Podsumowanie stycznia 2014

Podsumowanie stycznia 2014

Pierwszy miesiąc tego roku zbliża się do końca. A ja? Kompletnie nie mam czasu na nic. Uczelnia i sesja zdominowała niemalże całe moje życie w styczniu, więc ilość przeczytanych książek w niczym nie odzwierciedla tego, ile faktycznie ostatnio czytałam. Prawdziwa nauka jednak dopiero teraz się zacznie. Wcześniej łudziłam się tym, że po sesji nadrobię... teraz już chyba się nie ma co łudzić. Może trochę nadrobię, ale nie będę sobie przede wszystkim stawiać nierealnych celów - to nie te czasy, kiedy czytałam po 10, 12 czy 14 książek miesięcznie - fakt, było tak, ale wtedy, gdy byłam bezrobotna i nie myślałam o studiach. Teraz pracuję, weekendami siedzę w szkole, więc chyba nie ma co się dłużej oszukiwać - z bólem serca to napiszę, ale nie mam już tyle czasu na czytanie... niestety.

Co prawda teraz jestem już po sesji, jednak to nie jest czas, kiedy mogę naprawdę odetchnąć. Na chwilę może tak, jednak wybrałam sobie taki kierunek, który zmusza mnie co prawda do czytania, ale nie zawsze tego, na co aktualnie mam ochotę (dla tych, co ciekawi - studiuję historię). I na naukę na bieżąco, bo gdy tego nie będę robić, po prostu nie zaliczę roku. Tyle na ten temat. A niestety są sprawy ważne i ważniejsze.

Nie będzie więc to tradycyjne podsumowanie. Liczba książek przeczytanych w tym miesiącu przeze mnie wyniosła 4 (piątą kończę, ale skończę ją prawdopodobnie w weekend), co jest wynikiem fatalnym, ale gdybym miała podliczyć to wszystko, co faktycznie przeczytałam, to pewnie wyszłoby kilka razy więcej. Za to... nie potrafiłam nie ulec pokusie i jak nigdy zaczęłam... kupować książki. Mimo że nie mam ich gdzie stawiać. I nie mam tyle czasu na ich czytanie. Ale kupiłam kilka wymarzonych pozycji, są, czekają, i się doczekają, a ja jestem ogromnie z nich zadowolona i nie mogę się doczekać czasu, kiedy po nie sięgnę. A stos oczywiście pojawi się, i to niedługo :-)

Takie to oto i moje podsumowanie. Czeka do napisania jeszcze recenzja, mam nadzieję, że znajdę czas w weekend i będziecie mogli ją przeczytać. Generalnie styczeń był dla mnie jak najbardziej okay (chociaż mogłoby być lepiej), ale mam nadzieję, że luty będzie lepszy :-) A tak w ogóle to chciałabym już wiosnę, drażni mnie już ten śnieg i mam dosyć zimy, ale podejrzewam, że nie tylko ja... 


Ścieżka nad drogami. Fraktale

Ścieżka nad drogami. Fraktale

Autor: Bohdan Urbankowski
Wydawnictwo M, 2013
Liczba stron: 500
Historia zawsze była mi bliska. Co prawda ta najnowsza zawsze trochę mniej i może dlatego tak niewiele wiedziałam do tej pory o tym okresie po drugiej wojnie światowej. Ale to, co jest nam dalekie, o czym wiemy niewiele, zawsze intryguje bardziej. Tak więc nieważne, czy średniowiecze, wojny, czy dzieje drugiej połowy XX wieku - nowości na rynku historycznym staram się śledzić regularnie, szczególnie teraz, gdy historia stała się moim kierunkiem na studiach.

Najnowszą książkę Bohdana Urbankowskiego miałam więc na oku praktycznie od samego początku, chociaż osoba jego autora niespecjalnie wiele mi mówiła, mimo tego, że twarz jest mi znana od dawna. Jego życie jednak jest o wiele ciekawsze, niż myślałam do tej pory. Autor, poeta, eseista, prozaik i scenarzysta, urodził się podczas drugiej wojny światowej w Warszawie. W roku 1945, po powstaniu warszawskim trafił wraz z matką do Bytomia, tam też ukończył szkołę średnią. Tam również rozpoczęła się jego twórczość literacka, już jako licealista napisał pierwsze utwory oraz założył Klub Artystów Anarchistów. Po maturze jednak wrócił do Warszawy. Jako student, a także po studiach, podczas doktoratu, parał się różnych zajęć, na wielu z nich nie pracował jednak długo - zadbały o to odpowiednie władze; jako aktywny działacz i twórca Ruchu Nowego Romantyzmu był niewątpliwie dość niewygodnym obywatelem.

"Ścieżka nad drogami. Fraktale" to autobiograficzna książka Bohdana Urbankowskiego. Książka o powstaniu warszawskim, o tym, jaki wpływ miało ono na losy małego wtedy jeszcze chłopca i na całe losy naszego kraju. Książka o dzieciństwie spędzonym w Bytomiu, bez ojca, który nie przeżył obozu koncentracyjnego, o młodości, KAA, o życiu w powojennej Polsce. Kto może lepiej znać te realia niż ktoś, kto to wszystko przeżył i widział na własne oczy?

Jeśli chcesz zdziwić czymś prawdziwych
światowych rewolucjonistów
strasznie brodatych i zębatych
co wszystkie przegryzają kraty,
jeśli nauczyć chcesz tych bucy
jak się pracuje dla przyszłości
nie łamiąc sumień ani kości - - 

- pokaż im polskich wywrotowców:
co noszą włosy a la Chrystus
i takiż jasny płomień w oczach
pokaż im wciąż skrzydlatych chłopców
z Klubu Artystów - Anarchistów!
(...)*

To nie jest książka, którą przeczyta się w jeden czy dwa dni. Jej się po prostu nie da przeczytać tak szybko, chociaż nie wiem jak bardzo byśmy się starali. To nie jest książka z tych łatwych, które się pochłania. Absolutnie nie. To jest lektura dość ciężka, którą trzeba sobie powoli dawkować, a potem myśleć i analizować. Nie chcę jednak nikogo zniechęcać - to bynajmniej nie jest coś, co jest niewarte naszej uwagi, nudne i nieciekawe. Wręcz przeciwnie. Ja sama czytałam ją dość długo, ale gdy się skończyła... czułam niedosyt... niedowierzanie, że to się działo w Polsce naprawdę oraz ulgę, że tego już nie ma... (wyobrażacie sobie, że władzom donosi na was najbliższa osoba, której najbardziej ufacie?...) Choć powoli, to czyta się ją znakomicie, a autor bez wątpienia skłania nas do myślenia. I dobrze. Warto bowiem choć trochę znać tę najnowszą, powojenną historię, znać tamte realia. To wszystko bowiem jest częścią naszej historii, a historię mamy jedną.

* Fragment wiersza B. Urbankowskiego z 1968 roku, zadedykowany przyjaciołom z KAA.
Ta druga, słodka i ostra

Ta druga, słodka i ostra

Autor: Sabina Czupryńska
Wyd. Prószyński i S-ka, 2013
Liczba stron: 312
Na kolejną książkę Sabiny Czupryńskiej czekałam dość długo. Był bowiem czas, że trafiła w moje ręce, zupełnie przypadkowo jej pierwsza powieść, "Kobiety z domu Soni". Nigdy nie żałowałam tego, że ją przeczytałam i do tej pory dziękuję losowi, że w ogóle sprawił, że znalazła się w moich rękach. Od tamtej pory bowiem "Kobiety..." są jedną z nielicznych moich ukochanych książek. I pewnie wrócę do niej jeszcze kiedyś, w każdym razie bardzo bym chciała.

Nie lubię oczekiwać od książek nie wiadomo czego, wolę podchodzić do nich ostrożnie. Siłą rzeczy jednak tamta powieść sprawiła, że po "Tej drugiej, słodkiej i ostrej" spodziewałam się wiele. Staram się nie podchodzić tak do niczego, żeby potem nie było rozczarowania. Książkę jednak zgarnęłam z półki bibliotecznej nawet się nie zastanawiając, gdy ujrzałam bowiem nazwisko Sabiny Czupryńskiej...

"Ta druga, słodka i ostra" to tak naprawdę powieść o rodzinie. Ale na pewno nie o zwykłej rodzinie. Krystyna, wykształcona i pewna siebie, pewnego dnia wychodzi za mąż za listonosza Karola. W ich rodzinie jednak, a i w domu pewnego dnia pojawia się ktoś jeszcze - tym kimś jest również mężczyzna, Jacek. Krystyna, Karol i Jacek mieszkają ze sobą kilkadziesiąt lat, nawet w chwili, gdy w domu pojawia się dziecko Krystyny i Karola - Rafał. Chłopiec nie dorasta więc w zbyt normalnej rodzinie, Jacek jednak jest kimś, kto był zawsze, tak samo jak matka i ojciec. Wychowywanie jednak w takich stosunkach, mimo wszystko, wpłynie na jego dalsze życie. Druga część książki bowiem to opowieść o dorosłym już Rafale - mężczyźnie, którego dzieciństwo nie do końca było takie, jak być powinno i to "poplątanie" staje się widoczne w jego dorosłym życiu.

Tak upływa życie najpierw Krystynie i Karolowi, potem dołącza do nich Jacek, a na końcu Rafał. Bohaterowie tej książki to jest coś, co bezwzględnie jest plusem tej książki. Do Krystyny miałam stosunek dość obojętny, bo i tak się sama zachowywała: pewna siebie, którą obchodzi właściwie tylko własna osoba. Pewnego dnia, wskutek wypadku dochodzi do spotkania kobiety z Karolem, listonoszem. Karol, po jakimś czasie prosi Krystynę o rękę, a ta, nawet nie zastanawiając się, oddaje mu ją. Karol jest chyba jednym z tych najbardziej pozytywnych bohaterów tej książki, ciepły, przyjazny, życzliwy, po prostu fajny facet. Polubiłam go bardzo, w przeciwieństwie do Jacka, który w sumie nie wiadomo skąd się wziął, co robi i dlaczego zamieszkał w domu tamtych dwojga. Kim był naprawdę - wiadomo, chociaż czytelnik nie przeczyta ani jednego zdania, wyjaśniającego tę sytuację. To tylko będzie wisieć w powietrzu przez całą niemalże powieść, dopóki w pewnym momencie dorosły już Rafał nie spojrzy prawdzie w oczy. Jacek mnie zresztą ogromnie denerwował - może dlatego, że nie potrafiłam pojąć tego, jak obcy facet, tym bardziej kochanek żony, może się ot tak wprowadzić do czyjegoś domu i mieszkać tam... od zawsze. I jak w ogóle Karol na coś takiego mógł pozwalać... Irytowała mnie ta sytuacja niezmiernie. Nie mówiąc już o tym, że cała ta trójka właściwie żyła w domu ze sobą, ale tak naprawdę obok siebie... A wszystkim oczywiście dyrygowała Krystyna.

Rafał? Był w porządku, dopóki nie... no właśnie, dopóki życie nie pokazało, że cała ta sytuacja wpłynęła i na niego. Na początku fajny nastolatek, we wszystkim podobny do Karola, który zaszczepił w nim również pasję do fotografowania, w pewnym momencie stał się mężczyzną na wskroś przypominającym własną matkę. I w tym też momencie tak naprawdę przestałam go lubić. Jedyne, co naprawdę mi się w nim  podobało, to że przez całe swoje życie miał szacunek do swojego ojca i naprawdę go kochał. A zakończenie? Chyba to jest dobre zakończenie dla takiej historii, chociaż we mnie wywołało mnóstwo emocji.

Czytelnik bowiem poczuje, czytając powieść Sabiny Czupryńskiej, naprawdę sporo emocji. Poczuje, pod warunkiem, że tak naprawdę będzie czytał między wierszami. Dużo bowiem nie jest powiedziane wprost, wiszą gdzieś w powietrzu nigdy nie zadane pytania, nigdy nie usłyszane odpowiedzi. Nie wiem, jak można żyć w takiej relacji, jak Karol mógł żyć w takim związku. Nie mam pojęcia, jak mogło się wychowywać w takiej rodzinie dziecko... A jednak.

I jedyne zastrzeżenie, które mam do tej książki, to takie, że nie wciąga od początku. Warto jednak się przełamać. Bo później zaczyna coraz bardziej intrygować (chociaż wciąż nie wiem, w jakim celu w pewnym momencie pojawia się Marta, Mariusz, Diana - w zasadzie osoby, które nic nie wnoszą, nie wiadomo kto to i dlaczego w ogóle tam "wlazły z buciorami"). Miałam też rację co do tego, że nie można się nastawiać na super dobrą książkę, bo można się potem po prostu rozczarować. "Kobiety z domu Soni" to powieść, która zawsze chyba już będzie siedziała w moim sercu, ta więc, w porównaniu do tamtej... to już nie jest to. I chyba tylko dlatego dałam jej te sześć punktów zamiast o jeden więcej.

Na pewno jednak ta książka nie jest zła ani słaba. Absolutnie nie. Po prostu poprzednia była rewelacyjna, więc na tle tamtej wypada dość blado. Ale nie jest nieciekawa, beznadziejna i nie warta uwagi. Nie uważam tak. Sabina bowiem, tak w poprzedniej, jak i w tej powieści, pisze w sposób nie zupełnie bezpośredni, coś gdzieś jednak wisi, jest obecne, chociaż się o tym nie mówi. I ja to u niej lubię. Do jej powieści, o ile jeszcze kiedyś jakieś napisze, wrócę na pewno.
Top 10 - książki do przeczytania w 2014 roku

Top 10 - książki do przeczytania w 2014 roku

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej bloggera, jego zainteresowania i gusta. Jeśli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.



Ponieważ zawsze sobie coś obiecuję, odnośnie książek, na liście lektur do przeczytania pozycji wciąż przybywa, zaprezentuję dzisiaj moje noworoczne postanowienie - czyli książki, które po prostu MUSZĘ przeczytać w tym roku :-)


Nie byłabym jednak sobą, gdybym zawarła w tym Top10 tylko i wyłącznie pojedyncze, konkretne pozycje - i tak nie jest tym razem. Większość z tej dziesiątki to dokończenie serii albo od dawna planowane jej rozpoczęcie.

Jeśli chodzi o Katarzynę Michalak, to super byłoby, gdybym w końcu podołała wyzwaniu i przeczytała wszystkie nieczytane jeszcze książki... Ciekawe czy się uda... :-) Co do Philippy, mam taki sam cel, no ale trzeba też mieć czas na to czytanie... A na razie jest go mało, bo sesja zbliża się wielkimi krokami, mam nadzieję, że po sesji w końcu będę mogła oddać się innej lekturze niźli tylko podręczniki akademickie do historii starożytnej...

Alibi na szczęście

Alibi na szczęście

Autor: Anna Ficner-Ogonowska
Wydawnictwo Znak, 2012
Liczba stron: 653
„Alibi na szczęście” przeleżała na półce dobre trzy, cztery miesiące, zanim w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć. Taki już u mnie los książek, które kupuję i pewnie niewiele się zmieni w najbliższym czasie. Uznałam jednak, że świąteczny i noworoczny czas to doskonała okazja do tego, aby w końcu sięgnąć po tą dość, jakby nie patrzeć, grubą powieść… Chyba właśnie jej objętość sprawiała do tej pory, że odkładałam ją i odkładałam, dochodząc do wniosku, że w ferworze obowiązków domowych, a także uczelnianych i w pracy nie mam po prostu na nią czasu. A może czekałam na okazję, kiedy będę mogła po prostu usiąść spokojnie w fotelu, z kubkiem herbaty obok, i zaczytać się, nie musieć myśleć o niczym innym?

Obawiałam się też trochę tego, że jej premiera i promocja trochę popsuje mi całą lekturę. Nie lubię czegoś takiego. Od razu mnie to odstrasza. I chyba decyzja o kupnie tej książki zakwitła w mojej głowie tylko dlatego, że z jej promocją zbytniego kontaktu nie miałam, oprócz tej blogowej, a ta bezsprzecznie była na korzyść powieści. Bo i nawet sama fabuła to nie jest coś, co od razu każe nam „Alibi na szczęście” kupować… Mamy bowiem dziewczynę, a raczej już kobietę – Hankę. Bohaterkę, która pomimo młodego wciąż wieku wiele już w życiu przeszła. Mamy też mężczyznę – Mikołaja, Pana Spóźnionego, faceta od karpia, młodego architekta prowadzącego własną firmę wraz z przyjacielem. Nietrudno się domyśleć, że tych dwoje połączy los. Los, a później miłość… A może miłość pojawi się tak naprawdę znacznie wcześniej?... Zanim jeszcze Hania pozna Mikołaja?... Przecież to właśnie Mikołaj pewnego lata zobaczył na plaży dziewczynę, okropnie smutną, zapatrzoną w morze… Dziewczynę, o której potem nie mógł zapomnieć…

To jest opowieść o miłości – jak najbardziej. Oraz o tym, ile tak naprawdę może znieść mężczyzna, aby walczyć o kobietę. Hanka bowiem boi się miłości, a jeszcze bardziej od miłości boi się tego, że może być w końcu szczęśliwa. Wszystko na wskutek tragedii, która wydarzyła się w jej życiu, nieodwracalnej, o której nie można ot tak zapomnieć.

Nie ukrywam, że na początku ta książka przeraziła mnie objętością. Ponad 600 stron o tym samym, na dodatek czymś, co staram się raczej omijać w książkach z daleka, rzadko bowiem który autor jest w stanie napisać taką książkę o miłości, którą czyta się z zapartym tchem i nie chce kończyć. Zwykle jest za słodko i za mdło – po prostu. Domyślałam się, że tak samo będzie z „Alibi na szczęście”. Dlaczego więc ją kupiłam? Z powodu doskonałych recenzji i tego, że czymś mnie przyciągała – mimo obaw czułam, że będzie mi się podobać. Obawy te wcale nie znikły po pierwszych przeczytanych stronach, a jeszcze się pogłębiły – nie spodobała mi się Hanka, a jeszcze mniej Dominika, dialogi wydały mi się ciut przesłodzone… Czytałam jednak dalej, no bo skoro kupiłam, to głupio nie przeczytać… I nawet nie pamiętam momentu, kiedy pomyślałam, że nie mogę się od tej książki oderwać. Było to chyba wtedy, gdy po raz kolejny odłożyłam ją na chwilę. Nawet nie wiem, kiedy wsiąkłam w tę historię, kiedy pochłonęła mnie do tego stopnia, że myślałam o niej nawet wtedy, gdy nie czytałam. Naprawdę mało który autor potrafi sprawić, że myślę o jego książce dzień i noc. Anna Ficner-Ogonowska tego dokonała, do tego stopnia, że nawet nie skończywszy jeszcze „Alibi…” dokupiłam już kolejną jej część. A w dwie pozostałe zaopatrzę się pewnie za chwilę, bo nie mogę znieść myśli, że jeszcze ich nie mam. I cieszę się, że wybrałam na jej czytanie taki właśnie okres – kiedy nikt i nic mi w tym nie przeszkadzało.

Ta powieść jest pełna ciepła, miłości, pełna pozytywnych uczuć i napisana cudownym językiem. Idealna do tego, aby usiąść z nią na kanapie, z herbatą z cytryną u boku, i oddać się temu ciepłu, bijącemu od tej książki. Jestem pewna, że mało kto będzie mógł się od niej oderwać choć na chwilę. Uwielbiam takie książki, które – choć może za piękne i za słodkie na nasze (a na pewno moje) codzienne życie, za zbyt nierealne, aby kiedykolwiek coś podobnego w nim się wydarzyło – to jednak wnoszą w nie tę odrobinę ciepła i nadziei. Tej ostatniej przede wszystkim.

Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord

Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord

Autor: M. Gutowska-Adamczyk
Wyd. Nasza Księgarnia, 2013
Liczba stron: 480
Cóż za cudowne uczucie, móc znowu przenieść się do Paryża! Dzięki Małgorzacie Gutowskiej-Adamczyk możemy przenieść się nie tylko tam, ale również w czasie – 100 lat wstecz. Kilka miesięcy przyszło mi czekać na tę książkę, najpierw na jej premierę, potem na kupno, w końcu na przeczytanie. Musiała bowiem odleżeć swoje na półce. W końcu jednak uznałam, że nie ma co czekać, książka leży, a ja mam na nią wielką ochotę i mało tego, wiem, że mi się spodoba… Po co więc to odkładać?

„Rose de Vallenord” to kontynuacja powieści wspomnianej wcześniej autorki, Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich”. Pierwsza część kończy się w dość kontrowersyjnym momencie, bowiem Nina, historyczka sztuki, po rozstaniu z Miłoszem, postanawia zrobić sobie długie wakacje w Paryżu. Bohaterka rusza śladem Rose de Vallenord po to, aby niby napisać o niej książkę, w rzeczywistości jednak pragnąc dowiedzieć się, dlaczego z muzeów giną jej obrazy i czy taki sam los czeka portret Tomasza Zajezierskiego, wiszący w hotelu Igi w Zajezierzycach. Nina spędzi więc w tym mieście nie tylko urlop, będą to wręcz wspaniałe, pełne przygód wakacje – przygód, ale również niebezpieczeństw…

Równolegle jednak poznajemy dalsze losy słynnej malarki. Wydaje się, że życie Rose w Paryżu jest nudne i bez niespodzianek, los jednak zaskoczy ją nie raz. Przede wszystkim jednak dzięki Róży oraz Ninie oraz dzięki autorce powieści możemy poznać Paryż tak, jakbyśmy sami w nim przebywali. To właśnie najbardziej lubię w jej książkach – atmosferę taką, jaką może stworzyć tylko i wyłącznie miłośniczka stolicy Francji. Dzięki niej „zachorowałam” na Paryż jeszcze bardziej, o ile bardziej w ogóle jeszcze można… Bo miasto to fascynuje mnie od dawna, marzeniem jest znaleźć się tam choć raz i choć na chwilę – z autorką mogę to zrobić choćby na razie pośrednio, kiedyś na pewno jednak uda mi się tam pojechać, obiecałam sobie zrealizować to marzenie.

Ale fascynuje tutaj nie tylko samo miasto. Również życie samej Rose, najpierw w żałobie po śmierci księcia Vallenord; bohaterka odnajduje sens w wychowywaniu małej Lucie, przybranej córki, w zastępstwie tej, której nigdy nie udało jej się urodzić. To oraz dalsze jej losy wzbudzają w czytelniku wiele emocji. Sama często zastanawiałam się, co sprawia, że Rose postępuje tak a nie inaczej, dlaczego zachowuje się w ten sposób – czasem całkiem sprzeczny z tym, co wypada i co należałoby zrobić. Czasem jej zachowanie lekko wręcz irytuje, tym samym wzbudzając masę przeciwnych uczuć… A i nie mniej interesujące są losy samej Niny, wydarzenia współczesne, czasem niczym wyjęte rodem z dobrego kryminału.

Naprawdę tę książkę czyta się niesamowicie szybko… Swoją zasługę w tym mają nie tylko rozgrywające się wydarzenia, ale i wspomniane wcześniej przeze mnie samo miasto. Jak bowiem nie zakochać się w takim Paryżu? Opisywanym tak pięknie?... Nie da się. „Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord” to naprawdę świetna książka, tak samo jak jej wcześniejsza część – razem tworzą pełną magii i tajemnic historię malarki, historię nie zawsze kolorową, ale ogromnie ciekawą. A dodatkowo jest to przewodnik po jednym z najpopularniejszych europejskich miast. Przewodnik jedyny w swoim rodzaju, bo zabiera nas do Paryża sprzed 100 lat, z przełomu XIX i XX wieku. Naprawdę warto wybrać się tam z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, będzie to na pewno podróż niezapomniana.
Nim nadejdzie mróz

Nim nadejdzie mróz

Autor: Henning Mankell
Wydawnictwo W.A.B., 2012
Liczba stron: 540
Ponoć Henning Mankell już jakiś czas temu zamknął cykl powieści z Kurtem Wallanderem w roli głównej. Seria o słynnym szwedzkim komisarzu zakończyła się więc, i choć nie będzie nam dane poznać kolejnych jego losów i kolejnych rozwiązywanych przez niego zagadek, każda z wydanych do tej pory książek będzie jeszcze długo popularna wśród czytelników kryminałów. Ja sama większość tych pozycji mam jeszcze przed sobą, a tym samym mam jeszcze wiele do odkrycia. Cykl powieści o Kurcie staram się czytać po kolei, nie znaczy to jednak, że jak coś wpadnie w moje ręce, to tego nie wezmę i nie przeczytam… I tak też trafiła w moje ręce książka „Nim nadejdzie mróz”.

Ale… nie jest to jednak powieść ze znanym nam już i wspomnianym bohaterem w roli głównej. Nazwisko Wallander pojawi się w niej nie raz, i to nie tylko za sprawą samego Kurta, który tutaj jest jakby bohaterem drugoplanowym, ale głównie jego córki, Lindy. Lindę znają czytelnicy Mankella już z poprzednich jego powieści. Tak się również złoży, że Linda pójdzie śladami ojca i zostanie policjantką, zacznie nawet pracować w tym samym komisariacie w Ystad. Zanim jednak dziewczyna rozpocznie pracę, czeka ją kilka nudnych tygodni, podczas których, czekając na pracę i własne mieszkanie, chwilowo zamieszka z ojcem. Czas umila sobie spotkaniami z dwoma przyjaciółkami, z którymi po latach odnowiła kontakty. Jedna z nich jednak, Anna, pewnego dnia wyjawia przyjaciółce tajemnicę, jakoby na ulicy kilka dni wcześniej zobaczyła swojego ojca – mężczyznę, który opuścił ją oraz jej matkę dwadzieścia cztery lata temu. Lindzie wydaje się to niemożliwe, jednak wierzy Annie, bo niby dlaczego miałaby kłamać. Zaczyna się jednak mocno niepokoić, gdy parę dni później Anna znika bez śladu. Jej mieszkanie stoi puste, jej matka nie wie nic na temat tego, gdzie może przebywać córka, Linda jednak czuje, że coś jest nie tak. Dostaje się do mieszkania przyjaciółki i przypadkiem odkrywa jej pamiętnik, a w nim nazwisko kobiety, która kilka dni wcześniej została odnaleziona w lesie, brutalnie poćwiartowana. Ewidentnie było to morderstwo na tle religijnym. Co wspólnego ma z nią przyjaciółka Lindy i co jeszcze połączy ją ze śledztwem, prowadzonym przez Kurta? Linda, niepokojąc się o Annę, nudząc w domu w oczekiwaniu na pracę, zaczyna sama poszukiwania przyjaciółki. Nie podejrzewa jednak, że jej również grozi niebezpieczeństwo.

Henning Mankell jak widać nie odszedł całkowicie od swojej najsłynniejszej postaci. Ale najważniejszym bohaterem bez wątpienia jest tu nie Kurt, ale jego córka. I prawdopodobnie jest to pierwsza z powieści z Lindą Wallander w roli głównej. Myślę, że to świetny pomysł, bowiem pozwoli wnieść w książki Mankella trochę inności, a na pewno świeżości. Samego autora bowiem uwielbiam za zagadki kryminalne, które tworzy, za bohaterów (ostatnio, dzięki „Powrotowi nauczyciela tańca” stałam się również fanką Stefana Lindmana, współpracownika Kurta) oraz za tło społeczne, które w jego powieściach to już charakterystyczny znak rozpoznawczy. I tu bowiem tego nie zabraknie – tym razem autor wprowadzi nas w tajemnice szwedzkiej religijności, duchowności, sekt religijnych, a nawet poruszy temat ateizmu. To również w nim lubię – na tle szwedzkiego społeczeństwa i wydarzeń, również tych międzynarodowych, Mankell bezproblemowo potrafi stworzyć intrygę, która nas pochłonie do reszty.

Dla autora charakterystyczne jest również to, że w jego powieściach mniej ważne jest pytanie: „kto?”, znacznie jednak ważniejsze: „dlaczego?”. I wydaje mi się, że ta książka jest podobna. Chociaż z początku rzeczywiście trudno się domyśleć, kto i dlaczego zrobił to, co zrobił, to jednak czytelnik i tak prędzej czy później domyśli się tego, znacznie wcześniej, niżby się spodziewał. Ale nie jest to wada tej książki. To jest właśnie zaleta Mankella i jego twórczości – zacznie ważniejsze są tutaj same czyny, ich powody i sylwetki psychologiczne bohaterów czy morderców, niż osoby samych sprawców. Tym samym czyta się tą książkę równie szybko, jak niejeden kryminał z zaskakującym zakończeniem.

„Nim nadejdzie mróz” to dobra książka nawet dla tych, którzy swoją przygodę z osobą autora chcą dopiero zacząć. Na pewno jednak obowiązkowa dla fanów słynnego już, szwedzkiego policjanta, o którym nakręcono nawet serial telewizyjny. Powieść na pewno nie zawiedzie miłośników kryminałów, a na pewno sprawdzi się u prawdziwych fanów szwedzkiej powieści kryminalnej – w dzisiejszych czasach bowiem kryminał szwedzki stał się wręcz nowym gatunkiem literackim. Henning Mankell na pewno zasłużył na to, aby stać na jego czele.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Pierwszy stos w nowym roku [#24]

Pierwszy stos w nowym roku [#24]

Choć Boże Narodzenie, Sylwester, jak i pierwszy dzień nowego roku już za nami, stosik jeszcze jak najbardziej świąteczny, z choinką w tle. Wielka szkoda, że ten czas tak szybko zleciał, bo to chyba mój ulubiony okres w roku: przygotowywanie prezentów, święta, potem czekanie na Sylwestra oraz słodkie lenistwo w Nowy Rok... Aż żal, że na kolejny taki czas trzeba czekać znowu cały rok. Nie mówiąc już o tym, że i mój urlop zbliża się powoli do końca, właściwie dziś jest jego ostatni dzień, weekend jak zawsze wolny, wolny jest też poniedziałek, bo to święto, a we wtorek... niestety już do pracy... Choinka jednak będzie stała u mnie do oporu, rozbiorę ją pierwszego dnia lutego :-)

Dlatego poprawiam sobie dziś humor stosikiem, uzbieranym w zasadzie w ostatnim tygodniu grudnia, z którego to część już jest przeczytana, część czeka, nie będzie jednak czekać długo, są to książki, które mam w planach na styczeń. Nie jest ich dużo, ale do mnie książek nie może w ostatnim czasie dużo napływać, bo nie miałabym już gdzie ich trzymać. Regał na nie mam dość mały, więc trzeba jakoś zarządzać rozsądnie tym niewielkim miejscem :-) I pomyśleć w końcu o czymś większym. Nie brak mi jednak ochoty na kupowanie książek, nie potrafię się powstrzymać...

A oto i pozycje, o których mowa:

1. Sabina Czupryńska, Ta druga, słodka i ostra - książka, której wypożyczeniu nie mogłam się powstrzymać z uwagi na nazwisko autorki, jej debiutancka powieść uwiodła mnie niesamowicie, ciekawa jestem więc tej;
2. Anne Brontë, Agnes Grey - kolejna do kolekcji książek słynnego rodzeństwa Brontë, brakuje mi już tylko jednej, która też wkrótce do mnie dotrze;
3. Zbigniew Lew-Starowicz, O kobiecie oraz O mężczyźnie - książki już przeze mnie recenzowane, jednocześnie bardzo się cieszę, że znalazły się w mojej biblioteczce;
4. Rick Yancey, Piąta fala - wychwalana przez moją Siostrę, która w końcu sprezentowała mi ją na święta, z czego byłam przeszczęśliwa, mam nadzieję, że również mnie będzie się tak podobać;
5. Bohdan Urbankowski, Ścieżka nad drogami. Fraktale - pozycja od wydawnictwa M, którą dostałam jeszcze przed świętami, czytana będzie więc w najbliższym czasie.

Nie jest tego dużo, ale styczeń na pewno nie będzie nudny :-) Z takimi książkami bowiem nie sposób się nudzić.
A ponieważ mamy już nowy, 2014 rok, a to oznacza zawsze jakieś większe lub mniejsze postanowienia, wczoraj dołączyłam do wyzwania, które z roku na rok robi się coraz popularniejsze - Z półki. W zeszłym roku nie do końca udało mi się go zrealizować, tym razem mam nadzieję na to, że w końcu się uda i zrobię porządek z nieprzeczytanymi pozycjami z 2013, a nawet i z 2012 jeszcze roku - w końcu kupowałam te książki po to, aby je czytać, prawda? 
Nie będzie więc nudy w styczniu :-)
Nawałnica mieczy. Stal i śnieg

Nawałnica mieczy. Stal i śnieg

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo Zysk i Ska, 2007
Liczba stron: 608
Realizacja mojego osobistego wyzwania trwa. Nie wiem, czy pisałam o tym wcześniej, napiszę na wszelki wypadek jeszcze raz – chciałabym przeczytać całą serię „Pieśni Lodu i Ognia”, zanim telewizja zaszczyci nas kolejnym sezonem tego popularnego serialu. A jak wiadomo, wcale nie zostało już tak dużo czasu. Nie wiem też, czy uda mi się zrealizować swoje postanowienie, jestem jednak na dobrej ku temu drodze.

Wydarzenia z „Nawałnicy mieczy” toczą się równolegle do tych z części poprzedniej, o czym wspomina w przedsłowiu sam autor, książka przedstawia również to, co wydarzyło się zaraz po nich. W dalszym ciągu więc nieubłaganie do Siedmiu Królestw zbliża się zima, na północy króluje świeżo koronowany Robb Stark z nowo poślubioną żoną. Dany zbiera powoli armię i przygotowuje się do zemsty i odzyskanie tronu, który prawowicie jej się należy…

„Nawałnica mieczy” jest chyba najobszerniejszą z części wspomnianej serii. Być może dlatego zdecydowano się ją podzielić na dwa tomy. Chociaż i kolejna też jest dwutomowa, to jednak na półce stoi trochę w cieniu swojej poprzedniczki. I moim zdaniem bardzo dobrze, z jednej strony ja nie mam bowiem przymusu czytania naraz pewnie ok. 1200 tomowej cegły, nie mówiąc już o tym, że z drugiej strony taka książka pewnie szybciej by mnie odstraszyła i dłużej odkładałabym ją na później. Tak jednak mam większą nadzieję na zrealizowanie swojego postanowienia, albo chociaż przeczytania tomu, który jako serial pojawi się już w tym roku na ekranach naszych telewizorów.

George Martin po raz kolejny jednak mimo wszystko wciągnął mnie niesamowicie. Krótko mówiąc trzyma poziom, a może nawet jeszcze bardziej mnie zainteresował niż „Starcie królów”. Chociaż sama znam już to, o czym aktualnie czytam, to jednak wciąż odnajduję w tej książce jakieś niespodzianki. Trudno jest jednak nie porównywać jej z serialem, tym bardziej, gdy ten serial oglądało się jako pierwszy. Głównie właśnie dlatego chcę doprowadzić do tego, aby najpierw przeczytać kolejny tom, a potem dopiero skonfrontować go z ekranizacją.

W dalszym ciągu moją ulubioną parą bohaterów jest Dany oraz Tyrion. Co do tej pierwszej łatwo to zrozumieć, lubią ją chyba wszyscy fani książki i serialu. Co do tego drugiego już może trudniej i sama nie wiem, czym jest spowodowana moja sympatia do niego, może z powodu tej inności… I nie chodzi mi tu o wygląd, a raczej charakter i zachowanie – Tyrion bowiem różni się od Lannisterów nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie… Martin w dalszym ciągu opowiada o toczących się wydarzeniach z perspektywy kolejnych bohaterów, ku mojemu zdumieniu jednak w „Nawałnicy mieczy” tych bohaterów trochę przybyło – zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Zabieg jak najbardziej na plus, ciekawa jestem więc coraz bardziej dalszych tomów – nie tylko z ciekawości tego, jaki bohater tym razem się pojawi, ale i tego, co w ogóle się wydarzy – zbliżam się bowiem nieubłaganie do momentu, na którym zakończyła się emisja serialu.

Ta seria naprawdę potrafi wciągnąć, więc tym, którzy naprawdę nie mają ochoty na kilkutomową serię, nie radziłabym w ogóle jej zaczynać… Albo może niech zaczną – na pewno wtedy przekonają się do „Pieśni Lodu i Ognia”, znajdą czas na czytanie, a świat Martina pochłonie ich do tego stopnia, że trudno będzie odłożyć książkę na półkę. Tak będzie z pewnością. A na pewno warto, świadczą o tym kolejne dobre recenzje. Serial wciąga i pochłania wolny czas podobnie do książki, książka jednak jest o wiele lepsza.
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli