Podsumowania, plany, postanowienia

Podsumowania, plany, postanowienia

Koniec roku to jest chyba taki czas, że każdy, bez wyjątku, choćby nie wiem jak bardzo się zapierał - robi sobie w głowie jakieś podsumowania minionego roku. Każdy z nas, świadomie lub nie, czuję, że jakiś okres się skończył, jakiś się zaczyna. Każdy obiecuje sobie większe lub mniejsze rzeczy, nawet choćby miał je porzucić po miesiącu czy nawet tygodniu... Mnie to nigdy nie omijało, poza tym ja już tak mam, że ten koniec grudnia i początek stycznia to mój ulubiony czas w roku. I podsumowania zawsze robiłam siłą rzeczy, bo trudno nie robić, a ze mnie to taki sentymentalny typ. Jaki więc był ten mijający właśnie rok?...

Cóż... na pewno był... krótki. Niesamowicie krótki i szczerze mówiąc teraz się głowię i zastanawiam: kiedy on zleciał? To chyba prawda, że im człowiek starszy, tym chyba czas mu szybciej biegnie. Na pewno był pełen doświadczeń - nie tylko tych przyjemnych, ale i tych mniej przyjemnych. Tych drugich nawet w ogólnym bilansie ilościowym wyszło mi więcej, plusów mniej, ale dla mnie właśnie te plusy były ważniejsze. Więc w zasadzie chyba będzie po równo. Nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona (tak jak mówiłam rok temu o poprzednim), ale i nie mogę powiedzieć, że był całkiem do kitu, bo czegoś się nauczyłam, wiele zrozumiałam, i prawdą jest, że doświadczenie uczy w każdym wieku... A mi już tych latek trochę upłynęło.

A czego bym chciała w nowym roku? Cóż, mam oczywiście jakieś postanowienia, na pewno konkretniejsze niż rok temu. Jeśli chodzi o książki: więcej czytać po angielsku (co najmniej jedną książkę miesięcznie - spojrzałam na książki z tego roku i doszłam do wniosku, że nie przeczytałam żadnej! wstyd...). I w zasadzie to wszystko. Pewnie będzie jeszcze bardziej historycznie, siłą rzeczy, więc i to jest moim postanowieniem również.
Jeśli chodzi o bloga... chciałabym go nakierować na trochę ogólniejsze tematy, bo jak na razie to jest blog typowo książkowy... A ja bym chciała bloga takiego bardziej mieszanego, ale czy to się uda... zobaczymy, bo na to trzeba mieć czas. A wraz z nowym rokiem trochę w moim życiu się zmieni. 
I tutaj przechodzimy do ogólnych postanowień. Bo jeśli chodzi ogólnie... o moje życie... Chcę się w końcu ustabilizować. Dobrą pracą przede wszystkim, i to jest już właściwie w realizacji, pracę nową zaczynam po 6 stycznia. Na pewno będę dalej studiować, poza tym chcę się rozwijać, uczyć, chciałabym w końcu zrobić prawo jazdy... Chcę dalej biegać, chcę nadal zdrowo się odżywiać, uprawiać jeszcze jakiś inny sport, ewentualnie regularnie chodzić na siłownię. Chciałabym wyjechać na wakacje w końcu, choć na kilka dni, nawet i nie daleko, ale wyjechać i odpocząć od codzienności. Chciałabym, żeby ten rok był pełen wyzwań, ambitny i pracowity. I żebym mogła za rok podsumować go tak, jak rok temu: że to był wspaniały rok. 


Wam życzę dokładnie tego samego - abyście w Sylwestra 2015 mogli powiedzieć, że mijający rok był dla Was wspaniały. Żebyście zrealizowali wszystkie swoje postanowienia, żeby był zaczytany, obfity w mnóstwo wspaniałych książek, w mnóstwo wyjątkowych wydarzeń. Życzę Wam dużo miłości i nieskończonej ilości chwil spędzonych z tymi, których kochacie. Żebyście po prostu byli szczęśliwi. No i życzę Wam oczywiście wspaniałej zabawy, która być może czeka Was już za kilka godzin. 

Szczęśliwego Nowego Roku!!!
10 najlepszych książek 2014 roku

10 najlepszych książek 2014 roku


Rok 2014 właśnie się kończy. Aż nie do wiary, że to tak szybko zleciało, pamiętam zeszłe święta i Sylwestra, jakby były miesiąc temu, a tu mamy już za sobą kolejne, a Sylwester dosłownie za chwilę. Nie wiem, gdzie ten czas tak szybko ucieka, kiedyś płynął w normalnym tempie, teraz w jakimś mega zawrotnym, też macie takie wrażenie?...

Wiele osób w tym czasie robi większe i mniejsze podsumowania i siłą rzeczy i mnie to nigdy nie omija. Chociaż tutaj na blogu zawsze jakoś zgrabnie udawało mi się wymykać temu - w tym roku będzie inaczej, bo postanowiłam wybrać dla Was dziesięć książek - najlepszych książek 2014 roku. Ale nie książek wydanych w tym roku, najpopularniejszych, cieszących się największym zainteresowaniem - ale książek najlepszych, które mnie osobiście udało się w tym roku przeczytać. I chociaż ogólnie rok ten był trochę uboższy w literaturę dla rozrywki, a trochę bogatszy w pozycje naukowe i podręcznikowe, to z taką listą nie miałam większego problemu... 

Od razu jednak pragnę zaznaczyć: kolejność nie jest losowa! :-) Rok ten zdominowała u mnie Elżbieta Cherezińska, a Legion to była najlepsza z najlepszych książek, które przyszło mi przeczytać nie tylko w ostatnim roku, ale w ogóle przez ostatnie parę lat. Ta książka jest wybitna, genialna i w ogóle brak mi słów i bez wątpienia plasuje się na pierwszym miejscu. Na kolejnym znowu ta sama autorka oraz Korona śniegu i krwi i czytana chwilę temu Niewidzialna korona. Cherezińska to moje odkrycie tego roku, od razu stała się jedną z ulubionych autorek i mnie osobiście wcale to nie dziwi - zasługuje na to. A na równi z Cherezińską - Karol Bunsch. Kolejne odkrycie i kolejne mega zafascynowanie - aż szkoda, że się o tym autorze już nie pamięta. Ojciec i syn to kolejna jedna z najlepszych książek jakie czytałam w ogóle w życiu, podobnie jak wyżej wspomniany Legion - i po raz kolejny polecam, bo sama nie byłam zbytnio przekonana do serii Bunscha, teraz ją uwielbiam. 
Tak przedstawia się moje podium. Dopiero kolejne pozycje mogę umieścić w bardziej lub mniej pomieszanej kolejności, bo sama nie mogę się zdecydować na lepsze czy gorsze - podobały mi się w niemalże równym stopniu. Motyla Lisy Genovy przeczytałam w zastraszającym tempie i bez wątpienia była to książka, którą w tym roku przeczytałam najszybciej, Alibi na szczęście znają prawie wszyscy - kolejna powieść, od której trudno było mi się oderwać, podobnie jak W imię miłości Jodi Picoult. Shirley po raz kolejny przeniosła mnie do świata wiktoriańskiej Anglii, po niej w ogóle nie chciało mi się wracać do rzeczywistości; po Uratuj mnie sięgnęłam ze względu na autora i po raz kolejny mnie zaczarował, a Dzieci wolności, chociaż na początku nie zapowiadały się ciekawie, urzekły mnie tak, że szkoda było tę książkę kończyć, a to o czymś świadczy (jak również to, że się tutaj znalazła).

Czytaliście którąś z wymienionych przeze mnie książek?...
Niewidzialna korona

Niewidzialna korona

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2014
Liczba stron: 764
Koronę śniegu i krwi czytałam już jakiś czas temu, ciągle jednak miałam wielką ochotę wrócić do tej książki przez cały ten czas. Pamiętam tę książkę, jakbym skończyła czytać ją wczoraj. Nic więc dziwnego, że nie mogłam doczekać się, kiedy trafi w moje ręce jej kolejna część, wydana w tym roku Niewidzialna korona. Od początku, odkąd tylko wzięłam do ręki pierwszą powieść Elżbiety Cherezińskiej, ta autorka jest jedną z moich ulubionych, a pewnie i ulubioną w ogóle.

Pierwsza część, Korona śniegu i krwi, kończy się morderstwem Przemysła. I chociaż doskonale wiedziałam, jak skończył król, to jednak całe to zakończenie było dla mnie jak grom z nieba, bo dzięki Elżbiecie Cherezińskiej Przemysł II stał się jednym z moich ulubionych władców polskich. Niewidzialna korona jest kontynuacją tych wydarzeń, jej pierwszoplanową postacią staje się Władysław Łokietek i chyba nie będzie zaskoczeniem dla nikogo, a szczególnie dla tych, którzy już mnie trochę znają, że kolejny władca dołącza do grona moich ulubionych, ale nic nie poradzę też na to, że autorka ma niebywały talent do przedstawiania swoich postaci. I nie tylko ona. Ja wiem, że wiele tutaj ma do rzeczy również moje wielkie zainteresowanie Piastami, nie ma więc co się dziwić, że podczas Korony... moim ulubieńcem był Przemysł; że gdy czytałam Grę w kości, polubiłam Bolesława Chrobrego, że gdy wpadł w moje ręce Bunsch i jego Ojciec i syn, zapałałam wielką miłością do Mieszka; że teraz taki los spotkał również Łokietka... Dla mnie cała ta historia, ten okres, gdy powstawało państwo polskie, gdy na tronie zasiadała nasza pierwsza dynastia - dla mnie to wszystko jest tak uzależniające, tak niesamowicie ciekawe i intrygujące, że przychodzi od czasu do czasu taki czas w moim czytelniczym bycie, że nie mam ochoty czytać nic innego... I taki też okres chyba mam teraz.

Wypadałoby coś napisać o samej książce, bo zachwycać to ja się mogę w nieskończoność, ale i nie każdy ma ochotę o tym czytać. Ale i przy Niewidzialnej koronie ta recenzja po prostu nie ma szans być inna. Zainteresowanych odsyłam do mojej opinii o Koronie śniegu i krwi - dlaczego? Bo o tej powieści mogę napisać dokładnie to samo. Jak ja się cieszę, że jest w Polsce autor, współczesny autor, a raczej autorka, która potrafi w taki sposób przedstawić historię Polski. Nie miałam pojęcia, że to jest w ogóle możliwe, dopóki nie trafiłam na Cherezińską (i Bunscha, który niestety już nie żyje). Autorka dodatkowo urozmaica tę historię wątkiem fantastycznym, który niesamowicie mi się podoba, nie jest naciągany, subtelnie wpleciony w fabułę, nie ingerujący w żadne wydarzenia, ale bez niego to też nie byłaby ta sama książka.

Sposób, w jaki przedstawieni są poszczególni bohaterowie to kolejna rzecz, która zasługuje na pochwałę. Tutaj każdy bohater jest dopracowany ze szczegółami, każdy z osobna, i bohaterowie tej książki i to, jak są przedstawieni, to po prostu arcydzieło. Tak było w Koronie..., tak jest i tutaj. Nie każdy ma taki talent, jak ma Cherezińska. A Przemysł i Władysław tylko to potwierdzają. Nie lubicie historii? Nie cierpicie średniowiecza? Gwarantuję Wam, że po książkach Elżbiety Cherezińskiej co najmniej je polubicie. Tutaj się nie da inaczej. Tutaj po prostu człowiek uczy się historii nawet nie wiedząc o tym, a to jest właśnie najprzyjemniejsza nauka. To jest historia podana właśnie w taki sposób, jaki najbardziej lubię.

Zawsze właśnie ten okres w dziejach naszego kraju fascynował mnie najbardziej. Dlatego cieszę się, że tacy autorzy są. Powtórzę jeszcze raz to, co pisałam przy Koronie śniegu i krwi - jeśli kiedykolwiek miałabym napisać jakąkolwiek książkę, chciałabym, żeby to była książka właśnie w tym stylu. W żadnym innym. I będę zachęcać na wszelkie możliwe sposoby do czytania Cherezińskiej, bo to jest autorka, która po prostu na to zasługuje, jak nikt inny. I nie mogę doczekać się kolejnej kontynuacji tej opowieści. Chociaż doskonale ją znam to jednocześnie wiem, że autorka znowu mnie czymś zaskoczy i wiem, że znowu będę czytać tę książkę z wypiekami na twarzy. Oby powstała jak najszybciej.

Szczęście w cichą noc

Szczęście w cichą noc

Autor: Anna Ficner-Ogonowska
Wydawnictwo Znak, 2013
Liczba stron: 176
O ironio! Odłożyłam tę książkę do przeczytania na tydzień, dwa przed świętami, najlepiej na początku grudnia, leżała sobie na półce i leżała i... zapomniałam o niej! Przypomniało mi się dosłownie kilka dni temu, że leży sobie cicho przytłoczona innymi, większych rozmiarów i w ogóle jej nie widać. Ale chyba tak miało być, bo w tym roku atmosfera świąteczna jakoś w ogóle nie chce do mnie przyjść, jest deszczowo, temperatura na zewnątrz ok. 10 stopni powyżej zera, a o nadchodzących świętach przypominają jedynie sklepowe dekoracje. Wzięłam więc książkę z nadzieją, że trochę tej atmosfery świątecznej od niej uszczknę.

Szczęście w cichą noc to czwarty mini-tom trylogii Anny Ficner-Ogonowskiej; trylogii, którą zaczytują się niemalże wszystkie Polki (czwarty tom trylogii, co za dziwactwo...). Ja również miałam taki czas. Polubiłam bardzo atmosferę w książkach autorki, ciekawa więc byłam, co to takiego, ten mini-tom... Bo niby wszystko już zostało zakończone, wszystko się wyjaśniło, skończyło pięknie... 

Ta książka to jednak taka kropka nad i. Zwieńczenie całej tej serii. Idealna do czytania właśnie w takim czasie, w jakim jesteśmy teraz: tuż przed świętami, bo dzięki niej poczujemy (może... cały czas mam z tym problem) ten zapach piernika, poczujemy atmosferę świątecznych przygotowań i świeżo przyniesionej i ubranej choinki. Dzięki tej książce może uzmysłowimy sobie albo przypomnimy, jak ważne jest otoczyć się w tym czasie ludźmi, którzy są nam najbliżsi i których kochamy... I że warto jest wybaczać, a Święta Bożego Narodzenia do doskonały czas na to. Najlepiej z tą książką usiąść przy kominku, żeby było ciepło i poświęcić te parę godzin na lekturę - nie będzie to dużo godzin, bo książkę czyta się błyskawicznie, format ma wręcz kieszonkowy, poręczny. I po prostu oddać się błogiemu lenistwu i tej słodyczy, która z tej książki bije... Tak, jest słodka, niewykluczone, że czasem zemdli, ale to jest książka o świętach, a w tym czasie mi to nie przeszkadza. Odrobinę atmosfery dzięki niej poczułam, chociaż powiem szczerze, że w tym roku jestem jakaś szczególnie oporna na takie rzeczy...

Nie spodziewajcie się jednak, że tutaj coś się dzieje. Tu nie dzieje się nic, absolutnie nic lektura ta nie wnosi do historii, którą być może już znacie, a być może nie. To miała być i jest książka o świętach, tu ma być spokój, krzątanie się po kuchni tuż przed Wigilią, rozpakowywanie prezentów, czekanie na pierwszą gwiazdkę. Taka trochę inna, oderwana od poprzednich tomów, a zarazem ją idealnie uzupełniająca. I chyba dobrze się stało, że przypomniałam sobie o niej właśnie teraz, tuż przed... Polecam właśnie teraz albo na zaraz po świętach. Chociaż nie spodziewajcie się po niej fajerwerków, tak jak można było się spodziewać ich, czytając poprzednie części. Ja się nie spodziewałam, dlatego się nie rozczarowałam, miło spędziłam przy niej czas (chociaż w autobusie) i mi się po prostu podobała, a nawet i wzruszeń nie brakowało... I tak też trzeba do niej podejść.
Pierwsze spotkanie z Yankee Candle i Angel's Wings

Pierwsze spotkanie z Yankee Candle i Angel's Wings

No musiałam! Nie mogłam się oprzeć, tyle z Was już tyle razy chwaliło te woski, tyle razy obiecałam sobie, że w końcu jakiś kupię i... kupiłam! Kupiłam też od razu bezzapachowe tealighty, żeby zapalić, gdy tylko wrócę do domu. Urzekł mnie od samego początku ich wygląd, ta niezliczona liczba zapachów i kolorów, że nie wiedziałam, na co się zdecydować... Cena urzekła mnie trochę mniej, ale teraz wiem, że te woski po prostu są warte swojej ceny i kupię je jeszcze nie raz.


Kupiłam trzy woski, przyszłam do domu i... zastanawiałam się, który odpalić... Który poprawi mi jeszcze bardziej humor, sprawi, że się zrelaksuję, że odpłynę. Ułamałam kawałeczek Angel's Wings, kawałek malutki, bo nie chciałam, aby zapach był za intensywny, w sumie bałam się, że mnie zemdli i będzie za mocny. I powiem Wam, że... ten zapach jest cudowny. Uwielbiam takie zapachy, uwielbiam wanilię, cukier waniliowy (ten z torebek) mogę wąchać godzinami, a ten wosk jest taaaaki waniliowy... Od razu zrobiłam się od niego głodna :) To pierwsze co mnie uderzyło, chociaż nie pachnie on waniliowo, gdy wącha się go na sucho, ale ma przyjemny, taki słodki zapach. Wyczuwalna jest jeszcze jakaś delikatna woń kwiatów, ponoć on ma też pachnieć watą cukrową... hm... nie pamiętam jak pachnie wata cukrowa, bo jadłam ją dawno, bardzo dawno temu, gdy byłam naprawdę mała. Ale to jest właśnie taki zapach, dzięki któremu z przyjemnością do tego dzieciństwa chce się wracać. Na pewno jednak nie rozbolała mnie od niego głowa, mimo że jest intensywny, to jednak dość subtelny.

Yankee Candle to moja miłość od pierwszego wejrzenia, ale wiedziałam, że tak będzie. W ogóle uwielbiam wszelkiego rodzaju świece, świeczki zapachowe, a nawet i bezzapachowe, uwielbiam patrzeć na ich płomień... A teraz te woski... no zaraziłyście mnie, głównie zaraziła mnie Kasiek, która chyba pali je namiętnie :) Przepadłam :)
Tancerka z Kairu

Tancerka z Kairu

Autor: DeAnna Cameron
Wydawnictwo Otwarte, 2013
Liczba stron: 360
O Tancerce z Kairu słyszałam już wcześniej parę razy, chociaż szczerze mówiąc ani nie kojarzyłam, czy to jest dobra książka, czy zła, ani nie pamiętam, gdzie ją widziałam - pamiętam jednak tytuł i okładkę. Przypadkowo jednak ujrzałam ją ostatnio na półce mojej siostry i zaintrygowała mnie na tyle, żeby wziąć, usiąść, przeczytać kilka pierwszych stron. Po kilku pierwszych przyszły następne, i następne, i zanim się obejrzałam, miałam już przeczytane pół książki...

Rzecz dzieje się w Ameryce, w Chicago, w końcu dziewiętnastego wieku. Czas Wystawy Światowej. Dora, aby zdobyć uznanie nowo co poślubionego męża, postanawia pomóc przy jej organizacji. Za zadanie otrzymuje monitorowanie występów tancerek z Egiptu i pilnowanie, aby nie zostało pokazane na nich zbyt dużo... Powoli jednak taniec Egipcjanek zaczyna ją fascynować, a nawet intryguje na tyle, że prosi jedną z nich, aby pokazała jej podstawowe ruchy - chce w ten sposób sprawić, aby wzrosło zainteresowanie nią jej męża, który wydaje się szukać miłości zupełnie gdzie indziej. Z czasem jednak taniec zaczyna coraz bardziej wciągać Dorę. I nie tylko on... Czy pozwoli jej uwolnić się od jarzma posłusznej mężatki?...

Dora jest typową żoną, która próbuje kochać swojego nowo poślubionego męża, stara się, aby małżeństwo było udane. Serce jej męża wydaje się jednak podążać w zupełnie innym kierunku, więc z czasem i sama bohaterka zaczyna zwracać uwagę na zupełnie inne rzeczy, zaczyna zachowywać się inaczej, zaprzyjaźnia się z Egipcjankami, które ma pod opieką. Zaczynają ją fascynować rzeczy, które nie powinny fascynować mężatki z jej pozycją, rzeczy, które uważa się za niewłaściwe... Dora się więc ze strony na stronę zmienia, jest to bardzo widoczne, a jej zmiana jest ogromna. Cały czas jednak szuka jednego: miłości; najpierw u boku swojego męża, który wydaje się być mało zainteresowany, w końcu znajdują ją, i owszem, ale zupełnie gdzie indziej.

I to jest właśnie taka książka - głównie o miłości: tej między kobietą a mężczyzną, ale i miłości do tańca. Na jej tylnej okładce jest zdanie: "Czy jesteś dorosłą kobietą czy nastolatką, czy kochasz taniec czy nie, na pewno pokochasz tę książkę!"... Wiadomo, reklama, można pomyśleć... Tak, to jest reklama, zachęcająca do jej kupna, bo ta powieść tak naprawdę to zwykły romans, jakich wiele. Ale tak jak napisałam na początku, ja - zanim się obejrzałam - miałam już połowę książki za sobą. Po prostu mnie wciągnęła - sama nie wiem, dlaczego, naprawdę trudno mi to wyjaśnić, jednak spędziłam przy niej mile czas, mogłam się przenieść w zupełnie inny świat, inny klimat... I pewnie prawdą będzie również, gdy napiszę, że chciałam odpocząć od lektur, które zwykle czytam, a ta powieść napatoczyła się właśnie teraz, i ten czas był wręcz idealny. Może i jej nie pokochałam, jak obiecuje wydawca, na pewno jednak zapadła mi w pamięć, czego kompletnie się po niej nie spodziewałam. Po prostu mi się spodobała - bardziej, niż inne, podobne książki.

Nie obiecuję Wam, że Wasze wrażenia po jej lekturze będą podobne. Jednym czytelniczkom się spodoba (bo nie oszukujmy się, to jest książka dla kobiet), innym będzie obojętna, ot takie czytadło, jeszcze inne zirytuje lub znudzi. Ja się przy niej jednak świetnie bawiłam, odpoczęłam, zrelaksowałam się. Od Was zależy więc, czy po nią sięgniecie czy nie, na pewno jednak tego zainteresowania jest warta. I na pewno jest to dobry przerywnik, niezależnie od tego, po jaką literaturę zwykle sięgacie.
Grudniowa wyprzedaż książek

Grudniowa wyprzedaż książek

 

Czasem trzeba zrobić porządki, szczególnie przed świętami :-) Mnie ostatecznie zmobilizowała do tego ostatnia przeprowadzka, nie sądziłam, że mam aż tyle książek, byłam wręcz pewna, że będzie tego mniej do przewożenia... Ach, jak się pomyliłam...
Stąd ta książkowa wyprzedaż. Na razie to wszystko, co mam do zaoferowania i posłania dalej w świat, lista zaktualizowana ostatecznie dzisiaj. Z niektórymi pozycjami ciężko trochę jest się rozstawać (szczerze mówiąc, to z każdą z osobna), ale doszłam do wniosku, że po prostu na część z tych pozycji, które wciąż stoją na mojej półce jestem już za stara, część oddam bez sentymentu, a resztę zatrzymam. Mam zamiar zacząć personalizować swoją biblioteczkę bardziej pod kątem tego, co mnie najbardziej interesuje, czyli historycznie głównie, a wiadomo, że dla mola książkowego książek nigdy za wiele, ale zawsze brakuje na nie pieniędzy :-)
Książki, które mam do sprzedania można znaleźć tutaj.  Na górze zresztą pojawiła się też nowa zakładka BookSale, będzie aktualizowana co jakiś czas i Wam powinno być łatwiej do moich wyprzedaży trafić. Jak już kompletnie nic nie będę miała do sprzedania, to pewnie zniknie (więc pewnie nie tak szybko) :-)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przypominam Wam również o konkursie, którego jutro ostatni dzień, zapraszam :-)
Komu książkę, komu?... [konkurs]

Komu książkę, komu?... [konkurs]

...bo na Facebooku właśnie pojawił się konkurs, ktoś chętny?... :)


Doszłam do wniosku, że daaawno już, oj bardzo dawno nie organizowałam żadnej rozdawajki, losowanki, konkursu, a książka, którą ostatnio recenzowałam, tak Was zaintrygowała, że postanowiłam pobawić się w Świętego Mikołaja i komuś ją sprezentować. 

Nagrodą więc będzie O KROK ZA DALEKO Tiny Seskis, ktoś chętny?


Ale uwaga! Konkurs jest facebookowy, tylko i wyłącznie, więc trzeba się wpisywać tylko i wyłącznie tam.

Jeśli dobrze pójdzie, zwycięzca otrzymałby książkę jeszcze przed świętami :)
Chętnych zapraszam więc T U T A J

O krok za daleko

O krok za daleko

Autor: Tina Seskis
Wyd. Prószyński i S-ka, 2014
Liczba stron: 400
Czasem każdy z nas ma takie chwile, że chętnie wyjechałby daleko, zostawiając za sobą dosłownie wszystko, zabierając tylko ewentualnie dokumenty i portfel... uciekł od dotychczasowego życia jak najdalej i zaczął wszystko od nowa, z czystą kartą, jak nowa, biała, dopiero się zapełniająca napisami tablica. No tak, ale chęci to jedno, a realizacja - drugie. Wiele z nas po prostu cechuje zdrowy rozsądek, a i chęci takie często mijają, zwykle po małej chwili, czasem trzeba na to czekać dłużej - ale przechodzi. Na szczęście. A co jeśli nie przechodzi? Albo kiedy jesteśmy tak zdeterminowani do rzucenia dotychczasowego życia, że robimy to już, natychmiast, w tym samym momencie, kiedy myśl o tym wykiełkowała w naszej głowie?...

Emily Coleman tak właśnie robi pewnego ranka. Pewnego dnia budzi się i wyjeżdża jak gdyby nigdy nic. Zmienia imię, miejsce zamieszkania, pracę - staje się nową osobą. Porzuca rodzinę i dom. Zaczyna życie w zupełnie innym mieście, dużym mieście, w którym nie zna nikogo i niczego. Dlaczego to zrobiła?... Otóż... o tym wie tylko bohaterka naszej książki, nam nie będzie dane się o tym dowiedzieć... przynajmniej na początku. Każda tajemnica jednak, nawet ta, którą skrywa Emily, wyjdzie kiedyś na światło dzienne.

Nie spodziewajcie się jednak, że tajemnicę tę odkryjecie szybko - czcze nadzieje.  Bowiem praktycznie do ostatniej chwili nie wiadomo, co tak naprawdę stało się w życiu bohaterki, co skłoniło ją pewnego dnia do takiej decyzji, opuszczenia domu, w którym żyła i... męża, który był dla niej największym wsparciem. Ben zresztą, mąż Emily, będzie również okrutnie rozpaczał po stracie żony - nie będzie wiedział, gdzie się podziewa, co robi i dlaczego odeszła. Tak, on też nie do końca będzie znał jej wszystkie tajemnice.

Mówiąc szczerze, dla mnie jest nie do wyobrażenia, że można wszystko zostawić za sobą i po prostu rozpocząć nowe życie jako inna osoba. Prawda, czasem ma się takie myśli: "A rzuciłabym to wszystko w diabły..." Na szczęście jednak ma się ten rozum i myśli się zdroworozsądkowo, na szczęście to wszystko przechodzi tak szybko, jak się pojawiło. W życiu bohaterki jednak stało się coś, z czym nie mogła sobie poradzić jako Emily... Jednak nasze życie i to co robimy to jest coś, co zależy tylko od nas i za co ponosimy odpowiedzialność i konsekwencje. I zdajemy sobie przeważnie sprawę, że nie można tak uciekać od wszystkiego, co nam nie wychodzi, trzeba temu stawić czoła. Emily, a raczej nowa, Cat jednak nie jest w stanie tego zrobić. I zastanawiałam się praktycznie przez całą książkę: co takiego ją spotkało?... Cóż może skłonić do takich drastycznych decyzji... I jak można żyć ot tak, od nowa, wynająć pokój, kupić nowe meble, znaleźć nową pracę, dostać w niej awans, odnaleźć się w tym wszystkim? Przecież nasza pamięć nie jest tak zaprogramowana, że wystarczy wcisnąć 'reset' i nagle pustka, zaczynamy znów. Nie pamiętamy co było przedtem, musimy tylko zapełniać nowymi doświadczeniami to, co przed nami. Nie da się tak. Emily chyba myślała, że się da i gorzko się rozczarowała... I bardzo dobrze, bo takie wymazanie na życzenie jest niemożliwe. Dlatego do samej bohaterki podchodziłam od początku jak pies do jeża, ani mnie nie grzała, ani nie ziębiła - i to jest raczej jeden z tych bohaterów, których nie do końca da się polubić, nawet biorąc pod uwagę tragedię, którą przeżył.

Ale, ale... samą powieść, według wydawcy thriller psychologiczny, czyta się wyśmienicie. Może właśnie dzięki tej bohaterce, która trochę irytuje swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem?... Czyta się szybko, mimo tego, że akcja czasem jest powolna - w pewnym momencie do tego stopnia przyspieszy, że nie będzie wiadomo, gdzie wzrok zatrzymać i czy w ogóle da się go jeszcze zatrzymać. Poza tym nie brak tej książce niespodzianek, najbardziej zaskakującą jest chyba Charlie (kim jest? - nie powiem wam). Będziecie sobie zadawać naprawdę wiele pytań podczas czytania O krok za daleko i dlatego chyba właśnie ta książka staje się taka ciekawa... Bo nieprzewidywalna.
Przystań Julii

Przystań Julii

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak, 2014
Liczba stron: 297
Długo nie mogłam się doczekać tego, kiedy "Przystań Julii" trafi w końcu na moją półkę. Zakończenia kolejnych części zawsze do tego stopnia targały moimi emocjami, że po prostu musiałam się dowiedzieć, co dalej, i to jak najszybciej. Katarzyna jest mistrzynią w grze na emocjach moim zdaniem, świadczy o tym zarówno "Ogród Kamili", jak i "Zacisze Gosi".

"Przystań Julii" jest ostatnią częścią kwiatowej serii Katarzyny Michalak, a szkoda, bo już przyzwyczaiłam się i polubiłam jej bohaterów, miło było spędzać czas w Milanówku w ogrodzie różanym Kamili... Poznawać kolejne osoby, które szybko stają się przyjaciółmi nie tylko głównej bohaterki, ale i naszymi. Taką też osobą jest Julia, która pojawiła się w drugim tomie i która jest główną postacią tej części. Życie Julii również nie jest usłane różami, tak samo jak Gosi czy Kamili, jednak po burzy zawsze wychodzi słońce. Wyjdzie ono dla wszystkich trzech przyjaciółek, chociaż przedtem będą musiały jeszcze wiele doświadczyć, głównie tych nieprzyjemnych rzeczy i swoje wycierpieć.

Czasem myślę sobie, że książki Kasi są takie... nierealne, pełne spełniających się marzeń, które tkwią przecież w głowie niejednej z nas, a jednocześnie każda z nas doskonale wie o tym, że te marzenia nie spełnią się ot tak, że nic nie przyjdzie tak łatwo jak w książkach, że nic nie spadnie nam z nieba. Że walkę o marzenia często się przegrywa, jeśli nie walczy się do końca, a nie walczy się, bo już czasem nie ma na to siły... Ale jednocześnie powieści Kasi... są potrzebne. Są piękne. I przede wszystkim: dają nadzieję. Mimo że wydaje się to czasem zupełnie nierealne w prawdziwym życiu, to jednak ta nadzieja pozostaje - a ona jest bezcenna. No i oczywiście bezcenny jest czas, który na książkę poświęciliśmy, ale to jest tak oczywiste, że bez sensu o tym wspominać :-)

Uwielbiam tę serię. Mimo że zwykle takich książek czytam mało i często po nie nie sięgam, to jednak Kasia jest autorką, po którą będę sięgać w ciemno. Bo trafia dokładnie w mój gust i potrafi poprawić mi humor, nawet jeśli książka nie jest z tych, co kończą się dobrze - tą literaturę po prostu dobrze się czyta i pozostaje w pamięci. I polecam Wam szczególnie tę serię - po każdej z części nie będziecie dostatecznie syci, po każdym zakończeniu pozostanie Wam ogromny niedosyt i chęć na więcej. A to o to chyba właśnie chodzi.
Grudniowo...

Grudniowo...

Nawet nie wiem, kiedy ten grudzień przyszedł... Tak mi szybko czas ucieka ostatnio, że aż strach, że za chwilę będą święta...
Nie dodaję ostatnio notek ani recenzji, bo po prostu nie miałam na nie czasu. Nauki mam mnóstwo, na głowie miałam szukanie pracy i przeprowadzkę z jednego miasta do drugiego... Trochę tego zamieszania było, przewróciło mi się wszystko do góry nogami i dlatego trochę cicho i na blogu się zrobiło... Ale bez obaw, będą recenzje :)
Nawet na czytanie nie mam tego czasu za wiele, kilka stron zawsze przeczytam, ale trochę mam wyrzuty sumienia, że obok leży nieruszony podręcznik i nie czytam... ani jednego, ani drugiego :P I w ogóle jestem ostatnio strasznie zmęczona, wcześnie chce mi się spać, chciałabym nie mieć już na głowie problemów, najlepiej żeby jak najprędzej same od razu się rozwiązały - ale tak dobrze niestety nie ma. No i tak to wszystko wygląda... Zobaczymy, jak ten grudzień minie i jaki będzie, bo tego, że minie szybko jestem pewna tak bardzo jak tego, że od jutra mamy weekend :)


Syn

Syn

Autor: Jo Nesbø
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014
Liczba stron: 428
Od dawna miałam w planach książki tego autora. Dziwne było to, że jeszcze nie miałam okazji przeczytać żadnej jego książki, chociaż literaturę skandynawską lubię bardzo, Skandynawię z pewnością mogłabym nazwać jednym z moich ulubionych kierunków czytelniczych. Chociaż do tej pory wśród autorów, po które sięgałam, górowała Szwecja, to jednak od dawna miałam w planach podróż również do Norwegii i w końcu, po długim czasie planowania i czajenia się, w moje ręce trafiła książka Jo Nesbø.

Sonny Lofthus odsiaduje wyrok w najlepiej strzeżonym więzieniu w Oslo. Cieszy się tam niewiarygodnym szacunkiem, a reszta współwięźniów traktuje go jak kogoś w rodzaju spowiednika, cierpliwie bowiem wysłuchuje zwierzeń kolejnych kolegów. Sonny trafił do więzienia w wieku 18 lat, zaraz po tym, jak jego ojciec-policjant został oskarżony o korupcję i popełnił samobójstwo. Jednak pewnego dnia kolega z celi wyznaje Sonny'emu prawdę na temat jego ojca - mężczyźnie, który do tej pory miał żal do swego ojca teraz wszystko objawia się w zupełnie innym świetle - Sonny postanawia więc rozprawić się po raz ostatni z tymi, którzy mieli związek z tą sprawą i ostatecznie odkryć prawdę na temat swojego ojca, który przed śmiercią był dla niego wielkim wzorem. Dla Sonny'ego nie istnieją ku temu żadne przeszkody, nawet pobyt w więzieniu...

Nesbø bez wątpienia jest bardzo popularnym pisarzem znanym z nazwiska chyba przez wszystkich, do tego autorem chwalonym, czytanym na potęgę, który odniósł bardzo duży sukces. Sama więc nie mam zielonego pojęcia, dlaczego dopiero teraz zdecydowałam się przeczytać jego książkę i czemu czekałam z tym tak długo, omijając go jakimś dziwnym łukiem. Niesłusznie. Nesbø z pewnością zasługuje na sławę, jaką przyniosły mu jego powieści, chociaż ja sama mam za sobą dopiero tą jedną. Na pewno nie będzie to ostatnia moja lektura tego autora. Syn - jego najnowsza książka - trzyma w napięciu, mocnych wrażeń w niej nie brakuje, nie zabraknie również krwi i innych podobnych rzeczy towarzyszących kryminałom - jest to po prostu świetna powieść, którą bardzo dobrze się czyta. A to, że jest to literatura rodem ze Skandynawii, jeszcze dodaje jej rangi.

Co mi się najbardziej w niej spodobało? Chyba sama postać głównego bohatera. Niby morderca, który potrafi zabić z zimną krwią, kieruje się jednak swoimi osobistymi pobudkami, ma określone cele i chce być przede wszystkim sprawiedliwy i fair w stosunku do samego siebie i swojego nieżyjącego już ojca. A jego głównym celem jest odkrycie prawdy. Jednak z drugiej strony osobowość Sonny'ego w ogóle nie pasuje do etykiety 'zabójcy' - jest spokojny, opanowany i kulturalny, co czasem faktycznie może dziwić. Mimo jego roli w tej książce jednak bardzo łatwo go polubić, zresztą nie tylko jego, bo nie tylko on sam jest bohaterem tej powieści - na pewno jednak jest to postać wyjątkowa i oryginalna.

Swego czasu odkryłam i zakochałam się w literaturze szwedzkiej, cieszę się, że teraz wpadła w moje ręce norweska. Skandynawia ma swój niepowtarzalny klimat, który jest obecny również w powieściach tamtejszych pisarzy. Nie mam zamiaru więc już Nesbø omijać z daleka i nie powinien go omijać nikt, to tak jak ja zaczytuje się w skandynawskich kryminałach.
Nieoptymistycznie, melancholijnie, listopadowo

Nieoptymistycznie, melancholijnie, listopadowo


Bombarduję ostatnio swojego bloga recenzjami, bo... czytam. Czytam sporo, nie tylko na studia, ale i zwykłe książki, które mam ochotę poczytać dla relaksu i dzięki którym mam ochotę zapomnieć choć na chwilę o tym, co się wokół mnie dzieje, a dzieje się... sporo. Dlatego też i ten post, bo blog z kolei chyba powinien też odpocząć - od recenzji. Ale ostrzegam: pozytywnie nie będzie, bo i pogoda daje mi się we znaki, i w ogóle wszystko ostatnio.

Pisałam jakiś czas temu o zmianach, małych czy dużych, sama tak naprawdę wtedy jeszcze nie mając pojęcia, jakich... Cóż, zmiany nadeszły i... nie wiem, czy na lepsze, czy na gorsze. W chwili obecnej powiedziałabym, że ani takie, ani siakie. Zależy jak na to spojrzeć. Moje życie jednak teraz właśnie, w listopadowe słoty, powywracało się do góry nogami, tak jak miało to miejsce dokładnie pięć lat temu, tyle że wtedy przynajmniej miałam poczucie tego, że tamte zmiany były dobre, a ja mogłam to poczuć. Teraz jednak na powrót wszystko się powywracało, narobiło bałaganu w moim życiu i w mojej głowie przede wszystkim, a ja... czuję się okropnie zagubiona. I z jednej strony wiem, że dobrze się stało, że tak musiało być, że na to się zanosiło od jakiegoś czasu i że na dłuższą metę podziękuję losowi za ten krok. Z drugiej jednak... strasznie mi żal ostatnich lat... i najchętniej znieczuliłabym się na jakiś czas na wszystko, co mnie dotyczy albo się wokół mnie dzieje.

Nie sądziłam, że te zmiany, które objęły swego czasu również mojego bloga, rozrosną się na tak wielką skalę, że nabiorą tak ogromnych rozmiarów i tak zamieszają w moim życiu i umyśle... Stąd też te recenzje non stop ostatnio, bo szczerze mówiąc nie mam ochoty ani czasu na nic innego. Przede wszystkim ochoty. W moim życiu właśnie kończy się jeden z ważnych etapów i... chyba zaczyna inny - przynajmniej chcę mieć taką nadzieję. Jednocześnie wiem, że ten wpis wcale nie jest optymistyczny i wcale nie miał taki być - miał być właśnie odrobinę melancholijny, adekwatny do obecnej pogody, ale i tego, co aktualnie dzieje się w moim życiu... Miał też być dość prywatny, nie wiem, czy aby nie wyszedł za bardzo... ale wygadać się musiałam. Jednak bloga nie rzucam i postaram się jakoś regularnie wciąż tu pisać - chyba bardziej pomoże mi to się pozbierać, niż gdybym nie robiła nic tutaj. Chociaż planów i obowiązków mam mnóstwo - przede wszystkim szukanie nowej pracy i nowego mieszkania, a więc i przeprowadzka... Więc życzenia powodzenia i trzymanie kciuków bardzo by mi pomogło :)
Posłaniec

Posłaniec

Autor: Markus Zusak
Wyd. Nasza Księgarnia, 2009
Liczba stron: 352
Dziwnie się ułożyły losy tej książki, ponieważ stała na mojej półce bardzo długo (co oznacza co najmniej ze dwa lata) zanim w końcu postanowiłam po nią sięgnąć... Ostatnio jednak pojawiło się tyle recenzji Posłańca, i to recenzji co najmniej dobrych, że gdy czytałam w pewnym momencie jedną z nich, pomyślałam: "rany, a ta książka stoi na mojej półce i stoi, a ja nawet nie pamiętam, że ją mam". W końcu sobie przypomniałam, zdjęłam z półki i zaczęłam czytać. I teraz sama sobie się dziwię, że aż tyle przeleżała bez żadnego zainteresowania z mojej strony, bo jak najbardziej warta jest tego, aby wziąć ją do rąk i oddać się lekturze.

Tytułowy posłaniec tak naprawdę nazywa się Ed Kennedy. Jest dziewiętnastoletnim taksówkarzem, który specjalnie o rok zawyża swój wiek, aby móc wykonywać tę pracę. Jest też życiowym pechowcem, niewiele rzeczy mu się układa po jego myśli, w dodatku zakochany po uszy w koleżance z pracy, która zdaje się nie zauważać jego uczucia, chociaż jest jedną z najbliższych mu osób... Pewnego dnia Ed jest świadkiem napadu na bank, w którym akurat się znajduje, całe szczęście uchodzi z niego żywy, a nawet, nie zdając sobie specjalnie z tego sprawy, jest tym, który pomaga ująć sprawcę... Od tego momentu w życiu Eda wszystko się zmienia... Dostaje pierwszą kartę, asa, ze specjalną wiadomością, przeznaczoną tylko dla niego, asa z trzema adresami. Tam jasno i wyraźnie jest napisane, kiedy i gdzie ma się zjawić - reszta już należy do niego... A on w pewnym momencie dokładnie wie, co ma zrobić. Nie będzie jednak łatwo, wręcz przeciwnie, czasem bardzo ciężko, a on sam dostanie jeszcze 3 podobne karty, z bardziej tajemniczymi wiadomościami, niż pierwsza... 

Markus Zusak znany jest czytelnikom szczególnie z jednej książki - Złodziejki książek. Ja również jakiś czas temu miałam przyjemność ją czytać i pewnie nie zaskoczę nikogo, kiedy napiszę, że jest to jedna z moich ulubionych. Posłaniec jednak Złodziejki książek nie przypomina, albo przypomina ją w bardzo niewielkim stopniu. Chociaż styl pisarski autora pozostał prawie ten sam, to jednak jest to już zupełnie inna opowieść. Złodziejka książek to powieść rewelacyjna pod każdym względem, nie ma jednak co porównywać jej do Posłańca, ani odwrotnie. Bo Posłaniec to książka równie wartościowa, na pewno nie gorsza, równie ciekawa, wciągająca i intrygująca. Książka, która ma jeden wiodący temat, który wyłania się już z samego jej opisu i który nie jest niespodzianką dla biorącego w ręce tę książkę czytelnika, ale nie znaczy to, że będzie to lektura nudna. Wręcz przeciwnie. Czyta się ją szybko, bo to jest właśnie taka książka, która na długo nie pozwoli nam o sobie zapomnieć. Jest to jednak przede wszystkim lektura, która ma jedno ważne przesłanie, o którym chyba powinni pamiętać wszyscy: że małe uczynki, z reguły nic nie znaczące, dla niektórych mogą być wielką rzeczą, a my małymi rzeczami możemy uszczęśliwić niekiedy niejedną osobę, rzeczami, które zwykle uważa się za niemające znaczenia, nieważne, które nic nie zmienią. Właśnie takie małe rzeczy potrafią zmienić najwięcej.

Posłańca czyta się z wielką przyjemnością, nawet czytelnikowi starszemu, chociaż chyba z początku przeznaczona być miała dla tych młodszych. W każdym razie chyba każdy, mały czy duży, stary czy młody, powinien wziąć ją do ręki, a po jej przeczytaniu trochę się zastanowić nad tym, co właśnie przeczytał - do refleksji jakiejś, małej czy dużej, skłoni na pewno. Posłaniec to do tego książka, przy której naprawdę miło spędza się czas - czego można chcieć więcej?...
Polska Piastów

Polska Piastów

Autor: Paweł Jasienica
Wydawnictwo Świat Książki, 1997
Liczba stron: 318
Polska Piastów to była książka, którą od dawna chciałam przeczytać. Niektórzy czytelnicy mojego bloga dobrze już wiedzą, że Piastowie to część historii, która interesuje mnie chyba najbardziej, nie powinni więc być zdziwieni tym, że pozycja ta pojawiła się w końcu i tutaj. Książkę kupiłam jakiś czas temu dosłownie za grosze, była to niepowtarzalna okazja, jednak z czytaniem czekałam dość długo. Jednak od początku cieszyło mnie to, że stoi sobie na mojej półce i po jej przeczytaniu cieszy mnie to jeszcze bardziej.

Książka Pawła Jasienicy (właściwie Leona Lecha Beynara) to zbiór dość luźnych opowiadań o naszej najwcześniejszej historii, o początkach państwa polskiego, począwszy od legendy o Piaście, aż do śmierci ostatniego króla z tego rodu, Kazimierza Wielkiego. Jej autor to nieżyjący już polski pisarz historyczny, eseista, i publicysta, który stworzył cały cykl esejów historycznych, począwszy od Polski Piastów, poprzez Polskę Jagiellonów, aż po Rzeczpospolitą Obojga Narodów (składającą się z trzech tomów).

Polska Piastów nie jest podręcznikiem. Nie jest to dzieło naukowe, co podkreślał zresztą sam autor, nie znajdziecie więc w niej na samym końcu bibliografii... Polski Piastów więc i nie czyta się jak podręcznika i bardzo dobrze. Nie każdy bowiem ma ochotę na sięganie po książki naukowe i ich czytanie, ale z chęcią poczytałby sobie coś, co tej naszej historii dotyczy. Ta książka jest idealna dla takich osób, a więc dla osób, które historię lubią, ale bez przesady, którzy czytają od czasu do czasu cokolwiek, ale nie sięgają po podręczniki, które dotyczą już trochę bardziej zaawansowanych historyków. W końcu: nie jest to książka obszerna, na zaledwie trzystu stronach przeczytamy jednak o wszystkim, o czym powinniśmy wiedzieć w związku z dynastią piastowską i początkami państwa polskiego. Ale pamiętajcie - to nie jest podręcznik i podręcznika nawet nie przypomina. I to jest wielki plus tej książki, bo czyta się ją niezwykle lekko i przyjemnie. Może i niewiele nowych rzeczy dowiedzą się z niej ci, którzy są z historią i tą epoką za pan brat - w końcu 300 stron to nie jest wiele - ale może właśnie to było zamierzeniem autora? Aby sięgali po nią nie tylko zainteresowani, ale przede wszystkim ci nie do końca przekonani?... Moim zdaniem to jest lektura właśnie dla tych drugich - którzy trochę nieśmiało podchodzą do historii, trochę się jej boją, ale których mimo wszystko przyciąga. Polska Piastów zainteresuje właśnie takie osoby, bo podaje fakty, daty i wydarzenia w przystępnej formie, a dodatkowo wcale nie czuje się tego nawału informacji, które często spotykamy w jakichkolwiek innych publikacjach.

Chciałabym skompletować i ustawić na półce całą serię esejów Pawła Jasienicy. A na pewno całą mam w swoich planach czytelniczych. Przede wszystkim jest to fajnie, przystępnie podana historia, w takiej formie, która absolutnie nie odstrasza, a ma wielką szansę zaostrzyć apetyt na więcej :-)
Motyl

Motyl

Autor: Lisa Genova
Wydawnictwo Filia, 2014
Liczba stron: 418
Motyl to książka, po którą ustawiają się kolejki w bibliotekach, która idzie jak świeże bułeczki w księgarniach i której złej recenzji jeszcze ani razu nie miałam okazji przeczytać. Więc siłą rzeczy była to książka, którą od dawna miałam w planach, bo jak mogłoby być inaczej? Zapisałam się więc w kolejkę w bibliotece i cierpliwie czekałam na swoją kolej. A gdy w końcu miałam ją już w swoich rękach, postawiłam na półce... Stała jeden dzień, drugi, tydzień, dwa tygodnie... W końcu sięgnęłam po nią któregoś wieczora, a następnego dnia w południe... książka była już przeczytana. Muszę przyznać, że już dawno nie przeczytałam żadnej książki w takim tempie, jak Motyla właśnie.

O chorobie Alzheimera słyszał każdy, nie każdy jednak słyszał o jej wczesnym początku. Alice Howland, profesor Harvardu, kobieta wykształcona, aktywna zawodowo i fizycznie, uprawiająca jogging, w pewnym momencie zaczyna zapominać. Zapominanie to naturalna rzecz, każdy o czymś zapomina od czasu do czasu. Jednak gdy Alice pewnego dnia traci orientację podczas biegania i zapomina o podróży na konferencję w Chicago, zaczyna się niepokoić - idzie więc do lekarza. Diagnoza ją zaskakuje: Alzheimer z wczesnym początkiem, który dotyka ludzi przed 65 rokiem życia. Alice ma dopiero pięćdziesiąt lat, jest więc załamana. Jednak stara się żyć na tyle, na ile pozwala jej choroba i dopóki pamięta, kim jest. Choroba bowiem postępuje w zastraszającym tempie, a kobieta musi pogodzić się z tym, że niedługo straci zupełnie swoją tożsamość, przestanie rozpoznawać swoje dzieci i męża, zapomni o tym, kim była. W swoim komputerze tworzy więc specjalny plik o nazwie 'Motyl', dzięki któremu będzie wiedziała, kiedy ostatecznie straciła pamięć, nie mogąc odpowiedzieć na najprostsze pytania, dotyczące jej dotychczasowego życia.

Wcale nie dziwią mnie, po przeczytaniu tej książki, ustawiające się po nią kolejki, nie dziwią mnie zachwalające ją recenzje. Nie sądziłam, że tak szybko przeczytam tę książkę, ale jej po prostu nie da się przeczytać inaczej. Nie miałam wcześniej pojęcia, że istnieje choroba Alzheimera o wczesnym początku, chociaż z samą chorobą, demencją miałam do czynienia w pracy. Motyl to nie jest więc tylko opowieść o Alice, to jest też wielka skarbnica wiedzy na temat tej choroby, która dotyka nie tylko pacjentów, cierpiących na nią, ale przede wszystkim jej bliskich i to głównie dla nich właśnie organizowane jest jakiekolwiek wsparcie. Zastanawia więc, dlaczego wspierana jest tylko rodzina, co z samymi pacjentami? Alice próbuje jednak stworzyć coś na wzór grupy wparcia dla osób dotkniętych tą chorobą. Jednak sam fakt, że dotknęło to właśnie ją, jest wręcz wyrokiem, z którym trudno się pogodzić... No bo jak szanowana pani profesor, wykładowca Harvardu, osoba ambitna, mająca jeszcze kupę życia przed sobą, może pogodzić się z tym, że niedługo całkowicie zapomni, kim była? Nie będzie potrafiła rozpoznać twarzy swojego męża, dzieci, przyszłych wnuków?... Jak można żyć ze świadomością, że to samo może przydarzyć się jej dzieciom i ich dzieciom?... Dla mnie to jest nie do pomyślenia.

Historia ta jest piękna i poruszająca, ale i przerażająca zarazem. Piękna, bo Alice do końca stara się nie poddawać chorobie, walczy o swoją godność cierpiąc na nieuleczalną chorobę, odbierającą jej resztki człowieczeństwa. Przerażająca, bo historia ta może się skończyć tylko w jeden sposób, nie ma na to lekarstwa, a choroba postępuje tak szokująco szybko, że Alice praktycznie z dnia na dzień traci coraz więcej ze swoich wspomnień, po których pewnym momencie nie zostanie ani jeden ślad. Zupełnie mnie nie dziwi fakt, że powieść Lisy Genovy odniosła sukces na całym świecie i stała się bestsellerem. W pełni na to zasłużyła.

Nawet nie zauważyłam, kiedy przeczytałam tę książkę, nie znaczy to jednak, że równie szybko ulotni się ona z mojego umysłu... Takich powieści naprawdę długo się nie zapomina, zostawiają ślad w naszej pamięci na długi czas, są poruszające, piękne i powinno powstawać ich znacznie więcej. Nie ma co odkładać tej lektury wciąż na później i później - przeczyta się ją ekspresowo i zapamięta na długo. Polecam!
Dzieci wolności

Dzieci wolności

Autor: Paullina Simons
Wydawnictwo Świat Książki, 2014
Liczba stron: 352
Jeździec Miedziany Paulliny Simons oraz dzieje Tatiany i Aleksandra są jedną z tych książek, nielicznych, do których wracam wielokrotnie co jakiś czas. Bardzo, bardzo rzadko zdarza mi się, abym sięgnęła po książkę po raz kolejny, po książkę bardzo dobrze mi znaną, musi ona być naprawdę wyjątkowa. Trylogia ta jednak właśnie do takich pozycji trafiła, przeczytałam ją nawet w oryginale... Dlatego, musiałam, po prostu musiałam dorwać w końcu w swoje ręce Dzieci wolności. Nie spodziewałam się po tej książce wiele, ale już sam fakt, że są to dzieje rodziców Aleksandra, czyli to, co wydarzyło się trochę wcześniej niż w Jeźdźcu Miedzianym działało na mnie przyciągająco praktycznie od samego początku, odkąd książka ta została wydana. 

Jest to przełom XIX i XX wieku i historia rodziny sycylijskich emigrantów, którzy pewnego dnia, po długiej podróży, stawiają po raz pierwszy stopę na amerykańskiej ziemi. Do rodziny tej należy również Gina, piętnastolatka, przekonana o tym, że Ameryka to jedyne i najlepsze, co mogło ją spotkać, ziemia obiecana, dzięki której zdobędzie pracę, jej bratu umożliwi założenie wymarzonej restauracji, jej rodzinie zapewni spokojną, godną przyszłość. Praktycznie od razu po wyjściu ze statku Gina i jej bliscy spotykają Bena i Harry'ego - młodych Amerykanów, którzy szukają nowych imigrantów i w zamian za pieniądze zapewniają im start w nowej ojczyźnie. Od tej chwili losy młodych, dobrze urodzonych i bogatych mężczyzn na długo splotą się z losami biednej, włoskiej rodziny, a szczególnie niedoświadczonej, młodej, ale bystrej Giny Attaviano.

Tak jak już pisałam na wstępie, nie spodziewałam się po tej książce wiele, na pewno nie takich emocji, jakie przeżywałam podczas lektury Jeźdźca i dalszych jego części. Może dlatego, że nie chciałam się tą książką rozczarować. I dobrze, że tak zrobiłam, bo szczerze mówiąc jej początek zbytnio mnie nie porwał. Oto Gina stawia stopę na swojej nowej ziemi, na której przyjdzie jej żyć, ale tak naprawdę nic w tym szczególnego, kilka pierwszych rozdziałów wydawało mi się wręcz z lekka nudnymi - być może dlatego, że czytałam je w autobusie lub pociągu, po zajęciach na uczelni, trochę już zmęczona i znużona. Książkę jednak postanowiłam przeczytać do końca, kończyłam ją już w spokoju, w domu na kanapie. I powiem szczerze, że... im dalej w las, tym robiło się coraz ciekawiej. Dzieci wolności jednak to nie jest książka, w której akcja nagle przyspieszyła, w której wydarzyło się nie wiadomo co, co wbiło mnie w fotel. Nie, ta książka od początku ma mniej więcej taki sam klimat, jednak jest w niej coś, co po kilku rozdziałach po prostu wciąga. Mimo że jest dość spokojna, powiedziałabym nawet, że czasami za spokojna, to jednak losy jej bohaterów nas obchodzą, trudno było mi zaobserwować, kiedy dokładnie to się stało, ale w pewnym momencie doszłam do wniosku, że ta książka jest jedną z takich, o których dość trudno będzie mi zapomnieć. Jej klimat jest niesamowity praktycznie od samego początku, chociaż akcja trochę przynudna, to jednak autorce doskonale udało się przedstawić środowisko imigrantów w Ameryce, ludzi bądź co bądź, gorszych, którzy zwykle są tylko i wyłącznie siłą roboczą dla rdzennych Amerykanów. Bardzo wyraźnie zaznaczona została ta odmienność od zamożnych rodzin, posiadających fabryki i zatrudniająca owych przybyszy z innych światów. Wreszcie... idealnie Paullina przedstawiła nadzieje i marzenia owych przybyszy, dla których Ameryka ma się stać ziemią obiecaną. To mi się najbardziej w tej książce podobało.

Ale warto również zwrócić uwagę na rozwijające się między Harry'm a Giną uczucie, które na początku, a i praktycznie przez całą powieść, wcale nie jest oczywiste. I tu kolejny plus dla autorki za przedstawienie tego w taki właśnie, a nie inny sposób. Dlatego zakończenie tej powieści było dla mnie nie lada niespodzianką, praktycznie do końca nie wiadomo, co się stanie, nawet, gdy wszystko niby wydaje się oczywiste. 

Bardzo mi się podobała ta książka. Może nie jest na poziomie Jeźdźca Miedzianego, do którego wracam od czasu do czasu, ale na pewno jest warta tego, aby po nią sięgnąć, powinni to zrobić szczególnie ci, którzy trylogię o Tatianie i Aleksandrze czytali. Czytelnicy, którzy Jeźdźca nie znają również mogą przeczytać, bo to oddzielna, niezależna historia. Ale wydaje mi się, że cały urok tej książki będzie można dostrzec właśnie wtedy, gdy ma się już za sobą popularną trylogię Simons. Ja osobiście gorąco polecam.
Mały stosik na najbliższe dni

Mały stosik na najbliższe dni

Tak jak w tytule :) W ogóle ja ostatnio książek nie kupuję, jeśli już, to coś podręcznikowego, ewentualnie historycznego, i taka też jest jedna z książek, widocznych poniżej. Nie kupuję, bo kasy mi brak, co tłumaczy to, że tych stosikowych postów jest ostatnio mało i pojawiają się sporadycznie. Nie mam też zresztą gdzie nowych książek trzymać, już nawet robię książkową wyprzedaż (po prawej stronie ------> można zrobić klik i spojrzeć), niejedna osoba mnie więc pewnie zrozumie... 


Motyl Lisy Genovy to pozycja z biblioteki, dość długo na tę książkę czekałam w kolejce, a są i kolejni chętni... Nawet już ją przeczytałam i muszę przyznać, że te kolejki też wcale mnie nie dziwią :)
O krok za daleko Tiny Seskis to książka, która dotarła do mnie wczoraj, jest więc świeżutką pozycją na mojej półce, dostałam ją od portalu Zbrodnia w Bibliotece za kryminalnego posta, którego napisałam jakiś czas temu.
Przystań Julii Katarzyny Michalak również dostałam, tym razem jako wygraną w konkursie na blogu Kasi, zresztą tej książki chyba wielu z Was nie trzeba przedstawiać, czytać będę niebawem.
Posłaniec Markusa Zusaka to... nienowa książka. Wygrzebałam ją spod stosu swoich książek, ponieważ przeczytałam ostatnio wychwalającą pod niebiosa tę książkę recenzję, a u mnie stała prawie dwa lata nietknięta... wstyd. Zaczęłam ją czytać wczoraj wieczorem i zapowiada się ciekawie :) Czemu ja wcześniej po nią nie sięgnęłam, nie mam pojęcia...
No i Królestwa Merowingów Iana Wooda, czyli wspomniana wcześniej podręcznikowo-historyczna, ale za to z mojej dziedziny średniowiecza, nie będę Was prawdopodobnie zadręczać recenzją tej książki, chyba że ktoś baaardzo chce, to wtedy coś może skrobnę :)

A oddalając się trochę od tematu stosików, pewnie niektórzy z Was zauważyli, inni pewnie nie, od niedawna mój blog posiada konto na Google+, niepołączone co prawda z kontem tutaj na blogerze, bo jakoś nie odpowiada mi zmiana nicka; tych, którzy jeszcze nie obserwują, a chcą, zapraszam tutaj.
A od jeszcze "mniejszego niedawna" istnieje też profil na Instagramie, do którego długo nie mogłam się przekonać, ale w końcu jednak założyłam - jeśli ktoś z Was ma ochotę, również zapraszam do śledzenia tutaj :) (widnieje tam moja prawdziwa facjata, więc proszę się nie przestraszyć :P)
I w dalszym ciągu możecie mnie lubić na Facebooku, o tutaj :)
Odmieniec

Odmieniec

Autor: Philippa Gregory
Wydawnictwo Egmont, 2013
Liczba stron: 288
Odmieńca miałam w planach od dawna ze względu na nazwisko i osobę samej autorki. Od dawna jestem wielką fanką Philippy Gregory, szczególnie jej książek o Tudorach czy cyklu o wojnach kuzynów. Była więc to pozycja obowiązkowa, chociaż czułam, że ta książka będzie trochę inna od pozostałych - dziwne przeczucie... Ale mając ochotę na coś mniej wymagającego, uznałam, że Odmieniec będzie do tego doskonały.

Siedemnastoletnia Izolda traci ojca. To dla niej wielki smutek i strata, jednak po jego śmierci okazuje się, że ojciec pomyślał o własnej córce, nie dał jej jednak zbyt wielkiego wyboru: chociaż myślała, że odziedziczy połowę majątku, grubo się myli - musi albo wyjść za mąż za odpychającego człowieka, albo zamknąć się w klasztorze. Władanie majątkiem nie jest bowiem rolą kobiety, ten w całości ojciec przeznaczył dla jej starszego brata. Izolda postanawia więc, z bólem serca i nie mając większego wyboru, zostać przełożoną w klasztorze i zamknąć się w zimnych murach, chociaż nie ma żadnego doświadczenia w rządzeniu i sprawowaniu władzy nad zakonnicami. Jednak wkrótce po jej ślubach czystości zaczynają w klasztorze dziać się dziwne rzeczy, zakonnice mają halucynacje i opowiadają różne, czasem przerażające historie. Zostaje więc tam sprowadzony Luca Vero, równie młody co Izolda, ale obdarzony niezwykle bystrym umysłem człowiek, który ma wyjaśnić, co właściwie się tam dzieje i znaleźć ewentualnego winnego. Czy Luca sprosta swojemu zadaniu? Cóż, aby się o tym dowiedzieć, musicie sięgnąć po książkę...

Z samego już opisu tej powieści można wywnioskować, że jest ona raczej przeznaczona dla młodzieży. Nie pomyliłam się więc mając przedtem uczucie, że jest to coś innego. Bo tak jest w rzeczywistości, to nie jest powieść z tego typu, co Kochanice króla, Biała królowa czy saga o Laceyach... Ta jest zupełnie inna, pisana dla młodszych czytelników... Inaczej się też ją czyta. Śledząc tekst bowiem miałam wrażenie, że to wcale nie jest książka Philippy; to, że napisała ją ta akurat autorka zapomina się szybko. Na pewno wiedzą co mam na myśli ci, którzy tak jak ja znają książki Gregory, są przyzwyczajeni do trochę innej prozy... 

Dlatego chyba i oceniać ją powinnam w trochę innym świetle i z innej perspektywy. Bo jako książka dla młodzieży to doskonała literatura, fabuła osadzona w czasach, które uwielbiam, klimat średniowiecznych zamków i opactw przedstawiony doskonale, barwni (nawet bardzo!) bohaterowie, a intrygi (bo jest tam niejedna!) ciekawe. I osoby, które mają 10 lat mniej ode mnie na pewno ta powieść wciągnie, a może nawet zachwyci. To mogę zagwarantować, bo w końcu podpisana jest nazwiskiem autorki, na którą zawsze mogę liczyć i na której nigdy się nie zawiodłam. Dla czytelników trochę starszych Odmieniec jednak, chociaż trochę naiwny, trochę zbyt oczywisty, czasem nawet przewidywalny - nie powinien być jednak ostatecznie skreślany. Zawsze będzie dobry do tego, aby oderwać się od cięższej literatury, aby przeczytać coś lżejszego, a mimo wszystko wciągnąć się. A na pewno jest to lektura obowiązkowa dla fanów autorki, niezależnie od tego, w jakim się jest wieku.

Cóż, chociaż mam wrażenie, że z takich powieści, jak Odmieniec, już dawno wyrosłam, to jednak chciałabym sięgnąć i po kolejne części. Choćby po to, aby dowiedzieć się, co dalej wydarzyło się u znanych mi już bohaterów. Na pewno więc przypomnę sobie o nich, gdy nie będę wymagała od książki wiele i gdy będę miała ochotę na coś, co ode mnie samej nie będzie wymagało zbyt wiele uwagi. Polecam ją wszystkim, jednak każdy powinien podejść do niej indywidualnie i na pewno inaczej, w zależności od tego, w jakim aktualnie jest wieku.
W listopadzie, w polu, w sadzie, cicho, szaro, mgliście...

W listopadzie, w polu, w sadzie, cicho, szaro, mgliście...


Tak właśnie u mnie dzisiaj jest: cicho i mgliście. Wróciłam właśnie z wczesnopopołudniowego spaceru i żadne słowa lepiej tego nie opiszą. Nie ma się co oszukiwać, czas biegnie nieubłaganie, a ja nie mogę już tak naprawdę doczekać się Świąt Bożego Narodzenia... Jednak jeśli będzie płynął dalej tak szybko, jak teraz, święta przyjdą równie szybko :)

Październik zleciał mi trochę leniwie, a mimo wszystko na brak zajęć nie narzekałam i nie mam zamiaru narzekać również w listopadzie. Głównie za sprawą roku akademickiego, ale i "normalnych" książek do czytania mi nie brakowało i nie brakuje... Staram się co jakiś czas odpoczywać od książek historycznych i przeczytać coś innego, ale i tak do tej historii mnie ciągnie - to chyba najlepszy znak, że jednak dobrze wybrałam kierunek swoich studiów :) Biorąc pod uwagę to, ile czytania mam na zajęcia, to sześć książek, które przeczytałam w tym miesiącu to i tak sporo - mam nadzieję, że listopad będzie podobny... Poza tym listopad już domaga się rozwiązania pewnych innych, ale równie istotnych spraw w moim otoczeniu - mam nadzieję, że również mi się to uda :)
A jak tam u Was?

Przypominam również o mojej wyprzedaży książek, może znajdziecie coś ciekawego dla siebie, zaglądajcie TUTAJ, co jakiś czas będę tam umieszczać książki, którym stanie na mojej półce już się znudziło :)
Książki szukają nowego domu!

Książki szukają nowego domu!

Nie chcą już u mnie stać na półce, postanowiłam więc zrobić czystkę, bo potrzeba mi miejsca na nowe książki, które staną na miejscu tych oto. Wszystkie książki można kupić od razu albo pobawić się w licytowanie, jednak ceny naprawdę nie są wygórowane, więc zapraszam chętnych (klik na zdjęcie).

http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=16703301

W międzyczasie, zanim pojawi się jakakolwiek notka z recenzją (a ta powinna być jutro) można więc pobuszować wśród moich książek i może znaleźć coś dla siebie :)
Ósmy grzech główny

Ósmy grzech główny

Autor: Philipp Vandenberg
Wydawnictwo Sonia Draga, 2008
Liczba stron: 385
Philippa Vandenberga poznałam już wcześniej jako świetnego pisarza, nawiązującego głównie do historii. Wróciłam do niego teraz, mając ochotę na książkę ciekawą, z lekkim dreszczem emocji i do tego taką, którą przeczytam z niemałym zainteresowaniem. Trafiło na "Ósmy grzech główny".

Lukas Malberg przybywa do Rzymu, aby wycenić i kupić zbiór starych książek zubożałej markizy. Jest do doskonała okazja do tego, aby zarobić. Jednocześnie postanawia zobaczyć się ze starą przyjaciółką ze szkoły, Marleną. Jednak w dzień, gdy Marlena dzwoni do niego rano, aby umówić się na konkretne spotkanie, kilka godzin później Lukas znajduje ją utopioną w wannie w jej własnym mieszkaniu. Spotkanie z markizą natomiast również jest dość dziwne, kobieta chce jak najszybciej sprzedać księgozbiór, co wydaje się podejrzane, okazuje się również, że coś ją łączyło z Marleną... Śledztwo w sprawie dziewczyny zostaje szybko umorzone, a ona sama zostaje pochowana na cmentarzu anonimowo, do tego w asyście dostojników kościelnych. Tajemnice się mnożą, a Malberg niepostrzeżenie zostaje wplątany w sam ich środek jako osoba, mająca związek z zabójstwem... Co łączyło Marlenę ze Stolicą Piotrową?...

Autor po raz kolejny udowodnił, że potrafi pisać świetne książki. Wciąż jest jednak jednym z tych, na których nie zwraca się uwagi przy pierwszym spotkaniu, zupełnie niesłusznie. Tę książkę uważam za jeszcze lepszą niż tą, którą czytałam wcześniej... Znacznie więcej tu zwrotów akcji, mnóstwo tajemnic, które na pierwszy rzut oka zupełnie są ze sobą niezwiązane, autor świetnie łączy wątek kryminalny z najmniejszym państwem świata, Watykanem - jak się okazuje, zło istnieje nawet w takim miejscu i rozwija się tam całkiem dobrze. Bardzo spójnie to wszystko połączone jest z faktami historycznymi, czyta się naprawdę przyjemnie. Ale co tu dużo pisać: ta powieść po prostu trzyma praktycznie cały czas czytelnika w napięciu, a to się liczy. Do tego bohater jest jak najbardziej do polubienia, poznajemy wydarzenia również z jego własnej perspektywy, nie jest wszechwiedzący, popełnia błędy, a to czyni go tylko jeszcze bardziej realistycznym.

Naprawdę warto sięgnąć po książki Vandenberga, a na pewno warto po tę oto. Świetne spotkanie jak na pierwszy raz, i chociaż spotkałam się już lepszymi kryminałami, spotkałam się i z gorszymi, ta jest wyjątkowa, bo naprawdę potrafi wciągnąć, zaintrygować swoimi tajemnicami, zaciekawić Wiecznym Miastem, no i cały czas aż do ostatniej prawie strony zadajemy sobie pytanie: jak to się wszystko skończy?... A zakończenie zaskakuje. Polecam więc z całego serca!
Do you speak English?...

Do you speak English?...

Uczę się angielskiego od niepamiętnych czasów... Sama właściwie nie pamiętam, kiedy zaczęłam, chyba jeszcze na początku szkoły podstawowej, jeszcze przed wszystkimi, bo pamiętam, że chciałam, żeby rodzice zapisali mnie na prywatne lekcje. Pamiętam je do dzisiaj.

 
No właśnie, a dzisiaj? Skoro zaczęłam uczyć się bardzo wcześnie, a sama najmłodsza już nie jestem, to powinnam znać ten język perfekcyjnie. Bo po prywatnych lekcjach były szkolne w klasie, potem była szkoła średnia, matura również z angielskiego zdana na piątkę, a potem nawet przez dwa lata pracowałam, mieszkałam i uczyłam się języka w Wielkiej Brytanii. Zrobicie oczy i powiecie: wow, ona to musi ten język znać doskonale!... Hm, a właśnie, że... nie. Po powrocie do Polski całkowicie praktycznie znikł kontakt z tym językiem. Jedynym moim "kontaktem" było kilka słów na jakichś tam rozmowach kwalifikacyjnych, gdy sprawdzali znajomość... Bez komentarza...
Przez cały ten czas, począwszy mniej więcej od zdanej matury, aż do dziś, z przerwami, robiłam wielkie plany: zrobię certyfikat, będę miała papierek, potem może dalej będę się uczyć, aż będę mówić całkiem biegle i bez zastanawiania się... No właśnie, ale to były tylko plany... Dziś zastanawiam się: dlaczego? Dlaczego zawsze na myśleniu się kończyło?

Teraz mam angielski na studiach. Rozumiem ludzi tuż po maturze, którzy płynnie przeszli ze szkoły średniej na uczelnię i znajomość języka kontynuują niemalże bez jakiejkolwiek przerwy. Od mojej matury minęło już 10 lat, przez dziesięć lat myśl o certyfikacie była, potem nie było, i tak z przerwami. Pluję dziś sobie w brodę, bo to tylko i wyłącznie moja wina, bo gdybym miała ten papier, to jeden przedmiot na uczelni miałabym z głowy, nie musiałabym chodzić na lektoraty... A teraz i tak muszę skończyć te studia ze znajomością na poziomie B2... I wiem, jak się do tego zabrać, zawsze wiedziałam, wiem, co jest moim największym problemem, a co mocną stroną, wiem, jak urozmaicić naukę, zawsze jednak podziwiałam ludzi, niektórych z Was również, którzy regularnie się uczą, codziennie poświęcają na to jakiś czas, od kilkunastu minut do kilku godzin dziennie, którzy mają tę motywację i są na tyle zdyscyplinowani, aby nie znudzić się, nie przestać... Podziwiałam, i na podziwianiu się kończyło, bo sama nie potrafiłam się przemóc i wziąć za naukę. Dopiero te studia od jakiegoś czasu zmobilizowały mnie tak naprawdę do nauki, wyciągnęłam niedoczytane English Matters, wyciągnęłam zaczęte fiszki, wyciągnęłam mój ulubiony angielsko-angielski słownik... Tylko dlaczego dopiero teraz? Pluję sobie w twarz za to, ale mam nauczkę. Lepiej późno niż później. Albo wcale.


Podejrzewam, że gdybym się przyłożyła, poprzypominała, pouczyła słówek (które są moim największym problemem, o dziwo nie jest nią gramatyka), to zdałabym to FCE bez szemrania. Bo już dawno powinnam je mieć, ba, powinnam mieć jeszcze wyższy certyfikat z moją historią nauki angielskiego... I aż mi wstyd, jak czasem pomyślę o tym wszystkim. Ale temat podjęłam, bo to po pierwsze jeszcze większa motywacja, ale również dlatego, aby dowiedzieć się czegoś od Was. Uczycie się języków? Posiadacie certyfikaty? A może ktoś z Was posiada jakiś z angielskiego właśnie? I jak to jest z tą znajomością? O ile kwalifikację poziomów wg Rady Europy, czyli A1-C2 jeszcze można zrozumieć, to w CV na przykład bardzo często piszemy: angielski komunikatywny, angielski dobry, angielski biegły... Tyle że chyba każdy rozumie to inaczej... Bo spotkałam się nieraz z osobami, którzy deklarowali znajomość biegłą lub komunikatywną, a ledwo wydukali parę słów po niby-angielsku... Dla mnie znajomość komunikatywna to taka, gdy umiemy coś powiedzieć w miarę gładko, rozumiemy co do nas mówią i zazwyczaj nie brakuje nam słów. Ciekawa jestem, jak to u Was bywa? 

Materiałów do nauki nigdy mi nie brakowało, czytam od czasu do czasu książki po angielsku (i tu jest podwójna wartość, bo i nauka, i czytanie), uczę się z fiszek, prenumeruję English Matters, który uwielbiam, mam masę podręczników i słowników, leksykonów, a nawet podręcznik przygotowujący bezpośrednio do FCE... No ale jak widać, gdy nie ma chęci i motywacji, nie osiągnie się wiele. Trzeba chcieć, to wiadomo od dawna. Jak Wy się uczycie? Jak motywujecie?... Może ktoś ściągnie jakieś pomysły ode mnie, może ja coś wypatrzę ciekawego u Was?... No bo nie ukrywajmy, angielski, lepiej lub gorzej, znają teraz niemalże wszyscy... Czy wszyscy się uczą, z tym można polemizować (widzę to na własnym przykładzie), ale na pewno każdy, kto miał z tym językiem styczność, ma jakieś swoje zdanie na ten temat. Podzielcie się nim - może nie tylko ja wyciągnę z tego jakieś wnioski, ale i innym się przysłuży?
Uratuj mnie

Uratuj mnie

Autor: Guillaume Musso
Wydawnictwo Albatros, 2007
Liczba stron: 365


Dawno już nie miałam w rękach książki jednego z moich ulubionych autorów, może dlatego, że zostało mi ich już niewiele do przeczytania. Guillaume Musso zdobył moje serce już pierwszą powieścią, która wpadła w moje ręce i tak już pozostało do chwili obecnej... I aby oderwać się trochę od szarej rzeczywistości, sięgnęłam w końcu po "Uratuj mnie". Nie jest to nowość, chociaż autor sukcesywnie wydaje co jakiś czas nową książkę, teraz już chyba jednak nie pozostaje mi nic innego, jak sięgać właśnie po nie, bezlitośnie zmniejsza się bowiem ilość tych powieści, które mam jeszcze przed sobą...

Julliete jest młodą dziewczyną, Francuzką, mieszkającą w Stanach Zjednoczonych, które miały przynieść jej sławę dobrej aktorki i pieniądze. Nie udało się jednak... dziewczyna wynajmuje mieszkanie z koleżanką, a na czynsz zarabia jako kelnerka. Przychodzi więc dzień, kiedy Julliete postanawia wrócić do Paryża i ze spuszczoną głową powiedzieć: nie udało się... Ma jednak wyrozumiałych i kochających rodziców. Poza tym może to właśnie w ojczyźnie będzie mogła rozpocząć wszystko na nowo...
Sam natomiast jest lekarzem, pracuje w jednym ze szpitali nowojorskich. Jest też mieszkającym samotnie wdowcem, nie bardzo mającym ochotę zaangażować się ponownie w jakikolwiek związek, chociaż od śmierci żony minęło już sporo czasu... Od tamtej chwili Sam jest pracoholikiem, to w szpitalu spędza każdą wolną chwilę... 
Dwoje ludzi spotka się ze sobą wskutek zwykłego zbiegu okoliczności, a raczej małego wypadku, którego głównymi bohaterami będą właśnie Sam i Juliette - sekunda wcześniej czy później, a do spotkania w ogóle by nie doszło... Czy to zatem przeznaczenie? Być może, bo między obojgiem zaiskrzy od pierwszej chwili i mimo że początek ich znajomości będzie pełen kłamstw, Juliette 3 dni przed wylotem do Paryża spędzi z Samem najpiękniejsze chwile w swoim życiu, oboje nie będą odstępowali od siebie nawet na krok... Rozstanie natomiast będzie trudne zarówno dla Sama, jak i Julliette, jednak dziewczyna wsiądzie do samolotu, a chwilę później mężczyzna usłyszy w telewizji wiadomość o katastrofie. To jednak nie koniec opowieści, to dopiero początek tego wszystkiego, co wydarzy się w tej książce.

Czy naszym życiem rządzi przeznaczenie? Czy nasz los zależy tylko i wyłącznie od nas, czy jednak jest gdzieś zapisany i nie możemy go zmienić? To pytanie Sam będzie zadawał sobie często po spotkaniu Julliete, niebawem bowiem spotka kobietę, która będzie sądziła, że katastrofa lotnicza była czymś, co musiało się stać i że Julliete śmierć była pisana. Kim jest jednak ta tajemnicza kobieta i dlaczego w ogóle Sam ją spotkał?... 

Po "Uratuj mnie" spodziewałam się czegoś lżejszego, trochę oderwanej od rzeczywistości fabuły. Wiedziałam, że na Guillaume mogę liczyć. Nie myliłam się. A fabuła dosłownie oderwana jest od ziemi, ale to w książkach tego autora normalne i charakterystyczne. Za to właśnie go lubię, za odrobinę magii, trochę szaleństwa, to w powiązaniu z dość przyziemnymi i poważnymi sprawami czyni je bardziej znośnymi i akceptowalnymi. Bo osobiście uważam, że literatura, którą tworzy Musso, wcale nie jest leciutka jak piórko i słodka jak miód, że daje nam fajną historyjkę i poprawi humor. Musso niemalże zawsze podejmuje tematy nielekkie, takie, które muszą w naszej głowie przejść przez fazę większych lub mniejszych przemyśleń, pozostawić jakiś ślad. Inna sprawa, że robi to w sposób, który jest charakterystyczny właściwie tylko dla niego, oderwany trochę od rzeczywistości, niemalże w każdej jego książce jest odrobina magii. I to właśnie czyni magiczną niemalże każdą jego książkę, również "Uratuj mnie". Czy wierzycie w przeznaczenie i los zapisany gdzieś w gwiazdach? Do tej pory specjalnie się nad tym nie zastanawiałam, ale kto wie, może to, co się wydarzy, jest naprawdę gdzieś zapisane, każda nasza chwila w życiu ma jakieś znaczenie?

Musso polecam, głównie tym, którzy do tej pory mieli opory przed jego literaturą. Naprawdę warto sięgnąć po jakąkolwiek jego książkę. Jestem tego pewna na tyle, że mogę bez wyrzutów sumienia polecać nawet to, czego sama nie czytałam. O fanach autora nie wspominam, normalne jest, że po "Uratuj mnie" sięgną prędzej czy później. Bo to cudowna historia o ludzkich losach, o pięknej miłości i o przeznaczeniu, dzięki której choć na chwilę zapomnieć można o codziennych, przyziemnych sprawach.
Życie Charlotte Brontë

Życie Charlotte Brontë

Autor: Elizabeth Gaskell
Wydawnictwo Mg, 2014
Liczba stron: 613
Dokładnie rok temu, na początku października, wpadła w moje ręce biografia Charlotte pióra Eryka Ostrowskiego - Charlotte Brontë i jej siostry śpiące. W tym roku, w tym samym niemalże czasie, na początku obecnego miesiąca, przeczytałam kolejną biografię autorki, tym razem autorstwa Elizabeth Gaskell. To oczywiście wszystko zbieg okoliczności, ale dla mnie tak się już utarło, że jesień, a szczególnie październik to miesiąc Brontë... Szkoda, że kończą się już dzieła i samych sióstr, i o siostrach, które jeszcze mam do przeczytania...

Elizabeth Gaskell była pierwszą osobą, która podjęła się napisania biografii Charlotte Brontë. Poprosił ją o to sam ojciec pisarki po jej śmierci. Elizabeth była dość bliską przyjaciółką Charlotty, znała osobę, o której pisała, była z nią w bliskich i serdecznych kontaktach. Jest to bardzo cenne. Inna bowiem książka wyjdzie spod pióra autora, który o danej osobie wie tylko z opowiadań, listów, innych biografii, a zupełnie inna spod pióra kogoś, kto z osobą, o której pisze obcował, z którą wiele razy rozmawiał, z którą się przyjaźnił. Nic więc dziwnego, że Życie Charlotte Brontë jest uważane za fundamenty kolejnych biografii, wszystkiego tego, co powinno się lub chce się o rodzinie Brontë wiedzieć.

Trudno porównywać obie te biografie, zarówno Ostrowskiego, jak i Gaskell. Obie są inne, wręcz czasami skrajnie różne, a przecież opowiadają o jednej i tej samej osobie... Pierwszą książką byłam wręcz zafascynowana, czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem, czasem nawet nie mogąc się od niej oderwać. Książkę Gaskell czyta się już jednak inaczej. To prawda, że część faktów było już mi znanych, ale to nie o to chodzi - tutaj czytelnik nie czyta z wypiekami na twarzy, bo to nie tego typu książka, chociaż życie Charlotte na pewno nie było nudne i nieciekawe, chociaż spędzone z dala od miasta, na wsi. Tą książką trzeba się delektować tak samo, jak literaturą samej Charlotty. Ma się poczucie, że nadal jest się w jakimś wymyślonym miejscu, że spotyka się jakieś wyimaginowane przez autorkę postaci, chociaż co jakiś czas dopada nas myśl: przecież Charlotte była prawdziwa, tak samo, jak prawdziwe było jej rodzeństwo i plebania w Haworth. Niesamowite jest to, że czyta się tę książkę niczym dobrą powieść. A cenne jest również to, że pani Gaskell w swojej biografii w dużej mierze oparła się na ogromnej ilości listów, napisanych ręką Charlotte. Są to listy głównie do jej najlepszej przyjaciółki Ellen, ich jest najwięcej, ale nie tylko; pisarka korespondowała z wieloma osobami, m. in. z Elizabeth właśnie, ze swoimi wydawcami, dawnymi nauczycielkami w szkole, w której uczyła się, a potem uczyła sama razem ze swoimi siostrami... Listów tych jest cała masa i jakąś część ich możemy poznać dzięki książce Gaskell, a na pewno jest w nich ukryte również to, jaka była sama Charlotte, nic tak nie odzwierciedla człowieka jak pisane przez niego listy... Czytając je aż szkoda, że w dzisiejszych czasach ta forma komunikacji wręcz już zanikła, zastępowana przez maile, smsy i portale społecznościowe... wielka szkoda.

Życie Charlotte Brontë to jest obowiązkowa lektura dla tych, którzy kochają literaturę sióstr z plebanii w Haworth. Nic tak bowiem nie przybliży nam tego klimatu yorkshirskich wrzosowisk, które tak uwielbiała Emily, nic nie da nam tak dokładnego wyobrażenia o życiu na wsi, z dala od ludzi, które wiodły Charlotte, Emily i Anne... To jest biografia autorki, która również w tych czasach żyła, która znała osoby, o których pisała, miała więc możliwość stworzenia takiego obrazu, jakim był w rzeczywistości. A książka Eryka Ostrowskiego będzie, po tej, wręcz doskonałym uzupełnieniem... a więc nie pozostaje nic innego, tylko brać się za czytanie.


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mg

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli