Dawno obiecany stosik [#25]

Dawno obiecany stosik [#25]

Tak, wiem, już dawno miał się ukazać, tylko ja ciągle nie miałam głowy do tego, aby go tutaj wstawić. Praca, studia, dom, praca, studia, dom - tylko wokół tego kręci się ostatnio moje życie. Nie mam więc nawet bardzo czasu na przeczytanie wszystkich tych książek, chociaż aż mnie serce boli, kiedy patrzę na powieści A. Ficner-Ogonowskiej albo rzucający się w oczy, nie ma co, "Legion". Sami spójrzcie:

 

Elżbieta Cherezińska robi tu chyba największe wrażenie :-)
No cudowne pozycje, ale kiedy czytać?... Mam tyle obowiązków, że ostatnio na jakiekolwiek przyjemności po prostu już nie starcza czasu. Macie na to jakąś receptę?
Mam nadzieję, że wszystkie tytuły widać dobrze, nie będę już opisywać każdej książki z osobna, bo zdjęcie chyba jest dość wyraźne. Wszystkie one są w stu procentach moje, najbardziej cieszę się z tych wspomnianych wyżej i nie mogę się doczekać, kiedy w końcu zacznę którąś z nich czytać. Na razie jedyne co czytać to podręczniki... :-/
Na szczęście dzień robi się coraz dłuższy, może i czasu będzie coraz więcej :-)


Stan zagrożenia

Stan zagrożenia

Autor: Erica Spindler
Wydawnictwo Mira, 2014
Liczba stron: 492
Erica Spindler jest dla mnie autorką nową. Chociaż jej nazwisko słyszałam już wiele razy i tak samo wiele razy czytałam recenzje jej książek, to jednak nigdy nie miałam przyjemności czytać sama jakiejkolwiek jej powieści. Dawno już postanowiłam, że kiedyś to zmienię – na tę okazję musiałam jednak czekać aż do niedawna, gdy w moje ręce wpadł „Stan zagrożenia”. Byłam bardzo ciekawa tej książki, tego, jaka jest i czy okaże się na tyle dobra, aby można ją było polecić komukolwiek. Miło się zaskoczyłam.

Kate i Richard są małżeństwem. Starają się o dziecko, jednak nic z tego nie wychodzi. W końcu, po długich namowach Kate, Richard zgadza się na adopcję, chociaż z początku jest temu przeciwny. W ich domu pojawia się mała Emma. Jednak mąż Kate nie potrafi się przekonać do córki, jego życie skupia się od tej pory na pracy, kampanii wyborczej i… nowo zatrudnionej asystentce. Do tej pory zgodne i wręcz idealne małżeństwo Kate i Richarda zaczyna wisieć na włosku – nie wiadomo, czy jest to córka, którą mężczyzna wcale się nie zajmuje i nie potrafi pokochać, czy Juliette, nowa pracownica Richarda, która do złudzenia przypomina jego żonę. To podobieństwo jednak nie jest niczym przypadkowym, jak również to, że Juliette znalazła pracę właśnie w tej firmie, w której pracuje Richard, właśnie na tym, a nie innym stanowisku. Okazuje się bowiem, że całą trójkę łączy nowo adoptowane dziecko. Cele nowej asystentki, choć z pozoru jak najlepsze, nie są jednak takie, jak na początku by się zdawało. Dodatkowo okazuje się, że na jej życie, jak również życie małej Emmy, czyha rodzony ojciec dziecka. W związku z tym w niebezpieczeństwie jest także Kate oraz Richard, a może i wiele innych osób, związanych z nimi.

Przede wszystkim powieść Eriki Spindler czyta się bardzo szybko. Dlaczego? Same rozdziały są dość krótkie, jednak główną przyczyną jest to, że książka naprawdę trzyma w napięciu – mnie wciągnęła niemalże od samego początku. Czyta się ją naprawdę dobrze i jestem mile zaskoczona, cieszę się też, że książka tej autorki w końcu trafiła w moje ręce. Dawno już miałam to w planach. Co prawda jest to typowa powieść kryminalna, napisana przez kobietę, to zresztą widać, jednak nie ujmuje jej to wartości.

Jeśli chodzi o bohaterów, również są dość charakterystyczni. Zastanawiałam się nad tym, czy jest wśród nich ktoś, kogo byłam w stanie polubić i doszłam do wniosku, że sympatię wywołała u mnie jedynie Kate. Oprócz oczywiście Luke’a, przyjaciela Kate, który wzbudza niemały szacunek. Ale tak chyba ma być, gdy czyta się tę książkę. Tu nie ma nieskazitelnie czystych bohaterów, nawet sama Kate ma swoje wady, jednak większość z nich zdecydowanie posiada więcej wad niż zalet. Ale w końcu to kryminał i celowy zabieg autorki.

„Stan zagrożenia” jest powieścią naprawdę godną polecenia. Może nie jest to jakaś wybitna powieść, nie wyróżnia się z większość podobnych książek na rynku, jest jednak na pewno lekturą, której się nie żałuje po przeczytaniu. W najgorszym wypadku bowiem oderwie nas od codzienności, w najlepszym wciągnie do tego stopnia, że nie będzie można się od niej oderwać.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

Za powieść serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mira/Harlequin
http://www.harlequin.pl/mira

Prowincja pełna czarów

Prowincja pełna czarów

Autor: Katarzyna Enerlich
Wydawnictwo Mg, 2014
Liczba stron: 312
Pamiętam, jak jakiś czas temu sięgałam po pierwszą część „Prowincji”. Nie spodziewałam się po tej książce wiele, a już na pewno nie tego, że jak mnie zaczaruje. Zaczarowała mnie bowiem, najpierw pierwsza część, potem „Prowincja pełna gwiazd”, po niej „Prowincja pełna słońca” i kolejna, czwarta, która była dla mnie nie lada niespodzianką. Jeszcze większą niespodziankę przeżyłam jednak niedawno, gdy dowiedziałam się, że Kasia Enerlich napisała kolejną część owej serii, i że owa książka trafiła i w moje ręce. Jakże bowiem mogłabym nie mieć tej książki, nie poznać dalszych losów Ludmiły?...

Myślę jednak, że tym razem odpuszczę sobie ogólne streszczenie książki. Nie mam zamiaru psuć przyjemności z czytania tym Wam, którzy jeszcze „Prowincję” mają przed sobą, którzy chcą ją przeczytać w najbliższym czasie. Mnie bowiem nic tak nie psuje lektury, jak świadomość tego, co się dalej wydarzy. I myślę, że każdy miłośnik książek ma podobnie.

Zdradzę tylko tyle, że tym razem jeden z wątków będzie dotyczył… czarownic. I ich związku z historią dawnych Prus Wschodnich. Polowanie na czarownice to niekoniecznie czasy średniowiecza. Wiedzieliście o tym, że jeszcze na początku dziewiętnastego wieku palono na stosie?... Jednak największą czarownicą, a raczej czarodziejką jest tu sama autorka, nie tylko w „Prowincji pełnej czarów”, ale w całym cyklu. Czaruje bowiem nie tylko historią Prus Wschodnich i wydarzeniami, które miały miejsce na tamtych terenach, ale jak zawsze – podejściem do życia, do natury, do szczęścia samego w sobie. I to mi się podoba. Kasia jednak zaczarowała mnie w ogóle samymi losami Ludmiły i jej życiem. Bohaterki, która stała się poniekąd jedną z moich ulubionych współczesnych bohaterek literackich. Na „Prowincji pełnej czarów” nie zawiodłam się więc, tak samo, jak na jej poprzedniczkach.

I mam cichą nadzieję na to, że to jednak jeszcze nie będzie koniec. Zresztą nic na to nie wskazuje, szczególnie po zakończeniu „Prowincji pełnej czarów”, które zaserwowała nam autorka… Książka bowiem kończy się w takim momencie, że dalszy ciąg po prostu musi być… Ciekawe tylko, jak długo przyjdzie mi na niego czekać, bo po tej części mam tak ogromny niedosyt, jak rzadko kiedy.

Zachęcam z całego serca do poznania całej „Prowincji”. Bo ta seria jest wyjątkowa. To nie jest tylko babskie czytadło, nie. Zawiera w sobie o wiele więcej wartości, niż z początku wydawać by się mogło. A jeśli już się zdecydujecie to… koniecznie od początku. Wtedy zaczaruje Was ze znacznie większą mocą, tak samo, jak zaczarowała mnie. Jedna z moich najukochańszych serii książkowych, i to jeszcze naszej, polskiej, autorki.


Za kolejną, cudowną podróż na mazurską prowincję dziękuję z całego serca Wydawnictwu Mg

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli