Ojciec i syn

Autor: Karol Bunsch
Wydawnictwo Literackie, 1966
Liczba stron: 605
Ostatnio pisałam o tym, że będę Was przekonywać do tego, aby czytać książki historyczne, szczególnie te związane z historią Polski... Że będę udowadniać, że historia średniowiecza, mimo iż uchodzi za nudną, ciemną, nieciekawą - ciekawa być może, i to bardzo. Cóż, chyba nadszedł jeden z tych momentów... bo z każdą kolejną książką Karola Bunscha tylko utwierdzam się w przekonaniu, że mam rację, a "Ojciec i syn" tak mnie zafascynował, że nigdy nie przypuszczałabym, że odłożę tę książkę z wielkim żalem i niemalże łzami w oczach. Ale tak właśnie było...

Jest to kolejna, po "Dzikowym skarbie", książka z serii piastowskiej autora, a jej wydarzenia są kontynuacją tych, które zakończyły poprzednią część. Nadal mamy do czynienia z początkami państwa polskiego, nadal rządy sprawuje książę Mieszko, z tym, że ma już syna Bolka, a niebawem pojawi się i kolejna ich gromadka. Po śmierci Dobrawy książę dość długo odkładał sprawę kolejnego małżeństwa, w końcu jednak zdecydował się na nie z Odą - Oda jednak nie zdobyła jego serca tak jak Dobrawa, nie zdobyła też serca dzieci z pierwszego małżeństwa - Bolesława i Świętosławy. Urodziła jednak Mieszkowi kolejnych spadkobierców - i tu zaczynają się intrygi, zawiść i próba zrobienia wszystkiego, co w mocy Ody, aby to jej synowie odziedziczyli państwo Polan. Zaczyna się walka pomiędzy macochą a starszymi dziećmi, szczególnie Bolkiem - oboje bowiem szczerze się nawzajem nienawidzą. Mieszko tymczasem, coraz starszy, jest też już coraz bardziej zmęczony... Musi jednak jeszcze pomyśleć o swoim dziedzictwie...

Czy książkę, która była napisana blisko 70 lat temu, można czytać z takim zafascynowaniem? Książkę, która ponoć opowiada o nieciekawych czasach, o ciemnych wiekach średniowiecza?... Można! I ja jestem tego doskonałym przykładem. Już z pierwszym tomem stałam się miłośniczką tej serii, teraz... po prostu się w niej zakochałam. Co w niej takiego jest? Nie wiem, może to opisy, w których Karol Bunsch jest wręcz mistrzem, które ubarwiają tę książkę jeszcze bardziej, chociaż pisane przecież już w nie do końca nam współczesnym języku? Może właśnie ten język, bo gdyby nie on, ta książka nie byłaby tym, czym jest? Może to, że autor potrafi doskonale zagrać słowami na emocjach czytelnika, co jest bardzo cenne i nieczęsto przecież spotykane? A może to po prostu ten okres w dziejach Polski, który mnie osobiście fascynuje najbardziej? Pewnie to wszystko razem trzeba by było wziąć do kupy, poskładać - bo każdy z tych elementów jest ważny, każdy gra istotną rolę w tym, jak czytelnik odbiera tę książkę... 

Niesamowite jest również to, jak Karol Bunsch potrafi przedstawić swoich bohaterów - nie tylko tych historycznych, jak Mieszko czy Bolko (czyli Bolesław), ale również tych fikcyjnych. Wszyscy są namacalni i żywi. Chciałoby się śledzić losy każdego z osobna, bo do każdego ma się jakiś sentyment. I czasem pozostaje żal, bo ich losy są różne, nie zawsze dobre i pomyślne. Wykreowanie tak rzeczywistych bohaterów, którzy idealnie wpasowują się w grono innych postaci, tych już historycznych, to u tego autora kolejne wręcz mistrzostwo; a do tego jeszcze przedstawienie ich w ten sposób, że najnormalniej chciałoby się tam być, spotkać ich osobiście, poznać... A co do postaci, które wszyscy znamy z lekcji historii... Tu już po prostu ciężko mi to opisać i brakuje słów. Po raz pierwszy przy takiej książce, opowiadającej o takich nie innych czasach, żal mi ściskał serce, że stało się tak, a nie inaczej. Ja przy tej książce niemalże płakałam - przy śmierci Dobrawki, przy losach fikcyjnych bohaterów, przy jej zakończeniu... Żal mi było Bolka, oddanego w niewolę, żal było jego matki, coraz smutniejszej i niknącej w oczach, czytałam z wypiekami na twarzy o ucieczkach, o ambitnym i pewnym siebie Bolesławie, któremu zagraża własna macocha, o jego różnicach zdań i kłótniach z ojcem... W końcu najbardziej żal mi chyba było Mieszka, który, robiąc się coraz starszy, coraz bardziej zmęczony był wojnami i walkami, którego marzeniem było osiąść w domu, oddać pierwszeństwo synowi, spędzić czas z dziećmi... a któremu niestety dane było walczyć do ostatniego dnia swojego życia, jednocześnie zmagając się z myślami o tym, jak rozwiązać problem dziedzictwa i jak podzielić swoje państwo... Szkoda, że Mieszko, na najlepszej drodze do otrzymania korony, nie zdążył już jej założyć na głowę, a jak się okaże, Bolesław też będzie musiał na to długo poczekać i nie nacieszy się nią za wiele. Nasz pierwszy władca zasługiwał na miano króla jak mało kto.

Piękna jest ta książka. To pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy, ale chyba najlepiej ją opisujące. Piękne jest to, co stworzył Karol Bunsch, a ten naprawdę ma niebywały talent do kreowania postaci, do niesamowitych opisów, do stwarzania emocji... do tego w zgodzie z historyczną prawdą. Oj, takich autorów naprawdę jest mało, coraz mniej. Szkoda. A nie przekonacie się o tym, jeśli nie weźmiecie tej książki do ręki (koniecznie na początek pierwszy tom!) i nie zaczniecie czytać. A z drugiej strony jest to doskonała okazja do poznawania historii. Chociaż ja na pierwszym miejscu traktuję tę książkę jako niesamowitą powieść przygodową, potem dopiero dociera do mnie, że przecież co najmniej jakaś część tego zdarzyła się dawno temu, ale naprawdę. Uwielbiam tę serię i najchętniej czytałabym tylko ją, jedna część za drugą. Nic innego by mi do szczęścia wtedy nie brakowało.

2 komentarze:

  1. Och, zapomniany nieco autor, dlatego tak się cieszę, że zdecydowałaś się o nim napisać! Nie wiem dlaczego do tej pory nie sięgnęłam po jego prozę, a zrobić to muszę koniecznie - idealnie moja tematyka!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie lubiłam historii w szkole, a teraz jakoś nie lubię książek historycznych. Raczej w moim wieku to już się nie zmieni :)

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli