Książki szukają nowego domu!

Książki szukają nowego domu!

Nie chcą już u mnie stać na półce, postanowiłam więc zrobić czystkę, bo potrzeba mi miejsca na nowe książki, które staną na miejscu tych oto. Wszystkie książki można kupić od razu albo pobawić się w licytowanie, jednak ceny naprawdę nie są wygórowane, więc zapraszam chętnych (klik na zdjęcie).

http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=16703301

W międzyczasie, zanim pojawi się jakakolwiek notka z recenzją (a ta powinna być jutro) można więc pobuszować wśród moich książek i może znaleźć coś dla siebie :)
Ósmy grzech główny

Ósmy grzech główny

Autor: Philipp Vandenberg
Wydawnictwo Sonia Draga, 2008
Liczba stron: 385
Philippa Vandenberga poznałam już wcześniej jako świetnego pisarza, nawiązującego głównie do historii. Wróciłam do niego teraz, mając ochotę na książkę ciekawą, z lekkim dreszczem emocji i do tego taką, którą przeczytam z niemałym zainteresowaniem. Trafiło na "Ósmy grzech główny".

Lukas Malberg przybywa do Rzymu, aby wycenić i kupić zbiór starych książek zubożałej markizy. Jest do doskonała okazja do tego, aby zarobić. Jednocześnie postanawia zobaczyć się ze starą przyjaciółką ze szkoły, Marleną. Jednak w dzień, gdy Marlena dzwoni do niego rano, aby umówić się na konkretne spotkanie, kilka godzin później Lukas znajduje ją utopioną w wannie w jej własnym mieszkaniu. Spotkanie z markizą natomiast również jest dość dziwne, kobieta chce jak najszybciej sprzedać księgozbiór, co wydaje się podejrzane, okazuje się również, że coś ją łączyło z Marleną... Śledztwo w sprawie dziewczyny zostaje szybko umorzone, a ona sama zostaje pochowana na cmentarzu anonimowo, do tego w asyście dostojników kościelnych. Tajemnice się mnożą, a Malberg niepostrzeżenie zostaje wplątany w sam ich środek jako osoba, mająca związek z zabójstwem... Co łączyło Marlenę ze Stolicą Piotrową?...

Autor po raz kolejny udowodnił, że potrafi pisać świetne książki. Wciąż jest jednak jednym z tych, na których nie zwraca się uwagi przy pierwszym spotkaniu, zupełnie niesłusznie. Tę książkę uważam za jeszcze lepszą niż tą, którą czytałam wcześniej... Znacznie więcej tu zwrotów akcji, mnóstwo tajemnic, które na pierwszy rzut oka zupełnie są ze sobą niezwiązane, autor świetnie łączy wątek kryminalny z najmniejszym państwem świata, Watykanem - jak się okazuje, zło istnieje nawet w takim miejscu i rozwija się tam całkiem dobrze. Bardzo spójnie to wszystko połączone jest z faktami historycznymi, czyta się naprawdę przyjemnie. Ale co tu dużo pisać: ta powieść po prostu trzyma praktycznie cały czas czytelnika w napięciu, a to się liczy. Do tego bohater jest jak najbardziej do polubienia, poznajemy wydarzenia również z jego własnej perspektywy, nie jest wszechwiedzący, popełnia błędy, a to czyni go tylko jeszcze bardziej realistycznym.

Naprawdę warto sięgnąć po książki Vandenberga, a na pewno warto po tę oto. Świetne spotkanie jak na pierwszy raz, i chociaż spotkałam się już lepszymi kryminałami, spotkałam się i z gorszymi, ta jest wyjątkowa, bo naprawdę potrafi wciągnąć, zaintrygować swoimi tajemnicami, zaciekawić Wiecznym Miastem, no i cały czas aż do ostatniej prawie strony zadajemy sobie pytanie: jak to się wszystko skończy?... A zakończenie zaskakuje. Polecam więc z całego serca!
Do you speak English?...

Do you speak English?...

Uczę się angielskiego od niepamiętnych czasów... Sama właściwie nie pamiętam, kiedy zaczęłam, chyba jeszcze na początku szkoły podstawowej, jeszcze przed wszystkimi, bo pamiętam, że chciałam, żeby rodzice zapisali mnie na prywatne lekcje. Pamiętam je do dzisiaj.

 
No właśnie, a dzisiaj? Skoro zaczęłam uczyć się bardzo wcześnie, a sama najmłodsza już nie jestem, to powinnam znać ten język perfekcyjnie. Bo po prywatnych lekcjach były szkolne w klasie, potem była szkoła średnia, matura również z angielskiego zdana na piątkę, a potem nawet przez dwa lata pracowałam, mieszkałam i uczyłam się języka w Wielkiej Brytanii. Zrobicie oczy i powiecie: wow, ona to musi ten język znać doskonale!... Hm, a właśnie, że... nie. Po powrocie do Polski całkowicie praktycznie znikł kontakt z tym językiem. Jedynym moim "kontaktem" było kilka słów na jakichś tam rozmowach kwalifikacyjnych, gdy sprawdzali znajomość... Bez komentarza...
Przez cały ten czas, począwszy mniej więcej od zdanej matury, aż do dziś, z przerwami, robiłam wielkie plany: zrobię certyfikat, będę miała papierek, potem może dalej będę się uczyć, aż będę mówić całkiem biegle i bez zastanawiania się... No właśnie, ale to były tylko plany... Dziś zastanawiam się: dlaczego? Dlaczego zawsze na myśleniu się kończyło?

Teraz mam angielski na studiach. Rozumiem ludzi tuż po maturze, którzy płynnie przeszli ze szkoły średniej na uczelnię i znajomość języka kontynuują niemalże bez jakiejkolwiek przerwy. Od mojej matury minęło już 10 lat, przez dziesięć lat myśl o certyfikacie była, potem nie było, i tak z przerwami. Pluję dziś sobie w brodę, bo to tylko i wyłącznie moja wina, bo gdybym miała ten papier, to jeden przedmiot na uczelni miałabym z głowy, nie musiałabym chodzić na lektoraty... A teraz i tak muszę skończyć te studia ze znajomością na poziomie B2... I wiem, jak się do tego zabrać, zawsze wiedziałam, wiem, co jest moim największym problemem, a co mocną stroną, wiem, jak urozmaicić naukę, zawsze jednak podziwiałam ludzi, niektórych z Was również, którzy regularnie się uczą, codziennie poświęcają na to jakiś czas, od kilkunastu minut do kilku godzin dziennie, którzy mają tę motywację i są na tyle zdyscyplinowani, aby nie znudzić się, nie przestać... Podziwiałam, i na podziwianiu się kończyło, bo sama nie potrafiłam się przemóc i wziąć za naukę. Dopiero te studia od jakiegoś czasu zmobilizowały mnie tak naprawdę do nauki, wyciągnęłam niedoczytane English Matters, wyciągnęłam zaczęte fiszki, wyciągnęłam mój ulubiony angielsko-angielski słownik... Tylko dlaczego dopiero teraz? Pluję sobie w twarz za to, ale mam nauczkę. Lepiej późno niż później. Albo wcale.


Podejrzewam, że gdybym się przyłożyła, poprzypominała, pouczyła słówek (które są moim największym problemem, o dziwo nie jest nią gramatyka), to zdałabym to FCE bez szemrania. Bo już dawno powinnam je mieć, ba, powinnam mieć jeszcze wyższy certyfikat z moją historią nauki angielskiego... I aż mi wstyd, jak czasem pomyślę o tym wszystkim. Ale temat podjęłam, bo to po pierwsze jeszcze większa motywacja, ale również dlatego, aby dowiedzieć się czegoś od Was. Uczycie się języków? Posiadacie certyfikaty? A może ktoś z Was posiada jakiś z angielskiego właśnie? I jak to jest z tą znajomością? O ile kwalifikację poziomów wg Rady Europy, czyli A1-C2 jeszcze można zrozumieć, to w CV na przykład bardzo często piszemy: angielski komunikatywny, angielski dobry, angielski biegły... Tyle że chyba każdy rozumie to inaczej... Bo spotkałam się nieraz z osobami, którzy deklarowali znajomość biegłą lub komunikatywną, a ledwo wydukali parę słów po niby-angielsku... Dla mnie znajomość komunikatywna to taka, gdy umiemy coś powiedzieć w miarę gładko, rozumiemy co do nas mówią i zazwyczaj nie brakuje nam słów. Ciekawa jestem, jak to u Was bywa? 

Materiałów do nauki nigdy mi nie brakowało, czytam od czasu do czasu książki po angielsku (i tu jest podwójna wartość, bo i nauka, i czytanie), uczę się z fiszek, prenumeruję English Matters, który uwielbiam, mam masę podręczników i słowników, leksykonów, a nawet podręcznik przygotowujący bezpośrednio do FCE... No ale jak widać, gdy nie ma chęci i motywacji, nie osiągnie się wiele. Trzeba chcieć, to wiadomo od dawna. Jak Wy się uczycie? Jak motywujecie?... Może ktoś ściągnie jakieś pomysły ode mnie, może ja coś wypatrzę ciekawego u Was?... No bo nie ukrywajmy, angielski, lepiej lub gorzej, znają teraz niemalże wszyscy... Czy wszyscy się uczą, z tym można polemizować (widzę to na własnym przykładzie), ale na pewno każdy, kto miał z tym językiem styczność, ma jakieś swoje zdanie na ten temat. Podzielcie się nim - może nie tylko ja wyciągnę z tego jakieś wnioski, ale i innym się przysłuży?
Uratuj mnie

Uratuj mnie

Autor: Guillaume Musso
Wydawnictwo Albatros, 2007
Liczba stron: 365


Dawno już nie miałam w rękach książki jednego z moich ulubionych autorów, może dlatego, że zostało mi ich już niewiele do przeczytania. Guillaume Musso zdobył moje serce już pierwszą powieścią, która wpadła w moje ręce i tak już pozostało do chwili obecnej... I aby oderwać się trochę od szarej rzeczywistości, sięgnęłam w końcu po "Uratuj mnie". Nie jest to nowość, chociaż autor sukcesywnie wydaje co jakiś czas nową książkę, teraz już chyba jednak nie pozostaje mi nic innego, jak sięgać właśnie po nie, bezlitośnie zmniejsza się bowiem ilość tych powieści, które mam jeszcze przed sobą...

Julliete jest młodą dziewczyną, Francuzką, mieszkającą w Stanach Zjednoczonych, które miały przynieść jej sławę dobrej aktorki i pieniądze. Nie udało się jednak... dziewczyna wynajmuje mieszkanie z koleżanką, a na czynsz zarabia jako kelnerka. Przychodzi więc dzień, kiedy Julliete postanawia wrócić do Paryża i ze spuszczoną głową powiedzieć: nie udało się... Ma jednak wyrozumiałych i kochających rodziców. Poza tym może to właśnie w ojczyźnie będzie mogła rozpocząć wszystko na nowo...
Sam natomiast jest lekarzem, pracuje w jednym ze szpitali nowojorskich. Jest też mieszkającym samotnie wdowcem, nie bardzo mającym ochotę zaangażować się ponownie w jakikolwiek związek, chociaż od śmierci żony minęło już sporo czasu... Od tamtej chwili Sam jest pracoholikiem, to w szpitalu spędza każdą wolną chwilę... 
Dwoje ludzi spotka się ze sobą wskutek zwykłego zbiegu okoliczności, a raczej małego wypadku, którego głównymi bohaterami będą właśnie Sam i Juliette - sekunda wcześniej czy później, a do spotkania w ogóle by nie doszło... Czy to zatem przeznaczenie? Być może, bo między obojgiem zaiskrzy od pierwszej chwili i mimo że początek ich znajomości będzie pełen kłamstw, Juliette 3 dni przed wylotem do Paryża spędzi z Samem najpiękniejsze chwile w swoim życiu, oboje nie będą odstępowali od siebie nawet na krok... Rozstanie natomiast będzie trudne zarówno dla Sama, jak i Julliette, jednak dziewczyna wsiądzie do samolotu, a chwilę później mężczyzna usłyszy w telewizji wiadomość o katastrofie. To jednak nie koniec opowieści, to dopiero początek tego wszystkiego, co wydarzy się w tej książce.

Czy naszym życiem rządzi przeznaczenie? Czy nasz los zależy tylko i wyłącznie od nas, czy jednak jest gdzieś zapisany i nie możemy go zmienić? To pytanie Sam będzie zadawał sobie często po spotkaniu Julliete, niebawem bowiem spotka kobietę, która będzie sądziła, że katastrofa lotnicza była czymś, co musiało się stać i że Julliete śmierć była pisana. Kim jest jednak ta tajemnicza kobieta i dlaczego w ogóle Sam ją spotkał?... 

Po "Uratuj mnie" spodziewałam się czegoś lżejszego, trochę oderwanej od rzeczywistości fabuły. Wiedziałam, że na Guillaume mogę liczyć. Nie myliłam się. A fabuła dosłownie oderwana jest od ziemi, ale to w książkach tego autora normalne i charakterystyczne. Za to właśnie go lubię, za odrobinę magii, trochę szaleństwa, to w powiązaniu z dość przyziemnymi i poważnymi sprawami czyni je bardziej znośnymi i akceptowalnymi. Bo osobiście uważam, że literatura, którą tworzy Musso, wcale nie jest leciutka jak piórko i słodka jak miód, że daje nam fajną historyjkę i poprawi humor. Musso niemalże zawsze podejmuje tematy nielekkie, takie, które muszą w naszej głowie przejść przez fazę większych lub mniejszych przemyśleń, pozostawić jakiś ślad. Inna sprawa, że robi to w sposób, który jest charakterystyczny właściwie tylko dla niego, oderwany trochę od rzeczywistości, niemalże w każdej jego książce jest odrobina magii. I to właśnie czyni magiczną niemalże każdą jego książkę, również "Uratuj mnie". Czy wierzycie w przeznaczenie i los zapisany gdzieś w gwiazdach? Do tej pory specjalnie się nad tym nie zastanawiałam, ale kto wie, może to, co się wydarzy, jest naprawdę gdzieś zapisane, każda nasza chwila w życiu ma jakieś znaczenie?

Musso polecam, głównie tym, którzy do tej pory mieli opory przed jego literaturą. Naprawdę warto sięgnąć po jakąkolwiek jego książkę. Jestem tego pewna na tyle, że mogę bez wyrzutów sumienia polecać nawet to, czego sama nie czytałam. O fanach autora nie wspominam, normalne jest, że po "Uratuj mnie" sięgną prędzej czy później. Bo to cudowna historia o ludzkich losach, o pięknej miłości i o przeznaczeniu, dzięki której choć na chwilę zapomnieć można o codziennych, przyziemnych sprawach.
Życie Charlotte Brontë

Życie Charlotte Brontë

Autor: Elizabeth Gaskell
Wydawnictwo Mg, 2014
Liczba stron: 613
Dokładnie rok temu, na początku października, wpadła w moje ręce biografia Charlotte pióra Eryka Ostrowskiego - Charlotte Brontë i jej siostry śpiące. W tym roku, w tym samym niemalże czasie, na początku obecnego miesiąca, przeczytałam kolejną biografię autorki, tym razem autorstwa Elizabeth Gaskell. To oczywiście wszystko zbieg okoliczności, ale dla mnie tak się już utarło, że jesień, a szczególnie październik to miesiąc Brontë... Szkoda, że kończą się już dzieła i samych sióstr, i o siostrach, które jeszcze mam do przeczytania...

Elizabeth Gaskell była pierwszą osobą, która podjęła się napisania biografii Charlotte Brontë. Poprosił ją o to sam ojciec pisarki po jej śmierci. Elizabeth była dość bliską przyjaciółką Charlotty, znała osobę, o której pisała, była z nią w bliskich i serdecznych kontaktach. Jest to bardzo cenne. Inna bowiem książka wyjdzie spod pióra autora, który o danej osobie wie tylko z opowiadań, listów, innych biografii, a zupełnie inna spod pióra kogoś, kto z osobą, o której pisze obcował, z którą wiele razy rozmawiał, z którą się przyjaźnił. Nic więc dziwnego, że Życie Charlotte Brontë jest uważane za fundamenty kolejnych biografii, wszystkiego tego, co powinno się lub chce się o rodzinie Brontë wiedzieć.

Trudno porównywać obie te biografie, zarówno Ostrowskiego, jak i Gaskell. Obie są inne, wręcz czasami skrajnie różne, a przecież opowiadają o jednej i tej samej osobie... Pierwszą książką byłam wręcz zafascynowana, czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem, czasem nawet nie mogąc się od niej oderwać. Książkę Gaskell czyta się już jednak inaczej. To prawda, że część faktów było już mi znanych, ale to nie o to chodzi - tutaj czytelnik nie czyta z wypiekami na twarzy, bo to nie tego typu książka, chociaż życie Charlotte na pewno nie było nudne i nieciekawe, chociaż spędzone z dala od miasta, na wsi. Tą książką trzeba się delektować tak samo, jak literaturą samej Charlotty. Ma się poczucie, że nadal jest się w jakimś wymyślonym miejscu, że spotyka się jakieś wyimaginowane przez autorkę postaci, chociaż co jakiś czas dopada nas myśl: przecież Charlotte była prawdziwa, tak samo, jak prawdziwe było jej rodzeństwo i plebania w Haworth. Niesamowite jest to, że czyta się tę książkę niczym dobrą powieść. A cenne jest również to, że pani Gaskell w swojej biografii w dużej mierze oparła się na ogromnej ilości listów, napisanych ręką Charlotte. Są to listy głównie do jej najlepszej przyjaciółki Ellen, ich jest najwięcej, ale nie tylko; pisarka korespondowała z wieloma osobami, m. in. z Elizabeth właśnie, ze swoimi wydawcami, dawnymi nauczycielkami w szkole, w której uczyła się, a potem uczyła sama razem ze swoimi siostrami... Listów tych jest cała masa i jakąś część ich możemy poznać dzięki książce Gaskell, a na pewno jest w nich ukryte również to, jaka była sama Charlotte, nic tak nie odzwierciedla człowieka jak pisane przez niego listy... Czytając je aż szkoda, że w dzisiejszych czasach ta forma komunikacji wręcz już zanikła, zastępowana przez maile, smsy i portale społecznościowe... wielka szkoda.

Życie Charlotte Brontë to jest obowiązkowa lektura dla tych, którzy kochają literaturę sióstr z plebanii w Haworth. Nic tak bowiem nie przybliży nam tego klimatu yorkshirskich wrzosowisk, które tak uwielbiała Emily, nic nie da nam tak dokładnego wyobrażenia o życiu na wsi, z dala od ludzi, które wiodły Charlotte, Emily i Anne... To jest biografia autorki, która również w tych czasach żyła, która znała osoby, o których pisała, miała więc możliwość stworzenia takiego obrazu, jakim był w rzeczywistości. A książka Eryka Ostrowskiego będzie, po tej, wręcz doskonałym uzupełnieniem... a więc nie pozostaje nic innego, tylko brać się za czytanie.


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mg

Prawo matki

Prawo matki

Autor: Diane Chamberlain
Wyd. Prószyński i S-ka, 2011
Liczba stron: 424
Literaturę Diane Chamberlain poznałam już jakiś czas temu i szczerze mówiąc autorkę tę polubiłam od razu. Czesto porównywana do Jodi Picoult w niczym mi osobiście jej nie przypomina, ale trzeba jej przyznać, czasem podejmuje równie kontrowersyjne, ale i ważne tematy. A ja, żeby odpocząć w końcu trochę od literatury historycznej, postanowiłam sięgnąć po "Prawo matki" - wybór był dobry.

Andy jest piętnastolatkiem, choć tak naprawdę wygląda na młodsze dziecko, w ogóle jest nietypowym nastolatkiem. Cierpi na alkoholowy zespół  płodowy - jego matka Laurel, podczas ciąży była alkoholiczką, jednak po narodzinach syna podjęła terapię i wyleczyła się. Swój błąd próbuje wynagrodzić synowi nadmierną opiekuńczością, przez co jej drugie dziecko, siedemnastoletnia córka, bardzo wcześnie się usamodzielniła i zaczęła liczyć tylko na siebie. Laurel jednak, za namową córki właśnie, pewnego dnia pozwala Andy'emu na udział w zamkniętej imprezie dla nastolatków, odbywającej się w kościele. Jednak podczas imprezy wybucha pożar... Andy jednak uchodzi z niego cało, a nawet ratuje większość swoich kolegów, zachowując spokój i opanowanie w trudnej sytuacji. Od tego czasu uchodzi za bohatera, mało bowiem który normalny człowiek, a już na pewno upośledzony nastolatek, zachowałby w takiej chwili równie zimną krew. Ogień jednak ktoś podłożył, a po jakimś czasie podejrzenia padają na chłopca właśnie - ten jednak się tego skutecznie wypiera. Nikt nie jest do końca pewny w szczerość słów Andy'ego, nawet Laurel... Kto w chwili, gdy w kościele była cała gromada nastolatków i dzieci, podłożył w takim razie ogień i wzniecił pożar?...

Nie zawiodłam się na tej książce ani przez chwilę, podobnie jak na poprzednich książkach Diane Chamberlain, mimo że nie czytałam ich wcześniej wiele. "Prawo matki" jest książką, przy której może i trudno się w pełni zrelaksować, bo to nie jest opowieść lekka i przyjemna, a wręcz przeciwnie, jej tematem jest nieszczęście - nie tylko matki chłopca, który w pewnym momencie zostaje oskarżony o spowodowanie śmierci trzech osób, ale i nieszczęście tych, którzy w owym pożarze swoich bliskich stracili. Nie przeżyło bowiem dwoje dzieci i jeden dorosły. Wielu trafiło do szpitala z ciężkimi poparzeniami, wśród nich nich syn najbliższej przyjaciółki Laurel. Więc nie tylko świat rodziny Andy'ego legnie w gruzach, ale i innych, chłopiec nagle przestaje być uważany za bohatera i mimo że jego matka, siostra, wujek chcą wierzyć, że to nie on podłożył ogień, to jednak w ich głowach pojawia się masa wątpliwości i niepewności. Dodatkowo na jaw wychodzi rodzinna tajemnica dotycząca nieżyjącego ojca i męża i każde z osobna będzie musiało ją zaakceptować i jakoś poradzić sobie z całą tą sytuacją.

Chciałam odpocząć od książek historycznych - odpoczęłam. Chciałam poczuć odrobinę świeżości w tym, co aktualnie czytam - poczułam. Chciałam się wciągnąć w tę książkę - jak najbardziej mnie wciągnęła. Nie jest bowiem łatwo się od niej oderwać, ale u Diane Chamberlain jest to dość charakterystyczne, co zdążyłam zauważyć. Chociaż sama książka do najlżejszych nie należy, to jednak czyta się ją szybko i mimo wszystko przyjemnie, bo gdzieś w tym wszystkim unosi się jakaś nadzieja na to, że wszystko skończy się dobrze... Zakończenie jednak zaskakuje, czy jest dobre, czy złe - trudno mi jednoznacznie określić, jednak na pewno niesie ze sobą jakieś pozytywne myśli. Jest to idealna lektura zarówno na pierwsze, jak i na kolejne spotkanie z twórczością autorki.
Jesień na trasie

Jesień na trasie

Nie, to nie jest tytuł książki :-) Zachciało mi się znowu posta z zupełnie innej bajki i chciałam Wam pokazać "moją" jesień, tzn. tą, która jest wokoło mnie... A że jakaś taka jesienna sama się ostatnio zrobiłam, trochę jej jest tu na blogu, to i dziś będzie jesiennie, a raczej... nie-jesiennie. Bo kto by powiedział, pomijając te nieliczne ogołocone drzewa, że to jesienny krajobraz?


Przy okazji możecie zobaczyć kawałek trasy, którą zwykle biegam. Po ponad tygodniowym lenistwie, trochę lekkim przeziębieniu, ale jednak to pierwsze dominowało, w końcu się dziś zmobilizowałam i wreszcie pobiegałam... Że biegam, to już wiecie, z tym, że ja preferuję ranki i wschód słońca. Tutaj słońce zbliża się ku zachodowi, ale jak widać, też może być przyjemnie - a tak się uparcie trzymałam tych ranków... Biegaczem czy biegaczką wciąż jakoś trudno mi się nazwać, chociaż zawsze chciałam się tak poczuć, to jednak wciąż chyba jest mi do tego za mało. Ale lubię biegać, zawsze lubiłam. Walczę ze swoim lenistwem, próbuję się dyscyplinować, ćwiczę silną wolę - w ostatnim tygodniu jednak było z tym kiepsko. Dzisiaj chyba jednak musiałam już odreagować i porządnie się zmęczyć, aby wyjść naprzeciw tej spokojnej, za spokojnej niedzieli, pełnej w dodatku jakiejś nerwowej atmosfery wokół mnie. Po takim bieganiu od razu lepiej się poczułam... Muszę obudzić w sobie więcej motywacji, bo i samopoczucie lepsze, i lepiej będzie znieść tę ochładzającą się temperaturę i jesienną pogodę... Inna sprawa, że strasznie zielona ta jesień w tym roku :-) U Was też tak zielono, czy już widać bardziej jesienne barwy?

A czy Wy preferujecie jakąś aktywność jesienią? Uprawiacie jakiś sport? Walczycie z lenistwem, czy raczej błogo się mu poddajecie? I czy macie jakieś sposoby na zwiększenie motywacji? Bo takie rady chętnie by mi się przydały :-)
Ojciec i syn

Ojciec i syn

Autor: Karol Bunsch
Wydawnictwo Literackie, 1966
Liczba stron: 605
Ostatnio pisałam o tym, że będę Was przekonywać do tego, aby czytać książki historyczne, szczególnie te związane z historią Polski... Że będę udowadniać, że historia średniowiecza, mimo iż uchodzi za nudną, ciemną, nieciekawą - ciekawa być może, i to bardzo. Cóż, chyba nadszedł jeden z tych momentów... bo z każdą kolejną książką Karola Bunscha tylko utwierdzam się w przekonaniu, że mam rację, a "Ojciec i syn" tak mnie zafascynował, że nigdy nie przypuszczałabym, że odłożę tę książkę z wielkim żalem i niemalże łzami w oczach. Ale tak właśnie było...

Jest to kolejna, po "Dzikowym skarbie", książka z serii piastowskiej autora, a jej wydarzenia są kontynuacją tych, które zakończyły poprzednią część. Nadal mamy do czynienia z początkami państwa polskiego, nadal rządy sprawuje książę Mieszko, z tym, że ma już syna Bolka, a niebawem pojawi się i kolejna ich gromadka. Po śmierci Dobrawy książę dość długo odkładał sprawę kolejnego małżeństwa, w końcu jednak zdecydował się na nie z Odą - Oda jednak nie zdobyła jego serca tak jak Dobrawa, nie zdobyła też serca dzieci z pierwszego małżeństwa - Bolesława i Świętosławy. Urodziła jednak Mieszkowi kolejnych spadkobierców - i tu zaczynają się intrygi, zawiść i próba zrobienia wszystkiego, co w mocy Ody, aby to jej synowie odziedziczyli państwo Polan. Zaczyna się walka pomiędzy macochą a starszymi dziećmi, szczególnie Bolkiem - oboje bowiem szczerze się nawzajem nienawidzą. Mieszko tymczasem, coraz starszy, jest też już coraz bardziej zmęczony... Musi jednak jeszcze pomyśleć o swoim dziedzictwie...

Czy książkę, która była napisana blisko 70 lat temu, można czytać z takim zafascynowaniem? Książkę, która ponoć opowiada o nieciekawych czasach, o ciemnych wiekach średniowiecza?... Można! I ja jestem tego doskonałym przykładem. Już z pierwszym tomem stałam się miłośniczką tej serii, teraz... po prostu się w niej zakochałam. Co w niej takiego jest? Nie wiem, może to opisy, w których Karol Bunsch jest wręcz mistrzem, które ubarwiają tę książkę jeszcze bardziej, chociaż pisane przecież już w nie do końca nam współczesnym języku? Może właśnie ten język, bo gdyby nie on, ta książka nie byłaby tym, czym jest? Może to, że autor potrafi doskonale zagrać słowami na emocjach czytelnika, co jest bardzo cenne i nieczęsto przecież spotykane? A może to po prostu ten okres w dziejach Polski, który mnie osobiście fascynuje najbardziej? Pewnie to wszystko razem trzeba by było wziąć do kupy, poskładać - bo każdy z tych elementów jest ważny, każdy gra istotną rolę w tym, jak czytelnik odbiera tę książkę... 

Niesamowite jest również to, jak Karol Bunsch potrafi przedstawić swoich bohaterów - nie tylko tych historycznych, jak Mieszko czy Bolko (czyli Bolesław), ale również tych fikcyjnych. Wszyscy są namacalni i żywi. Chciałoby się śledzić losy każdego z osobna, bo do każdego ma się jakiś sentyment. I czasem pozostaje żal, bo ich losy są różne, nie zawsze dobre i pomyślne. Wykreowanie tak rzeczywistych bohaterów, którzy idealnie wpasowują się w grono innych postaci, tych już historycznych, to u tego autora kolejne wręcz mistrzostwo; a do tego jeszcze przedstawienie ich w ten sposób, że najnormalniej chciałoby się tam być, spotkać ich osobiście, poznać... A co do postaci, które wszyscy znamy z lekcji historii... Tu już po prostu ciężko mi to opisać i brakuje słów. Po raz pierwszy przy takiej książce, opowiadającej o takich nie innych czasach, żal mi ściskał serce, że stało się tak, a nie inaczej. Ja przy tej książce niemalże płakałam - przy śmierci Dobrawki, przy losach fikcyjnych bohaterów, przy jej zakończeniu... Żal mi było Bolka, oddanego w niewolę, żal było jego matki, coraz smutniejszej i niknącej w oczach, czytałam z wypiekami na twarzy o ucieczkach, o ambitnym i pewnym siebie Bolesławie, któremu zagraża własna macocha, o jego różnicach zdań i kłótniach z ojcem... W końcu najbardziej żal mi chyba było Mieszka, który, robiąc się coraz starszy, coraz bardziej zmęczony był wojnami i walkami, którego marzeniem było osiąść w domu, oddać pierwszeństwo synowi, spędzić czas z dziećmi... a któremu niestety dane było walczyć do ostatniego dnia swojego życia, jednocześnie zmagając się z myślami o tym, jak rozwiązać problem dziedzictwa i jak podzielić swoje państwo... Szkoda, że Mieszko, na najlepszej drodze do otrzymania korony, nie zdążył już jej założyć na głowę, a jak się okaże, Bolesław też będzie musiał na to długo poczekać i nie nacieszy się nią za wiele. Nasz pierwszy władca zasługiwał na miano króla jak mało kto.

Piękna jest ta książka. To pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy, ale chyba najlepiej ją opisujące. Piękne jest to, co stworzył Karol Bunsch, a ten naprawdę ma niebywały talent do kreowania postaci, do niesamowitych opisów, do stwarzania emocji... do tego w zgodzie z historyczną prawdą. Oj, takich autorów naprawdę jest mało, coraz mniej. Szkoda. A nie przekonacie się o tym, jeśli nie weźmiecie tej książki do ręki (koniecznie na początek pierwszy tom!) i nie zaczniecie czytać. A z drugiej strony jest to doskonała okazja do poznawania historii. Chociaż ja na pierwszym miejscu traktuję tę książkę jako niesamowitą powieść przygodową, potem dopiero dociera do mnie, że przecież co najmniej jakaś część tego zdarzyła się dawno temu, ale naprawdę. Uwielbiam tę serię i najchętniej czytałabym tylko ją, jedna część za drugą. Nic innego by mi do szczęścia wtedy nie brakowało.
Czy to naprawdę już październik?

Czy to naprawdę już październik?

Pamiętam, jakbym wczoraj rozpoczynała wrzesień, robiła podsumowanie sierpnia... O sierpniu już dawno mogę zapomnieć, chyba że będę myśleć o tym, który będzie za rok. Już i wrzesień się skończył, ja rozpoczęłam już rok akademicki, lato już dawno za nami, na dobre rozgościła się jesień... Szkoda mi tego lata, że tak szybko minęło, że nawet go nie zauważyłam, że nie zdążyłam się nim nacieszyć. Ale jesień też lubię. Szczególnie, gdy jest słoneczna, czerwono-żółta, piękna... Żałuję tylko tego, że rano jest zimno i ciemno, że gdy się budzę, jest jeszcze mrok - jeszcze miesiąc temu wstawałam przed szóstą, rano biegałam, potem miałam energię na cały dzień... A teraz chyba będę musiała się przenieść z bieganiem na popołudnie... To nie moja pora, ja jestem rannym ptaszkiem...


Przynajmniej zaległości książkowe nadrobiłam we wrześniu i to mnie cieszy, mało tego - mam ochotę na więcej... Nie wiem, co z tego będzie, bo teraz będę czytać nie tylko to, na co mam ochotę, ale również to, co muszę. Ale bez wątpienia będzie tego dużo. Zawsze piętrzy się u mnie na półce większy lub mniejszy nieprzeczytany stos i to się prędko nie zmieni :-)

Przeraża mnie tylko ten pędzący, przemijający czas... Zdecydowanie leci za szybko, chciałabym go zatrzymać na trochę, ale marne nadzieje... Ostatni miesiąc zleciał jakby to był tydzień. A ja mam mnóstwo rozterek, sporo przemyśleń, czasem marzeń, które chciałabym spełnić, ale nie zawsze mam możliwość. Chciałabym, aby ten październik przyniósł mi chociaż taki spokój ducha, żebym nie musiała się martwić tym, co być może będzie... No i chciałabym w październiku sporo przeczytać :-) To ostatnie mogę realizować na szczęście, praktycznie od teraz :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli