżo przyniesionej i ubranej choinki. Dzięki tej książce może uzmysłowimy sobie albo przypomnimy, jak ważne jest otoczyć się w tym czasie ludźmi, którzy są nam najbliżsi i których kochamy... I że warto jest wybaczać, a Święta Bożego Narodzenia do doskonały czas na to. Najlepiej z tą książką usiąść przy kominku, żeby było ciepło i poświęcić te parę godzin na lekturę - nie będzie to dużo godzin, bo książkę czyta się błyskawicznie, format ma wręcz kieszonkowy, poręczny. I po prostu oddać się błogiemu lenistwu i tej słodyczy, która z tej książki bije... Tak, jest słodka, niewykluczone, że czasem zemdli, ale to jest książka o świętach, a w tym czasie mi to nie przeszkadza. Odrobinę atmosfery dzięki niej poczułam, chociaż powiem szczerze, że w tym roku jestem jakaś szczególnie oporna na takie rzeczy...

Nie spodziewajcie się jednak, że tutaj coś się dzieje. Tu nie dzieje się nic, absolutnie nic lektura ta nie wnosi do historii, którą być może już znacie, a być może nie. To miała być i jest książka o świętach, tu ma być spokój, krzątanie się po kuchni tuż przed Wigilią, rozpakowywanie prezentów, czekanie na pierwszą gwiazdkę. Taka trochę inna, oderwana od poprzednich tomów, a zarazem ją idealnie uzupełniająca. I chyba dobrze się stało, że przypomniałam sobie o niej właśnie teraz, tuż przed... Polecam właśnie teraz albo na zaraz po świętach. Chociaż nie spodziewajcie się po niej fajerwerków, tak jak można było się spodziewać ich, czytając poprzednie części. Ja się nie spodziewałam, dlatego się nie rozczarowałam, miło spędziłam przy niej czas (chociaż w autobusie) i mi się po prostu podobała, a nawet i wzruszeń nie brakowało... I tak też trzeba do niej podejść.
Pierwsze spotkanie z Yankee Candle i Angel's Wings

Pierwsze spotkanie z Yankee Candle i Angel's Wings

No musiałam! Nie mogłam się oprzeć, tyle z Was już tyle razy chwaliło te woski, tyle razy obiecałam sobie, że w końcu jakiś kupię i... kupiłam! Kupiłam też od razu bezzapachowe tealighty, żeby zapalić, gdy tylko wrócę do domu. Urzekł mnie od samego początku ich wygląd, ta niezliczona liczba zapachów i kolorów, że nie wiedziałam, na co się zdecydować... Cena urzekła mnie trochę mniej, ale teraz wiem, że te woski po prostu są warte swojej ceny i kupię je jeszcze nie raz.


Kupiłam trzy woski, przyszłam do domu i... zastanawiałam się, który odpalić... Który poprawi mi jeszcze bardziej humor, sprawi, że się zrelaksuję, że odpłynę. Ułamałam kawałeczek Angel's Wings, kawałek malutki, bo nie chciałam, aby zapach był za intensywny, w sumie bałam się, że mnie zemdli i będzie za mocny. I powiem Wam, że... ten zapach jest cudowny. Uwielbiam takie zapachy, uwielbiam wanilię, cukier waniliowy (ten z torebek) mogę wąchać godzinami, a ten wosk jest taaaaki waniliowy... Od razu zrobiłam się od niego głodna :) To pierwsze co mnie uderzyło, chociaż nie pachnie on waniliowo, gdy wącha się go na sucho, ale ma przyjemny, taki słodki zapach. Wyczuwalna jest jeszcze jakaś delikatna woń kwiatów, ponoć on ma też pachnieć watą cukrową... hm... nie pamiętam jak pachnie wata cukrowa, bo jadłam ją dawno, bardzo dawno temu, gdy byłam naprawdę mała. Ale to jest właśnie taki zapach, dzięki któremu z przyjemnością do tego dzieciństwa chce się wracać. Na pewno jednak nie rozbolała mnie od niego głowa, mimo że jest intensywny, to jednak dość subtelny.

Yankee Candle to moja miłość od pierwszego wejrzenia, ale wiedziałam, że tak będzie. W ogóle uwielbiam wszelkiego rodzaju świece, świeczki zapachowe, a nawet i bezzapachowe, uwielbiam patrzeć na ich płomień... A teraz te woski... no zaraziłyście mnie, głównie zaraziła mnie Kasiek, która chyba pali je namiętnie :) Przepadłam :)
Tancerka z Kairu

Tancerka z Kairu

Autor: DeAnna Cameron
Wydawnictwo Otwarte, 2013
Liczba stron: 360
O Tancerce z Kairu słyszałam już wcześniej parę razy, chociaż szczerze mówiąc ani nie kojarzyłam, czy to jest dobra książka, czy zła, ani nie pamiętam, gdzie ją widziałam - pamiętam jednak tytuł i okładkę. Przypadkowo jednak ujrzałam ją ostatnio na półce mojej siostry i zaintrygowała mnie na tyle, żeby wziąć, usiąść, przeczytać kilka pierwszych stron. Po kilku pierwszych przyszły następne, i następne, i zanim się obejrzałam, miałam już przeczytane pół książki...

Rzecz dzieje się w Ameryce, w Chicago, w końcu dziewiętnastego wieku. Czas Wystawy Światowej. Dora, aby zdobyć uznanie nowo co poślubionego męża, postanawia pomóc przy jej organizacji. Za zadanie otrzymuje monitorowanie występów tancerek z Egiptu i pilnowanie, aby nie zostało pokazane na nich zbyt dużo... Powoli jednak taniec Egipcjanek zaczyna ją fascynować, a nawet intryguje na tyle, że prosi jedną z nich, aby pokazała jej podstawowe ruchy - chce w ten sposób sprawić, aby wzrosło zainteresowanie nią jej męża, który wydaje się szukać miłości zupełnie gdzie indziej. Z czasem jednak taniec zaczyna coraz bardziej wciągać Dorę. I nie tylko on... Czy pozwoli jej uwolnić się od jarzma posłusznej mężatki?...

Dora jest typową żoną, która próbuje kochać swojego nowo poślubionego męża, stara się, aby małżeństwo było udane. Serce jej męża wydaje się jednak podążać w zupełnie innym kierunku, więc z czasem i sama bohaterka zaczyna zwracać uwagę na zupełnie inne rzeczy, zaczyna zachowywać się inaczej, zaprzyjaźnia się z Egipcjankami, które ma pod opieką. Zaczynają ją fascynować rzeczy, które nie powinny fascynować mężatki z jej pozycją, rzeczy, które uważa się za niewłaściwe... Dora się więc ze strony na stronę zmienia, jest to bardzo widoczne, a jej zmiana jest ogromna. Cały czas jednak szuka jednego: miłości; najpierw u boku swojego męża, który wydaje się być mało zainteresowany, w końcu znajdują ją, i owszem, ale zupełnie gdzie indziej.

I to jest właśnie taka książka - głównie o miłości: tej między kobietą a mężczyzną, ale i miłości do tańca. Na jej tylnej okładce jest zdanie: "Czy jesteś dorosłą kobietą czy nastolatką, czy kochasz taniec czy nie, na pewno pokochasz tę książkę!"... Wiadomo, reklama, można pomyśleć... Tak, to jest reklama, zachęcająca do jej kupna, bo ta powieść tak naprawdę to zwykły romans, jakich wiele. Ale tak jak napisałam na początku, ja - zanim się obejrzałam - miałam już połowę książki za sobą. Po prostu mnie wciągnęła - sama nie wiem, dlaczego, naprawdę trudno mi to wyjaśnić, jednak spędziłam przy niej mile czas, mogłam się przenieść w zupełnie inny świat, inny klimat... I pewnie prawdą będzie również, gdy napiszę, że chciałam odpocząć od lektur, które zwykle czytam, a ta powieść napatoczyła się właśnie teraz, i ten czas był wręcz idealny. Może i jej nie pokochałam, jak obiecuje wydawca, na pewno jednak zapadła mi w pamięć, czego kompletnie się po niej nie spodziewałam. Po prostu mi się spodobała - bardziej, niż inne, podobne książki.

Nie obiecuję Wam, że Wasze wrażenia po jej lekturze będą podobne. Jednym czytelniczkom się spodoba (bo nie oszukujmy się, to jest książka dla kobiet), innym będzie obojętna, ot takie czytadło, jeszcze inne zirytuje lub znudzi. Ja się przy niej jednak świetnie bawiłam, odpoczęłam, zrelaksowałam się. Od Was zależy więc, czy po nią sięgniecie czy nie, na pewno jednak tego zainteresowania jest warta. I na pewno jest to dobry przerywnik, niezależnie od tego, po jaką literaturę zwykle sięgacie.
Grudniowa wyprzedaż książek

Grudniowa wyprzedaż książek

 

Czasem trzeba zrobić porządki, szczególnie przed świętami :-) Mnie ostatecznie zmobilizowała do tego ostatnia przeprowadzka, nie sądziłam, że mam aż tyle książek, byłam wręcz pewna, że będzie tego mniej do przewożenia... Ach, jak się pomyliłam...
Stąd ta książkowa wyprzedaż. Na razie to wszystko, co mam do zaoferowania i posłania dalej w świat, lista zaktualizowana ostatecznie dzisiaj. Z niektórymi pozycjami ciężko trochę jest się rozstawać (szczerze mówiąc, to z każdą z osobna), ale doszłam do wniosku, że po prostu na część z tych pozycji, które wciąż stoją na mojej półce jestem już za stara, część oddam bez sentymentu, a resztę zatrzymam. Mam zamiar zacząć personalizować swoją biblioteczkę bardziej pod kątem tego, co mnie najbardziej interesuje, czyli historycznie głównie, a wiadomo, że dla mola książkowego książek nigdy za wiele, ale zawsze brakuje na nie pieniędzy :-)
Książki, które mam do sprzedania można znaleźć tutaj.  Na górze zresztą pojawiła się też nowa zakładka BookSale, będzie aktualizowana co jakiś czas i Wam powinno być łatwiej do moich wyprzedaży trafić. Jak już kompletnie nic nie będę miała do sprzedania, to pewnie zniknie (więc pewnie nie tak szybko) :-)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przypominam Wam również o konkursie, którego jutro ostatni dzień, zapraszam :-)
Komu książkę, komu?... [konkurs]

Komu książkę, komu?... [konkurs]

...bo na Facebooku właśnie pojawił się konkurs, ktoś chętny?... :)


Doszłam do wniosku, że daaawno już, oj bardzo dawno nie organizowałam żadnej rozdawajki, losowanki, konkursu, a książka, którą ostatnio recenzowałam, tak Was zaintrygowała, że postanowiłam pobawić się w Świętego Mikołaja i komuś ją sprezentować. 

Nagrodą więc będzie O KROK ZA DALEKO Tiny Seskis, ktoś chętny?


Ale uwaga! Konkurs jest facebookowy, tylko i wyłącznie, więc trzeba się wpisywać tylko i wyłącznie tam.

Jeśli dobrze pójdzie, zwycięzca otrzymałby książkę jeszcze przed świętami :)
Chętnych zapraszam więc T U T A J

O krok za daleko

O krok za daleko

Autor: Tina Seskis
Wyd. Prószyński i S-ka, 2014
Liczba stron: 400
Czasem każdy z nas ma takie chwile, że chętnie wyjechałby daleko, zostawiając za sobą dosłownie wszystko, zabierając tylko ewentualnie dokumenty i portfel... uciekł od dotychczasowego życia jak najdalej i zaczął wszystko od nowa, z czystą kartą, jak nowa, biała, dopiero się zapełniająca napisami tablica. No tak, ale chęci to jedno, a realizacja - drugie. Wiele z nas po prostu cechuje zdrowy rozsądek, a i chęci takie często mijają, zwykle po małej chwili, czasem trzeba na to czekać dłużej - ale przechodzi. Na szczęście. A co jeśli nie przechodzi? Albo kiedy jesteśmy tak zdeterminowani do rzucenia dotychczasowego życia, że robimy to już, natychmiast, w tym samym momencie, kiedy myśl o tym wykiełkowała w naszej głowie?...

Emily Coleman tak właśnie robi pewnego ranka. Pewnego dnia budzi się i wyjeżdża jak gdyby nigdy nic. Zmienia imię, miejsce zamieszkania, pracę - staje się nową osobą. Porzuca rodzinę i dom. Zaczyna życie w zupełnie innym mieście, dużym mieście, w którym nie zna nikogo i niczego. Dlaczego to zrobiła?... Otóż... o tym wie tylko bohaterka naszej książki, nam nie będzie dane się o tym dowiedzieć... przynajmniej na początku. Każda tajemnica jednak, nawet ta, którą skrywa Emily, wyjdzie kiedyś na światło dzienne.

Nie spodziewajcie się jednak, że tajemnicę tę odkryjecie szybko - czcze nadzieje.  Bowiem praktycznie do ostatniej chwili nie wiadomo, co tak naprawdę stało się w życiu bohaterki, co skłoniło ją pewnego dnia do takiej decyzji, opuszczenia domu, w którym żyła i... męża, który był dla niej największym wsparciem. Ben zresztą, mąż Emily, będzie również okrutnie rozpaczał po stracie żony - nie będzie wiedział, gdzie się podziewa, co robi i dlaczego odeszła. Tak, on też nie do końca będzie znał jej wszystkie tajemnice.

Mówiąc szczerze, dla mnie jest nie do wyobrażenia, że można wszystko zostawić za sobą i po prostu rozpocząć nowe życie jako inna osoba. Prawda, czasem ma się takie myśli: "A rzuciłabym to wszystko w diabły..." Na szczęście jednak ma się ten rozum i myśli się zdroworozsądkowo, na szczęście to wszystko przechodzi tak szybko, jak się pojawiło. W życiu bohaterki jednak stało się coś, z czym nie mogła sobie poradzić jako Emily... Jednak nasze życie i to co robimy to jest coś, co zależy tylko od nas i za co ponosimy odpowiedzialność i konsekwencje. I zdajemy sobie przeważnie sprawę, że nie można tak uciekać od wszystkiego, co nam nie wychodzi, trzeba temu stawić czoła. Emily, a raczej nowa, Cat jednak nie jest w stanie tego zrobić. I zastanawiałam się praktycznie przez całą książkę: co takiego ją spotkało?... Cóż może skłonić do takich drastycznych decyzji... I jak można żyć ot tak, od nowa, wynająć pokój, kupić nowe meble, znaleźć nową pracę, dostać w niej awans, odnaleźć się w tym wszystkim? Przecież nasza pamięć nie jest tak zaprogramowana, że wystarczy wcisnąć 'reset' i nagle pustka, zaczynamy znów. Nie pamiętamy co było przedtem, musimy tylko zapełniać nowymi doświadczeniami to, co przed nami. Nie da się tak. Emily chyba myślała, że się da i gorzko się rozczarowała... I bardzo dobrze, bo takie wymazanie na życzenie jest niemożliwe. Dlatego do samej bohaterki podchodziłam od początku jak pies do jeża, ani mnie nie grzała, ani nie ziębiła - i to jest raczej jeden z tych bohaterów, których nie do końca da się polubić, nawet biorąc pod uwagę tragedię, którą przeżył.

Ale, ale... samą powieść, według wydawcy thriller psychologiczny, czyta się wyśmienicie. Może właśnie dzięki tej bohaterce, która trochę irytuje swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem?... Czyta się szybko, mimo tego, że akcja czasem jest powolna - w pewnym momencie do tego stopnia przyspieszy, że nie będzie wiadomo, gdzie wzrok zatrzymać i czy w ogóle da się go jeszcze zatrzymać. Poza tym nie brak tej książce niespodzianek, najbardziej zaskakującą jest chyba Charlie (kim jest? - nie powiem wam). Będziecie sobie zadawać naprawdę wiele pytań podczas czytania O krok za daleko i dlatego chyba właśnie ta książka staje się taka ciekawa... Bo nieprzewidywalna.
Przystań Julii

Przystań Julii

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak, 2014
Liczba stron: 297
Długo nie mogłam się doczekać tego, kiedy "Przystań Julii" trafi w końcu na moją półkę. Zakończenia kolejnych części zawsze do tego stopnia targały moimi emocjami, że po prostu musiałam się dowiedzieć, co dalej, i to jak najszybciej. Katarzyna jest mistrzynią w grze na emocjach moim zdaniem, świadczy o tym zarówno "Ogród Kamili", jak i "Zacisze Gosi".

"Przystań Julii" jest ostatnią częścią kwiatowej serii Katarzyny Michalak, a szkoda, bo już przyzwyczaiłam się i polubiłam jej bohaterów, miło było spędzać czas w Milanówku w ogrodzie różanym Kamili... Poznawać kolejne osoby, które szybko stają się przyjaciółmi nie tylko głównej bohaterki, ale i naszymi. Taką też osobą jest Julia, która pojawiła się w drugim tomie i która jest główną postacią tej części. Życie Julii również nie jest usłane różami, tak samo jak Gosi czy Kamili, jednak po burzy zawsze wychodzi słońce. Wyjdzie ono dla wszystkich trzech przyjaciółek, chociaż przedtem będą musiały jeszcze wiele doświadczyć, głównie tych nieprzyjemnych rzeczy i swoje wycierpieć.

Czasem myślę sobie, że książki Kasi są takie... nierealne, pełne spełniających się marzeń, które tkwią przecież w głowie niejednej z nas, a jednocześnie każda z nas doskonale wie o tym, że te marzenia nie spełnią się ot tak, że nic nie przyjdzie tak łatwo jak w książkach, że nic nie spadnie nam z nieba. Że walkę o marzenia często się przegrywa, jeśli nie walczy się do końca, a nie walczy się, bo już czasem nie ma na to siły... Ale jednocześnie powieści Kasi... są potrzebne. Są piękne. I przede wszystkim: dają nadzieję. Mimo że wydaje się to czasem zupełnie nierealne w prawdziwym życiu, to jednak ta nadzieja pozostaje - a ona jest bezcenna. No i oczywiście bezcenny jest czas, który na książkę poświęciliśmy, ale to jest tak oczywiste, że bez sensu o tym wspominać :-)

Uwielbiam tę serię. Mimo że zwykle takich książek czytam mało i często po nie nie sięgam, to jednak Kasia jest autorką, po którą będę sięgać w ciemno. Bo trafia dokładnie w mój gust i potrafi poprawić mi humor, nawet jeśli książka nie jest z tych, co kończą się dobrze - tą literaturę po prostu dobrze się czyta i pozostaje w pamięci. I polecam Wam szczególnie tę serię - po każdej z części nie będziecie dostatecznie syci, po każdym zakończeniu pozostanie Wam ogromny niedosyt i chęć na więcej. A to o to chyba właśnie chodzi.
Grudniowo...

Grudniowo...

Nawet nie wiem, kiedy ten grudzień przyszedł... Tak mi szybko czas ucieka ostatnio, że aż strach, że za chwilę będą święta...
Nie dodaję ostatnio notek ani recenzji, bo po prostu nie miałam na nie czasu. Nauki mam mnóstwo, na głowie miałam szukanie pracy i przeprowadzkę z jednego miasta do drugiego... Trochę tego zamieszania było, przewróciło mi się wszystko do góry nogami i dlatego trochę cicho i na blogu się zrobiło... Ale bez obaw, będą recenzje :)
Nawet na czytanie nie mam tego czasu za wiele, kilka stron zawsze przeczytam, ale trochę mam wyrzuty sumienia, że obok leży nieruszony podręcznik i nie czytam... ani jednego, ani drugiego :P I w ogóle jestem ostatnio strasznie zmęczona, wcześnie chce mi się spać, chciałabym nie mieć już na głowie problemów, najlepiej żeby jak najprędzej same od razu się rozwiązały - ale tak dobrze niestety nie ma. No i tak to wszystko wygląda... Zobaczymy, jak ten grudzień minie i jaki będzie, bo tego, że minie szybko jestem pewna tak bardzo jak tego, że od jutra mamy weekend :)


Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli