Podsumowanie maja 2013

Przyszedł w końcu czas na podsumowanie ostatniego miesiąca, czyli maja. A dopiero po podsumowywałam kwiecień... Muszę chyba pogodzić się z tym, że czas ucieka mi ostatnio przez palce, że płynie tak szybko, miesiąc za miesiącem... Gdy siedziało się w domu i nie pracowało, było inaczej, teraz mam pracę, czasu mniej, a pędzi jak szalony... Doba czasem mogłaby być dłuższa.


Muszę również pogodzić się z tym, że mniej mam czasu na czytanie - tego nie zmienię. Musiałabym rzucić nowo zdobytą i wyczekiwaną pracę, a tego robić zamiaru nie mam :-) Mogę za to czytać sobie na spokojnie, nie spiesząc się nigdzie, mimo że wiem, że osiągnięcie wyniku ponad 10 książek miesięcznie, jak to było wcześniej, będzie teraz trudne. Na pisanie tutaj jednak, publikowanie recenzji i opinii zawsze znajdę czas - co przeczytam, tym na pewno się z Wami podzielę :-)

A oto i krótkie podsumowanie miesiąca maja:

Książki przeczytane w maju: 9
Liczba przeczytanych stron: 3312
Średnia stron dziennie: 107
 Liczba opublikowanych recenzji: 8
Egzemplarze recenzenckie: 1
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 1
Liczba nawiązanych współprac: 0
Liczba kupionych książek: 1
Liczba książek z wymiany: 0
 
Ciekawa jestem, jaki wynik będzie w czerwcu - czy pobiję maj, czy jednak nie?... Zobaczymy. Na pewno jednak nie będę czytać na siłę :-)
A Wam jak minął ostatni miesiąc? Mam nadzieję, że ciekawie, nie tylko pod tym naszym najważniejszym względem czytelniczym :-)
 
 

Dziedzictwo

Autor: Philippa Gregory
Wydawnictwo Książnica, 2009
Liczba stron: 614
Philippa Gregory jest jedną z moich ulubionych autorek, żeby nie powiedzieć ulubioną. Rzuciła na mnie urok w zeszłym roku i tak trwa to do dziś. Mało tego - z każdą przeczytaną książką utwierdzam się w przekonaniu, że to jest dokładnie taka literatura, jaką lubię, jakiej oczekuję i po którą mogę sięgać zawsze nie przejmując się tym, że mi się znudzi. Przy książkach Philippy nudzić się bowiem jest nie sposób.

"Dziedzictwo" jest pierwszym tomem trylogii o Wideacre. Wideacre to posiadłość, za którą Beatrice Lacey oddałaby wszystko. To tu się urodziła, spędziła najszczęśliwsze dzieciństwo, towarzysząc ojcu w wycieczkach dookoła dworu i okolicznych wsi, tutaj dorastała. Ziemia, łąki, pola i należący do tej ziemi ludzie to jedyne, czego Beatrice potrzebuje do szczęścia. To właśnie ojciec zaraził ją miłością do ziemi, nauczył wszystkiego, co z nią związane. Jakże rozczarowana jest więc, gdy dowiaduje się, że dziedzicem posiadłości zostanie jej starszy brat Harry - chłopiec, który nie widzi nic poza książkami, częściej siedzi w czterech ścianach niż na zewnątrz, nie mówiąc już o poznawaniu swojego dziedzictwa i jakimkolwiek zainteresowaniu tym tematem. Nie zna swojej ziemi tak jak jego siostra, która zna każde drzewo, które wyrosło w Wideacre, każdą gałązkę, każdą grudkę ziemi, na której rośnie pszenica. Niestety prawo nie pozwala dziedziczyć kobietom. Beatrice jednak postanowi postawić na swoim, nie dać się wydać za mąż i wygnać gdzieś, gdzie byłaby nieszczęśliwa - jej szczęście bowiem to Wideacre. Łatwo jednak nie będzie, ale czy przed Beatrice będą mogły stać jakiekolwiek przeszkody?...

Bardzo długo czekałam na to, aż będę miała możliwość przeczytania tej książki. Polowałam na nią w bibliotece długi czas, zawsze jednak na półce stał drugi lub trzeci tom, pierwszego zaś nigdy nie było. W końcu jednak mi się udało. I trzeba przyznać, że nie żałuję, że czekałam na tę książkę tak długo - warta była tego. Naczytałam się wiele opinii na jej temat, w mojej głowie był misz-masz, bo recenzje były albo wspaniałe, albo złe. Ja jednak czułam, że ta powieść spodoba mi się, ale to co dostałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

W książkach Philippy, już pomijając wątki historyczne, ich klimat i cały urok, podoba mi się między innymi to, że bardzo łatwo jest przyzwyczaić się do jej bohaterów, co sprawia lekturę niezwykle przyjemną, gdy przychodzi jednak kończyć książkę, z trudnością przychodzi nam sama już myśl, że mielibyśmy się z nimi rozstać. Do tej pory mam w głowie Beatrice, Johna, Harry'ego i Celię i do dziś (mimo że książkę przeczytałam kilka dni temu) nie mogę pogodzić się z tym, że po prostu już ją skończyłam. Na następny tom przyjdzie mi czekać do chwili, gdy upoluję go w bibliotece i serce mi krwawi na samą myśl o tym...

Dlaczego ta powieść rzuciła na mnie taki urok? Głównie chyba za sprawą wspomnianych wcześniej bohaterów: niewinnej, dobrej Celii, niezbyt bystrego i czasami po prostu głupiego Harry'ego, dobrodusznego Johna, czy w końcu głównej bohaterki, Beatrice - kobiety bezwzględnej, ambitnej aż do bólu, która ma w życiu tylko jeden cel, który chce zrealizować - nieważne, czy po trupach, czy będzie to kosztować czyjeś życie - jest to ktoś, kto nie cofnie się przed niczym, aby nie zabrano jej tego, co kocha najbardziej - Wideacre. Bo to właśnie ta posiadłość, dziedziczona z ojca na syna od wielu pokoleń, jest jej największą miłością. I to właśnie ta miłość zepsuje Beatrice do cna, pozbawi ją wszelkich innych uczuć, zaślepi, a w całej rodzinie Lacey'ów zaszczepi zło, grzech i masę okrutnych tajemnic, które tylko czekają, aby wyjść na zewnątrz i w jednej chwili zniszczyć życie jej bliskich.

Niezwykle barwni są bohaterowie tej powieści. Nie tylko główna bohaterka, ale również pozostali. Philippa jednak ma to do siebie, że tworzy takich właśnie bohaterów, nieważne, czy złych, zaszczutych jadem i złem, czy dobrych, niewinnych i nic niepodejrzewających - każdy bohater autorki zawsze zwraca uwagę, jest charakterystyczny, a jego osobie towarzyszą emocje - czasem dobre, pozytywne, czasem negatywne i złe, jak same postacie. To głównie one tworzą ten niepowtarzalny klimat jej książek. 

Ja jestem po prostu zachwycona tą historią. Jestem pod wrażeniem tego, jak pisarka wykreowała główną bohaterkę, jak ukazała relacje, panujące pomiędzy członkami rodziny Lacey'ów, jak opisała ich uczucia i targające nimi emocje. Chyba nie będzie książki, napisanej przez Philippę, która nie będzie mi się podobać, ta jednak jest cudowna i swą cudownością mogę ją porównywać tylko do "Kochanic króla", od której również nie sposób było mi się oderwać. "Dziedzictwo" polecam, bo naprawdę warto, ja mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na możliwość przeczytania kolejnej części.

Winners!

Winners!

Cieszę się ogromnie, że aż tyle osób zgłosiło się do konkursu. No ale w końcu było w czym wybierać, prawda? 
Tym bardziej, że szczęśliwców będzie aż trzech :-)



Nie przedłużając, bo pewnie i tak nie interesuje Was nic innego jak to, aby poznać zwycięzców, wszem i wobec ogłaszam, że:


Książkę pt. "Kompozytor burz" otrzymuje:

Patka


Książkę pt. "Barwy pożądania" otrzymuje:

Faledor


Książkę pt. "Single" otrzymuje:

Macy


Serdecznie gratuluję!

Ja od chwili obecnej do poniedziałku do godziny 23.59 czekam na Wasze maile z adresami, pod które mam wysłać książki. Na Wasze adresy czekam tu:
trinity801@autograf.pl
Napiszcie również, którą książkę wygraliście, aby było mi łatwiej Was zidentyfikować :-)

A pozostałym osobom jeszcze raz dziękuję za udział i zapraszam do mnie, być może wkrótce kolejny konkurs, kto wie?...


Bezdomna

Bezdomna

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak, 2013
Liczba stron: 252
Są autorzy powieści, którzy preferują jeden gatunek literacki, mają swój własny styl pisania i wiemy zazwyczaj, czego się po nich spodziewać. Wiemy, czy książka danego autora nam się spodoba czy nie, często właśnie dlatego sięgamy po określone książki – bo spodobała nam się jakaś wcześniejsza powieść. Niektórych autorów zaś omijamy z daleka z tego samego powodu – bo poprzednia książka nie przypadła nam do gustu. Są jednak autorzy, których książki niosą ze sobą wciąż coś nowego, autorzy, którzy potrafią napisać pełną humoru, szczęśliwą historię, ale potrafią również napisać książkę zupełnie inną, taką, której czytelnik w ogóle po danym pisarzu by się nie spodziewał. Ja takich autorów cenię bardzo, chociaż wciąż znam ich zbyt mało. Taką osobą jednak na pewno jest Katarzyna Michalak.

Już po lekturze „Nadziei” doszłam do wniosku, że to książka trochę inna, nie jest już tak szczęśliwa, wywołuje ogrom emocji i uczuć. „Bezdomna”, przeczytana przeze mnie zaledwie dwa dni temu pobiła jednak wszystkie książki Kasi Michalak na głowę, również „Nadzieję”. Nie chodzi już o to, że lubię czytać o ludzkich dramatach i zakrętach losu, nieczęsto ostrych i trudnych do pokonania, faktem jest jednak, że takie powieści pamięta się dłużej, bardziej chwytają za serce, człowiek jakoś inaczej się utożsamia z takimi bohaterami. I muszę przyznać, że po „Bezdomnej” kompletnie się tego nie spodziewałam. Nie spodziewałam się historii, którą ostatecznie dostałam – było to dla mnie takie zaskoczenie, jak mało kiedy.

Kingę poznajemy w chwili, gdy podczas Wigilii Bożego Narodzenia zaszywa się w śmietniku, aby zakończyć swoje problemy raz na zawsze. Kinga chce popełnić samobójstwo. Dlaczego? Może dlatego, że jest bezdomną, która od roku tuła się po ulicach, jedzenia szuka w śmietnikach, a noce spędza w śmierdzących noclegowniach? A może dlatego, że po prostu nie widzi już sensu dalszego życia – bo nie ma dla kogo żyć? Kingę jednak ratuje… kot. Zwykły zagubiony kot, który szuka ciepłego schronienia przed mrozem. I to właśnie ten kot jest motorem dalszych wydarzeń – kobietę bowiem znajduje inna kobieta, jak się okazuje, Kindze dobrze znana… Zaprasza ją do siebie na kolację wigilijną, nocleg i świąteczne śniadanie.  Aśka jest dziennikarką, ale dlaczego przygarnia bezdomną? Czy dlatego tylko, aby popełnić dobry uczynek? Początkowo pewnie i tak jest, motywy jednak wkrótce się zmienią… Aśka bowiem zobaczy w Kindze idealny materiał na reportaż. Nie podejrzewa nawet, że Bezdomna może skrywać tajemnicę, której nie spodziewa się nikt. I która, opisana, może wywołać niemały skandal.

Naprawdę… aż brak mi słów na tę książkę. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, do czego autorka była zdolna… że potrafiła napisać taką powieść. Powieść, która jest ogromnym ludzkim dramatem, a do tej pory przecież znałam Kasię Michalak od całkiem innej strony – tę od pięknych historii głównie dla kobiet, powieści zawsze dobrze się kończących, pełnych magii, uśmiechów i szczęśliwych chwil. W „Bezdomnej” autorka zaserwowała nam kompletnie coś innego – książkę pełną bólu, wyrzutów sumienia, dramatów i rozterek; jednocześnie książkę tak wciągającą, że przeczytałam ją dosłownie na jednym wdechu, chociaż pierwsze strony zupełnie tego nie zapowiadają.

Kolejna książka Katarzyny Michalak wywołała we mnie masę negatywnych emocji. Najwięcej ich jest chyba w stosunku do Joanny, mimo że pomogła Kindze podnieść się z bezdomności, pomogła jej w zarobieniu pierwszych pieniędzy i znalazła dom. Dla mnie była to osoba mimo wszystko pozbawiona skrupułów, która w Kindze zobaczyła materiał na idealny reportaż, dzięki któremu miałaby szansę zdobyć prestiżową nagrodę. I z każdą stroną, pomimo tego, że dla Kingi Aśka była kimś w rodzaju przyjaciółki (napisałam „kimś w rodzaju” nie bez powodu), to z każdą stroną lubiłam ją coraz mniej. Nie spodobał mi się również Czarek i praktycznie również od pierwszej chwili – mężczyzna może i kochał Kingę na swój sposób, to jednak nie rozumiał jej w ogóle. A można w takim wypadku w ogóle kogoś kochać?

Kinga, Joanna i Czarek to w zasadzie jedyni bohaterowie tej powieści. Oczywiście pojawiają się jakieś postacie drugoplanowe i epizodyczne, najważniejsza jednak tutaj jest ta trójka, czego dowodem jest również to, w jaki sposób autorka skonstruowała tę książkę – każdy rozdział to perspektywa jednego z trójki bohaterów. To również sprawia, że ani Czarek, ani Joanna nie da się lubić, ale chyba o to właśnie tu chodziło. A Kinga? Cóż, o Kindze i jej psychice oraz myśleniu można by napisać oddzielną recenzję. Dziewczyna po ośmiu próbach samobójczych, młoda i wykształcona, ale bezdomna kobieta, która w czytelniku bez wątpienia wzbudzi współczucie. Czy ją polubicie, nie wiem, ja obdarzyłam ją ogromną sympatią ze względu na jej sytuację, ale nie tylko. I być może dlatego czasem miałam ochotę skakać z wściekłości przy tej książce. Rzucać nią o ścianę i wyczyniać różne inne rzeczy, jednocześnie czując się kompletnie bezsilna – bo Kingę czekał tylko jeden los, taki, jaki wymyśliła dla niej autorka. Czuć, że to nie będzie cudowne, szczęśliwe zakończenie, wiedziałam, że w końcu je poznam, cokolwiek to będzie. I dlatego czułam się bezsilna, bo wiedziałam, że nie mogę zmienić toku wydarzeń, choć ma się na to wielką, naprawdę wielką chęć.

Jeszcze raz: jestem pod wielkim wrażeniem tej książki. Piękna, pełna emocji, dramatyzmu i smutna historia – czemu właśnie takie książki podobają mi się najbardziej? Takie, przy których chce się płakać z bezsilności, które wywołują masę głównie negatywnych odczuć, które są pełne współczucia? Nie mam zielonego pojęcia. Warto jest jednak wydać pieniądze na tę książkę, naprawdę. Ja dawno już nie czytałam tak poruszającej historii, której nie potrafiłam odłożyć na półkę, dopóki nie przeczytałam ostatniej strony.


Zakręty losu. Braterstwo krwi

Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo Novae Res, 2012
Liczba stron: 323
Bardzo długo czekałam na możliwość przeczytania tej książki. Chociaż dla niektórych kilka miesięcy to nie jest dużo, to dla mnie, gdy czekam na dalszą część książki, przy której swego czasu płakałam, uśmiechałam się i razem z bohaterami przeżywałam ich dramaty - jest to ogromnie duży kawał czasu. Doczekałam się jednak w końcu. Chociaż trylogii "Zakrętów losu" nadal nie kupiłam, nie stoi dumnie na mojej półce, to jednak trafiłam na nie ostatnio w bibliotece. Pierwszej części nie było (pewnie przez kogoś wypożyczona), druga i trzecia jednak jakby specjalnie czekały na to, aż je zgarnę i zabiorę do domu.

Pamiętacie Kaśkę i Krzyśka? Bo ja ich pamiętam, jakbym pierwszy tom czytała wczoraj. Poważnie. Tak wryła mi się w pamięć ich historia i zakończenie tej powieści. I jakże szczęśliwa byłam, że teraz znowu mogłam do nich wrócić!

Kaśka i Krzysiek są wydawałoby się, szczęśliwym małżeństwem, spełniają się oboje zawodowo. Tylko że ciągle gdzieś tam krąży nad nimi klątwa i to, że przeszłość może wrócić w każdej chwili, w chwili, kiedy najmniej będą się tego spodziewać. Ich wrogowie przecież jasno dali im do zrozumienia, że przecież "oni nie zapominają"... I faktycznie, przeszłość w końcu ich dopadnie - bo przecież była to tylko kwestia czasu. A niebezpieczeństwo będzie jeszcze większe. Czy uda im się znowu wyjść z tego cało?...

Powiem Wam szczerze, że w pierwszym tomie jakoś niespecjalnie polubiłam Lukasa. Kto czytał, ten nie powinien się temu dziwić. Tutaj, w "Braterstwie krwi" Łukasza Borowskiego, bo tak przecież naprawdę nazywa się ten bohater, będzie dużo. Czy mi to przeszkadzało? Nie, wręcz przeciwnie. Łukasz w końcu moją sympatię zdobył. Czym? Swoją przemianą. A postać to jest bardzo ważna, jak nie grająca pierwszych skrzypiec w tej książce. Bo przecież "Zakręty losu" są o Borowskich, tak, o Kasi i Krzysztofie, ale są głównie o Lukasie, bezlitosnym, złym mafiosie, który nie przejmuje się niczym oprócz własnej osoby. Tak było w pierwszym tomie. Tutaj jednak powoli jesteśmy jednak świadkami tego, jak Lukas się zmienia. I to zmienia się pod wpływem miłości. Na jego drodze stanie bowiem doświadczona okrutnie przez los kobieta z kilkuletnim dzieckiem, blisko dwadzieścia lat od niego młodsza Magdalena. Czy bohater znajdzie w końcu swój cel w życiu? I czy odpokutuje swoje grzechy, które wciąż tkwią w jego psychice? Tego Wam nie zdradzę.

Ogromnie miło jest wrócić do uwielbianych bohaterów. Lubię prozę Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, bo zawsze w jej książkach znajdę coś dla siebie. Jednocześnie w książkach tego typu, a głównie w powieściach o miłości (bo o tym też ta historia jest) czasem trudno jest o to, żeby uczucia w nim ukazane nie były przesłodzone, mdłe i dość kiepskie w odbiorze. Autorkę jednak lubię przede wszystkim za to, że w jej książkach tego nie ma. Nie znajdziemy tu cukierkowej miłości, po której przeważnie nam niedobrze. Jest za to realizm i taka prawdziwa miłość, przedstawiona w sposób, który nie drażni i nie irytuje. Ja mam z tym problem często, ale gdy sięgam po książki Agnieszki, mogę być pewna, że mogę je czytać w ciemno i nie obawiać się tego, że coś w tym względzie mi się nie spodoba - po prostu.

"Zakręty losu" trafiły w mój gust czytelniczy niemalże w dziesiątkę. Chociaż przede mną jeszcze trzeci tom, to i tak wiem, że się na nim nie zawiodę. Lubię dramaty, lubię romanse, lubię również sensację, a tutaj to wszystko można znaleźć. Może i nie jest to historia dla każdego, nie jest to książka, w której szczęśliwe wydarzenia gonią jeszcze szczęśliwsze chwile, jest to jednak historia o życiu, miłości, rodzinnych dramatach i jeśli ktoś coś takiego lubi, polecam. Ja pierwszą częścią byłam zachwycona, drugą jestem również, choć może mniej, bo już zdążyłam po pierwszym tomie ochłonąć, jednak nie mogę się doczekać ostatniej części. "Zakręty losu" bowiem trafiły już dawno o grona moich ulubionych książek, może kiedyś trafi i do Waszych?...

Kto wiatr sieje

Autor: Virginia Cleo Andrews
Wydawnictwo Świat Książki, 2013
Liczba stron: 460
Kolejna część serii o rodzinie Dollangangerów czekała na mojej półce na przeczytanie już jakiś czas. Sama nie wiem, czemu tak się działo, może było to spowodowane tym, że "Kto wiatr sieje" nie zbierała jakichś zachwycających recenzji, a nawet wręcz przeciwnie, częściej jest krytykowana niż chwalona. Faktem jednak jest, że jest to jedna z moich ulubionych serii książkowych, i to seria, która powstała już kupę lat temu i teraz doczekała się wznowienia.

Jestem pod wrażeniem, że historia, napisana już jakiś czas temu, wciąż zachwyca czytelników. A przynajmniej mnie. Ostrzegam jednak, że moja dzisiejsza recenzja może zawierać spoilery, trudno jest bowiem pisać o kolejnej części tej sagi nie ujawniając nic, co działo się wcześniej. Więc wybaczcie i ewentualnie następnego akapitu nie czytajcie, a w zamian proponuję przenieść się do recenzji pierwszej części, "Kwiatów na poddaszu" - dla tych, którzy całą serię pani Andrews mają jeszcze przed sobą. 

Cathy i Chris ją już w średnim wieku. Mają trójkę dorosłych już dzieci. "Kto wiatr sieje" opowiada więc o dalszych losach całej rodziny, autorka przeskoczyła sporo lat, jeśli weźmiemy pod uwagę trzeci tom owej sagi. Bart, dorosły już mężczyzna, dziedziczy po babce cały spadek oraz posiadłość Foxworth Hall, a na jego dwudzieste piąte urodziny zjeżdżają się wszyscy łącznie z bratem Jory'm i jego żoną Melodie oraz adoptowaną siostrą Cindy. I wydaje się, że rodzinne konflikty, które miały miejsce do tej pory, zostały zażegnane, jednak w życiu Dollangangerów i przede wszystkim Barta dużą rolę odgrywa zaginiony przed laty wujek, Joel... I prawdopodobnie ta rola jest zbyt duża, bo nad rodziną znowu zbierają się czarne chmury.

Podeszłam do tej książki strasznie sceptycznie, przyczyną tego były przede wszystkim te krytykujące recenzje. Że niby historia nie jest już taka jak na początku, że wydarzenia są naciągane, jakby autorka pisała już swoją książkę na siłę. Zgadzam się z tym, że to nie jest to samo co w pierwszym tomie. "Kwiaty na poddaszu" mnie wręcz oczarowały, nie mogłam się od powieści oderwać. Druga część też mnie urzekła, trzecia też się podobała. Ale że to nie jest już to wcale nie znaczy, że książka jest zła. Zgadzam się, jest przewidywalna (do pewnego momentu, bo ostatnie wydarzenia i przede wszystkim zakończenie mocno mną wstrząsnęły), okazuje się jednak, że niepotrzebnie podeszłam do tej książki tak ostrożnie. Albo może i potrzebnie, bo mnie absolutnie nie rozczarowała. I nie będę się kłócić sama ze sobą i nie napiszę, że powieść pani Andrews jest słaba, pisana na siłę, bo tak po prostu nie uważam. Nie napiszę tak, bo większość tak właśnie sądzi. Nie. "Kto wiatr sieje" podobała mi się na tyle, aby przeczytać ją z niemałą ciekawością, chociaż większość wydarzeń i tak przewidziałam wcześniej. Dlatego daję jej 7/10 pkt i nie mam zamiaru dawać mniej.

Podchodzę do tej serii ze świadomością, że nie jest o zwykłej rodzinie. Nie są to normalne więzy rodzinne i z tym każdy się zgodzi. Rodzina Dollangangerów jest rodziną, którą od początku, od dzieciństwa Cathy i Chrisa prześladują demony z przeszłości, okrutna babka, nie lepsza matka, uwięzienie na poddaszu - to wszystko odbija się na całym ich późniejszym życiu, życiu ich dzieci i wnuków. I będzie do nich wracało zawsze, nawet wtedy, gdy wydaje się, że to już koniec. Nie da się bowiem zapomnieć dzieciństwa spędzonego bez słońca, zabaw, w jednym pokoju zamkniętym na klucz. I o ile Chris jeszcze stara się zapomnieć i żyć normalnie, jego siostra nie jest w stanie wymazać z pamięci tych okropnych lat. Mam nadzieję, że takich rodzin nie ma naprawdę, że takie coś jest w stanie wymyślić tylko i wyłącznie ludzka wyobraźnia.

Chrisa polubiłam ogromnie, już na samym początku. Cathy niespecjalnie dawała się lubić. I w tym względzie niewiele się tutaj zmieniło. Cathy jednak jest trochę bardziej znośna niż w poprzednich tomach, zresztą to ona znowu wraca do opowiadania całej historii, znowu ona jest tu narratorką. Zakończenie tej części jednak mnie zszokowało. Nie sądziłam, że tak to się wszystko potoczy, szczególnie biorąc pod uwagę to, jak bardzo zżyłam się już z tymi bohaterami, jak bardzo ich polubiłam czy znienawidziłam.

Powiem jedno - nie zawiedziecie się na "Kto wiatr sieje", jeśli nie będziecie oczekiwać od tej książki nie wiadomo czego. Ja tak do tego podeszłam i może dlatego po prostu mi się ona podobała, mimo wszystkich tych krytyk. Ja ją więc na pewno będę polecać, jak wszystkie części tej serii, a wybór i Wasze zdanie zależeć będzie tylko i wyłącznie od Was i Waszego do niej podejścia.

Szansa na życie

Szansa na życie

Autor: Diane Chamberlain
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2012
Liczba stron: 408
Nie tak dawno temu miałam przyjemność czytać książkę pt. „Sekretne życie CeeCee Wilkes”. Powieść ta spodobała mi się tak, że praktycznie nie mogłam się od nie oderwać, ciekawa byłam więc innych powieści tej autorki. Czułam, że jest to ktoś, kto jest w stanie stać się jednym z moich ulubionych autorów, sięgnęłam więc po kolejną powieść Diane, napisaną trochę wcześniej, „Szansa na życie”.

Sophie jest ośmioletnią dziewczynką, cierpiącą praktycznie od urodzenia na ostrą niewydolność nerek. Dziewczynka wie, co to szpital, dializy, nie obcy są jej lekarze, nie obce pielęgniarki. Gdy matka Sophie, Janine, dowiaduje się o nowej terapii, mogącej poprawić jakość życia dziecka cierpiącego na chorobę nerek, bez zastanowienia zgłasza dziewczynkę do tego eksperymentu. Terapia bowiem jest jeszcze w formie eksperymentalnej, oparta całkowicie na ziołowych, naturalnych metodach. Sophie od razu praktycznie czuje się lepiej po kroplówkach z herbaliną, jak nazywany jest nowy lek, częściej się uśmiecha i ma większy apetyt, wraca również do szkoły. Gdy Sophie wychodzi z pomysłem wyjechania na obóz dla małych skautek, rodzice długo zastanawiają się, czy puścić małą dziewczynkę z poważną chorobą na taką wycieczkę, Janine ostatecznie godzi się jednak, bo dlaczego nie, skoro córka czuje się coraz lepiej. Wyrzuty sumienia pojawiają się jednak wkrótce, gdy Sophie, wraz z jedną z koleżanek i opiekunką nie wracają z obozu…

Nie spodziewałam się wiele po tej powieści, nie da się bowiem ukryć, że ostatnio wydana książka „Sekretne życie CeeCee Wilkes” podniosła mi dość wysoko poprzeczkę, jeśli chodzi o książki autorki. Między innymi właśnie dlatego chciałam spróbować jeszcze raz, z inną historią, która wyszła spod pióra Diane Chamberlain. Trzeba jednak przyznać, że „Szansa na życie” jest kolejną doskonałą książką, z niebanalną fabułą, która intryguje i wciąga.

Bohaterów tutaj znajdziemy całą gamę, takich, których polubimy, ale również tych, którzy nie wzbudzą naszej sympatii. Tą pierwszą bez wątpienia jest Sophie, główna bohaterka, jak i jej matka, Janine. Do tej drugiej grupy bez zastanowienia zaliczyłabym jednak byłego męża Janine, Joe’go, jak i rodziców Janine. Pojawia się jednak tutaj jeszcze ktoś – niedawno zatrudniony w posiadłości, w której mieszkają matka z córką, ogrodnik, który z dziwnym zainteresowaniem patrzy na dziewczynkę i nie wiadomo, czy przypadkiem nie ma czegoś wspólnego ze zniknięciem dziecka… Czy jest on postacią pozytywną czy negatywną – tego Wam nie zdradzę, Lucas jednak, bo tak ma na imię, bez wątpienia jest bohaterem bardzo barwnym i może nawet najciekawszym w tej powieści.

„Szansa na życie” to przede wszystkim powieść o miłości. Tego można się było spodziewać i jest to dość przewidywalne. Ale jest również historią o życiu – nie zawsze kolorowym, które stawia na naszej drodze różne przeszkody, jak choroba czy nieszczęście w rodzinie. Sophie, a również i jej matka, łatwego tego życia nie mają. Sophie zmaga się ze śmiertelną chorobą, jej matka jednak nie tylko z tym, bowiem również z niezrozumieniem ze strony otoczenia, Joe’go i własnych rodziców. Nie ma w nich żadnego wsparcia, słyszy ciągłe pretensje, cały czas jest obwiniana o to, co robi i jak to robi. Rodzina wini ją nawet za chorobę Sophie, która niby ma być skutkiem udziału Janine w wojnie (a to kolejny ciekawy epizod w życiu matki). I tak naprawdę Janine ma wsparcie w tylko jednej, w dodatku zupełnie obcej osobie.

Książkę czyta się przyjemnie i szybko. Wciąga w swoją fabułę i absolutnie można ją równać z powieścią autorki ostatnio wydaną, wspomnianą na początku. Diane Chamberlain tworzy historie życiowe, piękne, takie, których się łatwo nie zapomina, które nie ulatują z pamięci w jednej chwili. Przy jej książkach można się zrelaksować, ale i zatrzymać na chwilę, pomyśleć, poanalizować. Z pewnością nie raz jeszcze sięgnę po powieść Diane. Polecam serdecznie.
Top 10 - najlepsze wakacyjne lektury

Top 10 - najlepsze wakacyjne lektury


Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej bloggera, jego zainteresowania i gusta. Jeśli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.



 Ponieważ wakacje tuż-tuż, a ostatnia pogoda ciągle nam o tym przypomina (nie mówię tu o tej deszczowej, ale o słońcu i temperaturze powyżej 20 stopni Celsjusza), temat więc idealny na dziś:

Najlepsze wakacyjne lektury



1. Kobiety z domu Soni, Sabina Czupryńska
Jedna z moich ulubionych, jak nie ulubiona w ogóle, obyczajowa powieść o pięciu kobietach - mam do niej ogromny sentyment, a na lato moim zdaniem jest idealna. O tej książce można naprawdę pisać i pisać, ja jednak myślę, że lepiej jest przeczytać, bo nie da się oddać tej historii w jakiejkolwiek recenzji, nieważne, jak długa byłaby.

2. Prowincja pełna marzeń, Katarzyna Enerlich
Kolejna opowieść, która skradła mi serce. Powieść, która doczekała się dalszych trzech tomów i wszystkie są warte uwagi, również idealna na wakacje.

3. Upalne lato Marianny, Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Ta książka, mimo może niezbyt wysokiej oceny, którą sama jej dałam, musiała się znaleźć w moim zestawieniu. Dlaczego? Ze względu na klimat - typowy dla mazowieckiej wsi i prowincji, gorący klimat lata i zbliżającej się jesieni.

4. Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki, Marcel Pagnol
Kolejna klimatyczna książka. Czuć w niej nie tylko zapach lawendy, ale i gorący śródziemnomorski klimat południowej Francji, wakacje, przygodę i tajemnicę.

5. Comédia infantil, Henning Mankell
Autor znany głównie z kryminałów, ale "Comédia infantil" kryminałem nie jest i Mankell zadziwił mnie tym, że stworzył taką książkę. Krótka, ale piękna opowieść o okrucieństwie, biedzie i marzeniach. Piękna historia - moja ulubiona książka Henninga Mankella.

6. Cichy wielbiciel, Olga Rudnicka
Mam do niej ogromny sentyment i nie wyobrażam sobie, że mogłabym ją czytać np. zimą. Tak się składa, że trafiła do mnie w lipcu zeszłego roku, czas idealny, pochłonięta ekspresowo, ale tak po prostu musiało być.

7. 44 Scotland Street, Alexandel McCall Smith
Nie tylko na zimę pod kocyk, ale i idealna do czytania nad rzeką czy w ogrodzie - książka na każdą porę roku, bez wątpienia.

8. Jeden dzień, David Nicholls
Dużo się o tej książce mówiło i bardzo słusznie, nie wiem, jak pozostałe powieści tego autora, ta jednak jest warta swojej ceny i czasu nad nią spędzonego - trzeba przeczytać, żeby zrozumieć.

9. Sukienka z mgieł, Joanna M. Chmielewska
Piwnica pod Liliowym Kapeluszem jest miejscem, obok którego nie da się przejść obojętnie. W związku z tym tej książki również nie można ominąć. Po raz kolejny urzeka w niej klimat - magicznego, niepowtarzalnego miejsca.

10. Cukiernia pod Amorem, Małgorzata Gutowska-Adamczyk
I tutaj już cała seria. Chociaż ja mam za sobą dopiero dwa tomy, to wiem, że i trzeci skradnie mój czas, gdy tylko na niego trafię. Uwielbiam tę serię, a wylegując się nad rzeką czy na łące idealnie się ją czyta.


Szkoda, że miejsc jest tylko 10, bo chętnie pisałabym dalej o książkach na wakacje :-)
Jak widać, przeważają tutaj powieści polskich autorów, co nie znaczy, że innych cenię mniej. Nie ma tu również żadnego kryminału, które przecież uwielbiam. Ale powyższe top 10 chyba najbardziej kojarzy mi się z latem i nie wyobrażam sobie, gdyby którejś z tych książek w moim zestawieniu zabrakło. A że znalazłoby się tutaj również tysiąc innych powieści - to już inna bajka :-)
Morderca bez twarzy

Morderca bez twarzy

Autor: Henning Mankell
Wydawnictwo W.A.B., 2010
Liczba stron: 301
O mojej sympatii do skandynawskich kryminałów i autorów pisałam już Wam nie raz i w tej kwestii nic się jak na razie nie zmieniło. Jednym z wartych uwagi pisarzy szwedzkich jest Henning Mankell, z którego twórczością też już nie raz miałam do czynienia. Nie miałam jednak przyjemności poznać jego serii kryminalnej, z której przecież Mankell najbardziej zasłynął – serii z komisarzem Kurtem Wallanderem. Aż do teraz.

„Morderca bez twarzy” jest pierwszą częścią tej serii. Jak się przedstawia sama fabuła tej książki? Jak to kryminał, mamy morderstwo. Ale morderstwo nie byle jakie – zmasakrowane ciało sąsiada znajduje emeryt, mieszkający niedaleko, znajduje również jego żonę, która, co prawda jeszcze żywa, jest na granicy śmierci. Sprawa trafia w ręce Kurta, a kobieta jest jedyną drogą do poznania prawdy i odnalezienia mordercy. Jednak żona ofiary trafia w ciężkim stanie do szpitala i lekarze niestety nie są w stanie jej uratować – tuż przed śmiercią wypowiada jednak kilkakrotnie jedno słowo: „zagraniczny”. Policja traci więc jedyną osobę, która znała mordercę, a to, co powiedziała na łożu śmierci nic im nie mówi – cała sprawa jednocześnie przyjmuje nowy wymiar, bo od teraz ofiary są dwie. Kurt podejrzewa, że „zagraniczny” może znaczyć tyle, że sprawcami byli cudzoziemcy, z którymi sam komisarz już i tak ma niemałe problemy – po nocach wydzwania bowiem do niego anonimowa osoba, która grozi, że zrobi porządek z imigrantami. Wkrótce też Wallander będzie miał na głowie i trzecią ofiarę.

Spodziewałam się po Mankellu kolejnego świetnego kryminału i nie zawiodłam się na nim ani przez chwilę. Książka jest naprawdę dobra, ciekawa i intrygująca. Mankell ma to do siebie, że w swoich powieściach porusza również społeczne problemy dzisiejszego świata i tutaj jest podobnie. Watek kryminalny i okrutne morderstwo zahacza również o temat imigrantów i uchodźców, starających się o azyl w Szwecji. Komisarz Wallander ma do rozwiązania więc nie tylko zagadkę masakrycznego morderstwa dwóch osób, ale będzie się musiał uporać również ze sprawami imigrantów, którzy jak się okazuje, mają wielu wrogów w tamtejszym społeczeństwie.

Ale to nie będzie koniec rozterek głównego bohatera. Jak wspomniałam wcześniej, jest to pierwsza część serii z Kurtem Wallanderem w roli głównej, a jego samego poznajemy w niezbyt ciekawym momencie jego życia, bo praktycznie tuż po rozstaniu z żoną i rozwodzie, a jakby tego było mało, nie ma najlepszego kontaktu z córką, a ojciec, cierpiący na sklerozę, przysparza mu nie lada problemów. Nie jest to więc idealny bohater i dzięki Mankellowi za to, bo tym samym czyni go to bohaterem realistycznym, który nie jest wszechmocny, a tym samym takim, który wzbudza w nas dzięki temu sympatię i niekiedy współczucie. Nie układa mu się bowiem najlepiej, w niektórych sprawach jest, można by powiedzieć, nawet nieudacznikiem, nie przeszkadza mu to bynajmniej w tym, aby być dobrym policjantem. Bo takim bez wątpienia jest, chociaż morderstwo, które Kurt ma co rozwiązania łatwą zagadką nie będzie. Ale to charakterystyczna cecha prawie wszystkich kryminałów, a już na pewno powieści Mankella.

Od dawna miałam ochotę na tę serię i jak widać, intuicja w tej kwestii mnie nie zawiodła. Teraz spokojnie mogę sięgnąć po dalsze części przygód komisarza Wallandera wiedząc, że jest to coś, co z pewnością przypadnie mi do gustu. Bez wątpienia ciągnie mnie do serii kryminalnych i pewnie to się w najbliższym czasie nie zmieni. I myślę, że nie trzeba tej książki (jak i całej serii) zbytnio chwalić, miłośnicy kryminału (szczególnie skandynawskiego) i tak pewnie od dawna ją znają chociażby ze słyszenia, albo mają ją w planach. Mankell jest naprawdę świetnym pisarzem i warto zwrócić na niego uwagę.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
W cieniu kaplicy

W cieniu kaplicy

Autor: Melvin R. Starr
Wydawnictwo Promic, 2013
Liczba stron: 354
Są książki, które darzę wielkim sentymentem między innymi ze względu na czas, w którym je czytałam. Tak jest również z pierwszą powieścią Melvina Starra, która wpadła mi w ręce. „Niespokojne kości” czytałam dokładnie rok temu, również w maju, dodatkowo była to jedna z pierwszych książek, które dostałam od wydawnictwa do recenzji. Cenię ją sobie więc dodatkowo. Na kolejną część przygód Hugh czekałam więc z niecierpliwością, nie sądziłam jednak, że doczekam się właśnie teraz, rok po przeczytaniu pierwszej części. Myślałam, że przyjdzie mi czekać dłużej. Byłam więc niezmiernie szczęśliwa, gdy książka znalazła się ostatnio na mojej półce.

„W cieniu kaplicy” to, jak wspomniałam, kolejna, druga już część perypetii młodego chirurga i rządcy lorda Gilberta. Jak można się domyśleć, bohater będzie miał do rozwiązania kolejną, trudną zagadkę. Niedaleko kaplicy św. Andrzeja bowiem, na peryferiach miasteczka Bampton, gdzie mieszka Hugh, ktoś znajduje zwłoki Alana, nadzorcy folwarcznego. Na pierwszy rzut oka wygląda to na atak dzikiego zwierza, jednak Hugh ma wątpliwości. Skąd bowiem we włosach ofiary kawałek niebieskiej przędzy? Gdzie podziały się ponadto buty Alana? Nadzorca został znaleziony zupełnie na bosaka… Bez wątpienia Hugh będzie miał do rozwiązania nie lada zagadkę, i jak się okazuje, będzie musiał uważać, bowiem i jego życiu grozi niebezpieczeństwo.

Powiem szczerze, że „W cieniu kaplicy” aż miło wziąć do ręki. Już kiedyś o tym pisałam przy okazji innej powieści z serii Corpus delicti, ale napiszę jeszcze raz – wydanie tych książek po prostu jest przepiękne. Okładki, które przyciągają wzrok to tylko część tego, o czym piszę, bowiem i wewnątrz książka robi wrażenie – idealna czcionka, która nie męczy wzroku, miły w dotyku papier – naprawdę taką książkę aż miło wziąć do ręki i zacząć czytać, bez względu na to, o czym by była. Pewnie nad wydaniem tej serii będę się zachwycać jeszcze nie raz, nie jest to pierwsza i mam nadzieję, nie ostatnia powieść wydawnictwa Promic, które mam okazję czytać, ale pozachwycać się jest naprawdę nad czym. Uwielbiam wydawnictwo za te powieści.

Jeśli chodzi o samą fabułę „W cieniu kaplicy” to jest to typowy średniowieczny kryminał. Znowu polaczenie tego, co najbardziej cenię – powieści historycznej i książki z dreszczykiem. Melvin Starr doskonale oddaje klimat tamtych czasów, nie jest trudno wczuć się w tę książkę. A i wątek kryminalny jest niczego sobie. Świetnie skonstruowana intryga i morderstwo, które do rozwiązania w tamtych czasach wcale nie było takie proste. Szczególnie dla kogoś, kto doświadczenia w tego typu sprawach nie ma wybitnego, a takim bohaterem właśnie jest Hugh z Singleton.  I pewnie Was w tej chwili zaskoczę, ale wątek historyczny i kryminalny to nie jedyne, co warte jest uwagi w tej powieści. Na drodze głównego bohatera bowiem stanie w końcu kobieta – wydaje się, że jego modlitwy o żonę w końcu zostaną wysłuchane, ale czy na pewno? Książka bowiem nam nie mówi tego wprost, mam jednak wielką nadzieję na takie rozwiązanie. Ale, ale… co jeszcze? Otóż to, że „W cieniu kaplicy” kończy się tak, że strasznie żałuję, że na następną część przyjcie mi czekać znowu pewnie cały rok. Nic nie zapowiada intrygującego zakończenia, dopóki czytelnik nie dojdzie do ostatniego zdania… Muszę przyznać, że autor doskonale potrafi stopniować napięcie i wzbudzić ciekawość. Stałam się wielką fanką tej serii i cieszy mnie to, że zawierać się ona będzie w pięciu kronikach o przygodach bohatera, w związku z tym trzy jeszcze przede mną. Pytanie tylko, jak długo przyjdzie mi na nie czekać?

Jeśli lubicie powieści historyczne albo kryminały, „W cieniu kaplicy” powinna bez problemu spełnić Wasze oczekiwania. Ja jestem fanką i jednego i drugiego, więc dla mnie ta książka jest naprawdę wielką przygodą czytelniczą. Nie tylko, jeśli chodzi o samą zagadkę kryminalną, powieść może być dla nas również interesującym źródłem czternastowiecznych zwyczajów, świąt i obrzędów. Ale głównie stanowi świetną rozrywkę – polecam więc wszystkim. Dla mnie będzie to kolejna opowieść, którą będę darzyć ogromnym sentymentem.


Warto również zajrzeć na oficjalną stronę Autora:

Baza recenzji Syndykatu ZwB

Za tę niezwykłą podróż w czasie dziękuję serdecznie Wydawnictwu Promic
Stosik majowy [#18]

Stosik majowy [#18]

Mój stos lektur na maj nie jest zbyt duży, jednak pewnie i tak dojdzie kilka książek później (chociażby z biblioteki), więc niewykluczone, że się powiększy. W każdym razie nie narzekam i nie mam zamiaru narzekać na to, że nie będę miała co czytać. Jak zwykle piętrzy się jeszcze stos mój prywatny z poprzednich wpisów stosikowych, czyli to, co już Wam pokazywałam, ale czeka na lepsze czasy (tzn. czas, kiedy nie będę miała na głowie egzemplarzy recenzenckich i książek z biblioteki, które czytam w pierwszej kolejności).


Oto, co ostatnio wylądowało na mojej półce:

Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich, Małgorzata Gutowska-Adamczyk - marzyłam o tej książce, odkąd ukazała się w księgarniach, sama nie wiem, czemu, ale po prostu czułam, że to jest lektura dla mnie - więc mam, kupiłam 2 dni temu, więc moja prywatna, z czego jestem bardzo szczęśliwa :-)
W cieniu kaplicy, Melvin R. Starr - od Wydawnictwa Promic, na premierę tej książki czekałam blisko rok i w końcu jest, nawet już przeczytana, więc recenzja w ciągu kilku dni będzie na blogu do przeczytania;
Karminowy szal, Joanna M. Chmielewska - od Wydawnictwa Mg, z recenzją tej książki już możecie się zapoznać tutaj;
Various faces of almightiness, Krzysztof Bielecki - prezent od autora; 
Zabójca mimo woli, Aleksandra Marinina - jak zauważyliście, recenzja też już jest, można ją przeczytać tutaj;
Szansa na życie, Diane Chamberlain - ciekawa jestem innej książki tej autorki, ostatnio czytana przeze mnie historia CeeCee zrobiła na mnie ogromne wrażenie, zobaczymy, jak będzie z jej poprzednimi powieściami;
Morderca bez twarzy, Henning Mankell - pierwsza część o komisarzu Wallanderze, polowałam na tę książkę w bibliotece blisko pół roku, w końcu udało mi się ją wypożyczyć.

Znaleźliście coś dla siebie? 
A może czytaliście już którąś z książek, które ja mam jeszcze przed sobą?

Stos majowy jak widać nie jest zbyt obfity, a to dlatego, że wykaraskałam się wreszcie z egzemplarzy do recenzji, które dostałam (chociaż w ostatnim miesiącu nie było ich wiele), a książek też wiele nie kupuję. Wcześniej nie robiłam tego, bo nie miałam pracy, a w związku z tym pieniędzy na książki, teraz głównie dlatego, że nie mam gdzie ich trzymać - nad czym ogromnie boleję. Brak mi regału takiego z prawdziwego zdarzenia i brak mi również miejsca na niego, niestety. Może jednak wkrótce to się zmieni? Mam masę serii, które pięknie prezentowałyby się na półce, niestety na razie przykryte są innymi książkami :-( Jakieś rozwiązanie jednak muszę znaleźć...


Karminowy szal

Karminowy szal

Autor: Joanna Maria Chmielewska
Wydawnictwo Mg, 2013
Liczba stron: 228
Pamiętam, jak w zeszłym roku, w lato, trafiła do mnie niesamowita książka. Była to „Sukienka z mgieł” Joanny Chmielewskiej. Nie była to ta znana Chmielewska od kryminałów, zbieżność imion i nazwisk jest tutaj zupełnie przypadkowa. Joanna Maria Chmielewska jest bowiem autorką trzech powieści: „Poduszka w różowe słonie”, wyżej wspomnianej i tej, którą dziś Wam prezentuję, „Karminowy szal”. Jest też autorką książek dla dzieci.

Nie mogłam się doczekać tego, kiedy zacznę lekturę tej oto książki. „Sukienkę z mgieł” darzę ogromnym sentymentem, wiedziałam więc, że to jest coś dokładnie w moim guście. I nie pomyliłam się. „Karminowy szal” to przede wszystkim trzy główne bohaterki. Marysia, Marta i Magda poznały się w dzieciństwie w ośrodku szkolno-opiekuńczym, do którego trafiły i zaprzyjaźniły się. Ich drogi jednak w pewnym momencie się rozeszły, by połączyć się znów jako losy dorosłych już kobiet: Magdaleny, Marii i Marty. W Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem spotykają się wszystkie trzy i przy grzanym winie stają twarzą w twarz z tajemnicą z dzieciństwa, skrywaną przez całe życie. Mają plan i postanawiają działać, nic bowiem nie oczyści ich dusz tak jak rozprawienie się z przeszłością, która je spotkała.

Maria, Magdalena i Marta to na pozór zwykłe kobiety, takie jak każda z nas. Niewykluczone, że w którejś z nich odnajdziemy samą siebie. Zdawałoby się, że szczęśliwe, którym życie ułożyło się tak a nie inaczej, pozornie nie narzekają na nic – ciąży im tylko tajemnica z dzieciństwa. I to właśnie przeszłość jest głównym wątkiem w tej książce. Przeszłość i wydarzenia z dawnych lat są ważnym elementem tej powieści, właśnie wtedy stało się to, co się stało. Co takiego? Niestety, tego Wam nie zdradzę – sama dowiedziałam się, o co chodzi, dopiero na ostatnich stronach tej powieści. Czy byłam zaskoczona? Trochę byłam, trochę spodziewałam się takiego rozwoju wydarzeń. Nie mogę jednak powiedzieć, że „Karminowy szal” mnie nie zaskoczył – wręcz przeciwnie.

Marta, Maria i Magda to jednak nie tylko ciężkie dzieciństwo i tajemnica. Każda ma bowiem własne życie tu i teraz. Wiadomo, jak to z tym jest, nie zawsze podoba nam się to, jak potoczyły się nasze losy, wszystkie trzy kobiety zadają sobie więc, przy grzanym winie, to samo pytanie: czy są zadowolone z życia? Okazuje się, że odpowiedź na to pytanie nie zawsze jest taka prosta. Poznajemy jednak sylwetkę każdej bohaterki z osobna, każda z nich ma inne marzenia i priorytety, każdą jednak da się lubić - niczym dawne przyjaciółki z własnego dzieciństwa, które spotykamy po latach.

Chociaż „Karminowy szal”, „Sukienka z mgieł” i „Poduszka w różowe słonie” to zupełnie niezależne powieści, opowiadające historie innych ludzi, to jednak jest coś, co je łączy – Piwnica pod Liliowym Kapeluszem. A jest to miejsce magiczne, do którego się wraca, które zadziwia za każdym razem swoją tajemnicą, miejsce, w którym chciałoby się spędzać jak najwięcej czasu. Ale w „Karminowym szalu” spotkamy również niektórych bohaterów poprzednich powieści. Chociaż jest to głównie historia Marty, Marysi i Magdy, to jednak znani nam już bohaterowie pojawią się tutaj, chociaż wpleceni będą niezauważalnie i zupełnie naturalnie. Jednak tak samo, jak fajnie czasem spotkać gdzieś na ulicy starych przyjaciół, fajnie jest czasem wrócić do starych, lubianych postaci książek, których losy poznaliśmy wcześniej. Powieści Joanny Chmielewskiej tak się właśnie ze sobą przeplatają. Bo łączy je właśnie to jedno miejsce, do którego bohaterowie ciągle wracają – Piwnica pod Liliowym Kapeluszem.

Może i „Karminowy szal” nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia jak poprzednia powieść autorki („Poduszki w różowe słonie” jeszcze nie miałam okazji czytać), to jednak powieść ta ma w sobie coś z „Sukienki…” – ma tę magię niezwykłej kawiarni, której właścicielką jest Weronika. Ale jest to przede wszystkim powieść o tym, że czasem trzeba rozprawić się z przeszłością, aby dalej żyć, powieść o wielkiej przyjaźni, ale i miłości oraz o tym, że czasem do szczęścia nie potrzeba nam wiele, czasem jest ono tuż obok, wystarczy wyciągnąć rękę. Szkoda tylko, że nie każdy zdaje sobie z tego sprawę. Szczęście bowiem mogą dawać najbłahsze, najmniejsze rzeczy. Do tego co prawda historia Magdy, Marty i Marii nie jest łatwa, ale napisana z niezwykłą lekkością, a czasem nawet humorem, co sprawia, że podchodzimy do tego wszystkiego inaczej, z dozą dystansu. Książkę czyta się bardzo szybko i z przyjemnością, tak samo jak czyta się „Sukienkę z mgieł”. Tak szybko się już jej jednak nie zapomina, a to znaczy, że warta jest spędzonego nad nią czasu. A wybór należy już do czytelników – ja na pewno sięgnę jeszcze po powieści tej autorki, bo jest to twórczość, która doskonale trafia w mój gust, gdy mam ochotę na niebanalną opowieść o życiu, ale napisaną tak, że niemożliwe jest, aby nie poprawiła nam humoru.

Poduszka w różowe słonie | Sukienka z mgieł | Karminowy szal

Za możliwość powrotu do Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem ogromnie dziękuję Wydawnictwu Mg

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli