Alibi na szczęście

Autor: Anna Ficner-Ogonowska
Wydawnictwo Znak, 2012
Liczba stron: 653
„Alibi na szczęście” przeleżała na półce dobre trzy, cztery miesiące, zanim w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć. Taki już u mnie los książek, które kupuję i pewnie niewiele się zmieni w najbliższym czasie. Uznałam jednak, że świąteczny i noworoczny czas to doskonała okazja do tego, aby w końcu sięgnąć po tą dość, jakby nie patrzeć, grubą powieść… Chyba właśnie jej objętość sprawiała do tej pory, że odkładałam ją i odkładałam, dochodząc do wniosku, że w ferworze obowiązków domowych, a także uczelnianych i w pracy nie mam po prostu na nią czasu. A może czekałam na okazję, kiedy będę mogła po prostu usiąść spokojnie w fotelu, z kubkiem herbaty obok, i zaczytać się, nie musieć myśleć o niczym innym?

Obawiałam się też trochę tego, że jej premiera i promocja trochę popsuje mi całą lekturę. Nie lubię czegoś takiego. Od razu mnie to odstrasza. I chyba decyzja o kupnie tej książki zakwitła w mojej głowie tylko dlatego, że z jej promocją zbytniego kontaktu nie miałam, oprócz tej blogowej, a ta bezsprzecznie była na korzyść powieści. Bo i nawet sama fabuła to nie jest coś, co od razu każe nam „Alibi na szczęście” kupować… Mamy bowiem dziewczynę, a raczej już kobietę – Hankę. Bohaterkę, która pomimo młodego wciąż wieku wiele już w życiu przeszła. Mamy też mężczyznę – Mikołaja, Pana Spóźnionego, faceta od karpia, młodego architekta prowadzącego własną firmę wraz z przyjacielem. Nietrudno się domyśleć, że tych dwoje połączy los. Los, a później miłość… A może miłość pojawi się tak naprawdę znacznie wcześniej?... Zanim jeszcze Hania pozna Mikołaja?... Przecież to właśnie Mikołaj pewnego lata zobaczył na plaży dziewczynę, okropnie smutną, zapatrzoną w morze… Dziewczynę, o której potem nie mógł zapomnieć…

To jest opowieść o miłości – jak najbardziej. Oraz o tym, ile tak naprawdę może znieść mężczyzna, aby walczyć o kobietę. Hanka bowiem boi się miłości, a jeszcze bardziej od miłości boi się tego, że może być w końcu szczęśliwa. Wszystko na wskutek tragedii, która wydarzyła się w jej życiu, nieodwracalnej, o której nie można ot tak zapomnieć.

Nie ukrywam, że na początku ta książka przeraziła mnie objętością. Ponad 600 stron o tym samym, na dodatek czymś, co staram się raczej omijać w książkach z daleka, rzadko bowiem który autor jest w stanie napisać taką książkę o miłości, którą czyta się z zapartym tchem i nie chce kończyć. Zwykle jest za słodko i za mdło – po prostu. Domyślałam się, że tak samo będzie z „Alibi na szczęście”. Dlaczego więc ją kupiłam? Z powodu doskonałych recenzji i tego, że czymś mnie przyciągała – mimo obaw czułam, że będzie mi się podobać. Obawy te wcale nie znikły po pierwszych przeczytanych stronach, a jeszcze się pogłębiły – nie spodobała mi się Hanka, a jeszcze mniej Dominika, dialogi wydały mi się ciut przesłodzone… Czytałam jednak dalej, no bo skoro kupiłam, to głupio nie przeczytać… I nawet nie pamiętam momentu, kiedy pomyślałam, że nie mogę się od tej książki oderwać. Było to chyba wtedy, gdy po raz kolejny odłożyłam ją na chwilę. Nawet nie wiem, kiedy wsiąkłam w tę historię, kiedy pochłonęła mnie do tego stopnia, że myślałam o niej nawet wtedy, gdy nie czytałam. Naprawdę mało który autor potrafi sprawić, że myślę o jego książce dzień i noc. Anna Ficner-Ogonowska tego dokonała, do tego stopnia, że nawet nie skończywszy jeszcze „Alibi…” dokupiłam już kolejną jej część. A w dwie pozostałe zaopatrzę się pewnie za chwilę, bo nie mogę znieść myśli, że jeszcze ich nie mam. I cieszę się, że wybrałam na jej czytanie taki właśnie okres – kiedy nikt i nic mi w tym nie przeszkadzało.

Ta powieść jest pełna ciepła, miłości, pełna pozytywnych uczuć i napisana cudownym językiem. Idealna do tego, aby usiąść z nią na kanapie, z herbatą z cytryną u boku, i oddać się temu ciepłu, bijącemu od tej książki. Jestem pewna, że mało kto będzie mógł się od niej oderwać choć na chwilę. Uwielbiam takie książki, które – choć może za piękne i za słodkie na nasze (a na pewno moje) codzienne życie, za zbyt nierealne, aby kiedykolwiek coś podobnego w nim się wydarzyło – to jednak wnoszą w nie tę odrobinę ciepła i nadziei. Tej ostatniej przede wszystkim.

12 komentarzy:

  1. Polecam pozostałe książki autorki :) Są naprawdę świetne :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę powiedzieć, że przepiękna recenzja ci wyszła <3
    Czytałam trzy pierwsze książki z tego cyklu i jak dla mnie pierwsza była najsłabsza, Hanka mnie irytowała nieco, jak również to, że ciągle autorka nie chciała zdradzić kim tej tajemniczy, pojawiający się w jej wspomnieniach Mikołaj był, ale nie zmieniło to faktu że na kolejną część rzuciłam się od razu :D I dwie następne części są o wiele lepsze niż ta, więc sięgaj jak najszybciej!

    OdpowiedzUsuń
  3. Na początku szalenie na nią polowałam. Później sobie odpuściłam. Dostałam od partnera dwie części. Ale wciąż brakowało mi wystarczająco dużo czasu, by przeczytać. Czekały na mnie rok. W te święta otrzymałam tom trzeci. Wypadałoby w końcu zacząć pierwszy, prawda? Zwłaszcza, że fabuła wciąga. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Chciałabym przeczytać : )
    Pozdrawiam : D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale ładnie to opisałaś :). Ja w sumie przypadkiem kupiłam "Alibi na szczęście" bo występowała w pakiecie na stronie Znaku. Nieprzeczytaną rzuciłam na półkę, później w Biedronce trafiłam na trzecią część i znowu poszła na półkę do przeczytania w nieokreślonej przyszłości :). Ostatnio znowu brakowało mi książek do darmowej wysyłki i wzięłam w ciemno drugą część i "Szczęście w cichą noc". Mam w planach w przyszłym tygodniu zacząć czytać "Alibi na szczęście", oby ten zakup nie był nietrafiony :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeszcze nie czytałam nic tej autorki, mam w planach.

    OdpowiedzUsuń
  7. U Ciebie to jeszcze nic - na mojej półce "Alibi na szczęście" czeka od jakichś dwóch lat... ;-) Twoja recenzja jest świetna. Skutecznie mnie przekonałaś do tego, abym w końcu wyciągnęła tę książkę z czeluści innych, bo warto poznać ją jak najszybciej. Jednak będę musiała poczekać z tym, może do końca sesji - po niej nadejdzie względny spokój...

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubię takie ciepłe książki, przeczytam

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytałam ,,Alibi na szczęście" i mam podobne wrażenie - ciepła i sympatyczna powieść na ,,rozgrzanie serducha" :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Z pewnością, muszę jak najszybciej sięgnąć po tą książkę. ^^

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja na półce mam wszystkie 4 książki Ficner-Ogonowskiej i jak na razie czekają... czekają i czekają :P może w końcu się do nich zabiorę. Ale jak na razie moja domowa biblioteczka rośnie, a ja czytam tylko te wypożyczone z bibliotek bądź od znajomych ;) bo te trzeba zwrócić, więc szybko szybko... A moje czekają!

    OdpowiedzUsuń
  12. własnie jestem w trakcie czytania i jak na razie mi się podoba, chyba po prostu w tym momencie potrzebuję dokładnie takiej historii :)

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli