Podsumowanie kwietnia 2014

Podsumowanie kwietnia 2014


Kwiecień dobiegł końca. Zresztą jak każdy miesiąc w swoim czasie. Od jutra maj i dłuuuuugi weekend majowy. Macie jakieś plany? Bo ja prawdopodobnie takie jak większość moli książkowych - będę czytać. Ale to w przerwach między pisaniem pracy na zaliczenie, mam wielką ambicję napisać ją do końca obecnego tygodnia...

A mijający kwiecień? Cóż, zleciał mi znowu bardzo szybko. Pominę sprawy prywatne, jednak jeśli chodzi o książki, to nie było źle. Szczerze mówiąc, jest lepiej niż w poprzednich miesiącach, nie wiem, czym to jest spowodowane, ale faktem jest, że zaczęłam znowu czytać więcej. Chociaż chciałabym jeszcze więcej - czasem mam takie fazy, że tylko bym z książką na fotelu siedziała - to jednak z przyczyn niezależnych ode mnie, nie mam takiej możliwości. W każdym razie kwiecień wypadł dobrze i się z tego cieszę, ciekawe jak będzie teraz, kiedy nie mam co prawda pracy, ale sesja za pasem... Chciałabym mieć ją już za sobą :-)
A jak u Was wypadł kwiecień? Jakie plany na najbliższe dni?
Minęło 2 lata...

Minęło 2 lata...

Minęło, minęło... Mój blog skończył niedawno 2 lata, tak tak :-) I szczerze mówiąc muszę się do tego przyznać, ale... przegapiłam! Bo ten wpis powinien się pojawić na początku kwietnia, bo wtedy to też zaczęłam tu pisać, tyle że dwa lata temu. Ale zwyczajnie, wśród codziennych obowiązków, domowych, rodzinnych i uczelnianych, wyleciało mi to z głowy :-)


Boże, jak ten czas szybko leci... Stworzyłam tego bloga po to, żeby się czymś zająć, będąc bezrobotna, w międzyczasie znalazłam jednak pracę, nawet jeśli tylko na rok, to jednak rok to kupa czasu tak patrząc z perspektywy dzisiejszej, pracę więc zaczęłam, niedawno skończyła mi się umowa, bo 18 kwietnia, znowu chwilowo siedzę znowu w domu... (mam nadzieję, że nie będzie to dłuższe posiedzenie). Minęło więc dwa lata, a nawet lekko ponad... a mój blog nadal istnieje i ma się, co najważniejsze, całkiem dobrze. Tworząc go nigdy bym nie pomyślała, że aż tyle wytrzymam i że mój zapał nie zgaśnie. Nie zgasł tylko dzięki Wam :-) I mam nadzieję, że nie zgaśnie z kolejnym rokiem.
Chociaż, co prawda, ostatnio wpisy moje są rzadsze, co było związane z pracą i studiami, to jednak dzięki Wam dalej chce mi się pisać - być może w najbliższym czasie mój wkład w to się trochę poprawi, skoro znowu pracy nie mam... (Chociaż o pracy tu się rozpisywać nie będę, generalnie uważam, że sytuacja w PL jest w tym względzie beznadziejna, ale to nie miejsce i czas na takie wywody.)

Bądźcie ze mną dalej :-)
Nieszczelna sieć

Nieszczelna sieć

Autor: Håkan Nesser
Wydawnictwo Czarna Owca, 2012
Liczba stron: 304
Håkan Nesser zdobył moje serce już dawno temu kryminałami z inspektorem Barbarottim w roli głównej. Nigdy nie ukrywałam, że jest to jeden z moich ulubionych autorów w ogóle, a skandynawskich w szczególności (może nawet i bije minimalnie Mankella w tym rankingu). Jednak komisarz Van Veeteren, kolejny popularny bohater Nessera w dalszym ciągu jest mi zagadką niż. W zasadzie dopiero zaczęłam go poznawać - najpierw za sprawą powieści pt. "Punkt Borkmanna", czytanej jakiś czas temu, teraz - "Nieszczelnej sieci", która to jest pierwszym tomem o śledztwach Van Veeterena.

Pewnego ranka nauczyciel historii i filozofii w miejscowym gimnazjum, Janek Mattias Mitter budzi się skacowany po wypiciu sporej ilości alkoholu. W łazience, w wannie znajduje swoją niedawno poślubioną żonę Evę, brutalnie zamordowaną. Nie wie, co się stało. Ostatnim jego wspomnieniem z minionego wieczoru jest wspólna kolacja i picie wina, jednak nic więcej. Chociaż nie pamięta, czy to on zamordował żonę, jest pewien, że tak naprawdę nic go z tym nie łączy, a prawdziwy sprawca po prostu wszedł nocą do domu i zabił Evę. Janek jest jednak głównym podejrzanym i zostaje postawiony przed sądem. Komisarz Van Veeteren jednak nie jest przekonany o jego winie, wręcz przeciwnie, wyczuwa w niej jakieś drugie dno. Wraz z kolejnymi ofiarami odkrywa prawdę, której nie spodziewał się nikt...

Jak już pisałam, Nessera uwielbiam i uwielbiać będę, a kolejna jego książka tylko mnie w tym utwierdza - ta nie jest wyjątkiem. Po raz któryś z kolei potrafił zainteresować mnie od pierwszych stron. Powieści, która nie jest zbyt gruba, nadał takie tempo, które sprawia, że jesteśmy ją w stanie przeczytać w dwa wieczory, chociaż nic tu nie dzieje się ani za szybko, ani za wolno. I przede wszystkim wszystko wydarzy się w swoim czasie. Ale... z czego Nessera kocham najbardziej i co czuć od razu, gdy weźmie się do ręki jego serię o Barbarottim, a o Veeterenie trochę mniej, to... klimat. Tajemnica wisząca w powietrzu, jakaś nieokreślona niewiadoma, ale unosząca się cały czas blisko nas, której jednak nie sposób uchwycić od razu, trzeba się sporo namęczyć. W "Nieszczelnej sieci" ten tajemniczy klimat znowu się pojawia, charakterystyczny jak dotąd tylko dla tego autora (bo jeszcze nigdy nie spotkałam się z tym przy żadnym innym). Może mniej go jest niż w Kymlinge, gdzie rezydował Barbarotti, ale jest, daje o sobie znać.

Van Veeteren też jest różny od Barbarottiego. Na pierwszy rzut oka w ogóle nie daje się lubić - facet w średnim wieku, wiecznie grzebiący w zębach wykałaczką, zamyślony, a przy tym gbur, apodyktyczny, niemiły, z którym współpracownicy raczej wchodzą w kontakty tylko wtedy, kiedy muszą. Jednak mimo wszystko łączy go z czytelnikiem jakaś nic sympatii, którą w zasadzie trudno jest wytłumaczyć. Ja go polubiłam, chociaż inne to jest "lubienie" niż w przypadku Barbarottiego. Tego ostatniego się lubi, bo inaczej nie można, przede wszystkim za poczucie humoru, za zalety; Van Veeterena natomiast pomimo wad. A może właśnie za te wady i niechęć do otoczenia?...

"Nieszczelna sieć" to jedna z pierwszych powieści Nessera. Ale to nic nie znaczy, bo gdy autor ma talent, to będzie go miał zarówno w pierwszej napisanej książce, jak i w ostatniej. Jest to również pierwsza powieść o tym komisarzu, druga, którą miałam okazję czytać. Na Håkanie naprawdę jednak trudno się zawieść. Mnie nie rozczarował jeszcze nigdy, wręcz przeciwnie, zawsze zaskakuje czymś nowym. Takich autorów jest mało, najważniejsze jednak, że są i że mamy przyjemność czytać ich powieści.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Nawałnica mieczy. Krew i złoto

Nawałnica mieczy. Krew i złoto

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2007
Liczba stron: 574
George Martin znowu górą. Na ekranach zagościł czwarty sezon serialu, a ja mam za sobą drugą część "Nawałnicy mieczy". Czyli moje czytanie zbiegło się w czasie z tym, co akurat leci w telewizji. I jakże inaczej czyta się coś, czego jeszcze się nie zna, niż to, co już doskonale wiemy. Ileż niespodzianek się wtedy odkrywa i jak przyjemnie ogląda się wtedy serial...

Cóż tu dużo można powiedzieć. "Pieśń lodu i ognia" Martina to naprawdę dobra saga. "Nawałnica mieczy. Krew i złoto" to kolejna, czwarta, jeśli bierzemy pod uwagę każdy tom, część i wydaje mi się, że nawet lepsza, niż poprzednie... "Gra o tron" mnie wciągnęła o tyle, o ile może wciągnąć książka, której losy bohaterów się już niestety zna. To samo było ze "Starciem królów". Pierwsza część "Nawałnicy" też była dobra, muszę jednak przyznać szczerze, że trochę mnie wymęczyła. Po niej miałam na jakiś czas dość. Jednak gdy w moje ręce ostatnio trafiła kolejna część, co zbiegło się w czasie w nowym sezonem serialu, postanowiłam, że nie odłożę jej na półkę na bliżej nieokreślony czas, ale przeczytam, póki mam okazję czytać o wydarzeniach, o których nie mam jeszcze pojęcia. I chyba był to doskonały krok. Bowiem tę książkę zupełnie inaczej czyta się wtedy, gdy ma się serial za sobą, a zupełnie inaczej, gdy wydarzeń jeszcze nie znamy i nie wiemy, co będzie. 

Bardzo możliwe, że to głównie to spowodowało, że "Nawałnica mieczy. Krew i złoto" tak mi się podobała. Bardzo jednak możliwe, że po prostu ta część jest jeszcze lepsza od pozostałych. Na pewno zaskakuje w wydarzenia, na pewno można się spodziewać po niej masy niespodzianek i jeszcze bardziej skomplikowanych, ciekawych charakterów. Coraz bardziej bowiem zaskakuje mnie Jaime Lannister, którego rozgryźć jest coraz trudniej, a którego ja osobiście coraz bardziej lubię - a nie napisałabym tego po pierwszej i drugiej części. Tyriona lubiłam i lubię cały czas tak samo i tego chyba nic nie zmieni, chociaż... kto wie. A i podobnie do Tyriona przedstawia się sprawa z Dany - trudno jej tu nie lubić. Ale podoba mi się w sadze Martina również to, że wydarzenia, bardzo często te same, można obserwować z naprawdę różnych perspektyw. I tych pozytywnych bohaterów, którzy życzylibyśmy sobie, żeby byli i żyli jak najłużej, jak i tych negatywnych, którzy również dużo wnoszą w opowieść. Czym jest bowiem książka bez czarnych charakterów?...

A i zakończeniem nas tym razem Martin zaskoczy. Początkiem co prawda też, ale i zakończeniem, które mi osobiście bardzo się spodobało i którego w ogóle się nie spodziewałam. Nie ma się więc dziwić temu, że większość fanów Martina właśnie tę część sagi uważa za znacznie lepszą od wcześniejszych. I mnie się dużo bardziej podobała. Nie ma więc na co czekać - fani fantastyki, którzy jeszcze się wahają, czy sięgnąć po "Pieśń lodu i ognia" czy nie, niech się dłużej nie zastanawiają. Im dalej w las, tym robi się naprawdę coraz ciekawiej.
Umarli nie kłamią

Umarli nie kłamią

Autor: J. T. Ellison
Wydawnictwo Mira, 2014
Liczba stron: 397
Dawno już nie miałam w ręce dobrej powieści sensacyjnej albo wciągającego od pierwszych stron kryminału. Głównie z tego względu, że za specjalnie nie miałam czasu na takie książki, czując wyrzuty sumienia, że zamiast podręcznika do historii ja czytam coś, co tak naprawdę powinnam odłożyć na później, a przede wszystkim wziąć się za naukę. Brakowało mi jednak czegoś z dreszczykiem, ale czegoś specjalnie niewymagającego, co mnie wciągnie i choć na chwilę pozwoli zapomnieć o obowiązkach. I tak trafiła w moje ręce właśnie ta książka.

Jej bohaterką jest policjantka, Taylor, która na wskutek wypadku w pracy, po ciężkim postrzale, co prawda wróciła do zdrowia, jednak straciła głos. Lekarze twierdzą, że jego odzyskanie to tylko kwestia czasu, jest on bowiem wynikiem traumy i szoku, jaki przeżyła. Taylor postanawia więc na jakiś czas odciąć się od otaczającego ją świata i wyjechać do przyjaciela do Szkocji, aby w pełni wypocząć i wrócić do sił. Memphis posiada wielki zamek, Taylor będzie więc mogła czuć się w nim jak księżniczka, odpoczywając i zwiedzając okolicę w przerwach między jedną a drugą terapią, która ma przywrócić jej głos. Podczas gdy pracujący Memphis przebywa w Londynie, Taylor z nudów snuje się po zamku i natrafia na dokumenty dotyczące zmarłej tragicznie jakiś czas temu żony przyjaciela. Okazuje się, że w całym zdarzeniu jest masa niedopowiedzeń, a samobójstwo kobiety jest mocno wątpliwe. Czyżby została zamordowana? Kto mógłby być mordercą? Czyżby to Memphis zabił żonę? Jeśli tak, Taylor znajduje się w niemałym niebezpieczeństwie: z dala od świata i cywilizacji, w mroźnej, śnieżnej Szkocji, odcięta od świata, na dodatek w domu człowieka, którego do tej pory uważała za przyjaciela, a który być może ją samą chce zamordować...

Wzięłam tę książkę do ręki z przekonaniem, że będzie to coś, co zapewne będzie mi się podobać, na pewno jednak nie wyglądała ona na jedną z tych, które wciągają do tego stopnia, że nie jest się w stanie przerwać choć na chwilę. J. T. Ellison zaskoczyła mnie jednak totalnie. Powieść ciekawi już od pierwszych stron. Jednak z niejedną już taką miałam do czynienia, było fajnie, ale... no właśnie, tylko fajnie. Od tej powieści jednak, z biegiem kolejnych stron, coraz trudniej jest się oderwać. Oczekiwałam kryminału, który przeczytam sobie ot tak i który pozwoli mi odpocząć od codziennych zajęć, dostałam naprawdę dobrą lekturę, która wzbudza całą masę emocji i jest - co tu dużo mówić - po prostu świetna.

Ponoć jest to kolejna część z serii o Taylor - dowiedziałam się o tym już po jej przeczytaniu. I być może jakieś wątki nawiązują do poprzednich wydarzeń, czytając jednak "Umarli nie kłamią" w ogóle się tego nie czuje. Byłam zaskoczona, że tak dobrze mi się ją czytało, biorąc pod uwagę fakt, że przecież nie jest to pierwsza część. Pod tym względem autorka również zasługuje na plus, bo to oznacza, że jej książek nie trzeba czytać chronologicznie, tak jak były pisane - można pierwszą lepszą wziąć z półki, nie znając poprzednich, a i tak nas wciągnie i pozwoli zapomnieć o bożym świecie.

Chyba jednak w końcu przestanę podchodzić tak sceptycznie do nowych autorów. Co prawda może zdarzyć się tak, że się zawiodę, wiem mniej więcej jednak, co wybierać, a moje wybory często są dość trafne. Cieszę się więc, że trafiłam na tę książkę i poznałam nową pisarkę, do której kiedyś chciałabym jeszcze wrócić. A tym, którzy jeszcze zastanawiają się nad tym, czy przeczytać "Umarli nie kłamią", czy nie, odpowiadam na to pytanie: zdecydowanie tak! Kryminał bardzo dobry, w który czytelnik może się naprawdę wczuć i ani przez chwilę nie pomyśli, że czas na tę powieść był zmarnowany.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mira/Harlequin
http://www.harlequin.pl/mira

Wichrowe Wzgórza

Wichrowe Wzgórza

Autor: Emily Jane Brontë
Wydawnictwo Mg, 2014
Liczba stron: 448
Cóż można powiedzieć o "Wichrowych Wzgórzach"? Chyba wszystko, co najważniejsze, już dawno zostało powiedziane. Któż bowiem nie słyszał chociażby o tej książce albo ekranizacji? Ja sama "Wichrowe Wzgórza" czytałam po raz pierwszy, dawno, dawno temu, chyba jeszcze w szkole podstawowej... Książka porwała mnie wtedy do tego stopnia, że długo, długo nie było żadnej innej powieści, którą nazywałabym swoją ulubioną. Gdy Wydawnictwo Mg zaczęło po kolei wydawać, stare, ale przede wszystkim te niewydawane do tej pory powieści sióstr Brontë, tylko czekałam na moment, aż ujrzę na swojej półce właśnie "Wichrowe Wzgórza". Jednocześnie nie do końca wierzyłam w to, że kiedykolwiek to nastąpi - tyle bowiem było już wydań, nie tylko na świecie, ale przecież i w Polsce - po co więc kolejne...? Ze zdziwienia aż przetarłam oczy, gdy zobaczyłam tę książkę na stronie internetowej wydawnictwa. I jednocześnie podskoczyłam w górę, bo to właśnie "Wichrowych Wzgórz" mi brakowało do zebrania całej kolekcji Brontë, wydanej przez Mg.

Rzadko wracam do powieści już wcześniej, kiedyś tam, czytanych. Gdy jednak dostałam w swoje ręce tę książkę, nie zastanawiałam się ani chwili. Nie dość, że niegdyś moja ulubiona książka, która wywołała we mnie mnóstwo emocji, to jeszcze nowiutkie wydanie, któremu nie sposób się oprzeć. Fabuła i bez czytania pewnie znana jest większości, jeśli nie z filmu, to chociażby z opisów, któż bowiem nie słyszał o niezwykłej miłości Heathcliffa i Catherine? Dzięki Wydawnictwu Mg możemy ich uczucie przeżywać na nowo - nie jest to bowiem znane większości czytelnikom tłumaczenie Janiny Sujkowskiej, które i mnie jest bardzo dobrze znane. Tutaj poznamy zupełnie inny przekład Piotra Grzesika, który opatrzył książkę nie tylko wstępem, ale i dość obszernym posłowiem. Książka zyskuje dzięki temu nowe, wartościowe wcielenie. Warto je poznać i potem ewentualnie porównać ze starym przekładem. Które będzie lepsze - tę decyzję pozostawiam Wam :-) Ja czytałam tę książkę z trochę już zatartym w pamięci pierwszym wrażeniem. "Wichrowe Wzgórza" były więc dla mnie całkiem nową książką, nie tyle dlatego, że czytałam ją naprawdę bardzo dawno temu (od szkoły podstawowej minęło już naprawdę wiele czasu), ale i z powodu wyżej wspomnianego, nowego przekładu.

"Wichrowe Wzgórza" to jedyna powieść Emily Brontë, autorka nie zdążyła już napisać żadnej innej książki, umierając młodo na gruźlicę. Niektórzy jednak twierdzą, że Emily nie napisała ani jednej powieści, faktyczne autorstwo przypisując Charlotte, która potem podarowała książkę siostrze. Czy to prawda, nie wiadomo, pewne jednak jest, że powieść od razu zdobyła szacunek i popularność, a z czasem stała się światowym arcydziełem na całym świecie i weszła do kanonu światowej literatury klasycznej. Gdy czyta się tę książkę, ten fakt w ogóle nie dziwi. Jest to jedna z tych powieści, które powinno się przeczytać chociaż raz w życiu, a jeśli nie, to chociaż wiedzieć, o czym jest i kim są jej bohaterowie - chociaż większość z nich nie grzeszy pozytywnym wrażeniem, wręcz przeciwnie, każdy ma jakieś wady, a cała książka to dramatyczna historia, często pełna smutku, wzruszająca, wywołująca wiele emocji.

Zachęcam do czytania szczególnie tych, którzy już znają "Wichrowe Wzgórza" - nowy przekład to jakby odkrywanie tej książki na nowo, z nowej perspektywy, w innych kolorach. Być może powieść zdobędzie jeszcze większą rzeszę fanów i jeszcze większe grono miłośników niż do tej pory :-)

Za wspaniały powrót na wrzosowiska Emily Brontë serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mg
http://www.wydawnictwomg.pl/
Tradycjonalizm? Chyba już nie...

Tradycjonalizm? Chyba już nie...

Tak, tak, zagorzała tradycjonalistka, nie uznająca do tej pory książek innych niż papierowe, kupiła sobie Kindle'a...!

Do niedawna naprawdę nie uznawałam żadnych e-booków, uważając je za coś, czemu nigdy nie ulegnę. Byłam zawsze zwolenniczką tradycyjnych książek, które można otworzyć, poczuć zapach papieru lub świeżej farby drukarskiej... I w dalszym ciągu wolę zwykłą, namacalną książkę, od książki elektronicznej.

O czytniku jednak myślałam od pewnego czasu, a przede wszystkim ostatnio, gdy zaczęły się przede mną piętrzyć nowe lektury do czytania na studiach, a większość z nich miałam niestety w PDFach. Nienawidzę czytać na monitorze komputerowym, męczy mi to koszmarnie oczy, szczególnie po 8 godzinach pracy, również spędzanej przed komputerem. Drukowałam więc wszystko do tej pory na drukarce, ale przede mną zaczęły się znowu piętrzyć stosy kartek, a to mnie skutecznie zniechęca do czytania. Kogo by nie zniechęciło. Myślałam więc, myślałam i doszłam do wniosku, że czytnik będzie jednak najlepszym wyjściem... No i kupiłam... wczoraj. I... uważam to za najlepsze, co mogłam w tej kwestii zrobić :-)


Bo plusem jest głównie to, że nie muszę czytać z kartek ani z monitora komputerowego, a potem jeszcze nosić tego wszystkiego na zajęcia, na których te książki wypadałoby mieć. I przy okazji łamać sobie kręgosłup ciężką torbą. Więc to było idealne rozwiązanie, nie sądzicie?

Więc chyba tradycjonalizm w tym momencie poszedł w las. Bo nie piszę, że na Kindle'u będę czytać tylko na studia... Nie. Doszłam do wniosku, że e-booki to w sumie też dobra rzecz, bo tańsza od zwykłych książek, a przede wszystkim wygodniejsza. Bo książka waży czasem i mierzy kilka razy tyle co sam czytnik. I czasem po prostu nie chce mi się jej wrzucać do torby, bo wtedy sama torba będzie ważyła tonę, albo zwyczajnie się nie mieści - przy stosach innych lektur to normalne. 

Uległam więc urokowi czytnika e-booków. Stało się, choć do tej pory sądziłam, że nigdy się to nie stanie :-) A że jak sama nazwa wskazuje, czytnik jest do czytania, i taką też funkcję ma spełniać u mnie, kupiłam najprostszego Kindle'a 5, który, jak zdążyłam zauważyć od wczoraj, spełnia wszystko to, co chciałam, aby spełniał - nie potrzebne mi bowiem żadne internety ani WiFi czy przeglądarki - mam na nim przede wszystkim czytać :-)

A czy Wy czytacie e-booki? Posiadacie czytniki? Podzielcie się ze mną, początkującą posiadaczką (nawet bardzo, BARDZO początkującą), swoim doświadczeniem... Ja dopiero zaczynam raczkować w tej materii... :-)
Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli