Dziewczyny atomowe

Dziewczyny atomowe

Autor: Denise Kiernan
Wydawnictwo Otwarte, 2013
Liczba stron: 419
Zgodzilibyście się na pracę, nie wiedząc tak na prawdę dokładnie, co będziecie robić, w jakim miejscu pracować, do jakiego miejsca zostaniecie oddelegowani? Na pracę, w której proponują wam podwyżkę pensji, ale najlepiej, gdybyście o nic nie pytali, robili tylko to, co do was należy i przede wszystkim nie rozpowiadali o nowej pracy nikomu - ani rodzicom, ani znajomym, ani przyjaciołom?...

Celia dostała właśnie taką propozycję. Dostała propozycję pracy i podwyżkę, ale nie wiedziała tak naprawdę co będzie robić i gdzie pracować. Zgodziła się. Wsiadła do pociągu, nie znając miejsca, do którego ten pociąg zmierza - pełna obaw, ale i podekscytowania. Jej los w trakcie drugiej wojny światowej podzieliło wiele kobiet. Celia, Toni, Jane, Kattie, Virginia, Colleen, Dot i wiele innych - los tych kobiet połączyło miejsce, w którym zamieszkały i w którym pracowały. Miejsce, które nie istniało na mapie. Nie znały szczegółów swojego zajęcia oprócz niezbędnych informacji, potrzebnych do pracy oraz tego, że wszystkie one przyczynią się do zakończenia drugiej wojny światowej. Jednocześnie miejsce ich pobytu oraz sama praca były ściśle tajne - nie mogły wyjawić niczego znajomym ani najbliższym, nawet rodzicom. Nie mogły rozmawiać między sobą o tym, czym się zajmują. Wszystko dla dobra państwa i rychłego zakończenia wojny.

Miejscem tym było Oak Ridge w stanie Tennesse. Miejsce specjalnie stworzone do tego, aby zrobić tam tajną wojskową placówkę, otoczoną drutem kolczastym. Nikt bez przepustki nie mógł być wpuszczony na teren Zakładów Technicznych Clinton. Mimo wszystko ludzie z całej Ameryki ściągali do Oak Ridge, aby pracować przy tajnym projekcie, chociaż tak naprawdę nikt z tysięcy pracowników nie znał szczegółów swojej pracy. Każdy z nich przed rozpoczęciem pracy prześwietlony był wzdłuż i wszerz, sprawdzony pod względem zaufania - praca była jedynym tematem, który ich wszystkich łączył, a o którym nie wolno im było rozmawiać absolutnie z nikim. Najlepiej robić swoje i w ogóle nie zadawać żadnych pytań. Trudne? Nie dla pracowników Zakładów Technicznych Clinton.

Już po samym tytule łatwo się domyślić nad czym pracowali ludzie w Oak Rigde. Bardzo możliwe, że wiele z was słyszało już o Projekcie Manhattan, zmierzającym do konstrukcji i produkcji bomby atomowej, która w początkach sierpnia 1945 roku spadła na Hiroszimę i Nagasaki. Sama praca jednak w Zakładach Technicznych Clinton polegała na rozszczepianiu izotopów uranu, wzbogacony w ten sposób uran wykorzystywano później jako paliwo do bomby atomowej. Faktem jest również, i to potwierdza już sama historia, że mieszkańcy Oak Ridge naprawdę przyczynili się do zakończenia drugiej wojny światowej.

"Zbliżyła je wojna. Spotykały się w bursach i na tańcach, w pracy i w autobusach. 
Ale ich starania i wysiłki łączyło jeszcze jedno niewidoczne ogniwo, 
którego nazwy nikt nie mógł wypowiedzieć na głos - uran" 
(str. 241)

Jednak ta książka to nie tylko dawka historii - to głównie historia ludzi, a przede wszystkim kobiet, które odważyły się na ten krok, na pracę w nieznanym miejscu w nie wiadomo jakim celu. Historia każdej z tych kobiet, bo właśnie kobiet pracowało tam najwięcej, jest inna, ale każda jest niepowtarzalna i godna powtórzenia następnym pokoleniom. Dla wielu z nich Oak Ridge stało się z czasem domem, wiele z nich zostało tam nawet po wojnie, bo nie wyobrażały już sobie życia w innej społeczności. Oak Ridge w stanie Tennessee stało się z czasem pełnoprawnym miastem, chociaż miastem tak naprawdę było już podczas drugiej wojny światowej - bo miasto to przede wszystkim ludzie, społeczność.

Wiele z nas pewnie spojrzy na tę historię też z innej perspektywy, w końcu ludzie ci przyczynili się do tego, że w wyniku wybuchu bomby zginęło tysiące ludzi, że dały początek broni jądrowej, która niszczy na swojej drodze wszystko, nie patrząc na nic. Takie to dobre? Niekoniecznie, pamiętać należy jednak, że II wojna światowa zabrała za sobą wiele ofiar z każdego niemalże kraju na naszej planecie... My nie przeżyliśmy nigdy nic takiego, ale postawmy się w położeniu tych kobiet, które pracowały w CEW... One tak naprawdę nie wiedziały, nad czym pracują, obiecano im tylko rychłe zakończenie wojny - wojny, która zabrała im synów, mężów, braci, spośród których wielu nie wróciło już nigdy do domu...

Nie sądziłam, że ta książka tak mi się spodoba. Chociaż sporo w niej faktów historycznych, sporo pojęć chemicznych i fizycznych, to jednak historia Celii, Toni, Colleen i wielu innych "atomowych dziewczyn" wciąga do tego stopnia, jakby to była niesamowita powieść. Pamiętać należy jednak, że to nie jest fikcja literacka, za to non-fiction w najlepszym moim zdaniem wydaniu. Nie poszło na marne siedem lat żmudnego zbierania informacji przez autorkę, przeprowadzania wywiadów, wielu spotkań i rozmów na ten temat. Dzięki temu powstała naprawdę wartościowa książka.
Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich

Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich

Autor: M. Gutowska-Adamczyk
Wyd. Nasza Księgarnia, 2012
Liczba stron: 465
Każdy chciałby podróżować. I niemalże każdy ma jakieś marzenia związane z podróżami do miejsc, których jeszcze nie zna, a bardzo chciałby poznać. Jednym z moich największych marzeń zawsze był Paryż. Miasto, które wciąż jest dla mnie nieosiągalne, chociaż mam nadzieję, kiedyś się to zmieni. Każdy z nas jednak naprawdę może podróżować gdzie tylko chce i to przy minimalnym nakładzie finansowym... Jak? Oczywiście za pomocą książek. Do Paryża w ten sposób pierwszy raz przeniosłam się sama już nie pamiętam kiedy, ostatni raz jednak było to wraz z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk i książką "Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque". Co ciekawsze, przeniosłam się wtedy nie tylko do Paryża, ale również w czasie. "Róża z Wolskich", tej samej autorki, pozwoliła mi teraz odbyć taką podróż jeszcze raz. Czy tym razem nudniejszą, bo już przecież wszystko znałam? Absolutnie nie!

Małgorzata Gutowska Adamczyk znana jest przez czytelników z głośnej i bardzo popularnej serii "Cukiernia pod Amorem". Całkiem słusznie, że większość osób kojarzy ją właśnie z tym cyklem. Nie sądźcie jednak, że dzięki "Podróży do miasta świateł" zapomnicie o cukierni na amen. O nie! Pamiętacie Igę? Iga powróci do nas jako mężatka i właścicielka hotelu, która za wszelką cenę chce ocalić od kradzieży jedyny obraz Rose de Vallenord, jaki posiada - portret Tomasza Zajezierskiego. W dziwnych okolicznościach bowiem znikają ostatnio z muzeów obrazy słynnych malarzy, głównie Rose właśnie. Dlaczego ktoś interesuje się właśnie tą malarką? I czy w hotelu rzeczywiście wisi oryginał obrazu i Iga ma się czego obawiać, czy to tylko doskonała kopia? Odpowiedzi na to pytanie poszuka historyczka sztuki Nina, która decyduje się sama wyruszyć do stolicy Francji śladem słynnej malarki, która swego czasu uwiodła hrabiego Zajezierskiego.

Czy podróż Ninie się uda, tego nie jestem w stanie powiedzieć. Na pewno jednak uda się czytelnikowi, który przeniesie się nie tylko geograficznie, ale i w czasie, do dziewiętnastowiecznego Paryża czasów belle epoque. Powieść bowiem pisana jest podobnie, jak poprzednia słynna "Cukiernia pod Amorem" - z dwóch perspektyw - teraźniejszości (okiem Niny) oraz przeszłości (okiem Róży). Różę poznajemy jako dziewięcioletnią dziewczynkę, która wraz z matką, na zaproszenie wuja Izydora, przyjeżdża do Paryża na leczenie. Bo Róża jest niemową - nie wiadomo, czy z własnego wyboru, czy taka po prostu jest, matka bowiem cały czas wierzy w to, że córka zacznie mówić. Różę poznajemy więc w dość wczesnych latach jej życia, jednak zostaniemy z nią już na stałe, będziemy śledzić jej dzieciństwo i młodość, marzenia, talenty, ale i rozterki i troski. Wszędzie gdzieś w tle jednak zawsze będzie pojawiała się Krystyna Wolska - jej matka, która chce rządzić życiem swojej córki.

Niby Róza oraz współczesna Nina nie mają ze sobą wiele wspólnego, jedna malarka, druga historyk sztuki, to jednak gdy się głębiej przyjrzeć... są do siebie bardzo podobne. Obie dorastały jedynie z matką, zaborczą, której najlepiej byłoby gdyby się całkowicie podporządkowały i przyjęły los, który im obmyśliła. Obie posłuszne do czasu, później się buntują, chcąc spełniać własne marzenia i rozwijać talenty - obie bowiem mają ten sam talent. Czy Nina dojdzie do tego, jak bardzo podobna jest do Rose de Vallenord? Tego niestety nie jestem Wam w stanie powiedzieć - odkryje to przed nami zapewne druga część książki, która swoją premierę będzie prawdopodobnie miała pod koniec tego roku. Oj, jak długo muszę czekać na kontynuację...

Bo powiem szczerze, byłam zła, rozczarowana i nie wierzyłam w to, że... nie poznam dalszych losów zarówno Róży, jak i Niny. Że nie teraz, natychmiast dowiem się, co było dalej, jak potoczą się losy obu tych kobiet. Wciąga zarówno historia słynnej malarki, jak i Niny. Wciąga ogromnie obraz Paryża końca dziewiętnastego wieku, mimo że ten Paryż wciągnął mnie już dawno temu, tutaj to zrobił ponownie. Jak cudownie byłoby żyć w tamtym mieście w tamtym czasie... Mimo że sama Polska była pod zaborami, mimo że w Europie wciąż ktoś ze sobą walczył - mimo tego wszystkiego chciałabym choć na chwilę tam się przenieść. Szkoda, że nie możemy zobaczyć tamtego miasta na własne oczy, bo musiało być naprawdę piękne. Jednocześnie trzeba chyba bardziej docenić historię zarówno Polski, jak i Europy, bo tamte czasy już nie wrócą, chociaż dzięki takim powieściom można bezpiecznie przenieść się w tamten świat. Bo "Podróż do miasta świateł" to nie tylko historia dwóch kobiet, to również doskonała lekcja historii, kultury i obyczajów, nie tylko Paryża, nazywanego zresztą słusznie w tamtych czasach stolicą całego świata. Jest to także lekcja historii naszego kraju - a nasza historia jest naprawdę ciekawa...

Z niecierpliwością czekam więc na dalszy ciąg tej powieści. I wcale nie żałuję tego, że będąc jakiś czas temu w księgarni, zdecydowałam się "Różę z Wolskich" kupić. Druga część na pewno, tak samo jak pierwsza, mimo że nie będę miała pewnie już miejsca na półkach, zagości w mojej domowej bibliotece - na takie książki bowiem zawsze znajdzie się miejsce. Małgorzata Gutowska-Adamczyk jest niezwykłą pisarką, bo potrafi zaczarować czytelnika - zaczarowała mnie zarówno "Cukiernią pod Amorem", jak i pięknym albumem o Paryżu, tak i teraz tą powieścią. Cóż więc jeszcze mogę napisać?...
Punkt Borkmanna

Punkt Borkmanna

Autor: Håkan Nesser
Wydawnictwo Czarna Owca, 2012
Liczba stron: 320
Håkana Nessera nie muszę Wam już przedstawiać. Od jakiegoś czasu dość często gości na moim blogu i nie mam zamiaru tego zmieniać. Od pierwszej przeczytanej bowiem książki zdobył moją wielką sympatię i stał się jednym z ulubionych pisarzy. Jego książki czytać więc będę i będę Wam je recenzować, bo uważam, że jest jednym z najlepszych skandynawskich (ale nie tylko) autorów.

"Punkt Borkmanna" jest drugą powieścią z serii o komisarzu Van Veeterenie. No i oczywiście, jak na kryminał przystało, musi być morderstwo. Tutaj trupów będzie aż dwa, a może nawet więcej?... Pewnego dnia bowiem, niedaleko lasu, zostają znalezione zwłoki Ernsta Simmela - dość bogatego potentata nieruchomości. Policja od razu łączy tą zbrodnię z inną, która miała miejsce dwa miesiące temu, gdy w identyczny sposób zginął przestępca i były skazaniec. Morderstwa dokonano w identyczny sposób - sprawca użył siekiery i niemalże obu ofiarom odrąbał głowę. Do śledztwa włącza się na polecenie przełożonego właśnie komistarz Van Veeteren, przebywający aktualnie na urlopie nieopodal miejsca wydarzeń - ma pomóc tamtejszej policji w ujęciu sprawcy. Musi zrobić to szybko, ponieważ nie wiadomo tak naprawdę, czy szaleniec znowu nie uderzy. Problemem jest również to, że sprawca pozostał praktycznie niezauważony, a świadków jest niewielu. Jego sprzymierzeńcem bez wątpienia była późna nocna pora. Do tego, tuż po rozpoczęciu śledztwa, znika bez śladu jedna z policjantek...

Håkana Nessera znam przede wszystkim z jego dość popularnej serii kryminalnej o inspektorze Gunnarze Barbarottim - jednym z moich ulubionych bohaterów. Tutaj jednak po raz pierwszy dostałam kogoś innego - Van Veeterena. I o dziwo to właśnie ta saga kryminalna autora powinna być bardziej znana miłośnikom kryminałów - powstała jako pierwsza. Ja jednak, choć miałam to w planach od dawna, poznałam komisarza Van Veeterena dopiero teraz i... znowu kolejny bohater zdobył moją sympatię. Ale nic dziwnego. Do Nessera mam słabość, a poza tym to nie moja wina, że tworzy właśnie takich, a nie innych bohaterów. Chociaż komisarza w tej powieści zbyt dobrze nie poznamy (nie wiem, może autor dawał jakieś wskazówki w pierwszym tomie, którego jeszcze nie czytałam, a może czytelnik będzie go poznawał stopniowo w kolejnych częściach), to jednak u mnie osobiście zdobył sympatię dialogami i podejściem do pracy. Cóż... ale tak jak napisałam, jak mam słabość do autora i jego bohaterów.

"Punkt Borkamnna" to książka (więc podejrzewam, że i cała seria) trochę inna od poprzedniego czytanego przeze mnie cyklu o Barbarottim. Nessera jednak uwielbiam za styl, nie do podrobienia, i za klimat jego powieści - a to pozostaje niezmienione. Tutaj nie ma akcji, która by pędziła, w której wydarzenia gonią wydarzenia - to nie Nesser. Nesser to tajemniczość, akcja nieśpieszna, spokojna, ale zmierzająca do ostatecznego rozstrzygnięcia. Nesser to trochę depresyjny ogólny klimat wśród policjantów, trochę ponury i dość poważny, ale nie brak w nim ironii i niekiedy nawet humoru, a już na pewno zaangażowania w sprawę. Taki jest Nesser, zawsze z jakąś, mniejszą lub większą tajemnicą wiszącą gdzieś w powietrzu i znowu zaskakującym zakończeniem - bardzo zaskakującym, szczególnie tutaj. Czytelnik do ostatnich chwil nie podejrzliwa absolutnie nic.

Ja po książki autora mogę sięgać w ciemno - wiem to od dawna i tak też będę robić. Na pewno też poszukam pierwszej części tego cyklu, a potem pewnie i kolejnych - bo wiem, że mnie nie zawiodą. Chociaż sam komisarz Van Veeteren będzie musiał się sporo napracować, aby dorównać Barbarottiemu, to jednak od razu znalazł się na dobrej ku temu drodze - jak będzie dalej - zobaczymy. A Håkan Nesser jest obowiązkowym punktem dla każdego czytelnika, który śmie się nazywać fanem kryminału - więc jeśli jeszcze go nie znacie, to trzeba to jak najszybciej nadrobić.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Piastowie. Wędrówki po Polsce pierwszej dynastii

Piastowie. Wędrówki po Polsce pierwszej dynastii

Autor: Sławomir Koper
Wydawnictwo Bellona, 2013
Liczba stron: 440
Tak się składa, że historia średniowiecza zawsze była moim ulubionym okresem w całej historii Polski. Nie mogłam się więc doczekać, kiedy "Piastowie" znajdą się na mojej półce, chociaż początkowo miałam w planach odłożyć tę książkę na później, na "za jakiś czas". Jednak gdy w końcu dostałam ją w swoje ręce... cóż, przepadłam. Dosłownie. Bo wołała do mnie i wołała, abym od razu zaczęła ją czytać, a i ja się jakoś specjalnie temu nie opierałam.

Kim byli Piastowie to chyba wie każdy. Była to pierwsza panująca w Polsce dynastia, jedyna polska dynastia. Każdy z nas słyszał o Mieszku I, pierwszym władcy naszego kraju, chociaż sam ród Piastów sięga o wiele wcześniej. Pamiętacie legendę o Popielu, którego zjadły myszy? Jego miejsce ponoć zajął Piast, który z kolei pozostawił po sobie trzech spadkobierców: Ziemowita, Leszka i Ziemomysła. Chociaż opowieść o Popielu można bez wątpienia potraktować tylko i jedynie jako legendę, to jednak imiona trzech książąt-braci są już zapewne prawdziwe. Tak właśnie rozpoczyna się panowanie w Polsce tego rodu. Jak daleko wstecz sięgają dzieje dynastii, tego nie wie nikt, a historycy muszą zadowolić się domysłami. Faktem jest jednak, że dynastia Piastów była jedyną polską dynastią, jej panowanie zakończył Kazimierz Wielki w drugiej połowie czternastego wieku, nie doczekawszy się potomka. Należy pamiętać jednak, że wraz ze śmiercią Kazimierza ród nie wymarł. Nadal żyli Piastowie mazowieccy i przede wszystkim śląscy, tak więc samo istnienie dynastii sięga nawet do końca siedemnastego wieku.

Jak mówi nam już sam podtytuł, "Piastowie" to nie jest zwykła książka historyczna w formie wykładu, zawierająca suche fakty. Jest to wędrówka po Polsce i miastach, z którymi ta dynastia była bezpośrednio lub pośrednio związana. Ale to jeszcze nie wszystko, bowiem jest ona napisana w formie opowieści, autor podróżuje wraz z synem Grzesiem i to jemu opowiada o najsłynniejszym polskim rodzie. Znajdziecie więc tu nie tylko same fakty i wydarzenia, ale również ciekawe dialogi między ojcem i synem. Książka ta, co mnie ogromnie cieszy, napisana jest tak, aby nie nudzić, ale przede wszystkim zainteresować - miejscami, o których czasem wiemy niewiele albo wcale, ale i związanymi z nimi postaciami z naszej dawnej historii. I mimo że sama książka, jak wskazuje opis na okładce, jest przeznaczona przede wszystkim młodym czytelnikom, to jednak i starsi znajdą w niej coś dla siebie - jestem doskonałym przykładem. Ja sama czytałam tę książkę niczym dobrą, ba! bardzo dobrą powieść, zupełnie tak, jak czyta się zwykłą fikcję literacką. A że pochłonęłam ją w dwa dni przy wszystkich domowych obowiązkach i chodząc jeszcze przy tym do pracy - cóż, ten fakt świadczy chyba sam o sobie.

Dodatkowo wzbogacona jest ona w liczne fotografie, które  przybliżają nam same miejsca, związane z Piastami. Cudownie byłoby się wybrać samemu w taką wycieczkę (chociaż potrzeba by było pewnie na to kilku tygodni), ale dzięki tej książce niejako możemy to marzenie spełnić - to jest nie tylko historyczna publikacja, ale i doskonały przewodnik po naszym kraju. Ci, którzy naprawdę interesują się historią średniowiecza mogą znaleźć w niej niewiele ciekawostek i faktów, o których wcześniej nie wiedzieli, jednak jestem pewna, że kilka na pewno takich się znajdzie. Ja sama do takich osób należę, a mimo wszystko ta książka podoba mi się bardzo. Dla tych, którzy historią interesują się niewiele albo w ogóle, ta książka jest jeszcze lepsza, bo czyta się ją naprawdę szybko, ale przede wszystkim nie nudzi - a przy tym można się wiele nauczyć. Wszystko to w łatwy, przyjemny i jak najbardziej przyswajalny sposób, nierzadko z humorem lub pewną ironią.

Sławomir Koper, choć znany jest głównie z publikacji na temat PRL-u i okresu II Rzeczypospolitej, to jednak ma na swoim koncie również inne publikacje, zajmuje się bowiem nie tylko historią najnowszą i średniowieczem, ale i starożytnością. Nie ukrywam jednak, że mnie zawsze na pierwszym miejscu będą interesować wieki średnie i z chęcią sięgnęłabym po inne jego książki z tym okresem związane. Mam nadzieję, że mi się to kiedyś jeszcze uda i do autora wrócę. A do "Piastów" zachęcam - dzięki takim autorom łatwo się przekonać do historii oraz do tego, że wcale nie musi być ona nudna.
Stosik wakacyjny [#20]

Stosik wakacyjny [#20]

No cóż, książek mi trochę przybywa, regularnie coś wypożyczam z biblioteki, coś przyjdzie pocztą do recenzji, a nawet coś czasem uda mi się wygrać :-)
Tak więc oto dziś będzie kolejny post z serii stosikowej:


"Piastowie" Sławomir Koper - książka wygrana na blogu Pasje i fascynacje..., z tej książki ogromnie się cieszę, a niebawem pojawi się jej recenzja;
"Dynastia Tudorów. Król, królowa i królewska faworyta" Anne Gracie - przeczytana niedawno, można o niej bliżej poczytać tutaj;
"Punkt Borkmanna" Hakan Nesser - wypożyczona z biblioteki, aktualnie na tapecie;
"Upalne lato Kaliny" Katarzyna Zyskowska-Ignaciak - recenzowana ostatnio, jak niektórzy mogli zauważyć, recenzja znajduje się tutaj;
"Studnia bez dnia" Katarzyna Enerlich - kupiona, nie mogłam się powstrzymać :-)
"Katarzyna Wielka. Gra o władzę" Ewa Stachniak - jak wyżej :-)

Dwie ostatnie książki to efekt promocji w Matrasie, bo czyż mogłabym się oprzeć obniżkom cen nawet o połowę? Oczywiście nie :-) Postanowiłam nie zwracać uwagi na to, że nie mam już miejsca na półce i nie mam gdzie tych książek stawiać...

I jak Wam się podoba mój stos? :-)

Upalne lato Kaliny

Upalne lato Kaliny

Autor: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Wydawnictwo Mg, 2013
Liczba stron: 276
Pamiętacie "Upalne lato Marianny"?... Książka ta miała swój czas, czas zresztą bardzo dobry, we wszystkich księgarniach, a na blogach zbierała prawie same superlatywy. Napisałam "prawie", ponieważ ja sama tą książką zachwycona zbytnio nie byłam - spodziewałam się czegoś innego, lepszego, i może miałam zbyt duże oczekiwania, skoro się tylko rozczarowałam?... Cóż, tak mogło być. Nie zmieniło to jednak faktu, że gdy zobaczyłam w zapowiedziach wydawnictwa Mg drugą część owej sagi, naprawdę się ucieszyłam i pomyślałam, że miło by było poznać dalsze losy bohaterów poznanych wcześniej, bohaterów, którzy byli przecież w tamtej książce jedną z najważniejszych zalet.

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak postanowiła jednak pójść o krok dalej i bohaterką swej drugiej książki z tej serii uczynić Kalinę. Kalina jest córką Marianny - kobietą już dorosłą, która jest zarazem mężatką i matką. Pomyślicie sobie pewnie, zresztą jak ja: a gdzie tamci bohaterowie? Co się z nimi stało, jak potoczyły się ich losy? "Upalne lato Marianny" przecież zakończyło się w chwili, gdy w kraju wybucha druga wojna światowa, nie mówiąc już o tym konkretnym zakończeniu książki, które wręcz powala czytelnika... Co więc z tym wszystkim?.... Cóż, nie martwcie się - na wszystko znajdzie się odpowiedź.

Kalina jest chłopczycą, mimo że już dorosła i mająca męża i dziecko, nigdy nie uważała siebie za atrakcyjną, a o swój wygląd też specjalnie nie dbała. Obecnie wraz z mężem i przyjaciółmi spędza urlop w Zakopanem. Mąż Jerzy może w końcu spokojnie napisać swoją pracę naukową, Kalina ma zamiar korzystać w uroków gór. Córka Kaliny zostaje w Kamieńczyku (tak!, wrócimy do Kamieńczyka) razem z Gabrysią. Pamiętacie Gabrysię? Na pewno. Gabrysia to jedyna bohaterka poprzedniej części, która pojawia się również w tej książce. Bohaterka, którą bardzo, bardzo polubiłam. Jest już jednak po wojnie. Nie ma już tamtego dworku, w którym wychowywała się Marianna. Kalina też na dobrą sprawę nie znała tak naprawdę swej matki - zawsze otoczona tajemnicą, żyła dla miłości, nie ucząc tej miłości własnej córki. Nikt tak naprawdę nie poznał Marianny i prawdy o tym, co przeszła podczas wojny. Kalina więc nigdy tak naprawdę nie była wychowywana przez rodziców, którzy pojawiali się w domu raczej od święta. Dorastająca więc z Gabrysią, nadal jest tym małym, skrzywdzonym dzieckiem. Urlop w Zakopanem jednak będzie szansą, aby Kalina w końcu odnalazła siebie. Czy jej się to uda?

"Upalne lato Kaliny" to odrębna powieść, mimo że niektórymi wątkami nawiązuje do poprzedniego tomu. Można więc te dwie książki czytać niezależnie od siebie. Przecież nawet już bohaterowie nie są Ci sami - jak wspomniałam wcześniej. Jednak - dla tych, którzy początkowo byli tym rozczarowani, tak jak ja - bez obaw, bowiem i tutaj jest dla nich miejsce. Chociaż raczej się o nich wspomina, dowiemy, co się stało podczas wojny, jak ze wszystkim poradziła sobie Gabrysia, Aleksander, pani Leokadia... Faktem jest, czytelnicy pierwszej części na początku tej książki zadają sobie mnóstwo pytań - na wszystkie te pytania jednak z czasem otrzymają odpowiedź.

Rozczarowana historią Marianny byłam naprawdę zaskoczona, gdy doszłam do wniosku, że "Upalne lato Kaliny" robi na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Ta historia jest po prostu piękna, chociaż na pewno nie wesoła i dobrze się kończąca. Niestety (albo i stety). Dzieje wojenne Marianny powoli odkryją przed nami swoje tajemnice, ale "Upalne lato Kaliny" to nie tylko historia powojenna Marie (jak nie raz była przez bliskich nazywana), bo także innych bohaterów - Gabrysi, pani Maryli, właścicielki zakopiańskiego pensjonatu, pana Aleksandra czy w końcu Kaliny. To zlepek kilku historii, pięknych, ale nie zawsze radosnych. I nie raz pewnie łza zakręci się w oku niejednemu czytelnikowi.

Zaletą poprzedniej części są nie tylko bohaterowie, ale i zakończenie. Tutaj jest dokładnie tak samo. Po raz kolejny autorka zaskoczyła mnie zakończeniem, które pozostawia znowu wiele pytań bez odpowiedzi. Mam nadzieję, że  te odpowiedzi poznamy w kolejnej części sagi - oby taka powstała, bo nie wyobrażam sobie innego rozwiązania...

Upalne lato Marianny | Upalne lato Kaliny

Za powieść bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mg

Must have po raz kolejny, czyli najbliższe książkowe premiery

Dawno już u mnie nie było posta z nowościami i nabliższymi premierami, chociaż przeglądam strony regularnie w poszukiwaniu nowych tytułów. Co tym razem jednak mnie zainteresowało? Coż, nie ukrywam, i to chyba widać po dzisiejszych książkach, że głównie interesują mnie pozycje jakkolwiek związane z historią... I dzisiejszy post ma w tym odzwierciedlenie. No ale nie tylko :-) Sami zresztą zobaczcie :-) Może i Wy znajdziecie tutaj u mnie coś ciekawego dla siebie :-)


"W imię miłości" Katarzyna Michalak
Premiera: sierpień 2013

Od czasów „Ani z Zielonego Wzgórza” nie było tak wzruszającej książki!
Trzymająca w napięciu historia o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi, potrzebie bycia kochanym, tęsknocie za prawdziwą rodziną i o tym, że cuda się zdarzają.
Edward, właściciel pięknego starego domu na Jabłoniowym Wzgórzu, nie przeczuwa rewolucji, która nagle nastąpi w jego życiu. Rewolucja ma na imię Ania, ma dziesięć lat i właśnie straciła wszystko… Tajemnica z przeszłości zmusi mężczyznę do postawienia pytań o to, co naprawdę jest ważne i czy w jego życiu jest miejsce na rodzinę. Książka zaskoczy bogactwem emocji i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Ogromna ilość wzruszeń gwarantowana!

"Kobieta ze znamieniem" Håkan Nesser
Premiera: sierpień 2013

Czwarty tom znakomitej i wielokrotnie nagradzanej serii kryminalnej o komisarzu Van Veeterenie
Mężczyzna w średnim wieku zostaje zamordowany w swoim domu – sprawca oddał do niego dwa precyzyjnie wymierzone strzały. Wcześniej ofiara była dręczona tajemniczymi telefonami: ktoś anonimowy odtwarzał znajomą, choć przywołującą nieprzyjemne skojarzenia melodię. Wkrótce w identyczny sposób ginie kolejny mężczyzna. Komisarz Van Veeteren i jego zespół muszą rozszyfrować przeszłość ofiar. Poszlaki są skąpe. Czy uda im się uprzedzić kolejny ruch zabójcy?

"Dynastia Tudorów. Królowa traci głowę" Elizabeth Massie
Premiera: sierpień 2013

W Anglii panuje zamęt. Ciągnący się spór z papieżem w sprawie unieważnienia małżeństwa z Katarzyną Aragońską sprawia, że Henryk VIII coraz bardziej skłania się ku Reformacji. Ustanowienie nowego arcybiskupa jest krokiem, który doprowadzi do zawarcia dawno wyczekiwanego ślubu z Anną Boleyn. Na herbach inicjały „H&K’ zastępowane są nowymi, w których przeplatają się litery „H&A”. To tylko początek nadchodzących zmian. Katarzyna, pozbawiona królewskiego tytułu, zostaje odesłana z dworu i umiera wkrótce po narodzinach pierwszego dziecka nowej królewskiej pary, księżniczki Elżbiety. Wszyscy poddani muszą złożyć przysięgę lojalności wobec Henryka, który zostaje głową nowego kościoła. Od tej chwili każde wystąpienie przeciwko królowi albo nowej religii będzie surowo ukarane.  Mijają miesiące, a Henryk wciąż czeka na narodziny syna, powoli tracąc cierpliwość. Anna wie, że nie pozostało jej wiele czasu… Doskonała powieść oparta na drugim sezonie nakręconego z rozmachem serialu The Tudors, nadawanego w wielu krajach i kilkukrotnie nagrodzonego nagrodą Emmy®, telewizyjnym odpowiednikiem Oscarów®.  Opowiada o burzliwym związku króla Henryka VIII z Anną Boleyn, od zawarcia długo wyczekiwanego małżeństwa aż do jego dramatycznego końca.

"Obłęd '44" Piotr Zychowicz
Premiera: lipiec 2013

Apogeum tego obłędu była decyzja o wywołaniu Powstania Warszawskiego. Zryw ten, choć bohaterski, nie miał najmniejszych szans powodzenia. Spowodował za to gigantyczne straty: zagładę 200 tysięcy Polaków, zburzenie stolicy – wraz z bezcennymi skarbami kultury – i zniszczenie AK. Jedynej poważnej siły, która mogła się przeciwstawić sowietyzacji Polski. Było to spektakularne, ale bezsensowne samobójstwo. Powstanie warszawskie okazało się najlepszym prezentem, jaki mógł sobie wymarzyć Stalin.Piotr Zychowicz jest publicystą historycznym. Pisze o drugiej wojnie światowej, zbrodniach bolszewizmu i geopolityce europejskiej XX wieku. W swoich koncepcjach nawiązuje do idei Józefa Mackiewicza, Władysława Studnickiego, Stanisława Cata-Mackiewicza oraz Adolfa Bocheńskiego. Był dziennikarzem „Rzeczpospolitej” i tygodnika „Uważam Rze” oraz zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „Uważam Rze Historia”. Obecnie redaktor naczelny miesięcznika „Historia Do Rzeczy”. Warszawiak, absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.REBIS wydał jego bestseller Pakt Ribbentrop–Beck, który wywołał nie słabnącą dyskusję, czy we wrześniu 1939 r. Polska nie powinna była zawiązać tymczasowego sojuszu z III Rzeszą. Tytuł ten „Magazyn Literacki KSIĄŻKI” uznał za historyczną Książkę Roku 2012.

"Droga lodowa" Stefan Waydenfeld
Premiera: lipiec 2013

Dramatyczna podróż ze stalinowskich obozów pracy do wolności.
"Droga lodowa" to porywająca opowieść Stefana Waydenfelda o przetrwaniu w mroźnych lasach oraz o jego długiej wędrówce ku wolności. Ta fascynująca historia o wielkich możliwościach i człowieczeństwie rzuca światło na prawie nieznane aspekty II wojny światowej, podczas której 1,5 miliona mieszkańców Polski zostało bezprawnie aresztowanych przez Stalina jako "wrogowie ludu" po inwazji na Polskę w 1939 r.
"Kto nie pracuje, niech nie je" - Tymi ponurymi słowami powitano 14-letniego Stefana Waydenfelda i jego rodziców na końcu przymusowej podróży bydlęcym wagonem z ich domu w Polsce do stalinowskiego obozu pracy w niegościnnych lasach Syberii.
`Wzruszająca opowieść o triumfie ludzkiej determinacji nad przeciwnościami losu` - tak Drogę lodową nazwał we wstępie najbardziej znany historyk Polski Norman Davies
 
Wizyta

Wizyta

Autor: Stanisława Fleszarowa-Muskat
Wydawnictwo Edipresse, 2012
Liczba stron: 247
Wreszcie miałam okazję przeczytać powieść, która jednocześnie jest zakończeniem trylogii Stanisławy Fleszarowej-Muskat; trylogii, która, odkąd tylko sięgnęłam po "Pozwólcie nam krzyczeć" stała się jedną z moich ulubionych... I nie oszukujmy się, jest tak głównie dlatego, że jej akcja dotyczy II wojny światowej. Nie ukrywam tego. Po wszystko, co dotyczy tamtego okresu, ja zawsze sięgam z wielkim zainteresowaniem i nie inaczej było z tą powieścią. Ja po prostu wiedziałam, że ona mi się spodoba. I spodobała - do tego stopnia, że teraz, w końcu, mam już za sobą jej trzecią część.

Nie będę streszczać Wam fabuły "Wizyty" - nie ma sensu, napiszę tylko tyle, że jest już 25 lat po wojnie, 10 lat później od momentu, w którym kończy się "Przerwa na życie". Pamiętacie Gastona, francuskiego jeńca, który również spędził wojnę w Edelheim? Razem z Gastonem właśnie Magdalena wraca do niemieckiego miasteczka, jakże innego, niż 25 lat temu... Wraca, aby rozliczyć się w końcu z przeszłości, aby spokojnie można było iść dalej, nie myśląc już więcej o tym, co stało się wiele lat temu. Muszę przyznać szczerze, że zakończenie "Przerwy na życie" mnie zaskoczyło - płakałam nad tą książką. A ja nie płaczę nad książkami, chyba że są naprawdę wyjątkowe. "Pozwólcie nam krzyczeć", "Przerwa na życie" oraz "Wizyta" takie są.

Cóż tu dużo mówić - historia Magdaleny oraz jej przyjaciół, którzy podzielili ten sam los - zostali wywiezieni do niemieckiego, przemysłowego miasteczka Edelheim, pracowali w tej samej fabryce, dzielili te same smutki, nieszczęścia, ale i radości - ta historia jest po prostu prawdziwa. Nie w sensie autentyczności postaci, ale wydarzeń już tak. Faktem jest, że Niemcy robili łapanki i wywozili ludzi do przymusowej pracy - w ten sposób właśnie trafiła tam Magdalena. Faktem jest, że istnieli ludzie niemieckiego pochodzenia, którzy pomagali cudzoziemcom, ludzie, którzy nie dali się nazistowskiej władzy, których faszyzm nie dotknął i nie zniszczył. Takim człowiekiem była Erna, takim był Ernst Waldemar, czy uwielbiana przeze mnie Frau Huber... Ale ta powieść jest prawdziwa i mądra również dlatego, że uczy nas - tamtych czasów, ludzi i wydarzeń... ludzkiej mentalności, dobroci, ale i okrucieństwa. Niestety.

Stanisława Fleszarowa-Muskat ma przy tym chyba nie dający się powtórzyć, powielić przez nikogo styl. Pisze niezwykle przejmująco, pełno tu emocji, które towarzyszą czytelnikowi wraz z bohaterami... Strasznie mi się to podoba w jej książkach. Nie wiem, czy w innych jest podobnie, ale tutaj to urzeka, dodatkowo chyba ze względu na czas i wydarzenia, których ta powieść dotyczy. Czy wydźwięk tej książki jest pozytywny? Sama nie wiem, fakt, wszystko niby się kończy, o przeszłości, złej i okrutnej przecież trzeba zapomnieć, cieszyć się życiem i iść dalej. Ale mimo wszystko w "Wizycie", jak i pozostałych, chociaż tutaj chyba bardziej jest to widoczne - pełno melancholii, takiego smutku po prostu, wiszącego gdzieś nad bohaterami, który nie daje im o sobie zapomnieć.

Kto by pomyślał, że ta historia tak zapadnie mi w pamięci?... Tak właśnie się stało, bo taka jest ta książka - niepowtarzalna, prawdziwa i mądra. Po prostu. Nie ma co nad nią filozofować. Nie da się jednak nie zastanowić po jej przeczytaniu nad tym wszystkim, skończyć, zamknąć i zapomnieć - nie da się. Wojna i czas spędzony w Edelheim będzie z nami tak samo, jak przez cały czas był z Magdaleną, Gastonem, Piotrem i Erną. To jest przeszłość, której nie da się zmienić. Dobrze, że wciąż powstają takie historie. Dobrze też, że dzięki swoim książkom Stanisława Fleszarowa-Muskat wciąż żyje z czytelnikami, wciąż jest obecna i przede wszystkim wciąż czytana i podziwiana.

Dynastia Tudorów. Król, królowa i królewska faworyta

Dynastia Tudorów. Król, królowa i królewska faworyta

Autor: Anne Gracie, Michael Hirst
Wydawnictwo Mira/Harlequin, 2013
Liczba stron: 367
Zapewne wiele z Was kojarzy serial, który nadawany był w telewizji jeszcze całkiem niedawno i który zdobył rzeszę miłośników... Mowa tutaj o "Dynastii Tudorów", czy z angielska: "The Tudors". Sama niedawno zaczęłam oglądać tę produkcję, głównie po tym, jak ogromne wrażenie zrobiła na mnie swego czasu książka Philippy Gregory "Kochanice króla". 

Wydawnictwo Mira Harlequin właśnie wydało pierwszy tom serii, napisanej przez autorkę powieści historycznych Anne Gracie na podstawie scenariusza tego właśnie serialu. Znając więc moje zamiłowanie do historii, a ostatnio coraz większe zainteresowanie historią Anglii nie trudno się domyślić, że ta książka po prostu musiała trafić na moją półkę... Choć nie ukrywam, miałam co do tej książki wiele wątpliwości i obaw. Nigdy nie czytałam czegoś, co jest napisane na podstawie scenariusza filmu, odwrotnie i owszem, często ogląda się filmy i seriale nakręcone na podstawie książki. Tutaj jednak jest inaczej i dlatego chyba podeszłam do tej powieści z pewną rezerwą.

Serial, a zatem i owa książka, jak z tytułu możemy wywnioskować, skupia się na panowaniu dynastii Tudorów. Jednak chodzi tu głównie o panowanie jednego w sumie władcy - Henryka VIII. Tym, którzy nie są w temacie trzeba wspomnieć, że władca to był ogromnie ciekawy. Był królem, który rządził tak, jaki był sam - z żywiołowością i charyzmą, ale był również władcą nieobliczalnym, nieprzewidywalnym, który nie cofnął się przed niczym, aby spełniać własne zachcianki. Świadczy o tym chociażby jego sześć kolejnych żon, chociaż najbardziej znane z nich są dwie pierwsze: Katarzyna Aragońska oraz Anna Boleyn - obie odegrały wielką rolę i zapisały się na kartach historii jako te, które wywarły największy wpływ na dalsze życie i panowanie Henryka. To właśnie o tej trójce opowiada pierwsza część powieści.

Jak wspomniałam wcześniej, nigdy jeszcze nie czytałam książki opartej na scenariuszu. I muszę przyznać, że czytało mi się tę powieść na początku trochę dziwnie. W głowie cały czas miałam fakt, że to film powstał jako pierwszy, pamiętałam pierwsze odcinki, które udało mi się obejrzeć, i dzięki temu chyba podeszłam do niej trochę z dystansem. Historia Henryka i Anny Boleyn jednak zawsze mnie interesowała, więc "Król, królowa i królewska faworyta" po prostu musiała mnie prędzej czy później zainteresować, nie było innego wyjścia. I tak też się stało. Aż trudno uwierzyć, że to historia Anglii, że wydarzenia te miały miejsce naprawdę, gdy się jednak przeniesie myślami do szesnastowiecznej Anglii, to naprawdę nic nie jest w stanie dziwić. W ogóle uważam, że kraj ten ma naprawdę ciekawą historię, nie tylko tę dotyczącą Tudorów, ale całą, bez wyjątku, prawie tak ciekawą, jak dzieje naszej Polski.

Trudno mi jest również nie porównywać tej książki do jednej z moich ulubionych lektur, o której wspomniałam na początku - "Kochanic króla" Philippy Gregory. Chociaż są to zupełnie inne książki, to jednak historia w nich zawarta jest ta sama, historii przecież nie da się już zmienić. Obie powieści jednak pisane są jakby z innych perspektyw - nic dziwnego, w końcu to dwóch różnych autorów, prawda? Philippa jednak więcej uwagi poświęca Marii, siostrze Anny, która jako pierwsza zdobyła zainteresowanie króla i jako pierwsza została jego kochanką. Anne Gracie degraduje Marię tylko i wyłącznie do kochanki niemającej większego znaczenia, jest to postać, która pojawia się tutaj raz czy dwa i nie warta jest uwagi. To jedyne mi się tutaj nie podobało. Maria miała przecież nawet z Henrykiem syna. Faktem jest jednak, że nie ona zapisała się na kartach historii jako królowa Anglii, a jej siostra Anna. Więc jestem w stanie autorce to wybaczyć. Henryk jednak u obu autorek jest podobny: nieprzewidywalny, charyzmatyczny, panujący z żywiołowością i zapamiętaniem i... równie niestały w uczuciach.

Bardzo jestem ciekawa kolejnej części tej serii. Nie ukrywam, że najciekawsze jeszcze przed nami, a ja wciąż mam przed sobą drugi sezon serialu o Tudorach, warto byłoby więc najpierw przeczytać książkę, prawda? A powieść Anne Gracie, mimo moich początkowych oporów, naprawdę czytało mi się niezwykle dobrze, a historia jak zwykle, chociaż już dobrze przeze mnie znana, znowu mnie porwała... Książkę więc mogę polecić z czystym sumieniem nie tylko tym, którzy historią się interesują - to jest po prostu niezmiernie ciekawa i intrygująca opowieść i warto ją poznać.

Dynastia Tudorów:
Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mira/Harlequin

Sezon Czarownicy

Sezon Czarownicy

Autor: Natasha Mostert
Wydawnictwo Albatros, 2009
Liczba stron: 444
Czarownice znamy głównie z bajek dla dzieci, jako postaci złe, rzucające klątwy i czary, prawda? Ale czarownice i wiedźmy mają też swoje miejsce w historii - każdej kobiecie, która była o to posądzana, groziło spalenie na stosie albo utopienie, w najlepszym razie tortury... Mimo że kiedyś wierzono w istnienie czarownic, teraz już chyba nikt w nie nie wierzy... Ale czy kiedykolwiek udowodniono, że jest to tylko i wyłącznie wymysł człowieka? I czy magia naprawdę istnieje tylko w filmach i książkach?...

Gabriel Blackstone jest z zawodu... złodziejem informacji. Prościej mówiąc, para się hakerstwem. Ale mężczyzna posiada również rzadką cechę, której nie posiada większość ludzi - potrafi wniknąć w umysł innego człowieka, zobaczyć i poczuć to samo - jest dalekowidzącym. Cecha ta okazuje się być zbawieniem dla Williama Wittingtona, milionera, którego syn zaginął kilka miesięcy temu. Wittingoton nie chce pogodzić się z jego śmiercią, choć jest to najbardziej prawdopodobne, prosi jednak Gabriela o pomoc - w odnalezieniu Roberta, a gdyby okazało się, że nie żyje - w ustaleniu okoliczności jego śmierci. Trop prowadzi do tajemniczych sióstr Monk, Morrighan i Minnaloushe, z którymi Robert przed zaginięciem spędzał najwięcej czasu. Gabriel więc podejmuje się zadania wejścia w umysł Roberta sprzed kilku miesięcy i mu się to udaje - ma wizję, podczas której chłopak trafia do pałacu o milionie drzwi, a następnie zostaje utopiony w basenie. Zaintrygowany tą wizją, podejmuje zlecenie. Postanawia odwiedzić tajemnicze siostry Monk i poznać je bliżej, cały czas jednak musi pamiętać o tym, że prawdopodobnie jedna z nich jest morderczynią. Od pierwszej chwili jednak Gabriel czuje się zafascynowany, tak ich domem, pełnych kwiatów i afrykańskich masek, jak i samymi kobietami, tajemniczymi i pięknymi siostrami... Czy naprawdę jedna z nich byłaby zdolna do zabicia człowieka?

Już z samego opisu można się zorientować, że to powieść z elementami fantastycznymi. Czarownice, magia, tajemnica i przerażający dom o milionie drzwi, które trzeba otworzyć w określonym porządku... No ale któż w dzisiejszych czasach wierzy w wiedźmy?... Chyba nikt i Gabriel niczym się tutaj od pozostałych nie wyróżnia... Jego wizje pełne są jednak elementów, o których wyżej wspomniałam, a nie da się też ukryć, że gdy poznaje siostry, jest nimi zauroczony. Sprawa Roberta jednak jest jedną z tych spraw, których trzeba poznać zakończenie - okazuje się, że niestety nie będzie to takie proste, nawet mimo wizji, które nawiedzają bohatera.

Autorka w swojej książce wykorzystuje pojęcie dalekowidzących, którzy potrafią wejść w umysł innej osoby, odczuwać to samo co ona, poznać jej myśli i zobaczyć to, co widzi. Cóż, magia, pomyślicie sobie. Nic dziwnego, sama tak pomyślałam na początku. Faktem jest jednak, i myslę, że warto o tym wspomnieć, że pomysł ten autorka podchwyciła dzięki tekstom o ściśle tajnym programie rządu USA o nazwie Projekt Stargate, który istniał naprawdę, otrzymywał rządowe dotacje i wykorzystywał dalekowidzących do zbierania informacji wywiadowczych i lokalizowania osób. Takie osoby więc, które widziały i uczestniczyły w wydarzeniach, dziejących się w dalekiej odległości od nich samych, istnieją, a na pewno istniały naprawdę. 

"Sezon Czarownicy" to powieść trochę sensacyjna, trochę thriller, trochę kryminał i trochę fantastyka. Niby połączenie niezbyt do siebie pasujące, jednak gdy się to zrobi umiejętnie, może wyjść niezwykła historia. I taką właśnie książkę stworzyła Natasha Mostert - intrygującą ze względu na elementy paranormalne, ale i trzymająca w napięciu i intrygującą, że względu na morderstwo i chęć rozwiązania zagadki i poznania sprawcy. Czy może to być kobieta? Z pewnością. Problem tylko w tym, że żadna z dwóch kobiet, najbardziej na pierwszy rzut oka podejrzanych, po bliższym poznaniu nie pasuje do tej roli. Poza tym - samo przez się rozumie się to, że Gabriel jest bohaterem lubianym, i nie byłam tym zaskoczona... Do Morrighan i Minnaloushe jednak ja sama również z czasem podeszłam z pewną sympatią - cóż, widać potrafiły rzucić swój urok nie tylko na Gabriela, głównego bohatera, ale i na taką czytelniczkę, jak ja sama. Gdzie w takim razie ta morderczyni?...

Powieść czyta się szybko i przyjemnie - nie męczyłam się przy niej absolutnie i mogę ją polecić każdemu, komu odpowiada taka fabuła, kto nie boi się gotyckich thrillerów z nutką fantasy, ja takie połączenie jak najbardziej lubię. A poza tym autorka przybliża nam takie pojęcia jak chociażby pałac pamięci, o którym wcześniej nie miałam pojęcia, robi to jednak w taki sposób, że po przeczytaniu książki chce się na ten temat dowiedzieć trochę więcej. Nie mówiąc już o wspomnianym wcześniej projekcie Stargate. Trochę inna, ale naprawdę wciągająca powieść, chociaż ani okładka, ani tytuł tego na początku nie zapowiadały... Polecam!
Dziecko szczęścia

Dziecko szczęścia

Autor: Philippa Gregory
Wydawnictwo Książnica, 2009
Liczba stron: 594
Jakiś czas temu miałam okazję czytać "Dziedzictwo", pierwszą część trylogii Philippy Gregory, powieści, która była debiutem literackim tejże autorki. Zbiera ona zarówno dobre, jak i złe recenzje, trzeba jednak przyznać, i ci czytelnicy, którzy "Dziedzictwo" (inaczej "Majątek Wideacre") znają, muszą się ze mną zgodzić, że coś w tej trylogii jest... coś, co intryguje...

"Dziecko szczęścia" to drugi tom opowieści o Wideacre. Nie ma już jednak Beatrice i Harry'ego, rodzeństwa, które doprowadziło dwór i okoliczną wieś do ruiny. Jest jednak dwójka spadkobierców - Julia i Richard, którzy dorastają nieopodal zniszczonego dworku, w Dower House. Legenda o Beatrice jest im bardzo dobrze znana dzięki mieszkańcom wsi, oboje obiecują sobie więc, że doprowadzą Wideacre do dawnej świetności, odbudują wieś, a ziemia, którą odziedziczyli, znowu będzie przynosić plony. Nie będzie to łatwe, a dokonać tego może, jak mówi legenda, tylko i wyłącznie prawdziwy spadkobierca z krwi i kości - "dziecko szczęścia"... I to dzięki Julii właśnie, która kocha ziemię tak samo jak dawniej Beatrice, majątek powoli odzyskuje dawny blask i podnosi się z ruiny. Ale jest przecież jeszcze drugi spadkobierca, Richard. Jaką rolę los wyznaczy jemu?

Muszę  przyznać szczerze, że po raz kolejny porwała mnie ta opowieść, historia bardzo podobna do historii poprzedniczki Julii, Beatrice. Nie da się bowiem chyba uciec i zapomnieć o przeszłości, nawet, jeśli ta przeszłość bezpośrednio nie dotyczy nas, a naszych poprzedników. Julia i Richard, mimo że nie byli wychowywani przez Beatrice i Harry'ego i znali ich raczej tylko z opowieści, są tak łudząco do nich podobni i popełniają te same błędy, że to aż wydaje się nieprawdopodobne. Chociaż bez wątpienia jest tu więcej pozytywnych postaci, bohaterów, których darzymy sympatią czy pewną dozą współczucia to jednak... cóż, napiszę tyle tylko, że chociaż pierwsza połowa tejże książki wydała mi się spokojniejsza, bardziej poukładana i byłam pełna nadziei, że wszystko potoczy się dobrze, to jednak w drugiej połowie nagle mnie olśniło i pomyślałam: Boże, ta książka jest jeszcze gorsza od swojej poprzedniczki, jeszcze bardziej brudna... Tak, brudna. Gdzieś przeczytałam, aby odłożyć na półkę słynną sagę Virgini C. Andrews, bo to, co serwuje nam Philippa, jest o wiele lepsze... jeśli w ogóle możemy tu użyć określenia "lepsze"... Bardziej pasowałoby chyba "gorsze"... Ale mam wrażenie, że właśnie dzięki temu ta książka tak wciąga i intryguje. Dzięki niezdrowym, i to bardzo, relacjom, dzięki chorej zazdrości i walce o władzę i dziedzictwo - a co gorsza - walce między rodzeństwem... Rodzeństwem, które wychowuje się warunkach niekoniecznie takich, w jakich powinno się wychowywać... Ale Wideacre ma swoją magię, która przyciąga nie tylko swoich spadkobierców, ale i czytelników.

I znowu Philippa przyzwyczaiła mnie do swoich bohaterów i miejsc, znowu trudno było mi się z nimi rozstać. Mino że niektórzy irytują, niektórzy wręcz przerażają, a jeszcze inni wzbudzają współczucie - trudno tak po prostu z nimi skończyć. Bo postaci jest tu cała gama, co kto lubi. Szkoda mi było okropnie Jamesa, Julia chwilami denerwowała mnie swoją naiwnością i lojalnością w stosunku do kuzyna, Richard natomiast nierzadko po prostu przerażał swoją nieobliczalnością i nieprzewidywalnością. Ale tak to już jest u autorki - bohaterów zawsze ma różnorodnych i chwała jej za to, bo dzięki temu jej powieści są jeszcze ciekawsze.

Ja sama nie mogę się doczekać teraz ostatniej, trzeciej części tego cyklu. Na szczęście stoi od kilku już miesięcy na mojej półce. I wiem, że również mnie nie zawiedzie, tak jak swoje poprzedniczki. Ta trylogia może nie jest dla każdego, wiele osób nie potrafi przez nią przebrnąć właśnie dlatego, że historia jest taka jaka jest, zła i brudna od niezdrowych relacji między bohaterami. Wiele osób uważa, że jest to jedna z gorszych serii autorki. Ja sama jednak tak wciągnęłam się w tę historię, że aż samą mnie to dziwi. Ale to jest właśnie urok Philippy.

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli