Nawałnica mieczy. Krew i złoto

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2007
Liczba stron: 574
George Martin znowu górą. Na ekranach zagościł czwarty sezon serialu, a ja mam za sobą drugą część "Nawałnicy mieczy". Czyli moje czytanie zbiegło się w czasie z tym, co akurat leci w telewizji. I jakże inaczej czyta się coś, czego jeszcze się nie zna, niż to, co już doskonale wiemy. Ileż niespodzianek się wtedy odkrywa i jak przyjemnie ogląda się wtedy serial...

Cóż tu dużo można powiedzieć. "Pieśń lodu i ognia" Martina to naprawdę dobra saga. "Nawałnica mieczy. Krew i złoto" to kolejna, czwarta, jeśli bierzemy pod uwagę każdy tom, część i wydaje mi się, że nawet lepsza, niż poprzednie... "Gra o tron" mnie wciągnęła o tyle, o ile może wciągnąć książka, której losy bohaterów się już niestety zna. To samo było ze "Starciem królów". Pierwsza część "Nawałnicy" też była dobra, muszę jednak przyznać szczerze, że trochę mnie wymęczyła. Po niej miałam na jakiś czas dość. Jednak gdy w moje ręce ostatnio trafiła kolejna część, co zbiegło się w czasie w nowym sezonem serialu, postanowiłam, że nie odłożę jej na półkę na bliżej nieokreślony czas, ale przeczytam, póki mam okazję czytać o wydarzeniach, o których nie mam jeszcze pojęcia. I chyba był to doskonały krok. Bowiem tę książkę zupełnie inaczej czyta się wtedy, gdy ma się serial za sobą, a zupełnie inaczej, gdy wydarzeń jeszcze nie znamy i nie wiemy, co będzie. 

Bardzo możliwe, że to głównie to spowodowało, że "Nawałnica mieczy. Krew i złoto" tak mi się podobała. Bardzo jednak możliwe, że po prostu ta część jest jeszcze lepsza od pozostałych. Na pewno zaskakuje w wydarzenia, na pewno można się spodziewać po niej masy niespodzianek i jeszcze bardziej skomplikowanych, ciekawych charakterów. Coraz bardziej bowiem zaskakuje mnie Jaime Lannister, którego rozgryźć jest coraz trudniej, a którego ja osobiście coraz bardziej lubię - a nie napisałabym tego po pierwszej i drugiej części. Tyriona lubiłam i lubię cały czas tak samo i tego chyba nic nie zmieni, chociaż... kto wie. A i podobnie do Tyriona przedstawia się sprawa z Dany - trudno jej tu nie lubić. Ale podoba mi się w sadze Martina również to, że wydarzenia, bardzo często te same, można obserwować z naprawdę różnych perspektyw. I tych pozytywnych bohaterów, którzy życzylibyśmy sobie, żeby byli i żyli jak najłużej, jak i tych negatywnych, którzy również dużo wnoszą w opowieść. Czym jest bowiem książka bez czarnych charakterów?...

A i zakończeniem nas tym razem Martin zaskoczy. Początkiem co prawda też, ale i zakończeniem, które mi osobiście bardzo się spodobało i którego w ogóle się nie spodziewałam. Nie ma się więc dziwić temu, że większość fanów Martina właśnie tę część sagi uważa za znacznie lepszą od wcześniejszych. I mnie się dużo bardziej podobała. Nie ma więc na co czekać - fani fantastyki, którzy jeszcze się wahają, czy sięgnąć po "Pieśń lodu i ognia" czy nie, niech się dłużej nie zastanawiają. Im dalej w las, tym robi się naprawdę coraz ciekawiej.

3 komentarze:

  1. Czytałam "Grę o tron", za pozostałe tomy jakoś nie miałam czasu się zabrać. Jednak odpuszczam sobie oglądanie serialu dopóki nie przeczytam całej sagi. Nie wiem ile wytrzymam, bo widziałam tylko pierwszy odcinek serialu, nad resztą się wstrzymuję. A Martin... Martin zaskakuje za każdym razem, raz bardziej, raz mniej. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie poznałam tej sagi, może kiedyś to mi się uda. Obecnie brak czasu :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam pierwszy tom, po resztę też sięgnę

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli