Podsumowanie czerwca 2013

Podsumowanie czerwca 2013

Znowu zbliża się nieubłaganie koniec miesiąca, więc czas na podsumowanie.


Książki przeczytane w czerwcu: 6
Liczba przeczytanych stron: 2992
Średnia stron dziennie: 100
 Liczba opublikowanych recenzji: 7
Egzemplarze recenzenckie: 1
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 4
Liczba nawiązanych współprac: 0
Liczba kupionych książek: 0
Liczba książek z wymiany: 0

Wynik sześciu książek mnie zadowala, chociaż zawsze mogłoby być lepiej. Faktem jest jednak, że wśród tych sześciu książek są dwa grube tomiska, na które niestety (albo stety) musiałam poświęcić trochę więcej czasu. A na wyścigi, aby szybciej i więcej, czytać nie mam zamiaru :-)
Listy przeczytanych książek jak zwykle nie zamieszczam, zawsze można sobie zajrzeć tutaj i rzucić okiem na tytuły :-) A jutro postaram się Wam wrzucić recenzję kolejnej książki, jednej z tych właśnie, której czytanie zajęło mi trochę więcej czasu (niestety praca i inne obowiązki robią swoje).

A jak minął mi ogólnie czerwiec? Jeśli kogoś obchodzi odrobinę prywaty, to muszę napisać, że czas nadal bardzo szybko mi biegnie. I chyba w końcu zaklimatyzowałam się w pełni w pracy, aż trudno uwierzyć, że pracuję tam już 2,5 miesiąca! Kiedy to zleciało? Większość z Was już pewnie na urlopach, a jak nie, to chociaż ma wakacje, wiele z Was pewnie odlicza do urlopu dni... ja na razie jeszcze nie mam nic takiego w planach. Nie wiem, ale pewnie lipiec i sierpień przepracuję... zobaczymy. Naodpoczywałam się przez ostatni rok, kiedy to pracy nie miałam i siedziałam w domu :-)
Mam nadzieję, że i Wam pozytywnie minął czerwiec :-)
Liebster Blog po raz... trzeci?

Liebster Blog po raz... trzeci?


Zabawa wciąż jest bardzo popularna, a więc pobawmy się jeszcze raz :-)
Tym razem dostałam nominację od Katarzyny K, za co jej bardzo dziękuję.
Myślę, że większość już wie, na czym polega ta zabawa, a więc przejdźmy do rzeczy - odpowiedzi na pytania:

1. Jakie masz inne zainteresowania oprócz książek?
Inne oprócz książek? Historia. Chociaż zawierają się w tym również książki, ale historia szeroko pojęta, głównie historia średniowiecza - moja ulubiona epoka :-)
 
2. Czy jesteś szczęśliwa/y?
To jest trudne pytanie. Zależy co się rozumie poprzez to słowo. Do pełni szczęścia wiele mi brakuje, ale staram się spełniać swoje marzenia - po prostu.
 
3. Jakie jest Twoje największe marzenie?
Może banalnie, ale znaleźć pracę, w której będę się w pełni realizować i którą będę lubić - kto wie, może właśnie ją znalazłam :-) Ale marzeń ogólnie mam sporo. Oprócz jeszcze banalniejszych podróży, na które teraz mnie nie stać, głównie to, aby zawsze mieć przy sobie swoich bliskich i cieszyć się ich szczęściem.
 
4. Jakie są Twoje plany na wakacje?
Praca, praca, praca... Nie mam nawet jeszcze zaplanowanego urlopu...
 
5. Wygrywasz milion złotych. Co z nimi robisz?
 Przydałoby się. Część bym rozdała najbliższym, część przeznaczyła na wyżej wspomniane marzenia, część zainwestowała. Pracy bym nie rzuciła, o ile byłaby to ta moja wymarzona :-)
 
6. Najpiękniejsza chwila Twojego życia to...
 ...chwila, która jest jeszcze przede mną :-)
 
7. Gdzie chciałbyś/abyś wybrać się w podróż?
W pierwszej kolejności do Francji. Potem jeszcze raz Szkocja :-)
 
8. Czy masz jakieś swoje odwzorowanie w postaci literackiej?
Chyba nie. Raczej nie porównuję się do postaci literackich.
 
9. Twoja ulubiona książka to...
Jest ich sporo, długo by wymieniać. Nie mam jednej ulubionej.
 
10. Jaki jest Twój ulubiony kwiat?
Tulipan, a w drugiej kolejności jaśmin.
 
11. Co zmieniłbyś/łabyś w swoim życiu?
Nic. Na wszystko przychodzi swój czas. 


Daruję sobie nominowanie kolejnych osób i wymyślanie pytań, bo ta zabawa już kilka razy obiegła blogosferę, u mnie jak widać jest po raz trzeci. Jeśli jednak ktoś jeszcze nie brał w niej udziału - zapraszam jak najbardziej, również do tego, aby użyć pytań, na które ja odpowiadałam - uważam, że są bardzo ciekawe. Bo Waszych odpowiedzi - nie ukrywam - jestem ciekawa :-)

Drugie życie pana Roosa

Drugie życie pana Roosa

Autor: Håkan Nesser
Wydawnictwo Czarna Owca, 2011
Liczba stron: 429
Pewnie niejednemu miłośnikowi literatury skandynawskiej nazwisko Håkana Nessera jest bardzo dobrze znane. Ja sama jego twórczość poznałam za sprawą serii o inspektorze Gunnarze Barbarottim, chociaż wcześniej autor napisał inną, ponoć bardziej znaną serię o zupełnie innym komisarzu. Ale i to mi wystarczyło - szybko, bo już po pierwszej przeczytanej powieści stałam się wielką fanką szwedzkiego pisarza.

"Drugie życie pana Roosa" to trzecia część serii o wspomnianym wcześniej inspektorze szwedzkiej policji. O czym opowiada? Oprócz oczywiście Barbarottiego, powieść ma dwójkę innych, bardzo ważnych bohaterów. Pierwszym z nich jest tytułowy pan Roos, czyli Ante Valdemar Roos, sześdziesięciolatek, nudziarz, niezbyt zadowolony ze swojego życia. Drugą z bohaterek jest 21-letnia Anna Gambowska - uciekinierka z ośrodka dla uzależnionych od narkotyków. Pozornie dwie bardzo różne od siebie postacie, które jednak los połączy ze sobą tragicznym zbiegiem okoliczności. Gunnar Barbarotti będzie miał do rozwiązania zagadkę nie tylko tego, jak do wspomnianej tragedii doszło, ale również tego, kim tak naprawdę był Valdemar Roos, czy naprawdę miał drugie oblicze?

Długo czekałam na możliwość przeczytania tej książki, w końcu jednak wpadła w moje ręce. Tak się bowiem złożyło, że od początku jestem wielką fanką głównego jej bohatera-inspektora. Seria początkowo miała się składać z czterech części i wszystkie trzy pozostałe miałam już za sobą, czekałam tylko na tę trzecią. Los jednak postanowił zrobić mi niespodziankę nie tylko tą powieścią, ale i tym, że niedawno dowiedziałam się o tym, że właśnie wyszła piąta część przygód mojego ulubionego bohatera: "Rzeźniczka z Małej Birmy". Książka miała swoją premierę w maju. Jakże się więc cieszę, że to jeszcze nie koniec, że będę mogła czytać dalej tę serię.

Pisałam już przy okazji innych części, że u Håkana Nessera pociąga mnie najbardziej klimat jego książek oraz ta ze wszech stron tajemniczość. Tutaj może jest jej trochę mniej, ale jednak ciągle jest obecna. Czemu mniej? Bo stopniowo poznajemy bieg wydarzeń i rozwój wypadków, wiemy na czym stoimy... Tutaj za wszystkim stoi jednak ciekawość, jak to wszystko dalej się potoczy i rozwinie... co się stanie z bohaterami, jakie będą dalsze losy pana Roosa, czy utrzyma tajemnicę. Bo tajemnicę ma sporą. Ale mimo wszystko, mimo że jest nudziarzem, że nie do końca jest fair wobec rodziny, to jest to w moim odczuciu bohater jak najbardziej pozytywny. Bo wzbudza współczucie, bo chcemy mimo wszystko dla niego jak najlepiej... To samo jest z Anną. I w zasadzie muszę przyznać, że nie ma tu złych postaci. Może oprócz... ofiary. Bo ofiara też będzie, w końcu to kryminał.

Zaskoczyła mnie ta książka, bo jest trochę inna od pozostałych trzech części. Jednak autor po raz kolejny zaskoczył mnie pozytywnie i za to go uwielbiam. Trudno mi jest się rozczarować jakąkolwiek jego książką. Ale "Drugie życie pana Roosa" polubiłam też za coś innego - za polski akcent. Anna Gambowska jest bowiem Polką - tak samo jak jej matka-imigrantka Krystyna, ośmioletni brat Marek i reszta rodziny. W książce co jakiś czas pojawiają się polskie imiona i nazwy miast, ba, nawet Gunnar trzyma w kieszeni parę polskich złotych - nawet jeśli tylko we śnie. Nie wiem, jak Wy, ale ja lubię takie polskie akcenty w obcojęzycznej literaturze, a w literaturze skandynawskiej spotykam się już z tym kolejny raz. Naprawdę miło.

Polecam prozę Håkana Nessera. Będę go chwalić zawsze i wszędzie, bo uważam, że jest genialnym pisarzem, a naprawdę mało takich jest. A do tej serii zachęcam wszystkich, którzy jeszcze jej nie znają - poczucie humoru Barbarottiego jest niesamowite, a tutaj jakby go więcej albo bardziej śmieszy - sama nie wiem. Wiem jednak, że chcę więcej i na pewno będę teraz uparcie polować na piątą część.

Zobacz również:

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Śmierć letnią porą

Śmierć letnią porą

Autor: Mons Kallentoft
Wydawnictwo Rebis, 2010
Liczba stron: 432
Słyszeliście o Stiegu Larssonie? Henningu Mankellu? Camilli Läckberg? Oczywiście, większość z Was pewnie dobrze skojarzy te nazwiska ze skandynawskimi autorami kryminałów. Mogę się jednak założyć, że większość z Was nie słyszała nazwiska Monsa Kallentofta, prawda? Ja sama nie znałam go wcześniej, a biorąc do ręki tę książkę, nie wiedziałam nawet, że to kryminał. Choć muszę przyznać, że okładki jego książek są dość specyficzne i wpadły mi już kiedyś w oko, do tej pory jednak nie skojarzyłam ich z tym właśnie autorem.

Pewnego dnia, w parku tuż obok placu zabaw ktoś zauważa błąkającą się czternastoletnią dziewczynę... jest naga, ma wyraźnie odznaczające się krwawe rany i jest nienaturalnie blada... ktoś dzwoni na policję. Znaleziona nastolatka jednak nic nie mówi. Widać jednak, że została zgwałcona, okaleczona i... z dokładną starannością wymyta klorinem, środkiem czyszczącym. Ktoś ewidentnie zadbał o to, aby nie zostawić najmniejszych śladów. Komisarz Malin Fors, trzydziestoparoletnia policjantka nie jest w stanie skłonić dziewczyny do mówienia, dopiero w karetce dziewczyna wyjawia swoje imię i nazwisko, nic więcej. Następnego dnia mówi więcej, nie pamięta jednak, co się wydarzyło. Dzień później ginie inna dziewczynka - rodzice niepokoją się o córkę, która nie wróciła do domu. Po kilku dniach jednak zostaje znaleziona martwa, zakopana pod drzewem w miejscu dość licznie odwiedzanego kąpieliska. Ma podobne rany co poprzednia dziewczyna, jest również tak samo trupio blada. Kim jest morderca i dlaczego poprzednią dziewczynę wypuścił, a drugą zabił? I czy córce Malin, również czternastoletniej, Tove, będzie grozić takie samo niebezpieczeństwo?... Śladów jest mało, zero dowodów, jak odnaleźć mordercę?

Cóż, już sam opis fabuły tej powieści jest dość mocno intrygujący, prawda? Nie trudno zgadnąć, że to Skandynawia. Do tego - o dziwo - okrutnie gorąca. W Szwecji panują bowiem upały i te upały czuć na kartkach tej książki - nie wiem tylko, czy dlatego, że autor tak wspaniale potrafił stworzyć i opisać klimat tej książki (pisząc 'klimat' mam tu na myśli oba znaczenia), czy po prostu ostatnimi czasy taka sama pogoda panuje również u nas, mogłam więc wczuć się w tę książkę jak nigdy... tego nie wiem. Czytając jednak tę powieść, nie jest wcale trudno uwierzyć w to, że również w Szwecji mogą panować trzydziestokilkustopniowe upały.

Specyficzny jest jednak, i to widać już od pierwszych zdań, język tej książki. Po pierwsze - nie często spotyka się powieści, w których zdania często są niedokańczane, bezosobowe - nierzadko są one nawet zastępowane równoważnikami zdań... bez czasowników. Na początku dziwnie się to czyta i trudno trochę było mi się do tego przyzwyczaić. Po drugie - narrator do wszystkiego praktycznie podchodzi dość filozoficznie, używa często porównań, rozważa, rozmyśla... To również zbija czytelnika z tropu. Mons Kallentoft jednak chyba miał w tym wszystkim swój cel, kreując swój język powieści właśnie w ten sposób - interpretatorką nie jestem i nie będę wnikać, dlaczego, jest w tym jednak coś specyficznego, innego oryginalnego, co czyni książkę bardziej dramatyczną, prawdziwą, ale i bardziej klimatyczną. Muszę jednak wspomnieć, że nie każdemu to przypadnie do gustu - sami musicie sprawdzić na własnej skórze, czy proza Kallentofta Wam odpowiada, ja chyba nie mam nic przeciwko.

Trzeba przyznać jednak, że fabuła tej książki jest naprawdę ciekawa i intrygująca. Główna bohaterka, pani inspektor, chociaż na początku wzbudza w czytelniku tylko i wyłącznie obojętność, to gdy ją poznamy lepiej, na pewno się to zmieni na jej korzyść. Ja ją polubiłam. Również ze względu na to, co dzieje się równolegle do sprawy morderstwa, a co dotyczy bezpośrednio Malin - jej problemy, rozterki i życie osobiste. Tego też nie zabraknie i chyba nawet jest to równie ważne, jak cała zagadka kryminalna. A książka ta jest ponoć jedną w wielu o pani komisarz.

Cóż mogę powiedzieć - "Śmierć letnią porą" jest pierwszą powieścią autora, która wpadła w moje ręce, ale uważam, że warto na tego pisarza zwrócić uwagę. Pisze specyficznie, ale warto spróbować. Ja na pewno jeszcze do niego wrócę. Poza tym znowu sprawdza się fakt, że skandynawscy autorzy są warci spędzonego nad ich książkami czasu. Kolejny tytuł to potwierdza.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Gra o tron

Gra o tron

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2003
Liczba stron: 774
Zapewne większość z Was zna już ten tytuł albo słyszała już o nim. I to niekoniecznie za sprawą książki, w telewizji bowiem ostatnio stał się bardzo popularny serial o tym samym tytule. Słusznie też należy kojarzyć serial telewizyjny w powyższą książką, został on bowiem nakręcony na jej podstawie.

Przez dłuższy czas zastanawiałam się, co takiego jest w tej ekranizacji, że oglądają ją tysiące widzów, a sama nie obejrzałam nawet jednego odcinka. Do niedawna. Na pierwszy odcinek trafiłam jakoś przypadkiem i... przepadłam. Na chwilę obecną obejrzałam wszystkie trzy sezony. Po książkę jednak zamierzałam sięgnąć już od dawna, zanim jeszcze film wszedł na nasze ekrany. Jednak jakoś nie było jej po drodze do mnie. Ostatnio jednak szał na "Grę o tron" w mojej bibliotece chyba trochę opadł, bowiem bez problemu znalazłam na półce tę, jak i kolejne dwie części. Cóż innego mogłam zrobić - zgarnęłam ją jak najszybciej, na razie tylko pierwszy tom.

O czym w ogóle jest ta książka (bo może są jeszcze tacy, którzy nie wiedzą)?... O tym doskonale nam mówi już sam jej tytuł. W Zachodnich Krainach, po lecie trwającym dobre kilka lat, zbliża się zima. Szalony Smoczy Król, zasiadający na Żelaznym Tronie, został pokonany, a jego miejsce zajął Robert Baratheon. Nieobliczalny obalony władca pozostawił jednak potomstwo, które chce zgładzić króla-uzurpatora i odzyskać tron, który im się prawnie należy. Po latach pokoju więc wraz z nadchodzącą zimą zaczyna się również walka o władzę - jej skutki okażą się nieodwracalne...

Powiem szczerze, że pierwszy raz czytałam książkę, której fabułę już dobrze znałam z serialu telewizyjnego. Zawsze bowiem udawało mi się najpierw przeczytać jakąś powieść, a dopiero potem sięgnąć po ekranizację. Dlaczego? Głównie za sprawą tego, że wolę sama wyobrazić sobie bohaterów, sama sobie ich wykreować w głowie, nie mieć wzorca, który ingerowałby w moje własne wyobrażenia... Muszę jednak przyznać, że gdy czytałam "Grę o tron", ani trochę nie przeszkadzało mi to, że wiedziałam już, jak powinni wyglądać bohaterowie, jak wyglądał ich świat itp. A może nawet ułatwiło mi to przyswojenie fabuły tej książki, która nie jest znowu taka lekka w odbiorze - łatwo się bowiem pogubić w postaciach, ich konfliktach i całej tej wojnie, która się tam toczy. Z drugiej jednak strony podejrzewam, że gdybym nie znała ekranizacji i dalszych wydarzeń, powieść ta podobałaby mi się jeszcze bardziej i pewnie dałabym jej jeszcze wyższą ocenę.

Nic dziwnego, że George Martin zbiera same pozytywne opinie na temat swojej powieści - jest to bowiem kawał naprawdę dobrej fantastyki, ale fantastyki realistycznej, bez nadmiaru niestworzonych istot czy światów - świat wykreowany przez Martina jest fascynujący, ciekawy i niesamowity - nie mówiąc już o całej gamie bohaterów, z charakterami do wyboru do koloru, od nieobliczalnych, złych i bezlitosnych, poprzez neutralnych, aż do tych dobrych, stojących po stronie sprawiedliwości. Bez wątpienia każdy znajdzie tutaj coś dla siebie - tego jestem pewna.

Nie mogę się doczekać, kiedy pobiegnę znowu do biblioteki i zgarnę z półki kolejną część Pieśni Lodu i Ognia - bo tak właśnie nazywa się cały cykl. Nie ukrywam, że po cichu zastanawiam się również nad kupnem całej serii - bo przyznam szczerze, bardzo chciałabym mieć całą na półce. I nieważne czy oglądaliście serial, czy to jeszcze przed Wami (zazdroszczę tym, którzy są w tym drugim położeniu), książkę warto jest przeczytać - naprawdę polecam, również tym, którzy za fantastyką nie przepadają. Przyznam się, że wcześniej ja sama nawet nie wiedziałam, że to powieść z tego gatunku - nie ma tu bowiem takiej przesady, jak to jest w innych tego typu powieściach, traktuje się ją i świat w niej stworzony jako coś, co bez problemu mogłoby istnieć naprawdę i to właśnie jest wspaniałe - że autor potrafił coś takiego stworzyć. Naprawdę dobrych książek nie jest dużo, ale ta bez wątpienia do tego grona należy.

A tutaj coś co lubię najbardziej - motyw przewodni serialu:


Płotki giną pierwsze

Płotki giną pierwsze

Autor: Aleksandra Marinina
Wydawnictwo W.A.B., 2009
Liczba stron: 341
Aleksandry Marininy chyba już nie muszę Wam przedstawiać. Recenzja jakiejś jej książki gości na moim blogu co jakiś czas, bo jest to jedna z moich ulubionych kryminalnych autorek. Tak się również składa, że większość jej książek, wydanych w Polsce, już przeczytałam, z tego co pamiętam zostały mi jeszcze tylko dwie. Trochę szkoda, bo po co ja wtedy będę sięgać, chcąc przeczytać dobry, ciekawy kryminał?

"Płotki giną pierwsze" to historia mordercy, który w okolicach Moskwy co jakiś czas zabija młodego mężczyznę. Major Anastazja Kamieńska próbuje znaleźć sprawcę. Nie będzie to jednak takie proste, bo równie dobrze zabójca może być jeden, jak i może być ich kilku. Ponadto w morderstwo ktoś próbuje wrobić pewnego funkcjonariusza MSW, zajmującego się nieprawidłowościami w jednym z zakładów w Uralsku-18. Dowody na jego winę są ewidentne, na konto jego żony wpłynęła pokaźna suma, mężczyzna więc znika na jakiś czas i próbuje sam wytropić sprawcę. Okazuje się, że przekręty w Uralsku i seria zabójstw mają ze sobą wiele wspólnego...

Pisałam to już kilka razy, ale napiszę znowu: Anastazja Kamieńska jest jedną z moich ulubionych bohaterek. Na równi jednak lubię również jej kolegów z milicji, jak i przełożonego, zwanego Pączkiem, który od razu zdobył moją ogromną sympatię. Chociaż samych bohaterów w powieściach Marininej nie brakuje, niektórzy nawet narzekają, że jest ich za dużo, trudno ich spamiętać, a tym bardziej zapamiętać rosyjskie nazwiska. Powiem szczerze, że jest to kwestia przyzwyczajenia i podejścia - mnie akurat w ogóle to nie przeszkadzało i nie przeszkadza.

W tej jednak powieści, oprócz Kamieńskiej, jej kolegów i morderców wspomnianych w fabule, jest bohater, a właściwie bohaterka, która na pierwszy rzut oka nie odgrywa poważniejszej roli w całej książce - Kira. Wydawałoby się, że jest ona postacią drugoplanową, jednak od początku coś zwraca w niej naszą uwagę - sama nie wiem, co to takiego. Czuć jednak, że coś jest nie tak, jak być powinno. Czy to uczucie jest słuszne, tego Wam nie powiem, ale Kira jest tak specyficzna, że po prostu musiałam o niej wspomnieć, inaczej się nie dało. Sami się przekonajcie.

Po raz kolejny pragnę Was przekonać do powieści autorki. Jeśli ktoś jest miłośnikiem kryminałów tak jak ja, Aleksandrę Marininę powinien poznać, przeczytać choć jedną jej książkę, aby wyrobić sobie o niej własne zdanie. Mnie jej opowieści bardzo przypadły do gustu, uważam, że są to świetnie skonstruowane kryminały, które absolutnie nie powinny zawieść żadnego fana tego gatunku. Mam nadzieję, że wkrótce znowu będzie mi dane przeczytać kolejną jej książkę, chociaż nie zostało mi ich już dużo.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Stosik czerwcowy [#19]

Stosik czerwcowy [#19]

Stosik dzisiejszy będzie dość mały, ale nie ograniczę się na czerwiec do tych tylko lektur, na pewno jeszcze w międzyczasie coś przybędzie.


1. Ścigana, Tess Gerritsen - od Wydawnictwa Mira/Harlequin, recenzja tutaj;
2. Bezdomna, Katarzyna Michalak - wygrana na blogu autorki, recenzja tutaj;
3. Ogród cieni, Virginia C. Andrews - pożyczona od Siostry, jak i dwie kolejne :-);
4. Śmierć letnią porą, Mons Kallentoft - jw;
5. Sezon czarownicy, Natasha Mostert - jw;
6. Dziecko szczęścia, Philippa Gregory - z biblioteki;
7. Drugie życie pana Roosa, Håkan Nesser - jw;
8. Gra o tron - George R. R. Martin - jw.

Obecnie jestem w trakcie czytania Martina... jak i oglądania też :-) Zastanawiałam się, czemu ten serial ma tylu fanów, teraz już mnie to nie dziwi. Książkę miałam w planach od bardzo, bardzo dawna, jeszcze zanim serial wszedł na ekrany, w końcu się udało. Szkoda, że nie przeczytałam jej wcześniej, ale powiem szczerze, wcale mi to nie odbiera przyjemności z czytania, wręcz przeciwnie (przyjemność z oglądania też jest duża).

Nie mogę się ponadto doczekać, kiedy będę czytać Nessera (ostatnia z nieczytanych o inspektorze Barbarottim), kiedy sięgnę po Gregory i Andrews... Nie mówiąc już o tym, że strasznie ciekawią mnie książki pożyczone od Siostry... Nic, tylko czytać... Gdyby jeszcze trochę więcej czasu na to było... :-)

Jak Wam się podobają moje plany na czerwiec, znacie którąś z tych książek?


Gra o Ferrin

Gra o Ferrin

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Albatros, 2010
Liczba stron: 422
Od dawna bardzo byłam ciekawa tej książki. Katarzynę Michalak znam już z kilku innych powieści i myślę, że większość kojarzy ją z literaturą kobiecą. Ale że jest to autorka, która potrafi napisać również coś zupełnie innego, przekonałam się całkiem niedawno. Po lekturze "Gry o Ferrin" tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu.

Karolina jest pełnym oddania lekarzem, jednak praca w szpitalu nie do końca daje jej satysfakcję, nie jest w życiu szczęśliwa. Pewnego dnia zostaje wezwana do próby samobójstwa, a ofiarą okazuje się jej siostra bliźniaczka, nieznana Karolinie, wychowującej się w domu dziecka. Kobieta umiera w karetce pogotowia. Po jej śmierci coraz bardziej niezadowolona z pracy Karolina postanawia odejść... gdzie? Do Ferrinu, krainy w równoległym wymiarze czasu, jej odwiecznego marzenia. Jednak jak się okazuje, nawet tam nie jest idealnie - rytuał przejścia do Ferrinu rzuca Karolinę do świata, w którym rządzi zło, do krainy, w której panuje wojna o władzę. Samej dziewczynie, zwanej w Ferrinie Anaelą dell'Iderei, grozi tu śmiertelne niebezpieczeństwo, każdy bowiem chce ją wykorzystać do własnych celów - Anaela jest Pierwszą z trzech Przepowiedni... Aby ocalić Ferrin przed wrogami, dziewczyna będzie musiała podjąć się samobójczej misji i poznać zasady, rządzące światem Ferrinu i sąsiednich krain. W Ferrinie Karolina znajdzie również takich, których można będzie określić mianem przyjaciół, jednak czy można każdemu bezgranicznie zaufać? Szczególnie, gdy Karolina vel Anaela odkryje, że miłością darzy nie tego, którego powinna, a zaciekłego wroga wszystkiego, co dobre?...

Muszę przyznać z ręką na sercu, że byłam ogromnie zaintrygowana tą książką. Powieścią, która niejako jest najcenniejszym, najukochańszym dziełem autorki. Zastanawiało mnie głównie to, czy powieść ta warta jest tego miana i jak Kasia Michalak poradzi sobie z gatunkiem, o który w najśmielszych marzeniach bym jej nie podejrzewała. Fantastyka? Nieee... to nie może się udać. No ale może warto się przekonać na własnej skórze?... 

Pierwsza część tej książki trochę mnie zniechęciła. Dlaczego? Bo opowieść jest chaotyczna, nie wiedziałam specjalnie, o czym czytam i o co tak naprawdę chodzi. Z biegiem stron jednak coraz bardziej się do tej historii przekonywałam - sama nie wiem, co było tego powodem. Chaosu w niej nie brak, nie brak w niej za to również akcji, właściwie wydarzenia gonią wydarzenia, wszystko dzieje się z tak ogromną intensywnością, że z początku mnie to przytłaczało. Ferrin jednak wciąga. Nie wierzę, że to piszę, ale naprawdę, gdy kończyłam czytać tę książkę, szkoda było mi, że Kasia nie wydała jeszcze kolejnej części (chociaż wszystko jest na dobrej drodze - oby!). Trudno tu porównywać autorkę z Sapkowskim czy Grzędowiczem, jednak bez wątpienia ma ona jakiś potencjał, chociaż mam wrażenie, że powieść jest trochę na początku trudna w odbiorze. Ale skoro doszło do tego, że nie mogłam się od niej oderwać, to coś w tym musi być, prawda?

Jest to zupełnie inna historia od tych, które znamy z serii poczekajkowej czy owocowej. Co prawda czasami jest trochę słodko, ale z umiarem, jest za to walka dobra ze złem, jest zdrada, wojny i bitwy na miecze. Tutaj nie można narzekać na akcję, bo co chwila coś się dzieje. Jednocześnie sam styl autorki, dość specyficzny, z typowym humorem, ironią, a czasem nawet cynizmem, pozostał. I ja ten styl po prostu uwielbiam - może dlatego właśnie tak mi się ta książka spodobała? A może po prostu spodobał mi się świat stworzony przez autorkę (chociaż nic nowego szczerze mówiąc w nim nie ma, czego byśmy nie znali)? A może dlatego, że ja zwyczajnie lubię fantastykę, fantasy i wszystko, co z tym związane? Faktem jest jednak to, że bardzo chciałabym poznać dalsze części Kronik Ferrinu.

Nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę, cieszę się, że byłam na tyle nią zaintrygowana, aby w końcu ją poznać. Chociaż bez wątpienia jest to powieść dla tych, którzy twórczość Katarzyny Michalak znają już z innych serii, choćby wcześniej przeze mnie wspomnianych - podejrzewam, że zrobiłaby na mnie mniejsze wrażenie, gdyby to była pierwsza książka autorki, jaką przeczytałam. "Gra o Ferrin" na pewno jest warta tego, aby się nią zainteresować - tego jestem pewna i zachęcam... chociaż zdaję sobie sprawę, że taka powieść nie wszystkim może się spodobać. Ale nie da się dogodzić każdemu, prawda?...

Zakręty losu. Historia Lukasa

Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo Novae Res, 2012
Liczba stron: 316
Czytając pierwszą część "Zakrętów losu" Agnieszki Lingas-Łoniewskiej nie sądziłam, że tak szybko przyjdzie mi poznać dalsze jej części. Fakt, tom pierwszy czytałam dobre kilka miesięcy temu i dla innego czytelnika tak długi okres może wydawać się szmatem czasu, ja naprawdę jednak sądziłam, że na dalsze części przyjdzie mi jeszcze długo, długo poczekać. Jak to dobrze, że istnieją tak wspaniale zaopatrzone biblioteki...

"Zakręty losu. Historia Lukasa" jest już ostatnią częścią trylogii o braciach Borowskich. Książką, której autorka początkowo nawet nie planowała, a pomysł na jej napisanie nie przyszedł ot tak, pewnego dnia, ale... przyśnił się jej. Tak tak, sama pani Agnieszka nam o tym wspomina na ostatnich kartach powieści.

Nie spodziewałam się po tej części jakiejś zawrotnej fabuły, nie nastawiałam się na nic nowego - wszystko przecież już znamy z poprzednich tomów. Ale czy naprawdę? Nic bardziej mylnego. Bo historię znamy, i owszem, ale z perspektywy Katarzyny i Krzysztofa Borowskich, z perspektywy tej dobrej, walczącej ze złem strony. Łukasz Borowski stał jednak po tej stronie ciemniejszej. Znany nam był głównie jako człowiek zły, bezlitosny - morderca, gangster, członek mafii. Nie wzbudzał sympatii. Ale czy Łukasz vel Lukas miał jakąś inną stronę swojej osobowości? Może i trudno w to uwierzyć po pierwszym tomie, ale owszem, miał. I tę stronę poznajemy teraz. "Historia Lukasa" jest opowieścią z perspektywy Łukasza Borowskiego właśnie, to on jest narratorem, on opowiada o wszystkim swojemu młodszemu bratu. Ale spowiada się również przed samym sobą, wyznaje swoje grzechy. Łukasz jednak bez wątpienia był nie tylko handlarzem i gangsterem - był przede wszystkim człowiekiem kochającym swoich bliskich, był mężem, bratem, synem... I potrafił kochać równie mocno, co nienawidzić.

Bo za winy trzeba płacić. 
Błędy naprawić.
Złe postępki zamienić na dobre.
Bo ja jestem Lukas. Prosty chłopak z miasta.
O gorącym sercu i zimnym spojrzeniu.
I zawsze spłacam swój dług.
Moje życie dopiero się zaczęło.
A dług pozostał jeszcze niespłacony...

Wspomniałam wcześniej, że ta ostatnia już część teoretycznie nie jest w stanie nas już niczym zaskoczyć. Jednak to tylko pozory, bo jakże inna może okazać się cała historia z perspektywy różnych osób! Jakże inne uczucia mogą towarzyszyć nie tylko samym bohaterom, ale również czytelnikowi, który "słucha" opowieści Lukasa z wypiekami na twarzy, coraz bardziej rozszerzając oczy ze zdziwienia, bo jakże inna to jest historia od tej, którą już znamy! Jak bardzo mogą mylić pozory. I jak wiele wydarzeń może nabrać zupełnie innego wymiaru, gdy opowiada o nich zupełnie inna osoba. 

Chwała autorce za to, że zdecydowała się napisać ostatnią część tej trylogii - zresztą jednej z moich ulubionych. Po przeczytaniu "Historii Lukasa" nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Bo jest to książka niezwykła, zupełnie inna od pozostałych części. Nie tylko rozjaśnia nam wszystko w głowie, odpowiada na wiele pytań, które zadaje sobie czytelnik podczas pierwszego i drugiego tomu, to na dodatek mamy tu obraz człowieka, który tak naprawdę miał dwa oblicza - dobre i złe. Który kochał całym sobą, ale i nienawidził równie mocno. Łukasz był dla mnie wcześniej wielką zagadką, cała jego osoba, ale przede wszystkim jego związek z Małgorzatą, równie dosyć tajemniczą. Obojga nie lubiłam, ale jak widać, niesłusznie. Trzecia część "Zakrętów losu" wszystko jednak wyjaśnia.

Niesamowita jest ta opowieść. Czasem miałam wrażenie, że czytam autentyczną historię, o prawdziwym, a nie wymyślonym człowieku. Pod wrażeniem więc jestem wyobraźni samej autorki, jej warsztatu i ogólnie twórczości. Czyta się tę powieść jak najlepszą książkę sensacyjną czy kryminał, poznaje wydarzenia, o których mało było albo w ogóle nie było wiadomo w poprzednich częściach, zadziwiające jest to, jak to wszystko zostało nam realistycznie przedstawione. I w porównaniu do poprzednich tomów mogę tę część uznać za równą tomowi pierwszemu, mimo że obie te książki są od siebie inne i nie da się tak naprawdę ich porównać. Warto jednak sięgnąć po tę historię - ja przy niej płakałam, uśmiechałam się i razem z bohaterami przeżywałam ich dramaty - i na pewno zostanie ona w mojej pamięci przez długi, długi czas.


Jak to w końcu będzie z tym Google?...

Jak to w końcu będzie z tym Google?...

Ostatnio w internecie i na blogspocie pojawiła się nie lada plotka - zniknąć mają obserwatorzy naszego bloga, jak i obserwowane przez nas blogi. I ma to nastąpić już niedługo. Nie wiem, szczerze mówiąc, ile w tym prawdy, a ile fałszu i dziwi mnie to, że blogspot postanowił zrezygnować z jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej funkcji dla nas, blogerów.

Zauważyłam, że ostatnio wiele z Was masowo zakłada konta na Google+, co nie jest znów taką fajną sprawą, ponieważ wymaga zmiany nicków, stwarza dodatkowe problemy i wymaga dodatkowego czasu na dodawanie do kręgów ulubionych blogów. Jak pomyślę, że sama miałabym przez to wszystko przechodzić, to aż mnie krew zalewa. Nie wspominając już o zmianie nicka, której nie chcę i dodatkowym ślęczeniu przy komputerze, aby dodać ponad setkę blogów, które teraz obserwuję. A również o tym, że to dodatkowe konto do niczego mi nie jest potrzebne.


Ja znalazłam, i mam nadzieję ostateczny, a na pewno moim zdaniem lepszy sposób na rozwiązanie tej sprawy - bloglovin. Plotkę o zrezygnowaniu z opcji obserwatorów usłyszałam już dawno za sprawą jednej z blogerek właśnie, i również jej śladem zdecydowałam się na takie rozwiązanie. Dlaczego? Bo konto zakłada się szybko, nie wymaga zmiany nicków (tym bardziej na imię i nazwisko, którego ja osobiście nie mam ochoty ujawniać gdzie popadnie), a listę obserwowanych aktualnie blogów można łatwo i bezstresowo exportować z blogspota.

Follow on Bloglovin

Moim zdaniem to jest o wiele lepsze rozwiązanie, przynajmniej dla mnie. Bo konta na Google+ nie uśmiecha mi się zakładać, a za nic nie chciałabym stracić zarówno swoich obserwatorów ani obserwowanych blogów... Dlatego powyżej wstawiam Wam ikonkę (która od jakiegoś czasu znajduje się również w bocznym panelu mojego bloga), umożliwiającą dodanie mojego bloga do obserwowanych i stworzenie własnego konta. A z tego co zdążyłam wyczytać, konto to można powiązać z FB nawet :-)

A jeśli już o Facebook'u mowa, zawsze też można obserwować mojego bloga za jego pomocą :-) I do tego również zachęcam tych opornych, tak jak ja, wzbraniających się przed założeniem konta na Google+.

Mam jednak wielką nadzieję, że to wszystko okaże się jedną wielką plotką...
Mam również nadzieję, że bloglovin mi wystarczy i nie będę musiała zakładać dodatkowego konta... Jak to z tym w końcu jest?
Ścigana

Ścigana

Autor: Tess Gerritsen
Wydawnictwo Mira/Harlequin, 2013
Liczba stron: 284
Twórczość Tess Gerritsen miałam okazję poznać całkiem niedawno. Do tej pory znałam pisarkę raczej ze słyszenia, chciałam przeczytać jakąś jej książkę i tak oto znalazła się w moich rękach powieść pt. "Prawo krwi". Po przeczytaniu jej wiedziałam, że to nie będzie koniec, że na tym nie poprzestanę. I tak właśnie kolejna książka wpadła do mojej biblioteczki, "Ścigana".

Clea Rice nie jest zwykłą kobietą. Jest przestępczynią. Fachu uczyła się już w dzieciństwie od swego wuja, od zawsze więc była na bakier z prawem i niestety... trafiła również za kratki - choć nie na długo, to jednak teraz stara się żyć jak przykładka obywatelka, chce rozpocząć normalne życie, bez uciekania, ryzyka i ofiar. Nie będzie to jednak takie proste, ponieważ Clea, zupełnie niezależnie od siebie, wplątuję się w poważną aferę międzynarodową, a jej życiu zagraża poważne niebezpieczeństwo. Policja nie bardzo chce wierzyć byłej przestępczyni i złodziejce, która odsiadywała wyrok w więzieniu, dziewczyna więc musi zrobić coś, aby władze jej uwierzyły - włamuje się więc, ostatni raz, do posiadłości jednej z podejrzanych osób, aby zdobyć dowód swej niewinności - cenny sztylet, który właśnie teraz powinien znajdować się na dnie oceanu. Clea miesza się więc w sprawę nielegalnego handlowania dziełami sztuki, a że jako jedyna była świadkiem tego procederu i jako jedyna wie, że rzeczywiście coś takiego ma miejsce, świadoma jest tego, że na jej życie czyhają wrogowie. Sztylet jest więc jedyną drogą do prawdy, jednak okazuje się nagle, że podczas włamania w domu zaskakuje ją... inny włamywacz. Wróg czy sprzymierzeniec?...

Styl pani Gerritsen, jeśli porównamy obie te książki, jest do siebie bardzo podobny. Jak i ogólnie cała historia. Chociaż fabuła jest tutaj zupełnie inna, to jednak zdążyłam zauważyć w twórczości autorki pewne podobieństwa i inni czytelnicy na pewno też je zauważą. Nie zmienia to jednak faktu, że sama fabuła jest bardzo ciekawa, a książka naprawdę trzyma w napięciu. Co prawda sama powieść jest dość krótka, rozdziały nie są tak rozbudowane, a tym samym i cała akcja, to jednak czytałam tę książkę z niemałym zainteresowaniem. Tak, powtórzę to, co pisałam przy poprzedniej książce pt. "Prawo krwi" - Tess Gerritsen mogłaby się bardziej postarać, bardziej rozbudować wątki i sprawić, aby książka była dłuższa, jednak fakt, że jest to książka na jedną niemalże chwilę, wcale jej nie umniejsza. Z drugiej strony, jeśli rzeczywiście autorka miałaby pisać na siłę, to nie jest to żadne rozwiązanie i niech już zostanie jak jest.

"Ścigana" jest bez wątpienia książką wartą uwagi, szczególnie, jeśli chodzi o fanów autorki. Co ciekawe jednak, sama powieść może być jej czytelnikom już dobrze znana, "Ścigana" to bowiem wznowienie książki, która wcześniej wydana była pod innym tytułem: "Złodzieje serc". Jeśli jednak jeszcze jej nie czytaliście - warto. Na pewno spodoba się fanom powieści sensacyjnych, takich z dreszczykiem i wartką akcją. Zainteresuje też czytelniczki, które szukają w książkach wątków romantycznych - tutaj również tego nie brakuje i chwała autorce za to, bo czyni to tę powieść jeszcze bardziej interesującą i ciekawszą. Dodatkowo czyta się ją szybko i miło spędza przy niej czas. Chociaż nie jest to książka, która zdąży przyzwyczaić nas do swoich bohaterów, to same postacie jednak są sympatyczne (chociaż wiadomo, nie wszystkie) i szybko polubimy zarówno Cleę, jak i tajemniczego włamywacza, który wbrew pozorom również jest bohaterem pozytywnym.

Naprawdę zachęcam do poznania twórczości pani Gerritsen. Ja na pewno sięgnę jeszcze na raz po jej książkę - szczególnie, gdy będę miała ochotę na coś lekkiego, szybkiego i niezobowiązującego. Czasami szukam dokładnie takich lektur, a ta jest do tego idealna.


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mira/Harlequin
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli