Małżeństwa królewskie. Piastowie

Małżeństwa królewskie. Piastowie

Autor: Jerzy Besala
Wydawnictwo Bellona, 2013
Liczba stron: 364
Wszyscy znamy imię Mieszka I, Bolesława Chrobrego czy Kazimierza Wielkiego. Królów znamy wszyscy. Nie trzeba było być prymusem z historii aby zapamiętać tak ważne osoby. Zapewne większość skojarzy również imię pierwszej żony księcia polańskiego, Dobrawy (albo Dąbrówki, Dobrawki - jak kto woli). Ewentualnie jeszcze obiło się niektórym o uszy imię królowej Jadwigi, a raczej króla Jadwigi (tak, króla!). I na tym zazwyczaj kończy się jakakolwiek wiedza o kobietach, które przewinęły się przez nasze państwo polskie jako żony sławnych władców, królów i książąt, i zapisały się w historii. Dzięki Jerzemu Besali możemy tę wiedzę poszerzyć i bliżej poznać nie tylko piastowskich władców, ale i ich żony.

A uwierzcie, losy kobiet, które przewinęły się przez nasz kraj i weszły do pierwszej polskiej dynastii są równie ciekawe, co ich małżonków, a czasami nawet o wiele ciekawsze, niekiedy pełne tajemnic i niedopowiedzeń, omijane przez kronikarzy albo wspominane szczątkowo. O Dobrawie każdy słyszał, ale na uwagę zasługuje nie tylko ona: na przykład taka postać ambitnej Agnieszki, żony Władysława Wygnańca; tajemniczej Ludgardy, której śmierć nie do końca została wyjaśniona i pięknej Ryksy - żon Przemysła II; cztery żony Bolesława Chrobrego, z których tylko Emnilda zdobyła jego serce i nie została odesłana, przeżyła z nim blisko trzydzieści lat; albo choćby Kinga, znana jako święta, małżonka Bolesława Wstydliwego - czy one nie zasługują na uwagę?... Zasługują jak najbardziej, a takich kobiet jest o wiele więcej, nie tylko te przeze mnie wymienione. Choć ta książka nie tylko jest o kobietach - bo to swoista historia Piastów w pigułce, losy królów i królowych, książąt i księżnych, ich córek i synów, historia Polski przedstawiona głównie z perspektywy związków małżeńskich - czyli tak naprawdę umów politycznych, bo nie oszukujmy się, królowie nie żenili się z miłości, a po to, żeby odnieść jakieś korzyści na polu politycznym, zawrzeć sojusze, spłodzić dziedziców... Ale i miłość się pojawiała, chociaż niezbyt często, to jednak była czasem obecna - na myśl przychodzi mi tu od razu Przemysł i Ryksa czy właśnie Bolesław i Emnilda, a było ich więcej...

To nie jest książka dla wszystkich. Besala pisze dość specyficznie, nie każdemu ten styl przypadnie do gustu. Nie każdy też interesuje się historią na tyle, aby sięgnąć po tę książkę (chociaż mam nadzieję, że istnieją tacy, dla których była lu będzie inspiracją do dalszego odkrywania historii i zainteresowania się tym tematem). Na pewno jednak nie poczują się rozczarowani Ci, którzy na słowa "historia Polski" nie reagują dreszczami albo kwaśną miną, a są ciekawi tego, co w niej jest. Tym krzywiącym się raczej poleciłabym coś innego. Chociaż z drugiej strony historia średniowiecznej Polski - nie wiem, skąd to się bierze - uważana jest za nudną, nieciekawą, nieinteresującą. Spotkałam się z tym nawet na studiach. Szczególnie właśnie początki państwa polskiego - o tym, co myślę ja sama, będzie następnym razem, zresztą pisałam już o tym wielokrotnie - średniowiecze i Piastowie to jest "moja" epoka. Więc może nie jestem obiektywna, pisząc o tej książce, ale cóż... po prostu niezainteresowani niech nie biorą jej do ręki, jeśli taka jest ich wola. Ja napiszę tylko tyle: warto. Chociaż pierwszy raz trafiła do moich rąk książka Besali, chociaż faktycznie jego styl jest dość charakterystyczny - to na pewno nie jest to ostatnie moje spotkanie z tym autorem. A średniowiecze jest ciekawe, uwierzcie. I mam zamiar udowodnić to przy najbliższej okazji :-)
Ślad atramentu

Ślad atramentu

Autor: Melvin R. Starr
Wydawnictwo Promic, 2014
Liczba stron: 318
Wydaje mi się, że tak niedawno zaczęłam czytać tę serię, a okazuje się, że pierwsza książka Melvina Starra, którą przeczytałam, trafiła do mnie ponad dwa lata temu! Cóż, czas leci szybko, szkoda tylko, że powieści tego autora nie są wydawane w Polsce z jakąś większą częstotliwością, a na każdą trzeba czekać rok... Jednak takie czekanie absolutnie się opłaca. Opłaciło się i teraz.

Pamiętacie Hugh z Singleton? Ten kto czytał pewnie pamięta. Hugh jest chirurgiem, rządcą włości lorda Gilberta i... średniowiecznym angielskim detektywem. I może wydaje się na pierwszy rzut oka, że jego życie nie jest na tyle ciekawe, aby się nim bliżej zainteresować, to jednak jest to błąd. Praca rządcy może i faktycznie nie należy do najciekawszych, z pracą lekarza bywa różnie (chociaż ja sama nie widzę w tym nic interesującego), to jednak to, czym Hugh zajmuje się "po godzinach" może wywołać ciarki na plecach. Szczególnie, gdy przyjdzie mu za zadanie odnaleźć 22 księgi swojego oxfordzkiego przyjaciela, Johna Wycliffa. Bohater zostaje oddelegowany przez swojego pracodawcę, lorda Gilberta, do Oxfordu, aby odszukać złodzieja średniowiecznych ksiąg, które pewnego dnia zniknęły z komnat przyjaciela. Zadanie okaże się jednak niezwykle niebezpieczne, zagrażające życiu każdemu, kto wtrąci się w tę sprawę. Do tego Hugh narazi się nie tylko złodziejom, ale również synowi nowego szeryfa Oxfordu... Obaj panowie bowiem będą się starać o rękę tej samej kobiety...

Pamiętam dwie poprzednie części, jakbym czytała je wczoraj. Zapadają w pamięci na pewno na długo. Nie mogłam się więc doczekać premiery tej książki, tym bardziej, że naprawdę na kolejne powieści Starra trzeba czekać trochę długo. Ale naprawdę warto. Hugh ma w sobie coś, co czytelnika do niego przyciąga, chociaż na pierwszy rzut oka nic w nim ciekawego. Jednak bystrość i spryt to jedne z tych jego cech, których nie sposób nie zauważyć; a równoważy to wszystko skromność i niewielka wiara we własne możliwości. Chyba już bardziej wierzą w niego ci, z którymi ma na co dzień do czynienia, niż on sam. "Ślad atramentu" to trzecia powieść z kolei o przygodach średniowiecznego chirurga z Bampton, jednak... chyba najbardziej trzymająca z napięciu i wciągająca. Dlaczego? Bo teraz to jego życie będzie zagrożone, i to wielokrotnie, na dodatek w obcym mieście, a zdarzy się nawet, że będzie o krok od śmierci.

A to obce miasto to oczywiście Oxford. I chyba muszę się nieskromnie pochwalić, że jest to jedno z tych miast, które miałam okazję odwiedzić. Tak, byłam tam wielokrotnie, a kto był, ten wie, że można się w nim zakochać od pierwszego wejrzenia. Znam więc trochę oxfordzkie ulice obecnie, dzięki tej książce mogłam poznać ich średniowieczne odpowiedniki - ba! nawet możemy obejrzeć dawną mapę tego miasta, a spis występujących w powieści ulic skonfrontować ze współczesnymi nazwami. Naprawdę fajny dodatek... a może nawet kogoś zachęci do odwiedzenia tego uniwersyteckiego miasteczka?... Kto wie.

Zagadka zaginionych ksiąg, czyli główny wątek, oczywiście przeplata się, jak i w poprzednich tomach, z życiem i rozterkami samego bohatera. Nie jest to jednak cykl z tych, które trzeba czytać od początku od pierwszego tomu, po kolei. Co prawda obecne są jakieś tam retrospekcje, Hugh wraca do poprzednich wydarzeń, czasem je wspomina, nie jest to jednak częste i nie miesza w głowie czytelnikowi. Z powodzeniem można sięgnąć po każdy tom tej serii i będzie się wiedziało o co chodzi. I to jest moim zdaniem wielka zaleta, nie zawsze bowiem każdy ma dostęp do każdej książki, którą chciałby przeczytać. Bierzcie więc do rąk kronikę Hugh z Singleton, obojętnie którą, pierwszą, drugą czy trzecią, a na pewno nie pożałujecie, mało tego: pewnie nawet zaostrzy wam się apetyt na więcej. 


Za powieść ogromnie dziękuję Wydawnictwu Promic

10 książek, które zmieniły moje życie

10 książek, które zmieniły moje życie

Znane Wam, mnie też znane wyzwanie, w którym nie brałam jeszcze udziału, a które rzuciła mi Marta... dziękuję za nominację. Nie jest to jednak takie proste, jakby się wydawało, pomyślałam sobie: a, machnę post i będzie. A figa z makiem! Zaczęłam myśleć, próbując wymyślić 10 tytułów, które naprawdę wpłynęły jakoś na moje życie (chociaż może to za dużo powiedziane, ale coś tam zmieniły w myśleniu itp.) to nie lada zadanie. Ale że wyzwanie jest ciekawe, więc przyjęłam :-) A moja lista, po dość intensywnych przemyśleniach?... Kolejność obojętna:

1. Prowincja pełna..., Katarzyna Enerlich
Nie będę się rozdrabniać na poszczególne tomy, bo to bez sensu. Serie będą jako jedna książka. Dlaczego Prowincja? Pozwoliła mi spojrzeć na świat wokół mnie z zupełnie innej strony, przybliżyła do natury, nauczyła poniekąd cieszyć się z tego, co wokoło i nauczyła, że wszystko w życiu ma swój czas :-) Tak po prostu.

2. Outlander, Diana Gabaldon
Znowu cały cykl. Pierwsza książka, którą przeczytałam po angielsku, czyli w oryginale i zrozumiałam, że żadne tłumaczenie nie może się temu równać. Poza tym czytając, przepadłam :-) Po niej właśnie pokochałam Szkocję, zaczęłam bardziej interesować się jej historią i historią klanów. Mam na półce całą serię - oczywiście po angielsku.

3. Kamienie na szaniec, Aleksander Kamiński
Nie wiem, co takiego jest w naszej historii początków XX w., że zawsze mnie przyciąga (chociaż na pierwszym miejscu i tak stawiam średniowiecze). Była to pierwsza książka historyczna, którą przeczytałam oczywiście jako lekturę w szkole, ale od tamtej pory jedna z moich ulubionych, która w końcu zadecydowała o kierunku studiów (na których rozpoczęcie musiałam trochę poczekać).

4. Sekret, Rhonda Byrne
Przez jednych krytykowana, przez innych uwielbiana, bez wątpienia zaliczam się do tej drugiej grupy. Ja, wieczny pechowiec, w końcu zrozumiałam, że to co mamy w głowie na pewno jakoś wpływa na to, co dzieje się wokół nas. A pozytywne przyciąga pozytywne. I muszę powiedzieć: naprawdę działa!

5. Kometa nad Doliną Muminków, Tove Jansson
To była chyba pierwsza książka, jaką wypożyczyłam z biblioteki i dzięki której je pokochałam: zarówno biblioteki, jak i same książki, o Muminkach nie wspominając. Do tej pory pamiętam te małe książeczki o Muminkach, które namiętnie wypożyczałam i czytałam w deszczowe i pochmurne dni - jakby to było wczoraj :-)

6. Dzieci z Bullerbyn, Astrid Lindgren
Ach, jak ja uwielbiałam i uwielbiam tę książkę - pamiętam ją do dziś, niestety pożyczona komuś moja ukochana książka zaginęła... Co ja bym dała aby odzyskać tamto wydanie? Dzięki takim książkom właśnie pokochałam czytanie.

7. Pan Lodowego Ogrodu, Jarosław Grzędowicz
Do tej pory omijałam jakąkolwiek fantastykę z daleka, szczególnie polską. Ta książka jednak z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów zawsze mnie przyciągała, a gdy w końcu po nią sięgnęłam... cóż, znalazła się tutaj, więc o czymś to świadczy. Jedna z moich naj, naj,  naj, pomimo 4 grubych tomów wciąż za krótka!

8. Mały Książę, Antoine de Saint-Exupery
Lektura szkolna, ale taka, którą przeczytałam chyba największą ilość razy. Do tej pory pamiętam niektóre z niej cytaty. Piękna książka, tak po prostu...
  
9. Jeździec Miedziany, Paullina Simons
Podsunięta mi przez siostrę... dzięki której po raz kolejny przepadłam, zakochałam się w Sankt Petersburgu (do tej pory na razie tylko platonicznie, nigdy tam nie byłam), poza tym to jest kolejna książka o wojnie, a ja takie po prostu uwielbiam...

10. Marina, Carlos Ruiz Zafon
Dlaczego akurat Marina? Nie mam zielonego pojęcia, co mnie w tej książce urzekło, że zaczęłam ją uważać za chyba najlepszą, jaka wyszła spod pióra Zafona. Ale to jest faktem. Zafon w ogóle sprawił, że poczułam inny klimat, jakoś inaczej się te książki czyta... No trudno to określić :-)


Taka oto moja lista. Mało tu klasyki, mało książek, które niby trzeba czytać i znać, bo tak nakazuje społeczeństwo... Ale to są "moje" książki - listę chciałam zrobić taką, z którą naprawdę się identyfikuję, która będzie poniekąd pokazywać, jaka jestem... nie taką, aby się komuś lub czemuś pochwalić. I wyszło takie oto coś. Czy któraś z moich książek pokrywa się z Waszymi?...
Aha, nie nominuję nikogo, nie wiem, czy znalazłabym jeszcze kogokolwiek, kto nie brał w tym udziału... :-)
Niedokończone opowieści

Niedokończone opowieści

Autor: Charlotte Brontë
Wydawnictwo Mg, 2014
Liczba stron: 240
Charlotte Brontë od urodzenia była zagadką. Jej postać była owiana tajemnicą jeszcze za jej życia, jednak prawdziwy szał na jej książki rozpoczął się tak naprawdę po jej śmierci. Wtedy stała się jeszcze większą niewiadomą, bo już za późno było na to, aby dowiedzieć się czegokolwiek o Charlotte u samego źródła. Faktem jest jednak to, że pozostawiła po sobie wspaniałą literaturę, "Jane Eyre", "Villette" czy "Shirley" odniosły wielką popularność niemalże na całym świecie. Kto wie, czy za powieściami swoich sióstr również nie stoi ona. Tego nigdy się nie dowiemy. Faktem jest jednak to, że pisarka pozostawiła po sobie również cztery niedokończone utwory. Wydawnictwo Mg zdecydowało się je wydać pod zbiorczym tytułem: "Niedokończone opowieści".

Książka zawiera początkowe rozdziały czterech historii, których Charlotte niestety nie dokończyła. Dlaczego tego nie zrobiła? Możemy się niestety tylko domyślać, czy porzuciła je świadomie, czy po prostu nie zdążyła napisać ciągu dalszego. "Ashworth", "Emma", "Państwo Moore" oraz "Historia Williego Ellina" to tytuły tych czterech utworów, odnalezionych w zapiskach Charlotte. I... wszystkie cztery zapowiadają się na naprawdę dobre książki. Każda z nich intryguje od samego początku, a po przeczytaniu tego małego kawałeczka... cóż... chciałoby się czytać dalej, w głowie dźwięczy non stop pytanie: "ale... to już wszystko?", a i to nie koniec pytań. Pozostaje ich w głowie całe multum po każdej z opowieści. "Ashworth" intryguje nas swym głównym bohaterem i ich dziećmi, ale nigdy nie dowiemy się, dlaczego on sam wyrzekł się swoich dwóch synów, a faworyzuje córkę. Po "Emmie" zastanawiamy się, kim tak naprawdę jest dziewczynka wychowująca się w prestiżowej szkole dla dam, faworyzowana ze względu na swe bogactwo i pochodzenie, dlaczego mężczyzna, podający się za jej ojca zapadł się pod ziemię (swoją drogą ten fragment do złudzenia przypomina mi "Małą księżniczkę" - książkę, którą czytałam kilka razy, gdy tylko na dobre nauczyłam się czytać, do tej pory ją uwielbiam). Nigdy nie dowiemy się, co dalej wydarzyło się w domu państwa Moore'ów, goszczących przyjaciółkę Sarah Julii Moore i brata jej męża, Johna Henry'ego. I nigdy nie poznamy kobiety, która stała się pocieszycielką dziesięcioletniego Williego i co się stało z jego starszym bratem, który non stop prał chłopca na kwaśne jabłko...

Ale taki jest właśnie urok niedokończonych powieści. Pozostawiają nas sobie samym, z naszą własną wyobraźnią, która w tym momencie zaczyna pracować jakby na zwiększonych obrotach... Charlotte Brontë już nigdy nie dokończy swoich utworów - szkoda, bo zapowiadały się naprawdę ciekawie i interesująco. Możemy jednak sami dopowiedzieć sobie dalszy ciąg wszystkich czterech, i to tak, jak nam się podoba. Mimo że są to tylko urywki, początki czegoś, co miało mieć swój dalszy ciąg, to "Niedokończone opowieści" z powodzeniem mogą się równać pozostałym, wydanym książkom pisarki. Cały czas jest to wspaniała literatura, z opisami charakterystycznymi tylko i wyłącznie dla autorki, z klimatem, jaki można znaleźć tylko u niej, z ogromnym potencjałem. Chociaż przeczytałam tę książkę w jeden wieczór, to czytało mi się ją ogromnie przyjemnie, acz z lekkim żalem po każdej z opowieści, bo to już koniec, bo co dalej? Prawdopodobnie wszystkie, gdyby zostały dokończone, odniosły by porównywalny sukces do tych, które Charlotte udało się skończyć i wydać. Brontë miała niebywały talent do pisania, potrafiła to robić naprawdę pięknie, potrafiła ująć czytelnika... jak widać po tej książce udawało jej się to już od pierwszych stron. Nic dziwnego, że jest czytana na całym świecie.

"Niedokończone opowieści" to gratka dla fanów wszystkich trzech sióstr, nie tylko Charlotte, niczym wisienka na torcie dla tych czytelników, którzy znają pozostałe książki Brontë. Bez wątpienia jest to coś, co warto przeczytać, chociaż niedokończone, to sprawia taką samą przyjemność, jak przy pełnej powieści. Ktoś, kto chce poznać Charlotte, dowiedzieć się jaka była, odkryć choć odrobinę tej tajemnicy, za parawanem której jest ukryta jej osoba, powinien wziąć do ręki właśnie jej książki; również "Niedokończone opowieści" - nic nie powie nam tak dużo o autorce, jak jej utwory i to, co ona sama umieściła tam między wierszami.


Za tę niezwykłą książkę dziękuję Wydawnictwu Mg
Historycznie - w obronie przeszłości

Historycznie - w obronie przeszłości

Na północny zachód od Warszawy, w miejscu, gdzie Narew wpływa do Wisły, leży Nowy Dwór Mazowiecki i Twierdza Modlin. Niegdyś Modlin był oddzielną miejscowością, dziś jest dzielnicą Nowego Dworu, a Nowy Dwór miejscem, w którym od paru lat sama mieszkam. I chociaż on sam w historii jakoś specjalnie się nie zapisał, to jednak Modlin już tak - znany głównie ze swej twierdzy.

Na jesienną pogodę najlepszy... kryminał!

Na jesienną pogodę najlepszy... kryminał!

Post bierze udział w konkursie Syndykatu ZwB

Zawsze, wraz ze zbliżającą się jesienną pogodą, wraz z coraz obficiej opadającymi liśćmi z drzew, mam jakąś dziwną potrzebę sięgania właśnie po takie książki. Jesień jest dla mnie właśnie porą, kiedy najchętniej sięgam po kryminały, a że jest to jeden z moich ulubionych gatunków literackich (gdzie prym wiedzie oczywiście Skandynawia, może dlatego właśnie dlatego o tej porze roku sięgam po ten gatunek, bo ten rejon Europy bezsprzecznie większości kojarzy się z chłodem, mnie również), chyba nie muszę przypominać.
Dzisiaj więc wyjątkowo kryminalnie, bo właśnie taki nastrój się do mnie zbliża wielkimi krokami. A Wy na co czekacie i jakie książki najchętniej czytacie jesienią?...

*****


W wigilijny wieczór Christine Steinmayer, znana dziennikarka radiowa, wybiera się na pierwsze spotkanie z rodzicami narzeczonego. Przed wyjazdem znajduje w swojej skrzynce na listy osobliwy list. Jest to anonim, w którym ktoś informuje ją, że zamierza popełnić samobójstwo. Pomyłka? Niewczesny żart? Wokół kobiety zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Ktoś próbuje ją zaszczuć, odizolować od otoczenia, doprowadzić do obłędu. W tym samym czasie komendant Martin Servaz, który po traumatycznych przejściach przebywa w ośrodku dla policjantów w depresji, także otrzymuje niezwykłą przesyłkę: magnetyczny klucz do hotelowego pokoju i bilecik z datą i godziną spotkania. Perspektywa nowego śledztwa wyrywa policjanta z letargu. Czy coś łączy te dwa wątki?
~ Premiera 23 września ~



Na terenie uniwersyteckiego kampusu w Nowej Anglii pod warstwą śniegu zostaje znalezione nagie, zamarznięte ciało pięknej studentki. Dlaczego nikt z jej znajomych nie zgłosił zaginięcia?
Spencer O'Malley, detektyw prowadzący śledztwo, szybko zostaje wciągnięty w niepokojący świat czwórki studentów: Jima, Connie, Alberta i Kristiny. O'Malley odkrywa, że przyjaciele, którzy wspólnie się bawili, studiowali i, od czasu do czasu, sypiali ze sobą, mieli własne sekrety, z plątaniny których zaczyna się wyłaniać szokująca prawda.
~ Premiera 24 września ~




Pisarz Owen Quine zaginął. Jego żona zleca sprawę prywatnemu detektywowi Cormoranowi Strike’owi. Kobieta sądzi, że mąż potrzebował kilku dni dla siebie, jak to zdarzało się już wcześniej. Strike ma go odnaleźć i sprowadzić do domu. W trakcie śledztwa okazuje się, że powód zniknięcia Quine’a może być znacznie poważniejszy niż podejrzewa żona. Pisarz właśnie ukończył rękopis będący jadowitym portretem niemal wszystkich jego znajomych. Gdyby książka została opublikowana, zrujnowałaby niejedno życie, więc wielu osobom mogło zależeć na uciszeniu autora. A kiedy ten zostaje odnaleziony – brutalnie zamordowany w dziwacznych okolicznościach – rozpoczyna się wyścig z czasem, by zrozumieć motyw bezwzględnego zabójcy, zabójcy, jakiego Strike do tej pory nie spotkał…
~ Premiera 24 września ~



Parna czerwcowa noc. W odrestaurowanym dworku miejscowych notabli odbywają się długo oczekiwane zaręczyny ich syna Eryka z piękną, lecz osieroconą dziewczyną. Dom tonie w kwiatach, a szampan leje się strumieniami. Uroczystość zostaje przerwana tuż po północy. Narzeczona znika z posiadłości w tajemniczych okolicznościach. Na miejsce zostaje wezwana policyjna detektyw Julia Krawiec, której asystuje nowa ekscentryczna podopieczna, Michalina Bodnar. Początkowe podejrzenia policji, że narzeczona Eryka rozmyśliła się i w kontrowersyjny sposób zrezygnowała ze zbliżającego się ślubu, zostają szybko zweryfikowane. W miasteczku dochodzi bowiem do kolejnych incydentów, które Julia musi powiązać ze sprawą zaginionej dziewczyny. Tymczasem atmosfera w bogatym domu Kornatowskich staje się coraz bardziej napięta. Rodzina, której celem do tej pory było utrzymywanie wzorowego wizerunku, okazuje się daleka od ideału...
~ Premiera 24 września ~



Upalny lipcowy poranek na wyspie Sandhamn. Ciało mężczyzny oplątane w rybacką sieć wypływa na ląd. Tydzień później znalezione zostaje ciało brutalnie zamordowanej kobiety. Śledztwo prowadzi inspektor Thomas Andreasson z policji w Nacka. Jakie powiązanie ma tych dwoje z Sandhamn? I jakie sekrety kryje mała społeczność? Pytań w sprawie jest dużo a tropów niewiele. Morderca grasuje w sielankowym letnim kurorcie więc presja na policję jest ogromna. Nieoczekiwanie do sprawy włącza się Nora Linde, przyjaciółka Andreassona. Czy uda im się szybko znaleźć sprawcę zanim dojdzie do kolejnej tragedii?
~ Premiera 8 października ~



 "Wspomnienia brudnego anioła", opowiadają historię samotnej kobiety, a ich fabuła nawiązuje do postaci pewnej Szwedki, nieznanej z imienia i nazwiska, która przebywała w afrykańskiej kolonii na początku XX wieku.
Hanna, młodziutka dziewczyna z biednej szwedzkiej wioski w górach, wyrusza do miasta nad morzem. Tam u dalekich krewnych ma szukać lepszego życia, gdyż w domu rodzinnym nie przelewa się, a matka Hanny, Elin, obawia się, że nie zdoła nawet wyżywić córki. Hanna zaczyna pracę jako służąca u zamożnego kupca i niebawem opuszcza Szwecję na pokładzie statku handlowego, gdzie zajmuje się kuchnią. I wtedy w jej życiu znów dochodzi do wielkiej zmiany, w czasie rejsu Hanna wychodzi za mąż za drugiego oficera. Wydarza się jednak nieszczęście, mąż Hanny umiera na tropikalną chorobę i zostaje pochowany w morzu. Wówczas zrozpaczona dziewczyna ucieka ze statku w portugalskim porcie w Afryce Południowej i zatrzymuje się w hotelu O Paraiso. Tam pozostaje dłużej, gdyż ciężko choruje. Opiekują się nią kobiety i wtedy Hanna dowiaduje się, że hotel faktycznie jest znanym domem publicznym, którego właścicielem jest niejaki senhor Vaz…
 ~ Premiera 22 października ~
Kacper Ryx

Kacper Ryx

Autor: Mariusz Wollny
Wydawnictwo Otwarte, 2012
Liczba stron: 584
Rok 1569 obfitował w Polsce w wiele wydarzeń, z których najważniejsze było chyba zaprzysiężenie unii polsko-litewskiej i powstanie Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Rok 1569 jest również rokiem, w którym dzieje się akcja książki Mariusza Wollnego - dzięki niemu możemy przenieść się do szesnastowiecznego Krakowa. Chcielibyście przenieść się w czasie? Bo ja bardzo. A że w Krakowie nigdy nie byłam... 

Kacper Ryx, główny bohater książki, to podrzutek, dziewiętnaście lat wcześniej pod drzwiami klasztoru Duchaków w Krakowie ktoś zostawił chłopca. Nadano mu imię Kacper dla uczczenia Święta Trzech Króli, miało to bowiem miejsce 6 stycznia. Wychowywany przez krakowską ulicę, trafił w końcu dzięki dobroci księdza Rocha do ciotki Balcerowej, która od tej pory będzie wychowywała go niczym syna, a sam chłopiec rozpocznie studia na słynnej Akademii Krakowskiej. Ale mało tego. Kacper Ryx wykaże też zupełnie inne zdolności - dzięki swojemu sprytowi i bystrości umysłu zostanie pierwszym w Polsce (i na świecie) inwestygatorem królewskim - czyli, powiedzielibyśmy dzisiaj: śledczym czy detektywem. A przyjdzie mu się zmierzyć z wcale niełatwymi zadaniami - niekiedy niebezpiecznymi, gdzie o stratę zdrowia, a nawet życia będzie nietrudno. Kacper znajdzie się nie raz o włos od śmierci, rozwiązując zagadki dotyczące jego najbliższego otoczenia, ale i takie wagi państwowej. Te ostatnie okażą się nad wyraz niebezpieczne.

Kraków wciąż jest mi obcy, jednak cudownie jest móc przenieść się do tego miasta i to w dodatku do czasów, gdy Sukiennice tętnią życiem, będąc głównym centrum krakowskiego handlu, słynna Akademia Krakowska kształci przyszłych medyków, gdzie nad miastem góruje Zamek Wawelski i straszy bazyliszek, ale i gdzie istnieją uliczki i zaułki, w które lepiej się nie zapuszczać, jeśli chce się wrócić całym i zdrowym do domu. Dzięki Mariuszowi Wollnemu można poznać Kraków z zupełnie innej strony dzięki licznym opisom krakowskiej architektury - ulic, budynków, bram... Cóż, ja w Krakowie nigdy nie byłam, ale dzięki tej książce mam coraz większą ochotę na odkrywanie tego miasta. I to odkrywanie z zupełnie innej strony, bo po tej powieści spojrzy się nań już nie tak samo jak dotychczas.

Ale koniec lekcji historii. Teraz przenieśmy się na język polski. Pamiętacie ze szkoły fraszki Jana Kochanowskiego czy wiersze Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego? Tutaj wrócicie do obu tych osobistości jeszcze raz, przypomnicie sobie ich poezję, ale przede wszystkim zobaczycie w nich normalnych ludzi, szczególnie w Mikołaju, dobrym przyjacielu Kacpra Ryxa. W ogóle cała powieść to mieszanka fikcyjnych postaci z autentycznymi, w gronie których znajdzie się również Łukasz Górnicki, Jan Zamoyski czy sam król, Zygmunt August. A może kojarzycie otoczonego legendą Twardowskiego, słynnego maga i czarodzieja, który według opowieści zaprzedał duszę diabłu? Cóż, Kacper znajdzie się w samym środku wydarzeń związanych z zaginięciem Mistrza Twardowskiego, krakowskiego szlachcica, parającego się magią, która to w końcu doprowadziła do go zguby. Wątek z Twardowskim jest tu jednym z głównych wątków, więc dowiecie się o nim dużo - to mogę zagwarantować. Chociaż nie wszystko będzie podane wprost, na tacy.

Akcja tej książki czasami przyspiesza, czasami zwalnia. Nie ma co zrażać się więc tym, że momentami jest trochę nudno. Autor wynagrodzi nam to kilka stron dalej. Poza tym czytając o przygodach głównego bohatera, spacerując razem z nim i Mikołajem uliczkami szesnastowiecznego Krakowa, jesteśmy świadkami nie tylko tego, co dotyczy samego Kacpra, ale i tego, co działo się w tym czasie w całym państwie polsko-litewskim. Będziemy nie tylko rozwiązywać zagadki, ale i odkrywać nowe zakątki miasta, podziwiać architekturę czy być świadkami tego, jak Polska łączy się z Litwą i jaki to ma wpływ na dalsze losy kraju i ich mieszkańców. Jest to więc książka nie tylko dla miłośników dobrej powieści przygodowej (choć przede wszystkim właśnie dla nich), ale i dla tych, co choć trochę interesują się historią Polski. A i również dla miłośników samego Krakowa. Jeśli to wszystko złączy się razem, wychodzi coś, co na pewno spodoba się wielu czytelnikom, którzy będą chcieli sięgnąć po dalsze części "Kacpra Ryxa" - ta jest bowiem pierwszym z czterech tomów o przygodach krakowskiego żaka.
Legion

Legion

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2013
Liczba stron: 800
Ta książka jest genialna! Jest po prostu wybitna, a wciąż tak mało jest takich perełek na polskim rynku książkowym. Nie wiem, czemu "Legion" aż tyle czasu przeczekał na mojej półce, może podświadomie czekałam na czas, kiedy nie będzie mojej głowy zajmowała nauka na studiach ani nic innego, kiedy spokojnie będę mogła wziąć ją do ręki i zacząć czytać... A gdy już zaczęłam... po prostu trudno było mi się od niej oderwać. Ogromnie trudno było odłożyć ją na bok choć na chwilę, zapomnieć choć na minutę o żołnierzach Brygady Świętokrzyskiej - jej głównych bohaterach.

O partyzantach Brygady Świętokrzyskiej wciąż wiemy za mało... Początkowo wyklęci, nazywani narodowymi faszystami żołnierze okazali się chyba największymi zwycięzcami w walce o wolność, chociaż początkowo nikt tego nie przewidywał. Przyświecał im tylko jeden cel - odzyskać Polskę, walcząc z wrogiem, przy czym wrogów było dwóch: hitlerowskie Niemcy i sowiecka Rosja. Ta druga od zawsze była naszym wrogiem, dlaczego więc, na Boga, w pewnym momencie państwo polskie zaczęło uważać ją za swojego sojusznika i wyzwoliciela?... Gdy o tym myślę, aż krew we mnie wrze i przypomina mi się książka Zychowicza pt. "Obłęd'44" - czytając ją, miałam trochę podobne odczucia. Żołnierze Brygady Świętokrzyskiej byli jednymi z nielicznych, którzy pojmowali trudną sytuację kraju, a zwycięzcami okazali się właśnie dlatego, że do końca nie wierzyli w dobre intencje naszego wschodniego sąsiada. Chwała im za to! 

"...wspomnicie moje słowa nie dalej jak za pół roku: Polska jeszcze zapłacze, 
jak nam wystawią rachunek za to wyzwolenie." 
(Żbik, str. 701)

Wciąż są jednak przysłonięci jakimś parawanem milczenia. Wciąż słychać o nich tak mało. Dlatego chwała również autorce, Elżbiecie Cherezińskiej, że "Legionem" ten parawan odsłania i pokazuje nam, co się za nim kryje. To jest nasza polska historia, o naszych polskich żołnierzach, którzy posiadali tylko jedną broń, ale najmocniejszą: odwagę i wiarę w to, że jest szansa na dawną Polskę. O żołnierzach, których domem był przede wszystkim las, a celem walka z jednym i drugim wrogiem. Uczcie się historii w Elżbietą Cherezińską! Zarówno średniowiecznej, w której się specjalizuje, jak i tej, nowszej, którą przecież też trzeba znać. Z każdą kolejną książką tej kobiety dochodzę do wniosku, że takich autorów ze świecą szukać - którzy opowiadając o tym co było, potrafią zainteresować do tego stopnia, że nie jest się w stanie odłożyć choć na chwilę książki na bok. To jest najlepszy sposób na poznawanie dziejów naszego kraju, a autorka chyba już zdobyła u mnie mistrzostwo w tym, co robi. Nie da się inaczej.

Forma tej powieści też jest genialna. Myślałam, że będzie mi przeszkadzać ten a'la reportaż, a'la scenariusz, że to się nie będzie dobrze czytać... Po kilku stronach zrozumiałam, że tego nie dało się przedstawić inaczej, że to nie byłaby już ta sama książka. Zanim zaczęłam ją czytać, przerażała mnie jej objętość i w ogóle wielkość - jednak te 800 stron to jest nic, one mijają tak szybko, w takim tempie, że tego się po prostu nie zauważa... A bohaterowie stają się nam tak bliscy jak własna rodzina czy... żołnierze z tego samego oddziału. Bo oni przecież byli rodziną - mieli tylko siebie, przebywali ze sobą na co dzień, żartowali, walczyli... 

 "Na Boga, powinniśmy podrzeć te cholerne, podłe porozumienia z Sowietami 
i ruszyć prosto na wschodnie granice." 
(gen. Patton, str. 782)

Trudno jest mi objąć słowami, co "czuję" do tej książki... Wiedziałam, zanim jeszcze wzięłam się za czytanie, że jest to dobra powieść, nie bez powodu kupiłam ją ponad pół roku temu. Ale też nie przypuszczałabym, że jest aż tak dobra. Że do tego stopnia wciągnie mnie historia tych żołnierzy. Że to będzie jedna z najbardziej wartościowych książek, jakie przyszło mi przeczytać w tym roku. Ludzie! Uczcie się historii razem z Elżbietą Cherezińską! Nie znajdziecie lepszego nauczyciela, naprawdę warto!
Czym pożegnać lato i przywitać jesień?...

Czym pożegnać lato i przywitać jesień?...

Czym? Nowymi książkami :-) Chociaż jak na razie wygląda na to, że lato wcale nie chce być żegnane, na termometrze było dziś u mnie 28 stopni! Oby taka pogoda trwała jak najdłużej. Chociaż... mam nadzieję, że długie lato nie będzie zwiastowało rychłej zimy... Chciałabym, żeby i tej jesieni trochę było, bo to po lecie druga moja ulubiona pora roku.

Poniżej moje wrześniowe książkowe plany, które być może zahaczą również o początek października. Tak się bowiem składa, że na moim Kindlu zachomikowałam jeszcze sporo e-booków, które również dopraszają się w końcu o przeczytanie, a nieładnie tak go zwodzić i zwodzić, poza tym książki kuszą... Ale te poniższe kuszą również, kto wie, czy nie bardziej... Nic tylko czytać :-)


1. Paweł Jasienica, Polska Piastów - doprasza się o uwagę od jakiegoś czasu, a poza tym zbiega się to właśnie z początkiem roku akademickiego, więc trzeba będzie w końcu znaleźć czas na nią.
2. Józef Ignacy Kraszewski, Stara baśn - tę książkę powinni znać wszyscy, albo chociaż wszyscy powinni o niej słyszeć. Postanowiłam przypomnieć sobie polską klasykę, a dlaczego właśnie ta książka na początek? Bo jestem ogromnie ciekawa, jak odbiorę ją teraz, bo gdy czytałam ją iks lat temu w szkole, to była najgorsza męczarnia na świecie :-)
3. Melvin R. Starr, Ślad atramentu - na jej premierę czekałam dość długo, miała bowiem ukazać się w czerwcu, więc jak widać trochę sobie czekałam, w końcu mam.
4. Charlotte Brontë, Niedokończone opowieści - tego nie muszę komentować, literaturę sióstr Brontë uwielbiam...
5. Elizabeth Gaskell, Życie Charlotte Brontë - chyba również nie wymaga komentarza :-)


Właśnie przed chwilą doszłam do wniosku, że ten stosik to praktycznie sama historia, nie ma nic współczesnego... Co ja poradzę, że właśnie takimi książkami się otaczam ostatnio? Na dokładkę na półce czeka jeszcze niesfotografowany, biblioteczny Ojciec i syn Bunscha, który również woła i kusi... Ciekawa jestem, czy którąś z tych pozycji macie już za sobą? Oprócz oczywiście Starej baśni, którą podejrzewam, że czytała większość... Coś szczególnie godnego polecenia na pierwszy ogień?... :-)

Agnes Grey

Agnes Grey

Autor: Anne Brontë
Wydawnictwo Mg, 2012
Liczba stron: 232
Prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, czy siostry Charlotte Brontë były równie utalentowane, co ona... Co prawda książki słynnych sióstr mówią same za siebie, ale istnieje również duże prawdopodobieństwo, że napisała je sama Charlotte, aby potem ich autorstwo "podarować" Anne i Emily... Jest to możliwe, patrząc na styl wszystkich trzech kobiet - styl niezwykle do siebie podobny, przyciągający, magnetyzujący... 

"Agnes Grey" nie różni się pod tym względem wcale. Wiedziałam, że przy tej książce spędzę dobrze czas i się nie myliłam, Brontë po raz kolejny mnie nie zawiodły. Agnes, tytułowa bohaterka, jest młodszą córką pastora, jednak trudna sytuacja finansowa zmusza ją w końcu do znalezienia sobie zajęcia - zostaje więc guwernantką. Młodziutka Agnes nigdy nie miała do czynienia z małymi dziećmi, jednak jest przekonana, że "wystarczy jej pamiętać siebie taką, jaka była w wieku swoich podopiecznych, by zdobyć ich zaufanie i przyjaźń". Nie zdaje sobie jednak sprawy, że nie wszystkie rodziny wychowują swoje dzieci tak, jak wychowywali ją i jej siostrę rodzice. Dzieci, które sama będzie miała pod opieką, okażą się bowiem strasznie rozpuszczone i niegrzeczne, nad którymi trudno będzie zapanować. Jej pracodawcy natomiast będą oczekiwać od nowej guwernantki ujarzmienia ich, jednocześnie wcale nie pomagając jej w tym i rozpuszczając dzieci jeszcze bardziej. Agnes jednak nie zraża się pierwszymi niepowodzeniami i wkrótce po zakończeniu jednej pracy podejmuje stanowisko guwernantki ponownie, tym razem zajmując się znacznie starszymi dziećmi - sama jest od nich niewiele dojrzalsza. Czy z dwoma młodymi pannami, z których starsza kreuje się na uwodzicielkę, a jej celem jest łamanie męskich serc, a młodsza to chłopczyca, czas najchętniej spędzająca w stajni i na przejażdżkach, Agnes poradzi sobie lepiej?...

Po raz kolejny warto było przenieść się do XIX-wiecznej Anglii. Poczuć klimat tamtej epoki, spokój i chłodny wiatr wiejący znad morza... Nie ulega wątpliwości, że po biografii Charlotte Brontë pióra Eryka Ostrowskiego inaczej patrzę na każdą z książek sióstr Brontë, jednak bez wątpienia każda z tych książek jest wyjątkowa, po każdą warto sięgnąć, bo to jest niezwykła przygoda, podróż w czasie i przestrzeni, a także sposób na poznanie tamtej epoki, jak i samych autorek - "Agnes Grey" bowiem jest inspirowana prawdziwymi przeżyciami Anne, która również była guwernantką, znała tę profesję od podszewki, wiedziała, co ją czeka, czego może się spodziewać... W dziewiętnastowiecznej Anglii był to jedyny "bezpieczny" dla kobiety zawód, dzięki któremu można było poznać samą siebie, nawiązać znajomości i przyjaźnie, odnieść sukcesy, ale i niosący niekiedy ze sobą wielkie pasma upokorzeń, porażek i samotność. Podobnie jest z Agnes Grey - chociaż na samym początku doświadcza prawie tylko tych złych, niepomyślnych doświadczeń, nie rezygnuje i nie żałuje swoich decyzji, a nawet jest zdecydowana spróbować jeszcze raz. Opieka nad małymi potworami (bo inaczej tych dzieci nie można nazwać, szczególnie Toma) nie zniechęca jej, a wręcz przeciwnie, jest zdeterminowana to tego, aby znowu objąć tę posadę, mając nadzieję, że teraz dzieci oddane pod jej opiekę nie będą aż tak rozpieszczone i wredne. I chociaż znowu wcale nie jest kolorowo, to jednak można powiedzieć, że Agnes w końcu osiągnie jakiś sukces, a przynajmniej zaprzyjaźni się ze swoimi podopiecznymi... i nie tylko... Na jej drodze bowiem stanie mężczyzna.

Mimo że cała powieść jest dość krótka i czyta się ją bardzo szybko, to jednak do niczego nie sposób się przyczepić. Często czytam porównania "Agnes Grey" z inną książką Anne Brontë "Lokatorka Wildfell Hall", gdzie ta druga chwalona jest znacznie bardziej - moim zdaniem obie zasługują na taką samą uwagę. Obie czyta się z niesłabnącą przyjemnością, obie wciągają równie mocno, obie mają ten niepowtarzalny klimat zarezerwowany tylko dla sióstr, obie powieści są równie wartościowe. Nie potrafię powiedzieć, która podobała mi się bardziej, a to o czymś świadczy. Miłośników (chociaż częściej pewnie miłośniczki) klasyki zachęcam gorąco do sięgnięcia zarówno po "Agnes Grey", jak i po inne książki, zarówno Anne, jak i Emily oraz Charlotte - nie można się na nich zawieść, bo to taki rodzaj literatury, który zachwyci zawsze i wszędzie.
Zmiany... małe czy duże?...

Zmiany... małe czy duże?...

Czy małe, czy duże, tego nie wiem. Zawsze trochę bałam się zmian, bo z nimi nic nigdy nie wiadomo. Ale też i lubię zmieniać coś w swoim otoczeniu, bo wtedy człowiek nie ma szans na nudę. O zmianie nazwy bloga i nagłówka myślałam już od dłuższego czasu, ale to było takie myślenie na "za jakiś czas", bliżej nieokreślony. Nie miałam na to czasu ani szczególnej weny. Ostatnio jednak moja podświadomość daje mi do zrozumienia, że będą wokół mnie właśnie jakieś zmiany... czy małe, czy duże... na lepsze czy na gorsze... tego niestety nie wiem. Wolałabym na lepsze. Mam potrzebę jakichś porządków, ułożenia przestrzeni wokół siebie, zrobienia wolnego miejsca, pozbycia się tego, co już niepotrzebne. Ma pewnie na to wpływ również zbliżająca się jesień, ale w dużej mierze pewnie tylko to sobie tak tłumaczę - w każdym razie czuję, że coś będzie inaczej, coś się zbliża, coś oddala ode mnie... Nigdy nie miałam takiego uczucia, w każdym razie nigdy nie miałam potrzeby robienia aż takich wielkich porządków wokół siebie. 


W związku z tym możecie być trochę zaskoczeni, wchodząc dzisiaj lub w następnych dniach na mojego bloga. Z zamiarem zmiany nagłówka i jego nazwy nosiłam się, jak już wspomniałam, jakiś czas, dzisiaj to nastąpiło :-) Bez obaw - blog pozostaje, ciągle ten sam, ja również jestem cały czas ta sama, z tym samym nickiem, bo jestem do niego prawie tak przywiązana, jak do własnego imienia. Adres też na razie zostaje ze względu na Was i na to, żeby za bardzo od razu nie mieszać (ale kiedyś pewnie i on ulegnie zmianie). Ale z nazwą bloga od dawna coś mi nie pasowało, nie bardzo pasowała do mojej własnej osoby, nie identyfikowałam się z nią za bardzo... Do tego po angielsku, co jeszcze bardziej mnie od niej oddalało. Obecna pasuje do mnie znacznie bardziej (dlaczego "marchewkowe"? cóż... można się domyśleć), już się do niej przyzwyczaiłam, a mam nadzieję, że z czasem i Wy przywykniecie. Innych tak drastycznych zmian już nie przewiduję (przynajmniej na razie), może zmienią się tu jeszcze jakieś drobne rzeczy, ale będą raczej tak drobne, że prawie niezauważalne. Nie wykluczam też tego, że z czasem rozszerzy się nieco również tematyka bloga, ale to dopiero, znowu "za jakiś czas", więc bez obaw. Na razie pozostaję przy książkach. I to tyle na dziś. A tym, co o tym myślicie, możecie podzielić się ze mną w komentarzach :-)

Pozdrawiam :-)
Ogród Afrodyty

Ogród Afrodyty

Autor: Ewa Stachniak
Wydawnictwo Znak, 2013
Liczba stron: 506
Zofia Glavani - zapewne większości nic to nazwisko nie mówi. Co innego Zofia Potocka... polska arystokratka, kobieta słynąca ze swej urody, żona Szczęsnego Potockiego, ale i przyjaciółka króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Ale czy tylko? Kim była naprawdę ta kobieta, która mimo tego, że weszła do jednego z najbogatszych polskich rodów, nigdy tak naprawdę nie nauczyła się mówić po polsku?...

Cóż, okazuje się, że do Zofii równie dobrze pasują takie określenia jak kurtyzana, prostytutka czy metresa, a nawet szpieg. Grecka dziewczynka, mieszkająca w Stambule, wychowywana w ubogiej rodzinie, od wczesnych lat wyróżniała się swoją urodą. I gdyby nie jej ciotka, pewnie nigdy nie zaistniałaby na kartach polskiej historii - została bowiem sprzedana polskiemu ambasadorowi w Turcji, Karolowi Boskampowi-Lasopolskiemu, została jego osobistą kurtyzaną. Po wyjeździe Boscampa do Polski, wyruszyła za nim, jednak po drodze poznała generała Witta, komendanta twierdzy w Kamieńcu Podolskim i została jego synową, poślubiając Józefa Witta. I tak oto Zofia weszła na salony, a podczas podróży poślubnej po stolicach kontynentu została okrzyknięta najpiękniejszą kobietą Europy. Małżeństwo to jednak nie było zbyt udane, Józefowi rosły coraz większe rogi, Zofia została nawet kochanką księcia Potiomkina, po jego śmierci poznała Szczęsnego Potockiego i dzięki jego pomocy rozwiodła się z de Wittem i wyszła za hrabiego (co ciekawsze, tytuł ten nigdy nie został Szczęsnemu oficjalnie przyznany). Zofia została więc członkiem jednej z najsłynniejszych polskich rodzin i na stałe zapisała się na kartach polskiej historii.

Ewa Stachniak śledzi życie hrabiny Potockiej od samego początku, od małej niewinnej i biednej ale pięknej dziewczynki, skaczącej po drzewach, do kobiety, która dostała miano najpiękniejszej w Europie i jednej z najbogatszych w Polsce (chociaż po śmierci Szczęsnego nie należało jej się nic, to jednak wywalczyła majątek dla swoich dzieci). I mimo, że swoją ostateczną pozycję zdobyła raczej tylko i wyłącznie przez łóżko, a gdyby nie ciotka, przez całe życie byłaby podrzędną prostytutką, o której świat nie miałby nigdy usłyszeć, czyni ją kobietą niezwykle intrygującą i ciekawą; była do bólu ambitna, dążąca do celu za wszelką cenę i ten cel osiągnęła. Kochała wygodę i dostatnie życie, była inteligentna, potrafiła radzić sobie w trudnych warunkach. A takich nie brakowało, szczególnie dla kobiety na przełomie XVIII i XIX wieku. Jaką kobietą by nie była, z dobrej strony na pewno można ją przedstawić jako matkę, urodziła w życiu jedenaścioro dzieci, troje zmarło w dzieciństwie, dzieci jednak były jej światłem w życiu i dla nich potrafiła zrobić wszystko. Jak więc widać Zofia miała też ciepłe, pozytywne cechy, mimo że giną one w jej dążeniu do sukcesu i ambicji.

"Ogród Afrodyty" to zbeletryzowana opowieść o Zofii Potockiej, w której ścierają się bohaterowie historyczni z fikcyjnymi. Rozdziały w tej książce również są pisane z różnych perspektyw - poznać można więc stanowisko nie tylko młodej Zofii, do której to młodości wraca główna bohaterka, leżąc na łożu śmierci, ale również jej dorosłych już córek Zofii i Olgi, opiekunki Rozalii, czy francuskiego lekarza Thomasa. Narracja więc idzie równolegle - wydarzenia z przeszłości splatają się z tymi z teraźniejszości i ostatnimi tygodniami życia hrabiny. Jest to forma, z którą co prawda można się spotkać często, ale która nie pozwala się czytelnikowi nudzić i która sprawia, że książkę czytamy z zapartym tchem. W "Ogrodzie Afrodyty" jest podobnie - chociaż o kobiecie, która momentami wcale nie wzbudza naszej sympatii, to jednak wciągająca, do której się często wraca. Ewa Stachniak z ogromną szczegółowością i precyzją odtworzyła dzieje Zofii i to, co się o niej mówiło, chociaż pewnie wiele z tych rzeczy było na wyrost.

Książkę polecam, bo czyta się ją przyjemnie i z wielkim zainteresowaniem - bo interesująca jest przecież sama jej główna bohaterka - skoro zapisana w historii, to z pewnością na to zasłużyła. A pewnie niewiele z nas zdaje sobie sprawę z tego, jakie naprawdę było życie hrabiny Potockiej, co musiała przejść i jak dawała sobie radę w czasach, w których przyszło jej żyć. Chociaż miała wady, to z pewnością posiadała też zalety. A w ostateczności można tę książkę potraktować po prostu jak dobrą powieść historyczno-przygodową.
Rzeźniczka z Małej Birmy

Rzeźniczka z Małej Birmy

Autor: Håkan Nesser
Wydawnictwo Czarna Owca, 2013
Liczba stron: 376
Długo czekałam, by móc w końcu dorwać tę książkę w swoje ręce. Od jakiegoś czasu jestem wielką fanką nie tylko Nessera, ale i jego bohatera, Gunnara Barbarottiego. Nie mogłam się doczekać, kiedy piąta część jego przygód trafi w moje ręce, w końcu doszłam do wniosku, że dłużej czekać nie mam zamiaru i kupiłam e-booka (w końcu jestem od dłuższego czasu posiadaczką Kindle'a). I nie żałuję ani wydanych na tę książkę pieniędzy, ani czasu jej poświęconego - dla mnie Håkan Nesser bezsprzecznie jest mistrzem skandynawskiego (i nie tylko) kryminału i to się chyba jeszcze długo nie zmieni.

Jeśli ktoś, kto ma w planach poznać tę serię, ale tak naprawdę jeszcze jej nie zna lub nie zna wszystkich tomów, niech tej recenzji nie czyta. No chyba, że chce dowiedzieć się, co się wydarzy w życiu Barbarottiego - ja bym nie chciała. Ostrzegłam, mogę więc pisać dalej, a Wy czytać na własną odpowiedzialność. Bo powiem szczerze: zaskoczył mnie już pierwszy rozdział. Dlaczego? Cóż, Barbarotti w "Rzeźniczce" nie będzie w zbyt dobrej formie, a na pewno w gorszej, niż był do tej pory. Będzie musiał się bowiem zmierzyć ze... śmiercią własnej żony. Dla mnie było to dość dużym szokiem, nie tylko dlatego, że polubiłam Marianne, ale również dlatego, że... no cóż, małżonkowie, już niemłodzi, chyba nie zdążyli się zbytnio nacieszyć swoją miłością i szczęściem. Takie mam niestety wrażenie i takie też wrażenie wywołuje na czytelniku "Rzeźniczka z Małej Birmy". Gunnar będzie musiał więc zmierzyć się z tym wszystkim, a wiadomo, że niełatwo jest się pozbierać po śmierci bliskiej osoby. W ramach rehabilitacji dostaje więc od odchodzącego na emeryturę szefa nierozwiązaną sprawę sprzed pięciu lat w celu zastanowienia się, co się z tym fantem da jeszcze zrobić. Dla nas, czytających, oczywiste jest, że jest to dla Gunnara Barbarottiego "zapychacz", coś, co pozwoli mu zapomnieć choć na chwilę o śmierci żony... Ale czy na pewno? Sam inspektor ma wątpliwości, a im bliżej końca, coraz więcej wątpliwości ma i czytelnik.

Sama sprawa, która została powierzona komisarzowi, zbyt skomplikowana nie jest. Mała Birma to gospodarstwo, gdzie przed laty zginął z rąk żony mężczyzna - kobiety, która jak na płeć piękną miała typowo męski zawód. Za morderstwo Ellen została skazana na 11 lat więzienia i swoją karę odsiedziała. Jednak jakiś czas potem w tym samym domu ginie bez śladu kolejny mężczyzna. Nigdy nie odnaleziono jego zwłok, nigdy potem nikt go nie widział ani o nim nie słyszał. Nikt więc nie poniósł kary za jego zniknięcie. Sprawa nie została nigdy rozwiązana, ale po pięciu latach od umorzenia śledztwa wraca, tym razem na biurko Barbarottiego - odchodzący szef chce bowiem uporządkować przed odejściem wszystko, co się da. Ale czy na pewno?... Cóż, na pewno rozwiązanie owej zagadki już takie proste nie będzie; skoro pięć lat temu było trudno je znaleźć, teraz z pewnością będzie jeszcze trudniej. Szczególnie dla głównego bohatera, przed którym non stop stoi wizerunek zmarłej żony, ale również sam powód, dla którego dostał takie zadanie. Po co bowiem zajmować się sprawą, o której wszyscy już dawno zapomnieli, rozmawiać z osobami, z którymi już wcześniej rozmawiano po wiele razy, wyciągać znów na wierzch stare brudy, które najchętniej chciałoby się zakopać jak najgłębiej?... 

Ten powód w końcu się wyłoni - bez obaw. To jest w końcu Håkan Nesser, a ten zawsze prędzej czy później zaskakuje. Tutaj nie będzie wyjątku. Chociaż samej akcji nigdzie nie spieszno, jest wolno, czasem nawet za wolno, a wszystko przykryte jest tajemnicą (co w serii o Barbarottim chyba lubię najbardziej, ten niepowtarzalny nigdzie indziej klimat), to mogę Wam zagwarantować, że autor zaskoczy nie raz i nie tylko w zakończeniu. Ja go właśnie za to najbardziej cenię. I za to właśnie lubię powieści o Barbarottim. Żeby nie było, Van Veeterena też lubię, ale te dwa cykle i dwaj bohaterowie są od siebie tak różni, że po prostu nie sposób ich porównywać. I najlepiej przekonać się o tym na własnej skórze. Będzie również trochę rozmyślań i tęsknoty, będzie trochę wynurzeń niekoniecznie związanych ze śledztwem, będzie kilka rozmów z Bogiem - z czego Gunnar już jest nam dobrze znany, swoją drogą uwielbiam dociekliwość bohatera i niekiedy cynizm samego Boga :-)

Już tyle dobrych recenzji dostał ode mnie Håkan Nesser, że nie będę się teraz po raz kolejny rozpisywać, dlaczego warto po niego sięgnąć. Warto i już. A jak ktoś jeszcze ma przed sobą jego twórczość, to zachęcam do tego, aby zacząć właśnie od tej serii - ja tak zrobiłam i do tej pory nie mija mi do niej sentyment. A Håkan jest dla mnie od tamtej pory niedoścignionym mistrzem, nie wiem, czy kiedykolwiek ktoś mu dorówna.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

Zobacz również:
http://mojeczytadla.blogspot.com/2013/06/drugie-zycie-pana-roosa.html
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli