Sekretnik

Sekretnik

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Albatros, 2011
Liczba stron: 360
Jesteś drimerką. To fakt. Każda z nas jest, chociaż nie każda zdaje sobie z tego sprawę. Po "Poczekajce", "Zachcianku" i "Zmyślonej", w których pełno jest marzeń, a jedno goni drugie, powstał "Sekretnik". Po tym, jak kolejne marzenia bohaterów spełniają się jedno za drugim, powstała książka, która uświadomi nam swoje własne marzenia, a co najważniejsze, pozwoli nam je spełnić. Niemożliwe? Zdaniem autorki możliwe jak najbardziej, a wszystko jest w naszej głowie i zależy od nas.

"Sekretnik" to ponoć poradnik. Jaki poradnik? A taki, który daje nam wskazówki do tego, jak być szczęśliwą. Jak to ujmuje sama autorka: poradnik drimerki. Jednak to nie wszystko. Książka bowiem podzielona jest na dwie części, a to, o czym wspomniałam wyżej, to tylko pierwsza część książki. Druga to swoisty pamiętnik samej autorki, jednak nie zwykły pamiętnik, a zbiór różnorakich felietonów, artykułów i tym podobnych tekstów... 

Mówiąc szczerze... nie wiem, co o tej książce mam myśleć. Początkowo byłam przygotowana na dalszą część przygód Patrycji, albo chociaż tego, że Patrycja się w niej choć na chwilę pojawi. Gdy przeczytałam, o czym naprawdę jest ta książka, nie rozczarowałam się co prawda, byłam natomiast ciekawa, co takiego w niej jest i jak ją odbiorę. Bo nie ulega wątpliwości, że jest to coś zupełnie innego, coś, co od codziennej twórczości Katarzyny Michalak odbiega... i to bardzo. Patrycja Marynowska jednak pojawi się w "Sekretniku" nie raz, pomoże nam bowiem uświadomić sobie swoje marzenia, a potem je spełnić. Brzmi trochę niewiarygodnie, prawda? Cóż, też tak myślałam, chociaż przecież od dawna wiadomo, że wszystko, co nas spotyka, tkwi w nas samych i tylko od nas zależy to, czy chcemy zmienić swoje życie i czy je faktycznie zmienimy. Katarzyna Michalak jednak dodaje do tego wszystkiego masę humoru, charakterystycznego dla niej, czasem trochę ironicznego, dzięki czemu czyta się tę książkę szybko i z przyjemnością (przynajmniej jej pierwszą część). I chociaż nie odkryjemy nie wiadomo czego, bo to, co w niej jest, wiadomo od dawna, to jednak mnie samej coś uświadomiła: że często boimy się własnych marzeń. Chcielibyśmy coś, ale wygodnie nam tak, jak jest i niekoniecznie chcemy to zmieniać. To, co jest, jest pewne; to, co być może, jest niepewne i ryzykowne. Bo co, jak się nie uda? Bo musimy ponosić konsekwencje naszych czynów, a te mogą niekoniecznie być takie, jak sobie wymarzyliśmy. Odzywa się wtedy nasz wewnętrzny głos, że nie warto. A co ciekawsze, odzywa się w nas zawsze, gdy czegoś pragniemy. Naprawdę nie warto?...

Muszę przyznać jednak, że pierwsza część "Sekretnika" podobała mi się na tyle, abym przeczytała ją z zainteresowaniem. Zdarzyło mi się nawet zaśmiać pod nosem, co w okolicznościach, jakie sprzyjały mi przy jej czytaniu, powodowało tylko dziwne spojrzenia otoczenia. Nie bardzo się tym przejmowałam i czytałam dalej. Z ciekawością. Gorzej jednak... z drugą częścią "Sekretnika"... Nie wiem czemu, być może dlatego, że strasznie nie lubię takich wyrwanych z nie wiadomo czego opowiadań, artykułów, z których każdy jest o czymś innym, co szybko wybija mnie z rytmu i zniechęca do czytania. Dlatego też nie czytam zbiorów opowiadań. Tu jednak trafiłam na takie coś, co... dość szybko mnie znudziło. Do tego stopnia, że im bliżej końca, tym częściej przekręcałam strony w ogóle nie czytając, by szybciej dojść do końca i mieć to za sobą. Nie potrafiłam się przemóc, żeby przebrnąć normalnie przez drugą część tej książki i... zwyczajnie dałam sobie z tym spokój.

Dlatego też dość trudno mi teraz ocenić całość. Zwykle staram się w jakichś ramach umieścić przeczytaną książkę, przy tej się zwyczajnie poddaję. Dlaczego? Bo pierwszej części dałabym ocenę wysoką, na tyle wysoką, aby ją wam polecać - chociaż nie odkryjecie Ameryki, to może choć trochę zrozumiecie, czego pragniecie. Drugiej części dałabym jednak ocenę... cóż... niską. Ja osobiście czegoś takiego nie trawię, co nie znaczy, że wam się nie spodoba. Więc jeśli już mam polecać, to jak najbardziej polecam część pierwszą. Drugą... hm... czytajcie na własną odpowiedzialność. Albo w ogóle nie czytajcie. Wybór jest wasz :-)

Niewielki, lecz jedyny w swoim rodzaju [#26]

Niewielki, lecz jedyny w swoim rodzaju [#26]

Co takiego? Stosik! Mały, to prawda, ale na większy na razie się nie zapowiada (bo nie pracuję, a poza tym siedzę i się uczę, bo zaraz sesja). Jednak jak wiadomo, nie wielkość się liczy :D A jakość.


1. Jerzy Besala "Małżeństwa królewskie. Piastowie" - kupiłam i chyba cenię najbardziej - niektórzy wiedzą o mojej słabości do epoki piastowskiej, a ta książka jest tego dowodem :-)
2. Katarzyna Michalak "Zacisze Gosi" - od Kasi za Top20 - przyszła dzisiaj i dobrze, bo już nie mogłam się jej doczekać.
3. Anne O'Brien "Zakazana królowa" - od wydawnictwa, a tematyka również jak najbardziej "moja" :-)

Chociaż to tylko 3 pozycje, to jednak takie, których nie oddam nikomu :-)
I jak wam się podoba? Bo mnie bardzo :D
Zmyślona

Zmyślona

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Albatros, 2010
Liczba stron: 304
Ostatnio dochodzę do wniosku, że najwyższy czas pokończyć rozpoczęte jakiś czas temu serie. Mam ich trochę na koncie, chociaż trzeba szczerze przyznać, że nie zawsze mam czas albo możliwość lub dostęp do konkretnej książki. I pomyślałam, że zacznę chyba od autorki, która w jakiś sposób, choć sama nie wiem, w jaki, stała się jedną z moich ulubionych, a ja nie jestem nawet w połowie drogi do przeczytania wszystkich jej książek, niektóre serie rozpoczęłam, innych w ogóle nie było mi dane na razie tknąć, nie było okazji. Cykl poczekajkowy jednak zaczęłam już jakiś czas temu, jeszcze w tych najstarszych wydaniach, a sama "Poczekajka" była pierwszą powieścią Kasi Michalak, która wpadła swego czasu w moje ręce. Pora była więc ją w końcu skończyć.

Pierwszą bohaterką autorki była niewątpliwie Patrycja Marynowska, która zarówno w pierwszej, jak i w drugiej części serii jest tą główną, najważniejszą postacią. "Zmyślona" odbiega jednak trochę od tego schematu, bowiem od pierwszej strony Kasia Michalak przenosi nas do Zmyślonej, leśniczówki, w której mieszka Patryk. Poznajemy również Lusię, Adama i Dominikę, dwójkę dzieciaków oraz ich opiekunkę - są to dzieci nikogo innego, jak Gabriela i Hanki. Z pewnością pamiętacie Gabriela, czarny charakter serii poczekajkowej. Tutaj go również nie zabraknie, będzie mieszał jeszcze bardziej, zarówno w życiu Dominiki, swojej żony Hanki, jak i Patryka... no i oczywiście w dalszym ciągu w życiu Patrycji. Patryk jest bratem Hanki i to jemu kobieta powierza swoje dzieci, sama nie mogąc się nimi zaopiekować ze względu na chorobę, z jednym wielkim zastrzeżeniem: nigdy, przenigdy ma nie oddawać dzieci Gabrielowi. Ten ma jednak do nich prawo i nie zrezygnuje tak łatwo, mimo że dzieci tak naprawdę się go boją, a on sam chyba nie bardzo się nimi przejmuje. Ale nie ma to jak zrobić na złość otaczającym nas osobom, prawda? Gabriel jest też głównym powodem tragedii, która spotkała Patrycję... Jednak czy ujdzie mu to wszystko na sucho? Czy może w końcu zrozumie, jakim jest potworem?...

Gdy zaczęłam czytać "Zmyśloną", powieść ta przypomniała mi trochę książki, które wychodzą spod pióra Katarzyny Michalak obecnie. Dlaczego? Bo nie brak dzieci w fabule, biednych istot, które są zdane na dorosłych i od nich zależne. Ale przede wszystkim w powieści tej pełno jest emocji. Niekiedy nie można się od niej oderwać, czasami chciałoby się rzucić książką o ścianę w odpowiedzi na zachowanie jej bohaterów, a wszystko to wzbudza naprawdę głębokie uczucia - czy to negatywne, czy pozytywne (tych też nie brakuje). Mnie się to podoba, bo taka książka znacznie dłużej zapada potem w mojej pamięci.

Oczywiście Patrycji też tutaj nie zabraknie, chociaż będzie jej tu znacznie mniej, a w wydarzeniach będzie miała udział raczej bierny; to jednak właśnie ona jest tą osobą, o której jest cały ten cykl, i rolę odegra niemałą. Ale inni bohaterowie są równie godni uwagi, zarówno Patryk, którego będzie w "Zmyślonej" najwięcej, jak i dzieci czy Gabriela... Humoru też w tej książce nie brakuje. Chociaż trudno sobie wyobrazić, że niektóre sytuacje, czasami wręcz absurdalne, rozgrywałyby się w naszym codziennym życiu, to jednak tej powieści dodają jeszcze więcej uroku. Czasem takich książek nam potrzeba, aby uwierzyć w to, że może być dobrze. Bo to, czy jesteśmy optymistami, czy widzimy świat w czarnych barwach zależy tylko i wyłącznie od nas i od tego, co jest w naszej głowie.

Może i nie jest to literatura wysokich lotów, ale skoro nie jest, to dlaczego seria poczekajkowa zdobyła taką popularność, że doczekała się już kilku wydań? Może i nie każdy przyzna się, że lubi takie książki, ale skoro nie lubi, to dlaczego wciąż tak dobrze się sprzedają? Gdzieś słyszałam, że cykl ten jest porównywany do harlequinów - absolutna bzdura! Jest powieścią, która jest idealna na wakacje (na taką pogodę, która jest za oknem obecnie), idealna do tego, aby poprawić sobie humor, idealna na chandrę... Czego chcieć więcej?... :-)

W imię miłości

W imię miłości

Autor: Jodi Picoult
Wyd. Prószyński i S-ka, 2013
Liczba stron: 478
Ile jest w stanie zrobić matka dla swojego dziecka, gdy zostało ono skrzywdzone? I czy w imię miłości do niego można posunąć się do wszystkiego? Czy stoi się wtedy ponad prawem? Na to pytanie pewnie jest w stanie odpowiedzieć tylko osoba, która znajdzie się w podobnej sytuacji, ale czy na pewno?... Któż może wiedzieć, co zrobilibyśmy w sytuacji, która tak naprawdę nigdy nas jeszcze nie spotkała, jaka byłaby nasza reakcja na coś, co jeszcze nigdy nie miało miejsca i na co nigdy nie byliśmy przygotowani...

Nina pracuje w sądzie. Jest zastępcą prokuratora, zajmującym się sprawami o molestowanie seksualne dzieci. W swojej pracy spotyka dziesiątki małych dzieci, które zostały zgwałcone, razem z nimi przeżywa to, co ich spotkało, wie doskonale co czują, i przez co muszą przechodzić. Ich psychika bowiem rozsypuje się w jednej chwili i potrzeba naprawdę długiego czasu, aby ją znowu poskładać, a i to nie zawsze się udaje. Nina ma też kilkuletniego synka, Nathaniela. Chłopca, którego w pewnym momencie spotyka dosłownie to samo, z czym Nina ma do czynienia na co dzień, ale nigdy nie podejrzewałaby, że wydarzy się to właśnie w jej rodzinie. Nathaniel w pewnym momencie przestaje mówić, a rodzice razem z psychiatrą odkrywają, że jest ofiarą molestowania. W jednej chwili Niny świat się wali i poznaje na własnej skórze, jak się czują rodzice dzieci, z którymi pracowała do tej pory. Jednocześnie, jako prokurator, doskonale zdaje sobie sprawę, że w takich przypadkach sprawcy bardzo często udaje się uniknąć kary. Do tej pory musiała wczuwać się w sytuację dzieci, ale i dystansować się do nich. Teraz jednak jest to nie tylko trudne, ale i niemożliwe. I świadoma tego, przez co będzie musiał przejść chłopiec oraz tego, że człowiek, który go wykorzystał, może się wymigać od kary, decyduje się na krok, który wywoła prawdziwą wojnę...

Jodi Picoult znana jest z tego, że podejmuje w swoich książkach niecodzienne i trudne tematy. Ta powieść nie jest wyjątkiem. Molestowanie seksualne dzieci to temat niezwykle delikatny i ogromnie ciężki, ponieważ dotyczy tych najbardziej bezbronnych istot, które siłą rzeczy chcielibyśmy za wszelką cenę bronić, nie dać zrobić im krzywdy. Dzieci są bowiem po to, aby je kochać. I bez wątpienia wiele jesteśmy w stanie zrobić dla nich, dla tego, aby były szczęśliwe. Skoro ja tak czuję, a dzieci nie posiadam, nie wyobrażam sobie, co bym poczuła, gdybym była matką. Dlatego serce się kraje, nie tylko mnie, gdy widzi się je smutne, skrzywdzone, niekochane. A tym bardziej, gdy spotyka je taka krzywda. Nic więc dziwnego, że wczułam się w tę książkę, jak w mało którą - Jodi jednak potrafi mnie zaskoczyć, bo pisze powieści, które czytam ot tak, po prostu, a pisze i takie, które się czyta na jednym wdechu. Ta książka należy do tej drugiej grupy.

Tylko jedna książka tej autorki zrobiła na mnie podobne wrażenie do tej pory, "W imię miłości" jest drugą. I pomyśleć, że tak się ociągałam z tą książką, stała na mojej półce od roku, a gdy wzięłam ją teraz do ręki, też nie wiedziałam, czy przeczytać, czy jeszcze odłożyć na bliżej nieokreślony czas. Wzięłam, mimo oporów, i teraz jedyne, czego żałuję, to że nie sięgnęłam po nią wcześniej, że tyle musiała czekać na swoją kolej. Ta powieść wciąga niemalże od razu i to do tego stopnia, że po prostu nie jest się w stanie jej odłożyć choć na chwilę, że niemalże dech zapiera... I czyta się ją tak aż do samego końca... I nie ma w tym, co napisałam, ani krzty przesady, mnie naprawdę coś musi zaskoczyć i wbić w fotel, żebym napisała o jakiejś powieści coś takiego. No bo do czego może się posunąć matka, aby chronić własne, skrzywdzone dziecko? Jak widać, do wielu rzeczy, nawet sobie nie zdajecie sprawy, do czego posunęła się Nina...

To nie jest byle jaka powieść, zresztą Jodi Picoult takich nie pisze. Ale uważam, że to jedna z najlepszych jej powieści, chociaż nie czytałam jeszcze wszystkich. Tu nie ma co zachęcać. Będziecie mieli okazję, to bierzcie "W imię miłości" i czytajcie, bo chociaż porusza trudne tematy, bo nie jest łatwą lekturą i zmusi każdego do refleksji, to naprawdę warto ją przeczytać.
Pułapka Dantego

Pułapka Dantego

Autor: Arnaud Delalande
Wydawnictwo Albatros, 2014
Liczba stron: 480
Powieść historyczna to jest to, co lubię najbardziej. Nieważne, jaki to będzie okres (chociaż najbardziej zawsze będzie mi odpowiadać średniowiecze), nieważne, jaki kraj (tutaj jestem nawet jeszcze bardziej tolerancyjna), ważne, żeby się coś działo, więc już w ogóle dobrze, jeśli będzie to jakiś trzymający w napięciu kryminał.

I taka właśnie książka trafiła do mnie ostatnimi czasy. "Pułapka Dantego" to powieść francuskiego pisarza, której akcja dzieje się w Wenecji osiemnastego wieku. A skoro jest to kryminał (jak kto woli, może być thriller) historyczny, musi być zbrodnia. I zbrodnia jest, wręcz makabryczna. W teatrze, niedługo po zakończeniu sztuki, zostaje znaleziony jeden z aktorów: przybity do krzyża, z mnóstwem gwoździ w czaszce i wyrytą na klatce piersiowej... inskrypcją. Słowa są znajome, jednak nie wiadomo, w którym tak naprawdę kościele biją dzwony. Do znalezienia mordercy zostaje wyciągnięty z więzienia Pietro Viravolta, niegdyś szpieg, rozpustnik i awanturnik. W dalszym ciągu jest jednak nie tylko mistrzem szpady, ale i doskonale potrafi łączyć ze sobą na pozór nie związane ze sobą fakty - w zamian za wolność dostaje więc zlecenie znalezienia mordercy. Łatwe to jednak nie jest, bo z czasem giną najważniejsze osoby, które mogłyby coś wiedzieć na temat zamordowanego aktora, morderca dopada kolejne ofiary. Wkrótce Viravolta odkrywa, że morderstwa dokonywane są według określonego schematu wprost z "Boskiej Komedii" Dantego. W Wenecji krąży również niezidentyfikowany osobnik, którego zwą Il Diavolo lub Chimerą, który prawdopodobnie jest za wszystko odpowiedzialny, niełatwo go jednak złapać. Ma ogrom pomocników i cel - zamordować najważniejszą osobę w Wenecji, dożę. Pietro musi się więc spieszyć, aby uniknąć kolejnych ofiar i nie dopuścić do zabicia doży.

Powieść zaczyna się dość spokojnie, jednak szybko wciągnie nas w swój świat i przeniesie do osiemnastego wieku, nie tylko za sprawą tajemnic i morderstw, ale również klimatu Wenecji tamtego okresu, pełnej walk politycznych, tajemniczości i niepewnej przyszłości. Cała akcja zaczyna jednak mocno przyspieszać w chwili, gdy w teatrze zostaje odnalezione zmasakrowane ciało, a Pietro Viravolta wychodzi na wolność i dostaje zadanie - znaleźć mordercę. I w zasadzie akcja już potem rzadko kiedy zwalnia do tej z początku. Dzieje się w tej książce dużo, są chwile, że nie można się od niej wręcz oderwać i w zasadzie nie wiadomo kiedy, a zauważamy, że już jesteśmy przy końcu. I takie książki naprawdę lubię. Nie tylko dlatego, że jest w niej odrobina historii, ale również dlatego, że trzyma w napięciu i nie pozwala się zatrzymać choć na chwilę.

"Boską Komedię" Dantego czytałam kiedyś, niestety dawno temu i niezbyt wnikliwie - była to bowiem lektura w liceum, do której zresztą nauczyciel przywiązywał niewiele uwagi. Szkoda, bo gdybym znała ją lepiej, albo przeczytała przed tą książką, "Pułapka Dantego" pewnie byłaby jeszcze ciekawsza. Szczególnie opisy Piekła i jego kolejnych kręgów. Co ciekawsze, powieść Delalandego zbudowana jest podobnie (kręgi zamiast rozdziałów). Bohaterowie natomiast są jedną z rzeczy, które nadają specyficzny klimat tej powieści, tajemniczy, prawie że mistyczny, niepowtarzalny. A Pietro jest jedną z tych postaci, która choć na początku wydaje się być negatywna, z biegiem czasu staje się postacią pozytywną, szybko można go polubić i nie będzie się mieć z tym najmniejszego problemu.

Książkę tego autora polecam więc jak najbardziej osobom, które takie klimaty lubią, tak jak ja. Zresztą chyba nikt nie powinien się na niej zawieść, chociaż pewnie jednej osobie spodoba się bardziej, innej mniej. Na mnie jednak zrobiła wrażenie i na pewno wyróżniła się spośród innych książek tego gatunku.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

W najbliższej przyszłości... Zapowiedzi majowo-czerwcowe

Ponieważ na moim blogu ostatnio same recenzje (czytać mi się chce, jak nigdy, a muszę się wziąć za naukę), dziś będzie trochę inaczej i pokażę Wam, na co czekam, a co już wkrótce będzie można kupić w księgarniach. Oczywiście, żeby wymienić wszystkie książki, które faktycznie bym chciała, musiałabym spędzić przy tym poście pewnie cały dzień... Więc to jedynie garstka :-)

Katarzyna Michalak "Zacisze Gosi"
Kiedy Kamila zamieszkała w przedwojennej willi z pięknym różanym ogrodem, poczuła, że wreszcie uśmiechnęło się do niej szczęście. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko zaczęło się układać: odnalazła swoje miejsce na ziemi, poznała wspaniałego mężczyznę, a z sąsiadką, Gosią, połączyła ją prawdziwa przyjaźń.
Jednak los jest przewrotny i nad przyjaciółkami z uliczki Leśnych Dzwonków znów zbierają się czarne chmury.
Związek Kamili z Łukaszem zostaje wystawiony na poważną próbę. Do Gosi zaś nieoczekiwanie powraca przeszłość. Czy były mąż okaże się godny zaufania? I jaką rolę w jej życiu odegra Jakub, którego mroczną tajemnicę poznaje Kamila?
„Zacisze Gosi” to kolejna - po bestsellerowym „Ogrodzie Kamili” - powieść z kwiatowej trylogii” Katarzyny Michalak, autorki, którą pokochały polskie czytelniczki. Ciąg dalszy tej niezwykłej, wzruszającej historii o przyjaźni i miłości, poznacie w książce „Przystań Julii”, następnej powieści w serii.

Katarzyna Enerlich "Prowincja pełna szeptów"
Powieść zamykająca serię. Tym razem w książce spotkamy prawdziwe szeptuchy, które zawsze mieszkają na rubieżach świata. Mazury, Podlasie czy daleka Syberia - w tych i innych miejscach zawsze żyły tajemnicze kobiety, które swoimi szeptami pomagały innym stawać się lepszymi i szczęśliwszymi. To właśnie z Syberii przyjdą do Ludmiły tajemnicze wieści. Czy zmienią jej życie? I jaki udział będzie w tym miał pewien rzadki syberyjski kamień, czaroit?

 
Trudi Canavan "Złodziejska magia"
Pierwszy tom niecierpliwie wyczekiwanej nowej trylogii najpopularniejszej autorki fantasy ostatniego dziesięciolecia!
W świecie, w którym magia napędza rewolucję przemysłową, student archeologii Tyen odkopuje Vellę - księgę, która posiada zdolność odczuwania. Vella, niegdyś młoda czarodziejka zajmująca się introligatorstwem, została zmieniona w pożyteczne narzędzie przez jednego z najpotężniejszych czarnoksiężników wszech czasów. Od tamtej chwili zbiera informacje, między innymi kluczowe wskazówki na temat katastrofy czekającej świat Tyena.
Tymczasem w krainie rządzonej przez kapłanów córce farbiarza Rielle wpajano od dziecka, że używanie magii oznacza okradanie Aniołów. Dziewczyna wie jednak, że ma do tego talent i że w mieście przebywa pewien zdeprawowany człowiek, który chętnie ją nauczy, jak się posługiwać magią – jeżeli tylko odważy się zaryzykować gniew Aniołów.
Nie wszystko jednak jest zgodne z przekonaniami, w jakich wychowano Tyena i Rielle. Ani natura magii, ani prawa ich krajów.
Ani nawet ludzie, którym ufają...

 Jaume Cabré "Głosy rzeki Pamano"
Nowa książka Cabre, którego „Wyznaję” stało się wydarzeniem literackim w Polsce, to historia wsi w Pallars Sobiraod lat 40. XX w. Autor porusza problem wybaczenia, mistrzowsko zapisując lęk przed zapomnieniem historii. 

Magdalena Witkiewicz "Szczęście pachnące wanilią"
Słodko-gorzka opowieść o spełnionych marzeniach. Ada ma kłopoty. Złamane serce i pusty portfel. Na gdańskim osiedlu otwiera małą cukiernię, bo tylko to potrafi robić – piec ciasteczka. Cukiernia wabi i przyciąga, szczególnie inne zagubione dusze – Karolinę, singielkę nie z wyboru, Magdę, żonę faceta, który najbardziej kocha swój... samochód oraz Milenkę, która niebawem będzie mamą. I tak za sprawą „na chwilkę wstawionego kojca” mała cukierenka stanie się miejscem spotkań kilku kobiet, które są na życiowych rozdrożach i bardzo potrzebują rozmowy, najchętniej w towarzystwie pachnących i aromatycznych babeczek. W „Szczęściu pachnącym wanilią” spotkamy także bohaterów znanych z innych powieści autorki - Bachora martwiącego się tym, że jego Milenka cudzołoży! znaczy się śpi w cudzym łóżku i Parysa Antonia, który z niezmiennym wdziękiem arystokraty pęta się bohaterom pod nogami. Magdalena Witkiewicz zaprasza na jedno z gdańskich osiedli gdzie uroczo, mądrze i z humorem po raz kolejny opowiada o kobietach i ich życiowych rozstajach. O sile, która w nich tkwi i o wielkiej potrzebie happy endu, o szczęściu, pachnącym wanilią...

Krok do szczęścia

Krok do szczęścia

Autor: Anna Ficner-Ogonowska
Wydawnictwo Znak, 2012
Liczba stron: 415
Długo czekałam na to, aby móc wrócić do Hani i Mikołaja. Chociaż kolejna część "Alibi na szczęście" czekała na mnie od dawna na półce, to jednak zawsze coś mi przeszkadzało w tym, aby po nią sięgnąć. Chciałam również na tę książkę wybrać taki czas, kiedy będę mieć jako taki spokój, żeby nie musieć przerywać jej lektury, żeby móc po prostu się zaczytać.

"Krok do szczęścia" zaczyna się w momencie, w którym kończy się pierwsza część. Przedstawia dalsze losy Mikołaja i Hanki, ale i Dominiki i Przemka. Nie będę jednak pisać, o czym konkretnie jest i co się wydarzy, żeby nie psuć lektury tym, którzy mają książkę Anny Ficner-Ogonowskiej jeszcze przed sobą. Biorąc jednak do ręki tę książkę nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Oczekiwałam w głębi serca podobnej lektury jak poprzednio, bałam się jednak tego, żeby mnie autorka tym razem nie zawiodła. Wiadomo bowiem, jak to czasami jest z kontynuacją jakiejś powieści - nie zawsze wychodzi, czasem pisana jest na siłę, często się zdarza, że to już nie jest to samo.

"Krok do szczęścia" przeczytałam jednak w dwa dni. U mnie, biorąc pod uwagę studia i inne obowiązki, to szybko. A to o czymś świadczy. Nie mam pojęcia, co takiego w tej powieści jest, ale jak już zaczynam czytać historię stworzoną przez autorkę, nie mogę się od niej oderwać. Dziwne to jest, biorąc pod uwagę czasem trochę za słodkie teksty, trochę denerwujący charakter Hanki czy odrobinę nadpobudliwą Dominikę. W tych bohaterach jednak jest coś takiego, że mimo wszystko się ich lubi, myśli się o nich i chciałoby się być tam, obok nich. Nie mówiąc już o tym, że po prostu zazdroszczę im pani Irenki, która niczym dobry duch czuwa nad wszystkimi... ale i morza.... i tego, że można usiąść na pustej plaży i po prostu zasłuchać się w jego szum. Odkąd przeczytałam pierwszą część, marzę o tym, aby choć na kilka dni pojechać nad morze...

Ta książka, choć idealna jest do tego, by czytać ją w deszczowy, zimny dzień, pod kocem, z filiżanką gorącej herbaty z cytryną pod ręką, bo wzbudza mimo wszystko całe mnóstwo ciepłych uczuć, niekiedy wciąga do tego stopnia, że nic innego nie ma znaczenia - robi coś jeszcze: jej bohaterowie stają się nam tak bliscy, jak prawdziwi przyjaciele czy rodzina, a myśli się o nich jeszcze długo po przeczytaniu książki. Coś niesamowitego, biorąc pod uwagę to, że na początku lekko przesłodzone teksty trochę mnie irytowały, łącznie z bohaterami, którzy mają zawsze wszystko, co tylko chcą... może z wyjątkiem Hanki, chociaż i ona jest czasem denerwująca w swoim nieszczęściu... Wszystko to robi się nagle nieważne, bo nawet nie wiadomo kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że od powieści tej nie sposób się oderwać.

Nie zawiodłam się absolutnie również na tej, drugiej części. Mam też nadzieję, że na trzecią, która również od dawna stoi na mojej półce, nie będę musiała czekać aż tyle. A tę książkę trzeba polecić głównie tym, którzy tak naprawdę niewiele się po niej spodziewają albo do końca nie mogą się na nią zdecydować. Ja miałam to samo i patrzcie, co ze mną zrobiła... ta historia stała się jedną z moich ulubionych... A to dobitnie świadczy o tym, że było warto po nią sięgnąć.

Chińczyk

Chińczyk

Autor: Henning Mankell
Wydawnictwo W.A.B., 2012
Liczba stron: 600
Kryminały Henninga Mankella zawsze są dość charakterystyczne. Kto czytał i zna choć jedną jego książkę, ten wie. Autor bowiem bardzo często to nie na samym morderstwie się skupia, ale przede wszystkim na jego otoczce. Nie inaczej jest z "Chińczykiem". Co może łączyć Chiny ze Szwecją. Okazuje się, że wiele.

W środku zimy w małej szwedzkiej wsi dochodzi do morderstwa. Nie jest to jednak zwyczajna zbrodnia - giną prawie wszyscy jej mieszkańcy, policja znajduje zwłoki okrutnie zmasakrowanych dziewiętnastu osób oraz ogromną ilość zaszlachtowanych zwierząt domowych. Wioska jakby wymarła, tylko trójka osób uchodzi z życiem. Policjanci nie mają żadnego punktu zaczepienia oprócz czerwonej wstążki znalezionej nieopodal w lesie oraz jednej z ofiar - małego chłopca, który nie pasuje do pozostałych - wszyscy mieszkańcy byli bowiem już w podeszłym wieku. Ktoś przyznaje się do zbrodni i zostaje przez policję aresztowany. Zupełnie przypadkiem jednak Birgitta Roslin, sędzia zupełnie niezaangażowana w sprawę, odkrywa, że jest spokrewniona z dwiema ofiarami, jednocześnie nie wierzy w winę człowieka, który siedzi zatrzymany w więzieniu i rozpoczyna własne śledztwo, które w pewnym momencie i za sprawą pewnego pamiętnika zaprowadzi ją daleko od Szwecji, aż do pewnego Chińczyka i jeszcze bardziej odległego Pekinu.

Chiny odgrywają bardzo dużą rolę w powieści Mankella, jak i w życiu głównej bohaterki. A raczej odgrywały, szczególnie w jej młodości, gdy jeszcze jako studentka była pod wrażeniem Mao i jego poglądów. Drugim ważnym bohaterem tej książki są Chiny i ich historia, ta najnowsza, ale i dziewiętnastowieczna. Policja odgrywa więc w "Chińczyku" tylko pośrednią rolę, próbując rozwiązać zagadkę zbrodni na mieszkańcach małej, niezaznaczonej na mapie wioski. Bo tutaj nawet zbrodnia nie liczy się tak, jak w normalnym kryminale - u Mankella często jest to spotykane - tutaj ważniejsze są przyczyny i całe tło historyczne. Chinom autor poświęca zresztą całkiem dużo miejsca. "Chińczyk" tym samym staje się nie tylko kryminałem, ale również powieścią sensacyjną czy nawet obyczajową, zaprowadzi nas nie tylko do Pekinu, ale również przez Pacyfik do Ameryki... odkryje przed nami zupełnie różne, czasem wręcz egzotyczne kultury.

I jak to często z Mankellem bywa - wciąga niemalże od razu. Mimo że policji tak naprawdę jest tu mało, nie ma słynnego Wallandera, a w zamian autor daje nam niejaką Birgittę. Co lub kto by zresztą to nie był, to i tak nie da się w Mankellu nie zaczytać - ja nie potrafię się oderwać od jego powieści i podobnie było z tą. Chociaż Chiny, komunizm, jego historia i poglądy Mao niekoniecznie mnie interesują, to jednak przeczytałam "Chińczyka" bardzo szybko. I mimo że byłam przygotowana i miałam ochotę na zwyczajny kryminał, to zadowolona byłam z tego, co faktycznie dostałam - wielowątkową, wielogatunkową powieść z nietypowym bohaterem, bo jest nim cały kraj i jego ideologia, nie człowiek. To jest właśnie typowe u Mankella. Nawet w jego powieściach o Wallanderze poruszane są tematy polityczne czy społeczne, w "Chińczyku" jednak widać to tak wyraźnie, jak w żadnej książce czytanej przeze mnie do tej pory.

Do twórczości autora trzeba się przyzwyczaić, trzeba ją poczuć, bardzo jednak prawdopodobne, że polubi się ją od samego początku. Mankell tworzy niezwykłe powieści, ja nie zawiodłam się jeszcze na żadnej. Do takiej prozy bez wątpienia trzeba mieć talent i myślę, że nie będzie tu przesadą stwierdzenie, że Henning jest mistrzem w tym, co robi. I jednym moich ulubionych, obok Nessera, autorów szwedzkich kryminałów.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Korona śniegu i krwi

Korona śniegu i krwi

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2012
Liczba stron: 768
Zawsze byłam zafascynowana średniowieczem. Żadna epoka literacka nigdy nie wydawała mi się bardziej interesująca, kolorowa i warta większej uwagi, niż średniowiecze - ani nowożytność, ani wiek XIX, ani nawet starożytność. Od dawna też to właśnie historia Polski interesuje mnie najbardziej. Nie jestem patriotką, nie mam zamiaru pisać, że każdy Polak powinien znać historię swojego kraju. Polska zawsze wydawała mi się po prostu bardziej interesująca, wydarzenia barwniejsze, uczyłam jej się chętniej niż powszechnej. Pewnie wiele z Was teraz powie: rany, co ona widzi w tej średniowiecznej Polsce, tyle było ciekawszych momentów i u nas, i na świecie. Widzę dokładnie to samo, co inni widzą w swoich ulubionych epokach, a dynastia Piastów zawsze fascynowała mnie najbardziej dlatego, że są to najdawniejsze dzieje naszego kraju.

Dlatego gdy usłyszałam o powieści Elżbiety Cherezińskiej, postanowiłam, że muszę ją przeczytać i nie dam za wygraną, dopóki to nie nastąpi. "Korona śniegu i krwi" opowiada właśnie o tej naszej, z pozoru nudnej historii (przynajmniej z taką opinią się spotykam, gdy ktoś słyszy, że uwielbiam średniowiecze), a jej bohaterami są właśnie Piastowie. Nic innego do szczęścia mi nie brakowało. Do tego akcja dzieje się w trzynastym wieku, czyli w czasie, gdy na tronie polskim nie zasiadał żaden władca, a kraj borykał się non stop z problemami i klątwą rozbicia dzielnicowego, które też z reguły uważane jest za nieciekawe. Książka Elżbiety Cherezińskiej opowiada o tych właśnie czasach, a jej bohaterem jest Przemysł II, który tak pokojowo, jak tylko się dało (choć nie zawsze to wychodziło) zjednoczył Królestwo Polskie i jako pierwszy po ponad dwustu latach koronował się na króla Polski.

Jak w każdym wydarzeniu historycznym, a w szczególności tak dawnym, zawsze istnieją jakieś luki, coś ma więcej niż jedną wersję albo coś można tylko domniemywać. Jestem zaskoczona jednak tym, jak świetnie autorka poradziła sobie z historią. Ta książka spokojnie mogłaby służyć ku temu, aby się z niej czegoś nauczyć, Elżbieta Cherezińska pozostała bowiem w zgodzie z dawnymi wydarzeniami. Wiadomo, że jest tu również fikcja literacka, jest nawet trochę fantastyki (co nie przeszkadza, a wręcz ubarwia całą opowieść i nawet sprawia, że zapominamy o tym, że czytamy książkę opartą na wydarzeniach historycznych, do tego niezbyt ciekawych), niektóre wydarzenia mają wiele twarzy i czasem trzeba było wybrać tę jedną, najodpowiedniejszą i najbardziej pasującą nam do fabuły... Ale najważniejsze, że nic tu się z historią nie mija, nic nie jest inaczej... I za to ogromny plus.

Bohaterowie to jeszcze inna bajka. Nigdy nie sądziłam, że ci sławni królowie i książęta będą dla mnie tak żywi, jak w tej powieści. Z takim czymś się jeszcze nie spotkałam. Na pewno pamiętacie choćby z lekcji historii w podstawówce Henryka Prawego, Przemysła czy choćby Władysława Łokietka albo Jakuba Świnkę... Tutaj się oni pojawiają, ale nie są kolejnymi postaciami, które poznaje się na lekcjach. Tutaj wszyscy są tak autentyczni, żywi i barwni jak w żadnym podręczniku - raczej jak w najlepszej przygodowo-historyczno-fantastycznej powieści. To, jak autorka przedstawiła sylwetki sławnych postaci zasługuje na kolejny plus. A najbardziej zasługuje na niego charakterystyka Przemysła II. To był książę, a potem król, o którym szczerze mówiąc nie wiedziałam zbyt wiele, bo się nim do tej pory po prostu na tyle nie interesowałam. Lubię historię początków państwa polskiego, lubiłam zawsze rozbicie dzielnicowe (tak, wiem, zwykle interesuje mnie to, co dla innych jest nudne), ale Przemysł zawsze stał u mnie tak jakby z boku, a i historycy jakoś zawsze tak zręcznie go omijają... niesłusznie. Od dziś jest moim ulubionym królem; królem, który cieszył się tym tytułem tylko trochę ponad 200 dni, ale który w pełni na niego zasłużył.

Można sobie przeczytać, jak zakończyła się historia Przemysła - źródeł jest sporo, choćby w internecie. Wiedziałam, jak kończy się jego panowanie. A mimo to kończyłam tę książkę jak najlepszą powieść sensacyjną, a samo zakończenie wbiło mnie w fotel. Ktoś powie: niemożliwe. Możliwe jak najbardziej (jeśli ktoś myśli, że przy takiej książce nie sposób uronić łzy, to się myli, i to grubo!). Uwielbiam takie powieści jak "Korona śniegu i krwi" i jedyne czego mogę żałować, to tego, że twórczość Elżbiety Cherezińskej poznałam dopiero teraz.

Jeśli kiedyś miałabym sama napisać jakąś książkę, to zawsze wiedziałam, że byłaby to powieść historyczna. Nigdy jednak nie przeczytałam takiej, po której mogłabym powiedzieć: Tak, to jest to, właśnie coś takiego chciałabym stworzyć. Po "Koronie śniegu i krwi" to była pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy :-)

Cukiernia pod Amorem - Hryciowie

Cukiernia pod Amorem - Hryciowie

Autor: M. Gutowska-Adamczyk
Wyd. Nasza Księgarnia, 2011
Liczba stron: 520
Długo czekałam na możliwość powrotu do Gutowa i "Cukierni po Amorem". W końcu mi się udało, niestety "Hryciowie" to ostatnia już część tak popularnej sagi Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. I zawsze jak coś kończę, coś, do czego mam ogromny sentyment, ogarnia mnie niejako melancholia, że to już koniec i nic dalej nie będzie. Jednak skończyć coś w odpowiednim momencie to sztuka - i jeśli chodzi o tę książkę, autorka chyba poradziła sobie z tym doskonale.

Trzecia część serii to w dalszym ciągu przeplatana opowieść o współczesności z tą z przeszłości. Dalej będziemy śledzić losy Igi, może nawet będzie tu jej trochę więcej, ale cofniemy się również do czasów II wojny światowej - w tym bowiem mniej więcej czasie zakończyła się druga część sagi, "Cieślakowie". Autorka poprowadzi nas więc przez losy bohaterów aż do czasów współczesnych Idze, a w końcu dowiemy się również, jak cukiernia trafiła w miejsce Hryciów i skąd oni tam się w ogóle wzięli. Nie ma więc czasu na nudę przy tej książce, zresztą jak przy poprzednich.

Dużo uwagi skupia na sobie znowu, podobnie, jak to było w drugim tomie, Gina Weylen - bohaterka, która zdobyła moje serce już chyba sama nie wiem, czym, może odwagą, że mimo wszystko była gotowa spełniać swoje marzenia wbrew rodzinie, może niezależnością, zaradnością życiową - w każdym razie rzadko się zdarza, że jakąś bohaterkę lub jakiegoś bohatera jestem w stanie polubić aż tak bardzo. Giny, czyli Grażyny, będzie wciąż wiele w "Cukierni pod Amorem" - poznamy przy tym jej losy podczas drugiej wojny światowej - losy, które wcale nie były tak łatwe, zwłaszcza dla osoby, którą kochała i podziwiała cała Europa. Zresztą wszyscy bohaterowie "Cukierni" wciąż są żywi w tym tomie, Małgorzata Gutowska-Adamczyk ma talent do kreowania postaci, to po prostu trzeba jej przyznać.

Na nich chyba najbardziej zresztą autorka skupiła się w "Hryciach". Jest tu ich dużo, bardzo wiele się dzieje i akcja jakby przyspiesza, trzeba było jej nadać jednak tempa, aby zacząć zbliżać się do współczesności i powiązań z rodziną Igi. Pierwsza część "Cukierni", a druga w szczególności, to powieści, w których wszystko dzieje się w swoim czasie, autorka ma czas na przedstawienie tła historycznego, na wykreowanie postaci, tam wszystko jakby ma swoje tempo, którego nie da się przyspieszyć. Być może właśnie dlatego tak bardzo podobała mi się druga część, po której nie mogłam się otrząsnąć. "Hryciowie" są trochę inni. Absolutnie nic tej części nie brakuje, jednak przyzwyczaiłam się już, że w "Cukierni" wszystko ma swój czas, i osobiście takie właśnie książki uwielbiam; w "Hryciach" jest wszystko szybciej, mniej historii, więcej bohaterów. Więc i czytało mi się tę książkę już trochę inaczej (co nie znaczy gorzej!). W dalszym ciągu czyta się "Cukiernię pod Amorem" szybko, bo wciąga. Tutaj nawet chyba nieco bardziej wciągnęły mnie rozterki i przygody Igi.

Tych, którzy twórczość Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk znają tylko i wyłącznie z "Cukierni", może zaskoczę, chociaż wątpię, ale... Iga się jeszcze pojawi. Jeśli nie mieliście jeszcze w rękach innej serii autorki, to koniecznie musicie sięgnąć po "Podróż do miasta świateł". Co prawda Igi jest tam mniej, bo to historia o czymś zupełnie innym (chociaż z "Cukiernią" powiązana, bo i niektórzy bohaterowie się pojawiają), jednak autorka znowu wraca do tego cudownego klimatu, który tak jest odczuwalny zwłaszcza w "Zajezierskich" i "Cieślakach". Do tego dochodzi klimat Paryża - dla mnie nie potrzeba więcej :-)

A do przeczytania "Cukierni pod Amorem" również zachęcam. Jest to jedna z moich ulubionych serii, sama nie wiem, co takiego w sobie ma, być może ten niepowtarzalny klimat... Ja po prostu kocham książki z takim klimatem. Sięgając jednak jakiś czas temu po pierwszy tom, ani na moment przez głowę nie przeszła mi myśl, że ta książka tak bardzo będzie mi się podobać. Naprawdę warto po nią sięgnąć.

Cukiernia pod Amorem
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli