Uczta dla wron

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2006
Liczba stron: 1040
W ramach odrabiania zaległości książkowych wzięłam się również za Pieśń Lodu i Ognia. Większość z Was wie i kojarzy o co chodzi... A pewnie i część ma już za sobą całą serię... Ja się zatrzymałam jakiś czas temu na "Nawałnicy mieczy", teraz więc przyszła pora na "Ucztę dla wron".

Cóż, muszę przyznać, że polubiłam Westeros. I dużo lepiej czyta mi się od razu jeden tom za drugim, gdy jeszcze mam w głowie wszystkie wydarzenia i bohaterów, niż jak robiłam do tej pory - dość długie przerwy między poszczególnymi tomami. Dlaczego robiłam przerwy? Muszę się przyznać bez bicia, że... trochę mnie też męczy ta Pieśń Lodu i Ognia. Może za dużo bohaterów, trzeba dość uważnie czytać, żeby wszystko zrozumieć, za dużo wydarzeń, za wiele po prostu tego wszystkiego... Za dużo uwagi ode mnie ta książka też wymaga, chociaż ja jako przyszły historyk jestem przyzwyczajona do książek z dużą ilością dat i faktów... Może i dlatego nie mam już czasem siły na to, aby jeszcze czytać beletrystykę w takim wydaniu...

Część wydarzeń z "Uczty dla wron", zarówno z pierwszej, jak i z drugiej części, jest równoległa do tego, co dzieje się w "Nawałnicy mieczy". Nie spotkamy też niektórych naszych ulubionych bohaterów, a inni pojawią się sporadycznie. Dany została całkowicie odsunięta na chwilę obecną, podobnie Tyrion (czyli dwójka moich ulubionych), by wrócić (ponoć na pewno, no ale jak mogłoby być inaczej) w następnych tomach, tym razem "Tańca ze smokami". Akcja, wydaje mi się, też jest tutaj trochę spokojniejsza, nie to co w poprzedniczkach... Może to cisza przed burzą? Mam nadzieję, zresztą coś musi się zacząć dziać, bo innego wyjścia nie ma, trzeba jednak teraz zmobilizować się, aby sięgnąć po "Taniec...". Bo jak wspomniałam wcześniej, mam z tym kłopoty :-)

Coś jednak jest w tej "Grze o tron", zarówno w serialu, jak i w powieści, skoro czyta ją tyle osób. Udało mi się nawet zarazić tą książką (i mam nadzieję, w ogóle czytaniem) w końcu moją drugą połówkę, skoro też sam wziął się za czytanie Martina. Martin widać zaraża coraz więcej ludzi i niech tak będzie. Może fanką jego nie mogę się nazwać (wielu jego czytelników bardziej zasługuje na to miano ode mnie), to jednak polubiłam jego książki, mimo że trochę mnie męczą, mają w sobie to coś, co czasem nie pozwala się od nich oderwać.

5 komentarzy:

  1. Ja jeszcze jestem w tyle, jeżeli chodzi o książki Martina, dopiero skończyłam pierwszą część "Nawałnicy mieczy". Aczkolwiek mam wielki szacunek dla autora, bo ciężko jest napisać książkę z tak rozbudowaną fabułą i tyloma postaciami... Myślę, że między innymi te czynniki są tym "magnesem", dzięki czemu tyle ludzi czyta/ogląda uniwersum autora. Faktem jest, że czasami męczy, jednak ma się poczucie, że czyta się powieść dobrą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda i podziwiam autora za to, że sam się w tym wszystkim nie pogubił... :)

      Usuń
  2. Mam podobne odczucia dotyczące tej serii. Lektura wymaga sporo czasu i dużego skupienia. Wymiękłam po drugim tomie i jak na razie nie ciągnie mnie do serii, choć jest ona świetna. Boję się, że po długiej przerwie będę miała problem w rozeznaniu się w akcji, a nie mam jakoś ochoty na powtórne czytanie poprzednich tomów. Mnogość wątków potrafi mocno przytłoczyć czytelnika, który chciałby towarzyszyć przede wszystkim ulubionym bohaterom.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też robię sobie dłuższe przerwy pomiędzy kolejnymi tomami :) Wczoraj skończyłam ,,Starcie królów" Kolejny tom może we ferie zimowe? :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Faktycznie, trochę męczy, ale teraz zabieram się za pierwszą część trzeciej części, chociaż dla mnie to taki fantastyczny przeciętniak.

    http://zakurzone-stronice.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli