Podsumowanie... no właśnie, ale czego?...

Podsumowanie... no właśnie, ale czego?...

Generalnie miałam zrobić podsumowanie sierpnia, ale ostatnie podsumowanie robiłam chyba w maju czy czerwcu, więc sama już nie wiem, co podsumowuję :-) Cóż, nie da się ukryć, że mój blog świecił pustkami w czerwcu i lipcu (głównie za sprawą uczelni), teraz, w sierpniu, wszystko zaczęło się normować. I cieszy mnie to, bo tęskniłam zarówno za czytaniem, jak i blogiem. Wrzesień mam nadzieję zapowiada się podobnie.


Nie mam zielonego pojęcia, kiedy zleciało to lato. Kocham lato, bez wątpienia chyba najbardziej ze wszystkich pór roku i serce mnie boli, że nawet go nie zauważyłam. Do końca lipca babrałam się jeszcze w sprawach uczelnianych i egzaminach, wakacje na dobrą sprawę mam od miesiąca, co prawda został jeszcze miesiąc, ale... z bólem muszę chyba stwierdzić, że lato mija... I nieuchronnie nadchodzi jesień. Nie zdążyłam się poopalać, nie posiedziałam sobie za specjalnie z książką nad rzeką, nie zdążyłam nigdzie pojechać... A dni robią się coraz chłodniejsze. Widzę i czuję to szczególnie rano, gdy wychodzę pobiegać - ba, nawet pobiegać w krótkich gaciach nie zdążyłam, jest już tak zimno, że tylko długie... A ja zdecydowanie jestem ciepłolubna, nie lubię, gdy robi się zimno, bo i mi jest wtedy bez przerwy zimno i nie potrafię się dogrzać... Ale cóż... pozostaje chyba tylko pogodzić się z tym faktem, bo co innego?...

Nie wiem, czy to nadchodząca jesień, czy coś innego, ale ostatnio też zaczęłam trochę porządkować przestrzeń wokół siebie. Niektórzy czynią porządki zazwyczaj z nadchodzącą wiosną, ja zapragnęłam zrobić co nieco teraz, nie wiem, skąd ta potrzeba... Może w związku z planami, które krążą wokół mojej głowy od dawna i które mam zamiar w końcu wprowadzać w życie?... A zauważyłam, że otacza mnie mnóstwo niepotrzebnych rzeczy... W książkach też chcę zrobić porządek, więc jeśli ktoś chciałby przygarnąć coś z mojej półki, zapraszam TUTAJ. Pojawiła się zakładka (tylko na jakiś czas) z książkami na sprzedaż, jeśli są jacyś zainteresowani, zapraszam i proszę o kontakt. Oddam w naprawdę dobre ręce (bo z niektórymi ciężko się rozstawać, z każdą praktycznie ciężko, ale potrzebuję miejsca na nowe), po okazyjnej cenie specjalnie dla Was :-)

Trochę melancholijnie dzisiaj u mnie, no ale cóż... jesień za pasem :-) Żeby nie było, lubię też i jesień, szczególnie, kiedy jest słoneczna (nawet nie musi być ciepło), bo ja chyba właśnie bez słońca nie istnieję... Pal licho zimno, ubrać się można cieplej :-)
Właśnie mi się przypomniało, że od jutra również nowy rok szkolny... Z sentymentem wspominam lata, kiedy i ja jeszcze chodziłam do szkoły... Pewnie niektórzy z Was wcale się nie cieszą, zobaczycie, że docenicie, gdy skończycie szkołę. Bo studia to już nie to samo...
Kończę już te wywody, bo chyba mnie dziś poniosło :P
Zgoda na szczęście

Zgoda na szczęście

Autor: Anna Ficner-Ogonowska
Wydawnictwo Znak, 2013
Liczba stron: 566
Cóż innego można wziąć do ręki, gdy nagle pogoda się psuje, dni robią się chłodniejsze, poranki wręcz zimne, podobnie wieczory?... Gdy w powietrzu powoli czuć nadchodzącą jesień, chociaż nazwa miesiąca wcale jeszcze jej nie zapowiada... Idealne na taki czas są powieści Anny Ficner-Ogonowskiej. Nie wiem, jak Wy, ale ja już powoli czuję nadchodzącą jesień i serce mnie boli, bo to lato było takie krótkie... Prawie niezauważalne. Dopiero od miesiąca mam wakacje od uczelni, za miesiąc znowu na nią wracam... Potrzebowałam więc książki, która choć na chwile pozwoli mi zapomnieć, nie poddawać się tej melancholii i która sprawi, że zrobi mi się cieplej w środku. "Zgoda na szczęście" na półce stała i wołała.

Wiedziałam, że ta książka rozgrzeje mnie od środka i absolutnie się nie myliłam. Nieważne, czy bohaterowie akurat mają zimę, wiosnę, lato czy jesień - tam po prostu zawsze jest ciepło, bo w gronie rodziny, przyjaciół, najbliższych osób. A miłość przecież rozgrzewa najlepiej. Chociaż nie zabraknie tu dramatów, wątpliwości, problemów i różnych innych rzeczy, z którymi będzie musiała zmierzyć się Hanka, Mikołaj czy Dominika, to jednak problemy są po to, żeby je rozwiązywać, a po burzy zawsze wychodzi słońce. Nie mówiąc już o pani Irence, w której kuchni aż miło się znaleźć - taką kobietę każdy chciałby mieć przy sobie, która wysłucha, doradzi i wesprze miłym słowem. A to wszystko przy pachnącej cynamonem szarlotce i przy filiżance gorącej, pysznej herbaty z malinami. Nie licząc czwartej mini-części, która została wydana w zeszłym roku tuż przed świętami Bożego Narodzenia, "Zgoda na szczęście" jest ostatnim tomem trylogii Anny Ficner-Ogonowskiej i żałuję bardzo... I chyba właśnie za panią Irenką będę tęsknić najbardziej, za domkiem nad morzem i ciepłem tej kobiety, które bije od pierwszej do ostatniej strony. Zazdroszczę Hance, że ma takie miejsce, właśnie nad morzem, gdzie zawsze znajdzie spokój. Sama chciałabym coś takiego mieć.

Zdecydowanie przeczytałam tę książkę za szybko, ale niestety nie mogłam inaczej. Nie potrafiłam oderwać się od poprzednich części, od tej również. Chociaż momentami akcja jest spokojna, to nie brak chwil, gdy książkę czyta się z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Ale ja ten spokój chyba lubię najbardziej w tej powieści. Tę rodzinną atmosferę. Bo bohaterów traktuje się tu nawet jak własną rodzinę czy przyjaciół, są tak realni i prawdziwi, a nie jest łatwo coś takiego stworzyć, tym bardziej więc podziw dla autorki. Nie mówiąc już o tym, że ta książka daje nadzieję na to, że każdy może znaleźć swoje szczęście i nie zawsze trzeba szukać daleko. Ale przede wszystkim nie bać się zmian. Zawierzyć mądrościom i prawdom, których tutaj jest sporo i poczuć ten spokój - a "Zgoda na szczęście" wręcz nim zaraża.

Ja od początku wiedziałam, że ta książka to coś dla mnie, że mi się spodoba - nie mogło być inaczej. Kto nie chciałby poczuć tego ciepła, napić się ulubionej herbaty wraz z panią Irenką, posłuchać tego, co ma do powiedzenia?... Historia, którą stworzyła Anna Ficner-Ogonowska to jedna z moich ulubionych historii, może stanie się taka również dla Was, jeśli tylko po nią sięgniecie?... Oczywiście "Szczęście w cichą noc" czeka na półce na swoją kolej, nie sięgnę po nią jednak wcześniej, niż w grudniu... A najlepiej tuż przed świętami :-)

Uczta dla wron

Uczta dla wron

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2006
Liczba stron: 1040
W ramach odrabiania zaległości książkowych wzięłam się również za Pieśń Lodu i Ognia. Większość z Was wie i kojarzy o co chodzi... A pewnie i część ma już za sobą całą serię... Ja się zatrzymałam jakiś czas temu na "Nawałnicy mieczy", teraz więc przyszła pora na "Ucztę dla wron".

Cóż, muszę przyznać, że polubiłam Westeros. I dużo lepiej czyta mi się od razu jeden tom za drugim, gdy jeszcze mam w głowie wszystkie wydarzenia i bohaterów, niż jak robiłam do tej pory - dość długie przerwy między poszczególnymi tomami. Dlaczego robiłam przerwy? Muszę się przyznać bez bicia, że... trochę mnie też męczy ta Pieśń Lodu i Ognia. Może za dużo bohaterów, trzeba dość uważnie czytać, żeby wszystko zrozumieć, za dużo wydarzeń, za wiele po prostu tego wszystkiego... Za dużo uwagi ode mnie ta książka też wymaga, chociaż ja jako przyszły historyk jestem przyzwyczajona do książek z dużą ilością dat i faktów... Może i dlatego nie mam już czasem siły na to, aby jeszcze czytać beletrystykę w takim wydaniu...

Część wydarzeń z "Uczty dla wron", zarówno z pierwszej, jak i z drugiej części, jest równoległa do tego, co dzieje się w "Nawałnicy mieczy". Nie spotkamy też niektórych naszych ulubionych bohaterów, a inni pojawią się sporadycznie. Dany została całkowicie odsunięta na chwilę obecną, podobnie Tyrion (czyli dwójka moich ulubionych), by wrócić (ponoć na pewno, no ale jak mogłoby być inaczej) w następnych tomach, tym razem "Tańca ze smokami". Akcja, wydaje mi się, też jest tutaj trochę spokojniejsza, nie to co w poprzedniczkach... Może to cisza przed burzą? Mam nadzieję, zresztą coś musi się zacząć dziać, bo innego wyjścia nie ma, trzeba jednak teraz zmobilizować się, aby sięgnąć po "Taniec...". Bo jak wspomniałam wcześniej, mam z tym kłopoty :-)

Coś jednak jest w tej "Grze o tron", zarówno w serialu, jak i w powieści, skoro czyta ją tyle osób. Udało mi się nawet zarazić tą książką (i mam nadzieję, w ogóle czytaniem) w końcu moją drugą połówkę, skoro też sam wziął się za czytanie Martina. Martin widać zaraża coraz więcej ludzi i niech tak będzie. Może fanką jego nie mogę się nazwać (wielu jego czytelników bardziej zasługuje na to miano ode mnie), to jednak polubiłam jego książki, mimo że trochę mnie męczą, mają w sobie to coś, co czasem nie pozwala się od nich oderwać.
Dzikowy skarb

Dzikowy skarb

Autor: Karol Bunsch
Wydawnictwo Literackie, 1966
Liczba stron: 693
Kiedyś musiałam trafić na Karola Bunscha. Nie mogło być inaczej, biorąc pod uwagę moje zainteresowanie historią Piastów. Po książkach Elżbiety Cherezińskiej nie było innej opcji. Niestety na tych dwóch nazwiskach chyba kończy się lista polskich autorów, którzy podejmują lub podejmowali tę tematykę. Albo może i stety, bo dzięki temu temat ten jest w dalszym ciągu ciekawy i intrygujący. Nie mówię tu oczywiście o publikacjach naukowych, których jest sporo, do koloru, do wyboru. Mnie chodzi o zbeletryzowaną formę historii, którą czyta się i poznaje przyjemniej, szczególnie osobom, które na co dzień zbytnio zainteresowane nią nie są...

"Dzikowy skarb" to pierwsza część (wydana w dwóch tomach) cyklu piastowskiego Karola Bunscha. Części tych jest jednak znacznie więcej i sięgają czasów końca panowania Władysława Łokietka. Jeśli ktoś jednak jest zainteresowany jeszcze dalszymi wydarzeniami, autor stworzył również dwie powieści o Jagiellonach, ale i to nie wszystko: w jego dorobku można też znaleźć trylogię o Aleksandrze Wielkim (więc z polskim średniowieczem nijak nie związaną). Pewnie nazwisko autora z czasem i tak bym odkryła, jednocześnie jednak zastanawiam się nad tym, dlaczego do tej pory nie obiło mi się o uszy?... Być może dlatego, że sam autor dokonał żywota, gdy ja nie miałam jeszcze całych dwóch lat, a może dlatego (i to jest niestety bardziej prawdopodobne), że tematyka dynastii Piastów do tej pory była po prostu niepopularna i nie wzbudzająca zainteresowania takich szarych ludzi? Mam wrażenie, że Elżbieta Cherezińska trochę w tym temacie namieszała, może więc warto sięgnąć teraz do Bunscha i poznać "jego" historię?...

"Dzikowy skarb" był pisany w latach czterdziestych ubiegłego wieku, wydany został w latach sześćdziesiątych.  Jak więc widać, trochę już ta opowieść ma lat. Dlatego też i język jej nie jest tak współczesny, jak np. u Elżbiety Cherezińskiej. Dodaje to jednak tylko tej powieści uroku i przypomina nam o tym, że nie tylko teraz mamy wartościowych autorów, którzy piszą o polskiej historii, ale i byli tacy 100, 70 czy 50 lat temu. Wiadomo, wiele od tego czasu mogło się zmienić, wiele rzeczy zostało na nowo odkrytych, jeśli jednak chodzi o beletrystykę historyczną, w dalszym ciągu można się zaczytać, wejść w tamten świat, który istniał tysiąc lat temu. "Dzikowy skarb" jest bowiem, jak pisałam wcześniej, pierwszym tomem, łatwo się więc domyśleć, że opowiada o czasach Mieszka I (co nam mówi również podtytuł książki). Jesteśmy świadkami śmierci Ziemomysła, ojca Mieszka, treść samej książki rozpoczyna się w roku 963. Jej bohaterami jednak są zarówno postacie historyczne, jak Mieszko, Ścibor - Mieszka brat, biskup Jordan, jak i fikcyjne: Dzik (będący  początkowo zdobyczą Ścibora) - zbój ogromnych rozmiarów i o jeszcze większej sile, Zbrozło - pełnomocny dyplomata księcia, czy Tarło - syn władyki polańskiego, który staje się z czasem wiernym towarzyszem Dzika. Zresztą powieść ta ma jeszcze wielu ciekawych, barwnych (!) bohaterów, z którymi razem będziemy się przyglądać pierwszym próbom chrystianizacji kraju, zajęciu ujścia Odry czy bitwie pod Cedynią - wydarzeniom, które przecież każdy zna ze szkoły i szkolnych podręczników. Bardziej spostrzegawczy znajdą w niej również zagubienie w świecie, gdy nie ma się korzeni, jest się samym, zdanym tylko na siebie w świecie niekoniecznie dobrym, pełnym zdrady, gdzie tak naprawdę każdy myśli tylko o sobie.

Wiem, ta książka na pozór wydaje się dość nudna, monotonna i nic w niej ciekawego nie ma na pierwszy rzut oka, szczególnie dla kogoś, kto historią się nie interesuje. Mnie jednak szybko wciągnęła jak niejedna książka przygodowa. Szybko zaczynamy pałać sympatią (lub przeciwnie) do niektórych bohaterów, stają się nam bliscy (łącznie z Dzikiem, chyba moim ulubionym), cieszymy się więc ich zwycięstwami. Są opisy bitew (jeśli to ktoś lubi, to się nie będzie nudził), są wątki obyczajowe, są... dramaty. Tak, tej książce nie brakuje również tragicznych wydarzeń, przy których ja mało co się nie rozpłakałam, a w każdym razie bolało mnie serce, chociaż to "tylko" książka i "tylko" bohaterowie. A książka taka niepozorna i w dodatku ma już swoje lata. Kolejny dowód, żeby nie oceniać książki po okładce (a okładki wydań tej nie są zachęcające do lektury, powyżej wybrałam tę, która mnie się chyba najbardziej podoba, chociaż podoba to tu trochę za dużo powiedziane).

Nie muszę chyba pisać, że cały cykl przede mną i cały mam zamiar przeczytać. Ta książka po prostu jest warta tego, żeby na nią zwrócić uwagę, chociaż pewnie i tak większość przejdzie obok niej obojętnie... Szkoda. Mnie zapadła w pamięci i zostanie tam na długo, a zachęcać do niej będę wszystkich, nawet tych, którzy nie mają pojęcia o polskiej historii i Piastach. "Dzikowy skarb" jest wyjątkowy i już!
Zacisze Gosi

Zacisze Gosi

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak, 2014
Liczba stron: 300
"Zacisze Gosi" to kolejna książka, która przeleżała na mojej półce jakiś czas, czekając na to, aż skończę rok akademicki by móc się w końcu oddać jej lekturze. Dłużej już nie mogłam czekać, szczególnie wtedy, gdy przypominałam sobie, jak zakończyła się jej poprzedniczka. Zakończenie "Ogrodu Kamili" bowiem sprawia, że chcemy natychmiast wziąć do ręki kolejną część. Musiałam więc w końcu ulec (zresztą... na półce jeszcze u mnie czeka sporo książek, które czekały na wakacje, więc trzeba korzystać, póki jest czas, niedługo znowu zacznie się rok akademicki i tego czasu znowu będzie mniej).

Jesteście ciekawi, jakie były dalsze losy Kamili?... Cóż, trzeba wziąć do ręki "Zacisze Gosi". Gosię poznaliśmy już w poprzedniej części, więc sama jej osoba nie jest dla nas niespodzianką, może nią być jednak to, co się wydarzy. Więcej jest tu Gosi niż w pierwszym tomie, ale Kamila wcale nie spada na dalszy plan. Wyjaśni się natomiast wiele tajemnic i niedomówień, które towarzyszyły nam w "Ogrodzie...". A podejrzewam, że w trzeciej części, "Przystani Julii" wyjaśni się ich jeszcze więcej. Kim natomiast jest Julia? Julia pojawi się tutaj jako kolejna sąsiadka, chociaż wiele się o niej jeszcze nie dowiemy. Ale pewnie wszystko w swoim czasie.

Przeczytałam sporo książek Katarzyny Michalak, ostatnio wpada w moje ręce prawie każda jej nowa powieść, wiem już więc mniej więcej, czego mogę się spodziewać... Czego? Przede wszystkim wydarzeń, które burzą dotychczasowy tok akcji, zaskakujących zwrotów, odkrywania tajemnic, o których nie ma się pojęcia i za małą wyobraźnię, aby je pojąć oraz... dramatyzmu, cierpienia i łez. Tak, w tej powieści również tego nie zabraknie. Podziwiam autorkę za tak barwną i ogromną wyobraźnię, nie tylko w kreowaniu tych dobrych bohaterów, wydarzeń i miejsc, ale również w wymyślaniu tych złych osób, których nigdy nie chcielibyśmy spotkać na swojej drodze, miejsc, w których nigdy nie chcielibyśmy się znaleźć i sytuacji, w których nigdy nie chcielibyśmy brać udziału. To się tyczy znowu również zakończenia "Zacisza...", które sprawia, że czujemy się jakbyśmy dostali obuchem w głowę. W tym Katarzyna Michalak jest chyba mistrzynią. Jest to więc kolejna książka tej autorki, którą czytało mi się na początku spokojnie, wiedziałam, że mogę być świadkiem wydarzeń, których kompletnie się nie spodziewałam, ale jak zwykle zakończenie mnie zszokowało. I nie jest to dobre zakończenie - tyle mogę zdradzić, ale nic więcej.

To jednak nie koniec opowieści o Kamili. Czekamy na kolejną część. Już sama nie wiem, czego po tym kolejnym tomie się spodziewać, niby ma kończyć serię, więc teoretycznie powinien skończyć się dobrze, ale co tam wymyśliła autorka, tylko ona wie. Wiem, że mnie zaskoczy, ale czym...? Mimo wszystko jednak lubię te jej książki, chociaż po kilku takich można mieć serdecznie dość tego całego zła i niesprawiedliwości oraz tego całego namnożenia złych emocji, nie polecam więc czytać jednej za drugą. Jakiś czas na oddech na pewno będzie wskazany. Ale książkę jak najbardziej polecam, mnie zawsze takie powieści bardziej zapadają w pamięć, niż słodkie opowiastki, od których po kilku rozdziałach zaczyna mdlić. Z Kasią nam to nie grozi :-)

Ogród Kamili | Zacisze Gosi | Przystań Julii
Przywilej wyboru

Przywilej wyboru

Autor: Jerzy Kostowski
Wydawnictwo Jekos, 2013
Liczba stron: 416
"Napisałem tę książkę nie po to, aby przekonać Cię do czegokolwiek, lecz zainspirować do kształtowania swojego najlepszego JA. Zawsze możesz kreować lepszy dla siebie świat. Tylko od Ciebie zależy, czy podejmiesz trud wprowadzenia w swoim życiu satysfakcjonujących Cię zmian."

Zastanówcie się przez chwilę i odpowiedzcie sobie szczerze (ale tak naprawdę szczerze, tylko przed samym sobą, w końcu i tak nikt tego nie usłyszy...), ile razy rezygnowaliście z czegoś, co na dobrą sprawę było dla Was lepsze, jednak tak naprawdę baliście się zmian?... Ile z Was mogłoby zmienić swoją pracę na lepszą, ale wciąż tkwicie w obecnej, chociaż wcale Was ona nie satysfakcjonuje, ale przez tzw. zasiedzenie już w niej jesteście i nie myślicie o zmianie, bo zmiana to coś niewiadomego, to ryzyko - a tu i teraz przecież jest znacznie bezpieczniej i wiadomo czego się spodziewać... Znacie to uczucie? Myślę, że niejedna osoba potwierdzi.

Jakiekolwiek zmiany, aby doszły do skutku, potrzebują działania - naszego działania. Bez tego ich nie będzie. A działanie to zawsze jakaś tam praca, nasz trud, niekiedy spory. Większość ludzi woli więc w ogóle nie wchodzić do takiej rzeki, bo nie wiadomo, co w niej pływa. Wiadomo - czasem podejmujemy ryzyko, a niemal zawsze to właśnie my odpowiadamy za to, co robimy (nie tylko przed innymi, ale głównie przed samym sobą). Czy nie wygodniej jest w takim razie po prostu nie robić nic? Nie poniesiemy konsekwencji, ale... właśnie. Osobiście nie znam nikogo (nikogo!), nie ma w moim otoczeniu osoby, która byłaby zadowolona ze swojej pracy. Często też ludzie narzekają ogólnie na swoje życie. Wiadomo, każdy ma prawo do ponarzekania od czasu do czasu, ale nasz naród w ogóle ma jakąś pesymistyczną naturę, narzekamy na wszystko, a głównie na pracę - chyba większość się ze mną zgodzi... Tylko rzadko kto pomyśli, że to wszystko, co faktycznie mamy, mamy tak naprawdę na własne życzenie... Każdy chciałby zmian, nie znam takiej osoby, która nie chciałaby niczego zmienić w swoim życiu, wiele jednak nic nie robi w związku z tym, ale cały czas dziwi się: "dlaczego w moim życiu nic się nie zmienia?". Cóż, choćby grubas siedzący na kanapie przed telewizorem nie schudnie od samego myślenia o tym. Do zmian potrzebne jest działanie. Nasze! Nikt za nas nic nie zrobi, bo to od nas zależy, czy zmienimy coś i odczujemy efekty, czy nic nie zmienimy i będziemy cały czas stać w tym samym miejscu.

Praca jest tu doskonałym przykładem, bo nie ma co się oszukiwać, jeśli mamy pracę, którą lubimy, to jesteśmy i szczęśliwsi, i wszystko nam się lepiej układa... Ale kto jest dzisiaj zadowolony ze swojej pracy (o ile ją ma, pomińmy bezrobocie)? Ja sama na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że tak naprawdę żadna praca, jaką miałam okazję do tej pory wykonywać, nie dawała mi w pełni satysfakcji - jedną lubiłam mniej, inną bardziej, jeszcze innej nienawidziłam. Zawsze natomiast marzyłam o czymś, co będę robić z przyjemnością i dodatkowo na tym zarabiać. Najlepiej na własny rachunek, aby być szefową dla samej siebie. Każdy z nas ma większe lub mniejsze marzenia, zarówno na temat pracy, jak i rodziny czy innych rzeczy. Niewiele osób jednak spełnia te marzenia. Bo do tego trzeba mieć odwagę, a nie każdy ją ma. I działać przede wszystkim. 

Książka ta trafiła do mnie w bardzo dobrym momencie. Nagle, po roku pracy na zastępstwo, znowu przyszedł brak pracy. Do tego doszłam do wniosku, że absolutnie się nie rozwijam, ciągle jakieś prace na krótki okres czasu, cały czas trzeba czegoś szukać, prosić się, wysyłać oferty, w ten sposób ani nie można oszczędzać, ani inwestować, wszystko idzie na bieżące potrzeby.  Pomyślałam, że tak dłużej nie może być. Wierzyłam jednocześnie w to, że po jej przeczytaniu na pewno coś jeszcze do mnie dotrze, może coś jeszcze innego zrozumiem, coś mnie pchnie do jakiegoś działania. Moim zdaniem to był więc dla mnie dobry moment na jej przeczytanie. Czy coś z tej lektury wyniosłam?

Cóz... bardzo dużo. Pan Jerzy, chociaż z wykształcenia jest chemikiem, w tym zawodzie pracował 30 lat, to jednak najzwyczajniej w świecie wie, co mówi. Sam w pewnym momencie, po utracie pracy, wziął los w swoje ręce. I to było najlepsze, co mógł zrobić. Fakt, może nie jest to proste, jednak właśnie w takim celu powstają takie książki jak "Przywilej wyboru". I bardzo dobrze, że powstają. Dlaczego? Bo co prawda nie powiedzą nam, co robić, jak działać, nie poprowadzą za rączkę, to jednak dadzą nadzieję, wskazówki. Każdy z nas wykorzysta je na tyle, na ile będzie chciał. "Przywilej wyboru" nie da nam gotowej recepty na sukces, ale da nam na pewno do myślenia. Bez wątpienia bowiem wszystko, czy sukces w życiu, rodzinie, czy pracy zależy od naszej samooceny. I wiary we własne możliwości. Bez tego ani rusz. Droga nie jest prosta, często jest wyboista, nie da się jej przejść na skróty, ale gdy tego nie będzie, mało prawdopodobne, że jakikolwiek sukces dotknie i nas.

To nie jest książka na trzy wieczory. Nie. To jest taka książka, którą, czy czytelnik chce czy nie chce, po każdym rozdziale (a czasem nawet częściej) trzeba będzie przerwać, aby pomyśleć nad tym, co się przed chwilą przeczytało. Odpowiedzieć na pewne pytania. Sama często zatrzymywałam się na dłuższy lub krótszy czas i myślałam, myślałam... Wymusza to na nas sam tekst. A pytania, uwierzcie, niekiedy wcale nie są łatwe... Jakie jest moje powołanie? Jak odnaleźć pasję w życiu? Jaką mam misję do spełnienia? Jakie posiadam talenty i czy mogę je wykorzystać do zmiany w swoim życiu? Jakie mam wartości? Jaki mam stosunek do pieniędzy? Jak mogę odnieść sukces i dlaczego chcę go odnieść? Czy pomogą mi w tym marzenia? Jaki jest mój cel? Jaka praca da mi spełnienie? Dlaczego boję się zmian? To tylko niektóre z problemów, które będzie trzeba przemyśleć, czytając "Przywilej wyboru". Powiem jednak szczerze - mnie książka ta dała ogromnie dużo. Wiary w siebie mi nigdy nie brakowało (i o dziwo chyba jest to jeden z moich talentów - talenty, jak się okazuje bowiem posiada każdy, najważniejsze, żeby odkryć pięć najważniejszych i wykorzystywać je potem najlepiej jak się da), ale ta książka dała mi zwyczajnego kopa do działania. Po prostu. A bez działania swoich marzeń nie spełnię (o zgrozo, w dalszym ciągu męczę się nad wypisaniem 100 marzeń, ćwiczenie zaczęłam robić z ciekawości i nadal go nie skończyłam)...

Mogłabym pisać o tej książce dużo, ale to ma być recenzja, a nie druga książka. Taką lekturę każdy z nas powinien wziąć do ręki, przeczytać i się zastanowić nad sobą. Większość z nas na pewno coś z niej wyniesie. Nie ma innej możliwości. Do tego książka jest po prostu ciekawa i cieszę się, że trafiła w moje ręce. Może w końcu coś w moim życiu zmieni się na lepsze, a może i w Waszym, gdy wyciągniecie po nią swoje ręce?... Ja wrócę do niej jeszcze nie raz.

Za książkę ogromnie dziękuję jej Autorowi, panu Jerzemu Kostowskiemu.


Prowincja pełna szeptów

Prowincja pełna szeptów

Autor: Katarzyna Enerlich
Wydawnictwo Mg, 2014
Liczba stron: 269
Ogromnie nie mogłam się doczekać kolejnej "prowincjonalnej" części. Po "Prowincji pełnej czarów", po jej zakończeniu przez jakiś czas cierpiałam bardzo, bo nie mogłam natychmiast wziąć do ręki kolejnej części - to wina przede wszystkim właśnie zakończenia. Dopiero gdy odetchnęłam trochę, książka w końcu ujrzała swoją premierę i znalazła się również na mojej półce. Co prawda musiałam ją na jakiś czas odłożyć, ale nie był to ogromnie długi czas, chociaż dla mnie i tak za długi. 

Ludmiła, począwszy od pierwszej części prowincjonalnej serii stała się niejako moją dobrą przyjaciółką. I taka też pozostała do końca. Nie będę Wam zdradzać zakończenia "Prowincji pełnej czarów", nie napiszę więc i na temat tej powieści wiele - tylko tyle, że nasza ulubiona bohaterka będzie musiała się zmierzyć z losem, który postawił przed nią ogromne wyzwanie - i nie jest to wcale nic przyjemnego, bo Ludmiła popadnie w głęboką depresję. Od czego jednak są przyjaciele? To oni pomogą bohaterce - czy tacy przyjaciele istnieją w rzeczywistości, czy tylko na kartach książek?... Bo mnie osobiście brakuje kogoś takiego!

Seria prowincjonalna jest jedną z moich ulubionych serii książkowych - pisałam to już wcześniej i zdania na ten temat nie zmieniam. Pokazała mi z innej strony Mazury (gdzie tak naprawdę byłam raz, ale na tak krótko, że się nie liczy), niż znałam je do tej pory - myślę, że kiedyś w końcu tam pojadę i uda mi się zobaczyć te wszystkie miejsca - niby na wyciągnięcie ręki, niby niedaleko, a jednak... Prowincja pokazała mi również to, czego większość z nas nie zauważa w pędzie codziennego życia, a mianowicie prostotę i możliwość cieszenia się z tego, co proste, naturalne, co wokół nas - mowa zarówno o jedzeniu (przy okazji poznałam całą masę super przepisów na dania, o których nie miałam pojęcia, chociaż żadne wymyślne nie są), o czerpaniu z natury, bo przecież największe bogactwo w tym, co nas otacza i tu jest właśnie największa magia (nie w supermarketowych zakupach), o tym, że można się cieszyć z tego, co się ma, przestać narzekać, a zauważyć w końcu to, co dobre i być szczęśliwym mimo wszystko. Nasz naród ma nieznośną skłonność do narzekania, ludzie nie potrafią cieszyć się z drobnych i z pozoru nie mających znaczenia rzeczy. Dla optymisty takiego jak ja to zawsze było niepojęte i nie rozumiem tego do tej pory, jak można tak uprzykrzać sobie życie ciągłym narzekaniem... Być może "Prowincja..." otworzyłaby takim osobom oczy?...

"Prowincja pełna szeptów" to już podobno ostatnia książka zamykająca całą serię. Drzwi jednak nie zostają zamknięte na klucz, powiedziałabym, że w dalszym ciągu są uchylone, autorka zostawia nas znowu z zakończeniem, które spokojnie może posłużyć jako wstęp do kolejnej części... Bo i nie wszystkie też wątki zostają zamknięte na amen. Czyżby więc powstanie jeszcze jedna "Prowincja..."? Mam cichą nadzieję, że tak...


Za tę od początku pełną magii powieść dziękuję Wydawnictwu Mg
http://www.wydawnictwomg.pl/

Gra w kości

Gra w kości

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2010
Liczba stron: 406
Pamiętam, jak jakiś czas temu zachwycałam się książką Elżbiety Cherezińskiej "Korona śniegu i krwi" - do tego stopnia, że natychmiast po jej przeczytaniu zapragnęłam przeczytać cokolwiek innego, nieważne, byle tej samej autorki... I chociaż z reguły jestem bardzo cierpliwa, to tu jednak nie miałam zamiaru dłużej czekać, a skoro od jakiegoś już czasu posiadam czytnik, kupiłam e-booka. I też długo nie czekał na większe zainteresowanie. Chociaż czasu mi brakło, książkę podczytywałam, chociaż miałam ogromne wyrzuty sumienia. "Gra w kości" jednak zawsze wygrywała...

Powieść, jakby nie patrzeć, historyczna, przenosi nas znowu w czasy średniowiecza, czyli mojej ulubionej epoki. Ale jest to okres jeszcze wcześniejszy, niż ten z "Korony śniegu i krwi", chociaż nadal historia Polski. Pamiętacie z lekcji historii w szkole zjazd gnieźnieński? Z pewnością. Ktoś na pewno znajdzie się, kto powie: A cóż w tym ciekawego, żeby aż książkę o tym pisać?... Są ciekawsze okresy, są bardziej interesujące kraje z bardziej intrygującą historią... A ja właśnie się z tym nie zgodzę. Historii Polski w szkole zawsze było mało, uważam, że za mało na pewno do tego, aby głębiej się nią zainteresować. Stąd chyba jakieś dziwne przekonanie, że nasza historia jest mniej ciekawa albo czasami wręcz nudna. A średniowiecze to już w ogóle plasuje się w czołówce "nudy"... Nieprawda! Mnie co prawda wystarczyły te okrojone lekcje w szkole, aby zarazić się historią Polski, a już szczególnie średniowieczem, na poważnie (poskutkowało to nawet studiami historycznymi). Elżbieta Cherezińska jest dla tych, którym się to nie udało. Chwała jej za to, że na fabułę swoich książek wybiera tak mało zdawałoby się interesujące wydarzenia (rozbicie dzielnicowe?... zjazd gnieźnieński?...) i udowadnia, że wcale takie ziejące nudą nie są, a wręcz przeciwnie - wciągają jak niejedna sensacyjna powieść, od której nie można się oderwać. Za to ją polubiłam, że pisze o "mojej" epoce.

Bolesława Chrobrego powinni znać wszyscy, nawet ci, co historią w ogóle się nie interesowali, a nawet ci, co mieli pały. Chrobrego po prostu się zna. Wie się, że to pierwszy polski król. A cóż takiego w nim ciekawego, żeby od razy czynić go głównym bohaterem książki?... Cóż, ja mam bzika na punkcie Piastów właśnie, więc ja w ogóle trochę inaczej do tego podchodzę. Ale uwierzcie mi - oni byli ciekawymi ludźmi i jak najbardziej zasługują na to, żeby pisać o nich książki - nie tylko te naukowe, podręczniki itp. Po nie nie sięgnie większość ludzi. Ale jest znacznie większa szansa na to, że taki szary człowiek sięgnie po historyczną powieść, która wciągnie i zainteresuje, niczym dobry kryminał czy sensacja, a że jej głównym bohaterem jest trzydziestoletni Chrobry czy wręcz jeszcze nastoletni Otto III, tym lepiej. Taki szary człowiek pozna historię w sposób zupełnie bezbolesny, a jeszcze jest i szansa, że się nią głębiej zainteresuje. A na pewno po "Grze w kości" bardziej zaintryguje taką osobę sama postać naszego pierwszego króla, który w chwili zjazdu królem jeszcze nie był... Bolesław jest tu tak przedstawiony, że... no brak słów. Chociaż moim "bohaterem" pozostaje nadal Przemysł, to Chrobrego lubiłam zawsze, a teraz jeszcze bardziej.

Naprawdę warto zwrócić uwagę na taką autorkę, jaką jest Elżbieta Cherezińska. Mało takich bardzo na świecie, ale na szczęście takie rodzynki istnieją. A że jest ich mało, to przynajmniej bardziej się ich ceni. Ja cenię pisarkę za epokę, którą kocham, a którą dzięki niej mogę na nowo odkrywać i połączyć w jedno to, co lubię - historię i dobrą literaturę. A niezdecydowanych zachęcam - bardzo mało prawdopodobne, że rzucicie książkę w kąt - to nie taka powieść. Taką powieść się pochłania, a potem żałuje, że się skończyła.
Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli