Przedświąteczne podsumowanie marca 2013

Przedświąteczne podsumowanie marca 2013

W ferworze przedświątecznych przygotowań i świątecznych obowiązków pragnę Wam dziś złożyć najlepsze życzenia z okazji Świąt Wielkanocnych, wszystkiego, co najlepsze, nie tylko jeśli chodzi o świąteczny stół, ale o każdy aspekt Waszego życia, radosnych chwil z rodziną i przyjaciółmi, smacznego jajka i mokrego Śmigusa-Dyngusa oraz oczywiście ogromu ciekawych lektur do czytania - bez tego nam, molom książkowym, przecież trudno się obejść :-)

Jeśli zaś chodzi o podsumowanie, ja chyba w marcu podświadomie starałam się nadrobić może nie zaległości, na pewno jednak fakt, że w kwietniu prawdopodobnie na czytanie będę miała trochę mniej czasu - chociaż mam nadzieję, że uda mi się pogodzić wszystko z nową pracą. Tak, tak, znalazłam w końcu pracę i jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu. Zaczynam jednak dopiero od 15 kwietnia, mam jeszcze więc dwa tygodnie przygotowywania się do tego przede wszystkim psychicznie. Rok niepracowania jednak zrobił swoje i pewnie zjem przedtem mnóstwo nerwów i będę nie raz zestresowana... Ale dam radę :-)
Obiecałam sobie jednak, że nie zaniedbam ani czytania, ani tym bardziej bloga, który lada chwila skończy okrągły rok :-) Ale o urodzinach będzie w osobnym poście. I być może o jakimś konkursie z tej okazji - na razie nic konkretnego nie mam w planach, ale kto wie...


Teraz krótkie podsumowanie marca:

Książki przeczytane w marcu: 13
Liczba przeczytanych stron: 4399
Średnia stron dziennie: 142
 Liczba opublikowanych recenzji: 13
Egzemplarze recenzenckie: 4
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 2
Liczba nawiązanych współprac: 1
Liczba kupionych książek: 0
Liczba książek z wymiany: 0


Wesołego Alleluja!
Powrót nauczyciela tańca

Powrót nauczyciela tańca

Autor: Henning Mankell
Wydawnictwo W.A.B., 2011
Liczba stron: 553
Henning Mankell praktycznie od pierwszej przeczytanej książki stał się jednym z moich ulubionych autorów. Dlaczego? Bo niewątpliwie ma talent do tego co robi, czyli do pisania kryminałów, robi to znakomicie. A jak się okazuje, nie tylko do powieści kryminalnych, bowiem na jego koncie znajdują się również inne książki, łącznie z tymi dla dzieci i młodzieży. Za co jeszcze go lubię? Za to, że podejmuje w swoich książkach tematy dość kontrowersyjne, niecodzienne, ale ważne.

Podobnie jest z „Powrotem nauczyciela tańca” – jest to typowy kryminał w stylu Mankella (chociaż ja wciąż przeczytałam ich za mało, ale mam nadzieję to w tym roku nadrobić). Jest jesień 2009 roku, Szwecją wstrząsa morderstwo emerytowanego oficera policji, Herberta Molina. Herbert mieszkał samotnie na odludziu, od kilkudziesięciu lat cierpiał na bezsenność, pewnej nocy jednak umiera w męczarniach. Herbert był miłośnikiem tańca, jednak nic nie tłumaczy krwawych śladów układających się w kroki tanga, które zostawił w jego domu morderca. Śmiercią Molina interesuje się jego były kolega z pracy, Stefan Lindman. Stefan jest aktualnie na zwolnieniu lekarskim, ma więc czas na to, aby przybliżyć się trochę do śledztwa. Sprawa jednak się komplikuje, gdy podobnie jak Herbert, ginie jego sąsiad… Okazuje się, że aby rozwiązać zagadkę, policja musi cofnąć się wstecz aż do drugiej wojny światowej – to tam tkwi odpowiedź na większość pytań.

Henning Mankell do tej pory znany był przede wszystkim ze swojej serii kryminalnej z Kurtem Wallnanderem w roli głównej. Ta książka jednak nie ma z nim nic wspólnego. To młody 37-letni policjant, przebywający obecnie na urlopie zdrowotnym, gra tutaj główną rolę. Stefan jest chory na raka – co prawda jeszcze we wczesnym stadium, niedługo zacznie leczenie – mężczyzna jednak wie, że to jeszcze nie jest czas na jego śmierć. Jednocześnie boi się, nie mając pojęcia, jak to wszystko się naprawdę potoczy – mimo zapewnień lekarki, że ma wielką szansę na wyzdrowienie, tak naprawdę nic nie wiadomo… Mężczyzna więc, aby w pewnym sensie odegnać od siebie widmo choroby i śmierci, angażuje się w śledztwo w sprawie morderstwa jego dawnego kolegi, Herberta Molina. Lubię tego skandynawskiego autora również za bohaterów – potrafi ich nakreślić znakomicie, w ten sposób, że nawet przez chwilę nie wahamy się, czy ich polubić czy nie, dzieje się to samoistnie. Oczywiście mowa o „dobrych” bohaterach, bo jak to bywa w każdym kryminale, nie brakuje też tych złych. Ale czy tak do końca naprawdę złych?...

Okazuje się, że niezupełnie, Mankell przybliża nas bowiem również do mordercy Molina. Osoby, która, jak się okazuje, miała powód, aby zrobić to co zrobiła, i tym samym dzieje się coś niesamowitego – zaczynamy tę osobę po prostu rozumieć, przynajmniej się staramy. I nawet to, że jest to zły człowiek, u Henninga Mankella nie do końca tak jest. Nie jest również niespodzianką to, że szybko poznamy sami mordercę Molina – tutaj raczej chodzi nie o sam fakt odnalezienia winnego, ale o to, co go pociągnęło do takiego, a nie innego działania. Ważniejsze jest więc pytanie: „dlaczego” a nie „kto”.

Autor podjął w „Powrocie nauczyciela tańca” dość ciekawy temat, a mianowicie wątek nazistowskiej przeszłości niektórych z bohaterów i rodzącego się po wojnie neonazizmu. Stefan odkryje tajemnice z przeszłości swojego dawnego znajomego, stanie się to jednak początkiem czegoś, czego główny bohater z pewnością nie będzie się spodziewał… Sam ten temat, sięgający swoją historią do drugiej wojny światowej i samego Hitlera, jest niezwykle ciekawy, a że ja lubię powieści, w których choć trochę jest historii, ta książka naprawdę mi się podobała. Ale i to nie wszystko, co mnie tu urzekło, bowiem zaangażowanie się w zagadkę osoby spoza grupy, która bezpośrednio się tym zajmuje, jest początkiem niezwykłej przyjaźni Stefana z policjantem Giuseppe’m, który prowadzi całe śledztwo. Pierwszą rolę bez wątpienia jednak gra tutaj Stefan, który pomaga policji w ujęciu winnego.

Cóż, jest to znakomita książka dla miłośników kryminałów, bo to naprawdę dobra powieść, tak jak dobrym pisarzem  jest Henning Mankell. Na pewno jest to coś dla miłośników samego autora i fanów jego wcześniejszego bohatera, Kurta Wallandera. Kryminały Mankella są specyficzne, jest w nich zawsze ta tajemnica, jest mroźny i mroczny skandynawski klimat, autor ma swój własny styl, za który ogromnie go cenię. Henninga będę więc polecać każdemu, zawsze i wszędzie.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Przerwa na życie

Przerwa na życie

Autor: Stanisława Fleszarowa-Muskat
Wydawnictwo Edipresse, 2012
Liczba stron: 410
Do takich książek, jak ta, zawsze miałam ogromny sentyment. Chociaż zaczynając powieść Stanisławy Fleszarowej-Muskat „Pozwólcie nam krzyczeć” nie miałam wielkich oczekiwań, książka ta mnie urzekła. Pokochałam jej bohaterów, miejsca, które opisywała autorka i miałam ogromną ochotę poznać dalsze losy Magdaleny. Poznałam je. Przy okazji tej właśnie powieści, „Przerwa na życie”. Trudno tu uniknąć spoilerów co do pierwszej części, ten, kto czyta tę opinię, czyta ją więc na własną odpowiedzialność.

Wszyscy wiemy, jak skończyła się druga wojna światowa. Tu jest już po wojnie. Magdalenie udaje się wrócić do kraju po kilku latach robót przymusowych w bawarskim miasteczku Edelheim. Mieszka znów z rodzicami i babcią. Planuje ślub. Jednocześnie nie wie, co stało się z Piotrem, czy udało mu się uciec i wrócić spokojnie do Polski?... Pewnego jednak dnia spotyka go przypadkowo będąc w Gdańsku razem z ojcem. Wracają wspomnienia, wraca również ich uczucie. Rodzina Magdaleny jednak sceptycznie jest nastawiona do jej związku z Piotrem, mężczyzna bowiem to zagorzały komunista, wierzący w wygłaszane hasła i widzący w tym przyszłość dla kraju. Czy jednak miłość jest w stanie pokonać nowy ustrój w kraju?

„Przerwa na życie” to druga część powieści Stanisławy Fleszarowej-Muskat, kontynuacja wydarzeń, które miały miejsce w „Pozwólcie nam krzyczeć”. Sami jednak wiecie, jak to jest, gdy czyta się kolejny tom jakiejś opowieści, gdy wraca się do ulubionych bohaterów, idzie się razem z nimi przez życie, uczestniczy w tych samych wydarzeniach… Dla mnie powieść ta jest właśnie taką książką – książką, po którą sięgnęłam z wielką przyjemnością, której nie mogłam się doczekać. Sama jestem zdziwiona, że ta historia aż tak zapadła mi w serce – przecież zarówno „Pozwólcie nam krzyczeć”, jak i „Przerwa na życie” to książki napisane już szmat czasu temu, powieści, które czytały nasze mamy, a być może nawet babcie! Osoby, które bardzo dobrze znają lub znały sytuację w naszym kraju w tym czasie i przeżyły to wszystko, o czym opowiada autorka. Sama Fleszarowa-Muskat przecież urodziła się tuż po pierwszej wojnie światowej, w 1919 roku, przeżyła kolejną, drugą wojnę światową, żyła w Polsce, w której po wojnie rozwijał się komunizm, Polsce, która zaczęła się jako tako odbudowywać, podnosić po tym wszystkim, co spotkało ją ze strony niemieckiej i radzieckiej. Sama autorka więc dobrze wiedziała, o czym pisała, bo otaczało ją to z każdej strony. Jestem ogromnie wdzięczna wydawnictwu, że zdecydowało się na wznowienie powieści Stanisławy Fleszarowej, dzięki temu nie umrą one śmiercią naturalną, a kolejne pokolenia mogą się cieszyć tymi historiami. Niesamowite ponadto, że takie książki, napisane pół wieku temu, nadal potrafią cieszyć, wzbudzać emocje i wzruszać.

A emocji pełno jest w „Przerwie na życie”. Autorka ma już taki styl, pisze niekiedy bardzo przejmująco, wzbudzając w czytelnikach mnóstwo emocji. Taka też była pierwsza część tej historii. Ta nie jest od niej ani gorsza, ani lepsza, wciąż jest na tym samym, wysokim poziomie. Najcenniejsze jednak jest tu to, jaką atmosferę stworzyła pisarka, jak doskonale potrafiła oddać sytuację, panującą w Polsce po wojnie, jak rozwijał się nowy ustrój i jak bardzo ludzie potrafili się temu oddać, jak bardzo wierzyli w te wartości… Jednym z takich bohaterów jest właśnie Piotr – wciąż tajemniczy, wciąż niewiele o nim wiemy, mimochodem gdzieś tam wspomniane jest jego prawdziwe imię i nazwisko, więc do pewnego czasu nie wiemy - tak jak Magdalena - jak się naprawdę nazywa. Jednocześnie Piotr jest oddanym członkiem partii. Wielu potępiało tamten ustrój, wielu do dziś go krytykuje, byli jednak ludzie, którzy wiernie stali po jego stronie, wierzyli w hasła głoszone przez komunistów, w to, że jest to przyszłość ich kraju, coś, co go odbuduje. Piotr wierzył w to, że potrafi naprawić świat właśnie w ten sposób. „Przerwa na życie” jest to więc nie tylko książka, powieść, ale i doskonała lekcja historii. Któż bowiem lepiej może opisać tę sytuację niż osoba, która doświadczyła tego na własnej skórze, która żyła pomiędzy tym wszystkim?

„Przerwa na życie” to jeszcze nie koniec opowieści o Magdalenie. I cieszę się z tego ogromnie. Dalsze losy możemy śledzić w książce pt. „Wizyta” – trzeciej i ostatniej części tej trylogii. Ja sama nie mogę się już doczekać, kiedy ta książka wpadnie w moje ręce i zrobię wiele, aby wpadła już niedługo. A całą opowieść polecam z całego serca. Dawno już losy żadnego bohatera nie wciągnęły mnie tak, jak losy bohaterów powieści Fleszarowej-Muskat.

Zamieć śnieżna i woń migdałów

Zamieć śnieżna i woń migdałów

Autor: Camilla Läckberg
Wydawnictwo Czarna Owca, 2012
Liczba stron: 143
Mimo że właśnie przyszła do nas wiosna (chociaż patrząc za okno mocno w to wątpię), w moje ręce wpadła ostatnio książka, której ogólna atmosfera z wiosną ma niewiele wspólnego, wręcz przypomina to, co mamy teraz na zewnątrz. Jest jeden plus tego – czytałam tę książkę w chwilach, kiedy za oknem sypał śnieg, mogłam więc dobrze wczuć się w atmosferę, jaką zaserwowała nam autorka, Camilla Läckberg. Ostatnio jednak brak mi czegoś kryminalnego, jakichś powieści z dreszczykiem, zakopałam się wręcz w obyczajówkach, powoli jednak wychodzę w tego odrętwienia, pragnę więcej akcji, zagadek i zaskakujących wydarzeń – dlatego też postanowiłam sięgnąć po tą krótką wprawdzie, ale kryminalną, najnowszą nowelkę Camilli.

Jak się nietrudno domyślić, zarówno po okładce, jak i tytule – jest środek zimy. Martin Molin z komisariatu we Fjällbace, młody policjant i przyjaciel Patrika, którego znamy z sagi kryminalnej autorki, tydzień przed Bożym Narodzeniem wyjeżdża na weekend na wyspę Valön, na uroczystą kolację przygotowaną przez rodzinę swojej nowej narzeczonej, aby móc poznać lepiej bliskich dziewczyny. Okazuje się jednak, że rodzina wcale nie jest ze sobą tak zżyta, ponadto, podczas kolacji wydarza się dramat – senior rodu pada martwy po wypiciu drinka. Martin nie ma wątpliwości, że to morderstwo i że morderca to jedna z osób, które siedzą przy stole. Ale to nie wszystko, bowiem wyspa chwilowo odcięta jest od świata z powodu zamieci śnieżnej, linie telefoniczne zostają zerwane, wszyscy więc muszą czekać na poprawę pogody, a humoru w ogóle nie poprawia im fakt, że właśnie ktoś z nich dopuścił się zbrodni. Pytanie tylko: kto byłby do tego zdolny?

Muszę przyznać, że motyw, który pojawia się w opowiadaniu, czyli morderstwo wśród osób, z których ktoś tym mordercą być musi, miejsce odcięte od ludzi i świata, pojawiał się w literaturze nie raz. Wcale mi to jednak nie przeszkadzało w tym, aby wciągnąć się w fabułę książki i przeczytać ją z zainteresowaniem. Fakt, nie jest to książka obszerna, to nie powieść, a raczej nowelka, opowiadanie, którego przeczytanie wraz z przerwami zajęło mi półtorej godziny, autorka jednak tak skonstruowała jej fabułę, że wszystkiego dowiadujemy się w odpowiednim czasie, nic nie dzieje się za szybko ani za wolno, akcja jest wartka i wszystko jest tak, jak być powinno. Bo z takimi króciutkimi książkami wiążę się bardzo często ryzyko tego, że coś nie wyjdzie, trzeba bowiem tak zainteresować czytelnika, aby nie odłożył jej szybko, ale przeczytał do końca, jednocześnie nie rozwiązał za szybko zagadki, a był zaskoczony jej zakończeniem. Camilla poradziła sobie z tym świetnie. Jasne, nie jest to książka na miarę jej pozostałych kryminałów, ale trzeba zwrócić uwagę na objętość tej nowelki – w stosunku do tego, że posiada tak mało stron i da się ją spokojnie przeczytać w godzinę, wywiązała się z tego zadania moim zdaniem znakomicie.

Poza tym… cóż… okładka tej książki jest piękna. Całe wydanie zresztą jest ładne, w twardej oprawie,  a taką książkę aż miło wziąć do ręki i czytać. A zakończenie? Mnie osobiście zaskoczyło, nie spodziewałam się takiego rozwiązania, niektórych wydarzeń również się nie spodziewałam. Czytało mi się ją przyjemnie i naprawdę dobrze spędziłam z nią czas.

„Zamieć śnieżna i woń migdałów” to książka głównie dla fanów Camilli Läckberg, ale jeśli macie ochotę na dobrą kryminalną opowieść, która jest krótka i nie wymaga czasu na czytanie – polecam z całego serca. Nie ma mowy o rozczarowaniu. Pamiętajcie tylko, że to krótka nowelka i nie spodziewajcie się po niej tysiąca zagadek i nieskończenie wielu wątków, jak w pozostałych powieściach autorki. Z tą książką można odpocząć od bardziej rozbudowanych kryminałów.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Pan Przypadek i trzynastka

Pan Przypadek i trzynastka

Autor: Jacek Getner
Wydawnictwo Poligraf, 2013
Liczba stron: 201
Jakiś czas temu miałam okazję czytać powieść Jacka Getnera pt. „Dajcie mi jednego z was”. Muszę przyznać, że książka spodobała mi się na tyle, aby do autora jeszcze wrócić – miała bowiem niecodzienny pomysł na fabułę i głównie to mnie do niej przyciągnęło. Ciekawa byłam więc, czy „Pan Przypadek i trzynastka”, najnowsza powieść Jacka Getnera, choć trochę utrzyma tamten poziom, a może nawet będzie lepsza – poprzednia książka bowiem, mimo że ciekawa, miała pewne niedociągnięcia.

„Pan Przypadek i trzynastka” to pierwsza z 14 części o Jacku Przypadku – detektywie-amatorze. Dlaczego trzynastka? Sama się zastanawiałam nad tytułem tej książki, autor jednak szybko rozwiał moje wątpliwości, bowiem wszystkie 3 rozdziały tej książki krążą wokół tej na pozór pechowej liczby. Jacek, angażując się w sprawę wyjaśnienia zagadki kradzieży obrazów, które znikły z mieszkania lubianej sąsiadki, pani Irminy, niepostrzeżenie zdobywa sławę jako genialny detektyw, który „pomaga” policji w ujęciu złodzieja. Z tym, że „pomaga” to tutaj słowo bardzo nie na miejscu z perspektywy podkomisarza Łosia – ten bowiem jest wściekły, że ktoś, kto bawi się w śledzenie i rozwiązywanie zagadek niczym Sherlock Holmes, zabiera mu szansę na zdobycie kolejnego awansu. Przypadek jednak zdobywa popularność w swoim otoczeniu, a pani Irmina podsuwa mu kolejnego klienta…

Początkowo myślałam, że ta książka to jedna historia z jednym śledztwem do rozwiązania. Skończywszy jednak rozdział pierwszy, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu doszłam do wniosku, że zagadka kradzieży obrazów została rozwiązana, zanim jeszcze ja sama zorientowałam się, że to już koniec i ciągu dalszego nie będzie. Oczywiście dalszego ciągu tego oto śledztwa, bo przecież mamy jeszcze i rozdział drugi, i trzeci. Kolejne rozdziały to jednak kolejne, inne już zagadki, w które angażuje się Jacek Przypadek. Jakże byłam zawiedziona tym rozwiązaniem!... Zdecydowanie wolałabym, aby autor bardziej rozwinął jedną historię i poświęcił jej całe 200 stron, dopracował wątki – a tak niestety otrzymaliśmy trzy opowiadania, które co prawda się łączą, ale zanim się na dobre rozpoczną, już możemy przeczytać rozwiązanie. Nie podobało mi się to.

Zdążyłam przeczytać kilka recenzji tej książki przed lekturą i muszę przyznać, że były one dobre, lepsze nawet, niż wyżej wspomniana książka „Dajcie mi jednego z was”. Trudno tu uniknąć porównania obu tych powieści i wiele osób uznało pana Przypadka za lepszą książkę. Ja się z tym nie zgadzam. Tamta powieść miała przynajmniej naprawdę ciekawą fabułę, została ona lepiej dopracowana… „Pan Przypadek i trzynastka” jednak nie ujął mnie niczym szczególnym, przygotowana byłam na dobrą detektywistyczną powieść, a otrzymałam w zamian trzy opowiadania, które w dodatku są dość przewidywalne. Być może dlatego, że sama w życiu naczytałam się wielu kryminałów i książek detektywistycznych i takie coś nie jest już w stanie mnie niczym zaskoczyć?

Atutem tej pozycji jest jej objętość – książka krótka, na jeden wieczór, czyta się ją bardzo szybko. Plusem jest również to, że autor zmienił wydawnictwo – książka i wizualnie jest atrakcyjniejsza, i nie ma w niej aż tak wielu literówek, jak w poprzedniej powieści pana Jacka. Bohaterowie, szczególnie główny, Jacek Przypadek, nie są już tacy atrakcyjni. Irytowało mnie w nim najbardziej stwierdzenie, jacy to ludzie potrafią być „banalnie przewidywalni” – Przypadek jednak posiada dość specyficzne poczucie humoru, które niweluje wszystkie pozostałe wady i da mu się to jakoś wybaczyć. Denerwował mnie najbardziej Błażej – rozumiem jednak, że i takich bohaterów potrzebują książki. Nie wiem, czy mam ochotę sięgać po kontynuację przygód Przypadka – jeśli tak, to tylko dlatego, aby zobaczyć, jak rozwinie się relacja Jacek-Marzena – to mnie chyba najbardziej w tej książce zainteresowało.

Wybór, czy czytać, czy nie czytać, pozostawiam wam. Powieść nie jest zła, mogłaby być jednak znacznie lepsza. Jeśli ktoś lubi takie detektywistyczne opowiastki z dozą humoru, to książka może takiemu czytelnikowi przypaść do gustu. Ja rozczarowałam się chyba głównie dlatego, że oczekiwałam czegoś innego – jeśli ktoś, kto ma zamiar czytać, nie będzie się nastawiał na to co ja, jest duża szansa, że „Pan Przypadek i trzynastka” takiej osobie się spodoba.

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję jej Autorowi,
panu Jackowi Getnerowi.
Pandemonium

Pandemonium

Autor: Lauren Oliver
Wydawnictwo Otwarte, 2012
Liczba stron: 373
Miłość to śmiertelna choroba: amor deliria nervosa, nazywana też częściej po prostu delirią… Choroba, z którą walczyć okazują się prawie wszyscy, próbując oczyścić świat ze zła, ludzi, którzy mogliby zarażać, aby stał się w końcu idealny. Ale czy w ogóle można sprawić, aby świat stał się doskonały? Pozbawić do wszelakich uczuć, emocji, wyprać ze wszystkiego?

Otóż nie, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Świat bowiem cały czas pełen jest Odmieńców, którzy nie pozwolili na to, aby w odpowiednim czasie wstrzyknięto im remedium, którzy nie pozwolili, aby pozbawić im tego, co daje życiu największy sens – miłości. Świat cały czas podzielony jest na ten normalny (chociaż „normalny” w tym wypadku najlepiej ująć w cudzysłów, bo taki w rzeczywistości na pewno on nie jest), oraz na Głuszę – cały teren za ogrodzeniem pod wysokim napięciem, żeby przypadkiem nikogo nie kusiło to, co się tam znajduje. To właśnie w Głuszy żyją Odmieńcy – ludzie, dla których remedium to największe na świecie zło.

Oto i miałam okazję przeczytać kolejną część tej trylogii. Pierwszą jej część wspominam bardzo dobrze, na tyle dobrze, że od drugiej połowy nie mogłam się od niej oderwać. Ciekawa byłam, czy drugi tom powieści będzie tak samo ciekawy i nie zawiodłam się. „Pandemonium” cały czas trzyma poziom części pierwszej. Czy jest lepsza? Nie, jest na tym samym moim zdaniem szczeblu – ani lepsza, ani gorsza.

Muszę przyznać, że czyta mi się tę serię niezwykle przyjemnie. Bo i wciąga, i intryguje światem, stworzonym przez autorkę, i przyciąga interesującymi bohaterami oraz niebanalną fabułą. Autorka miała świetny pomysł na tę książkę, na stworzenie rzeczywistości jakże innej od naszej, świata pełnego niebezpieczeństw, ale mimo wszystko intrygującego. To mi się najbardziej w tej książce podoba. Chociaż bohaterowie też są godni uwagi. Może nie wszyscy, ale na pewno znajdziemy takich, których polubimy. W moim przypadku na pewno nie będzie to główna bohaterka Lena… Nie wiem, czemu, ale mimo że w pierwszej części, „Delirium” nic do niej nie miałam, tutaj zaczęła mnie chwilami irytować. Nie polubiłam również Juliana. Kim jest Julian? Tego sami będziecie musieli się dowiedzieć – obiecałam sobie, że w ogóle nie będę spoilerować i tej obietnicy mam zamiar dotrzymać. Nie mielibyście żadnej przyjemności podczas czytania. Bardzo jednak w pierwszej części polubiłam Alexa. I im bardziej zagłębiałam się w lekturze „Pandemonium”, tym bardziej miałam żal i pretensje do Leny i tym bardziej współczułam Alexowi.

„Pandemonium” czyta się bardzo dobrze. Przede wszystkim szybko. Nie ma już co prawda tutaj typowych rozdziałów jak w części pierwszej, są za to części podzielone na „wtedy” oraz „teraz”. O co chodzi – o tym również musicie się przekonać sami. Bez wątpienia jednak czytało mi się tę powieść szybciej niż poprzedniczkę, chociaż niewiele się zmieniło w kwestii narracji – nadal o wszystkim opowiada Lena w niezbyt lubianym przeze mnie czasie teraźniejszym. Kiedyś tego nienawidziłam, teraz potrafię się do tego przyzwyczaić do tego stopnia, że już prawie tego nie zauważam. Bo „Pandemonium”, jak i „Delirium” bez wątpienia wciąga na tyle, że czasem śledzimy wydarzenia wręcz z zapartym tchem… To już o czymś świadczy.

Ta seria już teraz zdobyła rzeszę fanów, a tych, którzy jeszcze się do niej nie przekonali, zachęcam z całego serca do tego, żeby jednak zmienili zdanie. Skoro już mnie, takiej wybrednej jeśli chodzi o podobne gatunki literackie czytelniczce się ta powieść podoba, to już jest coś. Czekam teraz jedynie na to, aż na moją półkę trafi trzecia, ostatnia część serii Lauren Oliver – książka właśnie wchodzi do księgarń, mam więc nadzieję, że na jej przeczytanie nie będę musiała długo czekać.

Delirium | Pandemonium | Requiem
Top 10 - książki do przeczytania w 2013 roku

Top 10 - książki do przeczytania w 2013 roku


Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej bloggera, jego zainteresowania i gusta. Jeśli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.




Dzisiejszy temat: 
Książki do przeczytania w 2013 roku

Cóż, moim zamiarem jest pokończyć wszystkie rozpoczęte w 2012 roku serie - to jest takie moje osobiste wyzwanie na ten rok :-) Na mojej liście znalazły się więc:


Seria o rodzeństwie Dollangangerów - Virginia C. Andrews
Za mną trzy części, pozostały jeszcze dwie. Tę oto, czyli "Kto wiatr sieje" mam już na półce, czekam cały czas na premierę kolejnej, "Ogrodu cieni".

Trylogia czasu - Kerstin Gier
Przeczytałam niestety tylko część pierwszą, mam nadzieję, że w tym roku na mojej półce znajdą się dwie kolejne - może już niedługo?

Seria kryminalna Aleksandry Marininy
Mam ambicję doczytać pozostałe pozycje, które jeszcze nie wpadły w moje ręce, a które zostały już wydane - całą serię o Nastii, wydaną do tej pory w Polsce.

"Cukiernia pod Amorem. Hryciowie" - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Również jedna z moich ulubionych serii i tutaj na szczęście została mi do przeczytania tylko ta ostatnia jej część.

"Sklepik z niespodzianką" - Katarzyna Michalak
Całą serię Kasi mam jeszcze przed sobą. Na moją półkę ostatnio trafiła jednak "Lidka", warto byłoby poznać najpierw jej poprzedniczki i takie też mam plany :-)

"Głębia" oraz "Mroczna toń" - Tricia Rayburn
W zeszłym roku miałam okazję przeczytać pierwszą część pt. "Syrena". Niestety kolejnym jakoś do mnie nie po drodze, mam nadzieję, że się to zmieni.

"Drugie życie pana Roosa" - Håkan Nesser
To jest jedna z moich ulubionych, jak nie ulubiona seria kryminalna - na pewno jednak ulubiony skandynawski autor :-) Z serii o inspektorze Barbarottim została mi do przeczytania już tylko ta jedna książka.

"Zakręty losu" - Agnieszka Lingas-Łoniewska
Kolejna trylogia - mam ogromny sentyment do części pierwszej, bardzo chciałabym, aby cała stanęła w końcu i na mojej półce.

"Dziedzictwo" - Philippa Gregory
Znowu jedna z moich ulubionych autorek, a o "Dziedzictwie" słyszałam naprawdę wiele dobrego, nie mogę się doczekać, aż ta książka trafi i w moje ręce.

"Wiosna w Różanach" - Bogna Ziembicka
Na koniec książka, której od dawna do mnie nie po drodze, a którą, bardzo, bardzo pragnę mieć, mam nadzieję, że niedługo znajdzie się u mnie i stanie obok "Drogi do Różan".

Oczywiście planów na rok 2013 mam znacznie więcej, trudno jest wybrać dziesięć książek. Philippę Gregory bardzo cenię i każda jej książka sprawi mi przyjemność, to samo jest z Katarzyną Michalak, Håkanem Nesserem... Trudno jest wybrać, ale chyba doskonale mnie rozumiecie. Nie znalazła się tutaj Olga Rudnicka, chociaż jej "Drugi przekręt Natalii" również znajduje się u mnie na liście na 2013 rok, nie ma tutaj seri owocowej Kasi Michalak, nie ma pozostałych, nieczytanych jeszcze przeze mnie książek Zafona, nie ma serii kryminalnej Camilli Läckberg... ale jakbym zaczęła to wszysto wymieniać, to ten post byłby taki długi, że czytałoby się go kilka dni :P
A jak z Waszymi planami na rok 2013?

Sztuka uprawiania róż z kolcami

Sztuka uprawiania róż z kolcami

Autor: Margaret Dilloway
Wydawnictwo M, 2013
Liczba stron: 440
Róże to wbrew pozorom bardzo wymagające kwiaty. Nie urosną byle gdzie, w byle jakiej ziemi, potrzebują słońca, nawozów i dużo wody. I mimo swoich kolców są to kwiaty delikatne – może właśnie dlatego potrzebują takiej ochrony?

Bardzo dużo o tych kwiatach wie bohaterka powieści Margaret Dilloway, Galilee Garner. Gal jest nauczycielką biologii w szkole katolickiej, a jej największą pasją są róże i ich uprawa. Kobieta marzy jednocześnie o tym, aby wyhodować unikalną różę i wprowadzić ją na rynek. Usilnie krzyżuje różne rzadkie gatunki i świetnie jej się to udaje, jednak marzy o tym, aby nowa róża miała również zapach, co nie jest proste do osiągnięcia. Gal jest jednocześnie samotniczką, lubiącą ciszę i spokój, jest też osobą przewlekle chorą na nerki, jej rzeczywistość to poza nauczaniem i różami ciągłe dializy, częste infekcje i oczekiwanie na przeszczep nerki. I nagle, pewnego dnia, w domu Gal zjawia się jej siostrzenica, Riley, której matka podrzuciła córkę siostrze, wyjeżdżając na drugi koniec świata do pracy. Riley jest zwykłą nastolatką, jednak Gal, przyzwyczajona do samotności i ciszy, nie jest pewna, czy zamieszkanie siostrzenicy jest dobrym rozwiązaniem; decyduje się jednak na opiekę nad nią. Gal, jak i Riley, nie do końca na początku zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo odmieni to ich życie.

Galilee Garner nie jest łatwą do polubienia bohaterką. Samotniczka, którą denerwują prawie wszyscy ludzie, którzy znajdą się w jej pobliżu, począwszy od dyrektora szkoły, poprzez lekarzy i alkoholika, który zajmuje jej miejsce w kolejce na przeszczep, kończąc na siostrze, z którą stosunki zawsze były co najmniej złe. Gal jest taka, jak jej róże – pokazuje kolce i nie do końca chce się z kimkolwiek zaprzyjaźnić, w środku jednak jest wrażliwą, delikatną kobietą. Muszę jednak przyznać, że choć początkowo bohaterka wzbudza w czytelniku sympatię, a ze względu na swoją chorobę nawet współczucie, tak później zaczęła mnie trochę denerwować swoim zachowaniem, przekonaniem, że sama wszystko wie najlepiej. Potrafiłam jednak jej to wybaczyć ze względu na jej sytuację i chorobę. Mimo wszystko da się lubić.

Spodziewałam się po tej powieści znowu zwykłego czytadła dla kobiet, lekkiej niezobowiązującej historii, której celem jest tylko umilić czas czytelnikowi. Książka ta to jednak coś więcej. Bo jest to mądra, życiowa opowieść o tym, jak pod wpływem kochających osób człowiek może zmienić swoje postępowanie i myślenie, pokazać również swoje dobre strony, a nie bez przerwy odwracać się od ludzi i stronić od nich. Jest to również historia o tym, że samotność nie do końca jest dobrym wyborem, człowiek musi od czasu do czasu poprzebywać z innymi, rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. W dodatku jest to powieść o pasjach, które pozwalają zapomnieć o problemach. Bez wątpienia jednak jest to historia z o wiele ważniejszym przesłaniem, niż tylko spędzenie miłych chwil przy lekturze i relaks.

A poza tym… wynieść z tej książki można również cenne wskazówki na temat hodowli kwiatów, szczególnie róż. Chociaż nie jest to pasja, która wymaga niewiele czasu, wręcz przeciwnie, pracochłonna i wymagająca niemało cierpliwości, to jednak jest w tym coś, co intryguje i ciekawi, nawet tych, którzy z kwiatami mają niewiele wspólnego.

„Sztukę uprawiania róż z kolcami” czytało mi się niezwykle lekko i to jest kolejny atut tej powieści. Chociaż sama narracja nie jest tym, co lubię, bo w czasie teraźniejszym, to tutaj jest to praktycznie niezauważalne. Powieść wciąga, czyta się ją szybko, ale na pewno nieszybko się o niej potem zapomina. Godna polecenia książka, która z pewnością umili Wam czas i pozostawi dobre wrażenie.


Za możliwość przeczytania książki bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu M

Obraz pośmiertny

Obraz pośmiertny

Autor: Aleksandra Marinina
Wydawnictwo W.A.B., 2011
Liczba stron: 253
Powoli wracam do swoich ukochanych kryminałów… i nie wiem czemu, ale to właśnie kryminał skandynawski oraz rosyjski najbardziej skradł mi serce, trzeba przyznać, że coś w nich jest takiego, co przyciąga. A może po prostu mam do nich sentyment?

Aleksandra Marinina jest jedną z moich ulubionych autorek, a jej słynną bohaterkę, Anastazję Kamieńską, po prostu uwielbiam. Przyznam się Wam również do tego, że na każdy kryminał tej autorki czekam z niemałą niecierpliwością, a gdy już cokolwiek wpadnie w moje ręce, nie mogę się doczekać, kiedy zacznę czytać. Kryminały Marininy mają w stosunku do mnie jakąś ogromną siłę przyciągania… Uwielbiam cyniczny humor głównej bohaterki, od pierwszej książki zapałałam sympatią do Jury Korotkowa, Miszy Docenki oraz Pączka, kolegów-milicjantów Nastii i czytanie kolejnych części naprawdę sprawia mi niemałą przyjemność. Ucieszyłam się wiec bardzo, gdy na moją półkę trafił „Obraz pośmiertny”.

Tym razem autorka postanowiła nas przenieść do rosyjskiego środowiska filmowców. W swoim mieszkaniu zostaje znaleziona jedna z obiecujących aktorek, Alina Waznis – została uduszona, wszelkie ślady jednak zostały zatarte, a w zlewie znaleziono dwie dokładnie umyte filiżanki. Wszystko wskazuje więc na to, że ofiara znała swojego mordercę. Kamieńska pracuje tym razem wraz z kolegą z pracy Jurą oraz emerytowanym milicjantem, Stasowem, teraz szefem ochrony wytwórni filmowej, w której pracuje również reżyser i partner Aliny, Smułow. Podejrzanych o zabicie aktorki jest sporo – sama ofiara była skryta i praktycznie nikt nic konkretnego o niej nie wiedział, jednak miała też wrogów oraz znajomych, którzy byli na dobrej drodze, aby nimi zostać. Zagadka nie będzie więc prosta do rozwiązania, jednak tym razem to nie sprawca jest najistotniejszy – ważniejszy jest bowiem motyw, który nim kierował…

Jest to kolejna powieść, zawierająca ciekawą fabułę, trudną do rozwiązania intrygę, wraz ze wszystkimi zawiłościami, podejrzanymi i motywami zabójstwa – czyli to, co jest bardzo charakterystyczne w kryminałach Marininy. Tutaj dodatkowo możemy poznać środowisko filmowców, aktorek i cały misz-masz z tym wszystkim związany. Autorka doskonale potrafi odnaleźć się w każdym temacie, nieważne czego aktualnie dotyczy jej książka, świat reżyserów i producentów przedstawiła więc tutaj obrazowo i ze szczegółami. Głównie, jeśli chodzi o postać ofiary, Aliny Waznis, wschodzącej rosyjskiej aktorki, Marinina poświęciła jej tu nawet części swoich rozdziałów – poznajemy więc perspektywę nie tylko Kamieńskiej, Stasowa czy Korotkowa, pracujących nad śledztwem, ale również samej ofiary.

Lubię w twórczości autorki wszystkie te zawiłości, związane z morderstwami, oraz późniejszą analizę i dedukcję głównej bohaterki, prowadzącą najczęściej do całkiem niespodziewanego rozwiązania śledztwa. Tutaj nic nie jest proste, jest wiele niewiadomych, zagadek, wszystko jakby toczy się nie po prostej, a bardzo okrężną drogą, co zaskakuje czytelnika i prowadzi do równie zaskakującego zakończenia. Przewidywalność? U Marininy nie ma o tym mowy. I za to ją uwielbiam.

„Obraz pośmiertny” to wszystko wcześniej przeze mnie wspomniane w sobie ma. Chociaż książka nie jest zbyt obszerna objętościowo, dzięki czemu czyta się ją dość szybko, to jednak i tak wszystko dzieje się w swoim czasie, a na nudę nie macie przy niej najmniejszych szans. Poza tym jakby mniej tutaj tego, co również w powieściach autorki jest charakterystyczne – typowej rosyjskiej mentalności (co w sumie też bardzo lubię) – więc jeśli ktoś tego nie lubi, nie będzie musiał się z tym męczyć. „Obraz pośmiertny” jest doskonałą lekturą dla miłośników kryminałów, zarówno tych, którzy nie mieli jeszcze z autorką do czynienia, jak i tych, którzy już znają co nieco z jej twórczości. Dla mnie Aleksandra Marinina to wręcz mistrzyni rosyjskiego kryminału.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Złodziej z szafotu

Złodziej z szafotu

Autor: Bernard Cornwell
Wydawnictwo Bellona, 2012
Liczba stron: 454
Bardzo lubię powieści historyczne. Dodatkowo, gdy akcja takich książek rozgrywa się w XVIII lub XIX wieku, tym lepiej. A już w ogóle w siódmym niebie jestem, gdy jest to Anglia, Szkocja albo Francja i gdy jest to na dodatek kryminał. Nic innego do szczęścia mi nie potrzeba. „Złodzieja z szafotu” zgarnęłam więc z półki bibliotecznej bez zastanowienia i szybko, aby nikt inny nie zrobił tego przede mną. Byłam pewna, że książka mi się spodoba, bo przecież takie właśnie książki kocham. Do tego Bernard Cornwell, to ktoś, kogo miałam w planach od dawna, autor tak ukochanych przeze mnie powieści historycznych.

Londyn XIX wieku. W niewyjaśnionych okolicznościach ginie hrabina Avebury, a winą za to morderstwo praktycznie od razu obarcza się Charlesa Cordeya, malarza, który w dniu śmierci hrabiny malował jej portret. Wiadomo, czym grozi zabicie w tamtych czasach człowieka – szafotem. Cordey, mimo że już skazany czeka na egzekucję, wciąż utrzymuje, że jest niewinny. Są jednak osoby, które nie bardzo wierzą w winę malarza, Rider Sandman dostaje więc od ministra spraw wewnętrznych zadanie wyjaśnienia tej sprawy i wymuszenie na winnym przyznania się do morderstwa. Cordey jednak utrzymuje, że nie zgwałcił i nie zabił hrabiny – i jest ku temu wiarygodny powód. Poza tym jest również świadek morderstwa – służąca Meg, która zna prawdziwego sprawcę. Problem jednak w tym, że Meg zniknęła tego samego dnia bez śladu, a czas goni Ridera – do egzekucji bowiem pozostał tylko tydzień. Wydawałoby się, że sprawa jest prosta: skłonić malarza, aby się przyznał, jest już przecież osądzony… jednak to tylko pozory. Rider będzie musiał pokonać sporo przeszkód, aby odkryć prawdę.

Fabuła tej książki dość mocno mnie zaintrygowała, spodziewałam się po tej książce dobrego, wciągającego kryminału. Muszę jednak przyznać, że jedynie się rozczarowałam. Może za wiele się po tej powieści, jak i po samym autorze spodziewałam? Nie mam pojęcia, „Złodziej z szafotu” jednak kompletnie do mnie nie przemówił. Przez początek przebrnęłam, bo myślałam, że może coś się rozkręci, w końcu to dopiero początek… początek jednak minął, a akcja ani to zaczęła przyspieszać, ani zwalniać, cały czas była na tym samym poziomie, niestety dość niskim. Mnóstwo nudnych opisów, długie rozdziały, które jeszcze dodatkowo się dłużyły, bohaterowie jacyś tacy niezbyt interesujący... Moją sympatię zdobyła jedynie Sally, mieszkanka tej samej co Rider Sandman gospody. I to by było na tyle. Doprawdy, autor, który przecież ma mnóstwo fanów, a ta książka taka ot, zwykła powieść… Niczym szczególnym mnie nie urzekła. Do tego stopnia, że ostatni rozdział przewertowałam, byle szybciej, co mi się jeszcze nigdy nie zdarzyło.

Ja nie mówię, że to jest zła książka, nie. Powieść jako kryminał jest dobra, ale o wiele lepsza jednak jako powieść historyczna. Wątek kryminalny niestety jest dość przewidywalny, a autor niczym nie potrafił czytelnika w tej kwestii zainteresować. Dużo lepiej, gdy spojrzy się na nią jako na obraz XIX-wiecznego życia w Londynie,  na wymiar sprawiedliwości i istotę egzekucji, które były wtedy popularne, do tego stopnia, że ludzie rezygnowali z przyjemności i pracy, a przy szafocie zbierało się całe miasto, by obejrzeć widowisko i zasmakować w tylko wtedy podawanych cynaderkach na ostro. Muszę przyznać, że znacznie bardziej, niż sama treść, zainteresowała mnie nota historyczna od autora na końcu książki, raptem kilka stron, ale o ile ciekawszych!

Bardzo chciałam dać tej książce lepszą ocenę, ale doszłam do wniosku, że muszę być w zgodzie głównie sama ze sobą, wyszło więc jak wyszło. „Złodziej z szafotu” jest chyba głównie powieścią dla zagorzałych fanów autora… Cóż, ja z niego nie zrezygnuję i na pewno sięgnę jeszcze kiedyś po jakąś powieść Cornwella, ta jednak była dla mnie rozczarowaniem, i to dość sporym. Mam nadzieję, że następna z nim przygoda nie będzie tak kiepska, jak ta. Co do samej książki – wybór pozostawiam Wam.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Must have... czyli zapowiedzi i nowości

Must have... czyli zapowiedzi i nowości

Przeglądając tytuły, które pojawią się na półkach w księgarniach w najbliższym czasie, można znaleźć mnóstwo ciekawych książek... sama się dziwię, że aż tyle tytułów wpada mi w tym roku w oko... Ten rok bez wątpienia obfituje i pewnie będzie obfitował w masę ciekawych powieści, chyba się ze mną zgodzicie?...

Helga Weissova
"Dziennik Helgi. Świadectwo dziewczynki o życiu w obozach koncentracyjnych"
Premiera: 20 marzec 2013

Wśród pozycji literatury obozowej Dziennik Helgi jest książką szczególną. Obok Dziennika Anne Frank to jedyne tak obszerne spisane wspomnienia dziecka z pobytu w obozie koncentracyjnym. Helga zaczyna pisać pamiętnik w 1938 roku. Ma wtedy osiem lat i mieszka z rodzicami w Pradze. Rodzina Helgi jest ofiarą pierwszej fali nazistowskiej inwazji. Jej ojciec traci pracę, przed dziewczynką zamykają się drzwi szkoły. Wkrótce dochodzi do pierwszych deportacji; zaczynają znikać przyjaciele i bliscy Helgi. Ona sama, wraz z rodzicami, trafia do obozu w Terezinie, skąd po trzyletnim pobycie jej ojciec zostaje przewieziony do Auschwitz. Niedługo jego śladem podążają Helga i jej matka. Tymczasem wuj dziewczynki ukrywa pamiętnik, zamurowując go w ścianie. Dziewczynce cudem udaje się przeżyć zarówno pobyt w obozie, jak i tułaczkę ostatnich dni wojny. Ostatecznie wraca do Pragi. Tam uzupełnia swój dziennik. Należy do nielicznej grupy praskich dzieci, które przetrwały Auschwitz. Dziennik Helgi to pierwsze wydanie wyjątkowego świadectwa dziecka o Holokauście; dziennika pisanego ołówkiem na kartkach szkolnego zeszytu i własnoręcznie ilustrowanego.

Philippa Gregory, David Baldwin, Michael Jones 
"Kobiety Wojny Dwu Róż: Księżna, królowa i królowa matka"
Premiera: 3 kwiecień 2013

Fascynująca prawda o trzech kobietach uwikłanych w burzliwe dzieje Wojny Dwu Róż.Philippa Gregory, bestsellerowa autorka New York Timesa, oraz wybitni brytyjscy historycy David Baldwin i Michael Jones opisują losy wyjątkowych kobiet, które odegrały znaczącą rolę w Wojnie Dwu Róż — konflikcie pomiędzy zwaśnionymi rodami Yorków i Lancasterów w XV-wiecznej Anglii. Nowatorska, pięknie ilustrowana portretami i wzbogacona materiałami źródłowymi książka, która nie tylko poszerza wiedzę o mniej znanych postaciach historycznych, ale daje także wgląd w inspiracje kryjące się za powieściami Philippy Gregory. 

Lauren Oliver
"Requiem"
Premiera: 20 marzec 2013

Ostatni tom bestsellerowej trylogii [delirium] już w sprzedaży!
Rewolucja rozlewa się na cały kraj, oddziały rządowe śledzą i brutalnie tępią grupy Odmieńców. Jako członkini ruchu oporu Lena znajduje się w samym centrum konfliktu. Rozdarta między Aleksem i Julianem walczy o swoje życie i prawo do miłości.
W tym samym czasie Hana prowadzi bezpieczne, pozbawione miłości życie u boku narzeczonego – nowego burmistrza Portland. Wkrótce drogi dziewczyn znów się zejdą, a ich spotkanie doprowadzi do bolesnej konfrontacji.
Czy można wybaczyć zdradę? Czy mury wreszcie runą?

Håkan Nesser
"Powrót"
Premiera: 20 marzec 2013

Trzecia książka w kryminalnej serii o komisarzu Van Veeterenie i jego współpracownikach z jednostki policyjnej w Maardam.
Pewnego kwietniowego dnia w rowie znalezione zostaje poćwiartowane ciało. W spokojny sierpniowy poranek więzienie opuszcza domniemany podwójny morderca. Czy istnieje jakiś związek między tymi dwoma wydarzeniami?
Håkan Nesser jeden z najpopularniejszych szwedzkich pisarzy. Największą popularność przyniósł mu cykl dziesięciu powieści kryminalnych o komisarzu Van Veeterenie. Większość książek z tej serii stała się podstawą scenariuszy filmowych. Nesser trzykrotnie otrzymał nagrodę za najlepszy szwedzki kryminał.

Elizabeth Gaskell
"Ruth"
Premiera: 20 marzec 2013

Tytułowa bohaterka, Ruth Hilton, to młoda dziewczyna, sierota, która zarabia na swe utrzymanie jako szwaczka. Gdy traci posadę i dach nad głową, oczarowany jej urodą i skromnością dżentelmen, proponuje dziewczynie schronienie i pociechę. Szczęście nie trwa długo, zdruzgotana i zhańbiona Ruth otrzymuje jednak szansę na nowe życie pośród ludzi, którzy ofiarują jej miłość i szacunek. Kiedy Bellingham ponownie wkroczy w życie Ruth, dziewczyna  zmuszona będzie dokonać niemożliwego wyboru pomiędzy akceptacją ze strony ogółu a osobistą dumą.
Elizabeth Gaskell (autorka tak znanych powieści jak Północ i południe czy Żony i córki) kreśli pełen współczucia portret „kobiety upadłej”, śmiało przeciwstawiając go ówczesnym poglądom na temat tego, co grzeszne i nieprawe.

Amy Thomas
"Paryż, mój słodki"
Premiera: 20 marzec 2013

Miłośniczka Francji i czekolady wyrusza na słodki podbój Paryża!
Amy Thomas w Paryżu zakochana jest na zabój i szaleje na punkcie gorzkiej czekolady. Gdy otrzymuje propozycję pracy dla Louisa Vuittona, bez wahania pakuje walizkę i przeprowadza się z Nowego Jorku do Paryża. Ma prosty plan. Chce poznać tajniki francuskiej kuchni, zwiedzić południową Francję i nauczyć francuskiego. A może wreszcie się zakocha? Amy na rowerze przemierza brukowane uliczki Paryża w poszukiwaniu najdoskonalszych i najpyszniejszych cukierniczych cudów.
Poczuj aromat masła zapiekanego w warstwach francuskiego ciasta! Delektuj się chrupkim, ciągnącym, ale lekkim jak piórko tęczowym makaronikiem, oddaj się rozkoszy cudownie gładkiej i aksamitnej czekolady!
Daj się uwieść francuskim delicjom i poczuj słodko-słony smak paryskiego życia!


Najbardziej mnie intryguje chyba ta ostatnia  :-)
A Wy? Znaleźliście coś dla siebie?
Czy może czekacie na zupełnie inne powieści w tym miesiącu?

Prowincja pełna smaków

Prowincja pełna smaków

Autor: Katarzyna Enerlich
Wydawnictwo Mg, 2013
Liczba stron: 249
Katarzyna Enerlich jest jedną z moich ulubionych polskich autorek. Losy Ludmiły tak mocno zapadły w moją pamięć jak żadna inna książka i wiedziałam, gdy tylko dostałam w ręce cały prowincjonalny tryptyk pani Kasi, że stanie się on jedną z moich ulubionych serii książkowych. I chociaż czytałam „Prowincję…” w zeszłym roku, chociaż sporo czasu od tamtego czasu już upłynęło, książki mają swoje honorowe miejsce na mojej półce. Ostatnio dołączyła tam również czwarta jej część „Prowincja pełna smaków”.

Cieszyłam się ogromnie, gdy dowiedziałam się, że będę mogła poznać dalsze losy Ludmiły i Martina. Urzekł mnie w „Prowincji…” styl autorki, urzekły Mazury wraz ze wszystkimi ich wspaniałościami, urzekła historia tego miejsca, polsko-niemieckie powiązania. Cieszyłam się więc, że będę mogła do tego wszystkiego wrócić – bo jak się nie cieszyć, gdy wracamy do ulubionych bohaterów, razem z nimi przeżywamy ich smutki i radości?...

„Prowincja pełna smaków” to wydarzenia, które miały miejsce po „Prowincji pełnej słońca”. Ludmiła układa sobie życie z Wojtkiem, ale też stara się doprowadzić do końca swoje sprawy z Martinem… Po cóż bowiem się kłócić i mieć do siebie ciągłe żale, gdy można rozstać się w zgodzie i zostać przyjaciółmi? Ale czy możliwa w ogóle jest przyjaźń z byłym mężem? Okazuje się, że tak, o ile żyjemy przede wszystkim w zgodzie z samym sobą… I o tym właśnie jest ta powieść, o przyjaźni, o życiu takim, jakie sobie wymarzyliśmy, które nie wymaga od nas nie wiadomo czego, o życiu w prostocie.

Odkąd tylko wzięłam tę powieść do ręki, urzekła mnie jej okładka. Chyba jest najpiękniejsza ze wszystkich czterech „Prowincji…”, chociaż poprzednie były równie cudowne. I tak jak tytuł wskazuje nam drogę do treści tej książki, tak też jest – „Prowincja pełna smaków” jest właśnie pełna wszystkich tych smakowitości, tych w sumie najprostszych, ale czy właśnie nie najprostsze rzeczy są najlepsze? Tutaj w głównej mierze odnosi się to do jedzenia – któż nie pamięta dań  z dzieciństwa, przygotowywanych najczęściej przez babcię, pysznych ciast, potraw, przepisów, które czasem do dziś przekazywane są z pokolenia na pokolenie, aby nie zapomnieć o nich, aby kolejne pokolenia cieszyły się smakami z naszego dzieciństwa i dzieciństwa naszych rodziców… I jak się okazuje to co najprostsze i to, co nie wymaga wielu składników, jest najlepsze. Ta książka pełna jest takich przepisów – łatwych, niewymagających wiele, ale pysznych, które przypominają nam dobre chwile… Żałuję teraz, że wraz z czytaniem tej książki nie miałam obok siebie notatnika i tego wszystkiego nie zapisywałam – mam ochotę przeczytać tę książkę jeszcze raz… A wiecie, co mi najbardziej „zasmakowało” w tej książce? Prosta, zwykła sałatka ziemniaczana Hansa – mam w tej chwili wielką ochotę iść na bazarek (tak, właśnie, nie do supermarketu, gdzie teraz większość osób robi zakupy, ale na targ) po ziemniaki i sama taką przygotować… Prosta, łatwa sałatka z raptem trzema składnikami.

Ale smaki w tej książce nie tylko odnoszą się do jedzenia, chociaż to właśnie jedzenia jest tutaj najwięcej, przepisów, do których składniki znajdziemy we własnym ogródku… Bo jak się okazuje prostota ważna jest również ogólnie w życiu. Takie mamy czasy teraz, że człowiek nie może obejść się bez Internetu, telewizora, laptopów, komórek i różnych innych tabletów… Ale czy naprawdę do wszystko zapewnia nam szczęście? Wątpię. Sama mam już dość ciągłego narzekania, jakie słyszę z radia czy telewizji i najchętniej wyrzuciłabym obie rzeczy za okno. I bardzo się przez to utożsamiłam z główną bohaterką. Okazuje się bowiem, że szczęścia wcale nie zapewni nam nowy, modny samochód… Wręcz przeciwnie, człowiek szczęśliwy najczęściej właśnie jeździ rowerem – po to, aby poczuć przyrodę, odetchnąć świeżym powietrzem, zrelaksować się na łonie natury… Prawda, że niewiele?... A daje tyle radości.

Katarzyna Enerlich pisze o tym wszystkim piękne… uwielbiam ten jej styl, chce się tylko czytać i czytać. Pięknie opowiada o Mazurach i Mrągowie, jej rodzinnym miasteczku, w taki sposób, że chce się nagle rzucić wszystko i tak po prostu pojechać. Cudownie oddaje klimat tego miejsca. Ale przede wszystkim nie zapomina o jego historii, o historii Prus Wschodnich, o jego polsko-niemieckich powiązaniach. Każde miejsce i każda rzecz ma w sobie swoją historię i tylko od nas samych zależy, czy ją dostrzeżemy, czy się nią zainteresujemy. A warto.

„Prowincja pełna smaków” pełna jest smaków, to fakt, ale pełna jest też pięknych miejsc ze swoją własną historią, miejsc, które możemy zobaczyć na własne oczy dzięki licznym fotografiom dołączonym do wydania. Bardzo mi się to podoba we wszystkich czterech częściach, dzięki temu czytelnik może poczuć się jeszcze bliżej tego wszystkiego, bliżej Mazur, odetchnąć świeżym powietrzem nad jeziorem Czos, przejść się rynkiem w Mrągowie. Ja całą „Prowincję…” pokochałam bardzo, a tych, którzy nie mieli jeszcze do czynienia z książkami pani Kasi, zachęcam serdecznie do zapoznania się z nimi. Będzie to z pewnością pełna przygód i pięknych miejsc podróż.


Za ten cudowny powrót na mazurską prowincję dziękuję serdecznie Wydawnictwu Mg

Single

Single

Autor: Meredith Goldstein
Wydawnictwo M, 2013
Liczba stron: 235
Prawdopodobnie niejeden z nas wie, jak to jest być zapraszanym na ślub i wesele starej przyjaciółki lub przyjaciela ze studiów… I co to za uczucie, gdy na tym ślubie musimy się zjawić, żeby nie urazić pary młodej, ale tak naprawdę nie mamy osoby towarzyszącej i występujemy jako singiel. Ja sama do pewnego momentu byłam w podobnej sytuacji. Myśli się wtedy o tym, że kolejnej osobie się ułożyło, kolejny przyjaciel czy znajomy znalazł miłość swojego życia albo chociaż partnera, z którym to życie chciałby dzielić, a my ciągle tkwimy w tym samym miejscu, sami, samotni i nikt nas nie chce.

W takiej też sytuacji znaleźli się główni bohaterowie książki Meredith Goldstein. Phil, Hannah, Vicky, Joe i Rob zostają zaproszeni na ślub przyjaciółki ze studiów, Beth, zwanej też Bee. Żadne jednak z tej piątki nie ma stałego partnera życiowego, jest modnie nazywanym w dzisiejszych czasach singlem (nie wiem czemu, ale strasznie nie lubię tego określenia). Cała piątka spotka się więc po kilku latach znowu razem, chociaż nie każde z nich ma na to ochotę. Sama Bee też ma problemy z usadzeniem kolegów, wiadomo, chciałaby, aby jej przyjęcie było idealne pod każdym względem. Żadne z nich jednak nie podejrzewa, jak bardzo może się zmienić ich życie podczas tego jednego wieczoru, podczas ślubu starej koleżanki.

Bohaterowie powieści Meredith Goldstein to zwykli trzydziestolatkowie, banda przyjaciół ze studiów, z których większość się zna. Zapewne niejeden z nas będzie mógł się utożsamić z którąś z postaci, są to przecież zwykli ludzie, nie jacyś nadzwyczajni bohaterowie, ale tak jak my, z problemami, robiący karierę nie zawsze zgodną z własnymi marzeniami, próbujący odnaleźć swoją drugą połówkę, choć z różnych względów im się to nie udaje. Bohaterowie w tej powieści są jednak przestawieni dość wyraźnie, mamy ogólny obraz ich charakterów oraz osobowości, niektórych da się lubić, niektórzy są nam obojętni, jeszcze innym współczujemy. Muszę jednak przyznać, że postaci w tej opowieści to jeden z plusów, jakie tu zauważyłam, chociaż jest ich kliku, są dobrze nakreśleni.

Książkę ponadto czyta się niezwykle szybko i lekko, w głównej mierze pewnie ze względu na jej niewielką objętość i krótkie rozdziały, które również podzielone są między piątkę bohaterów, dzięki czemu możemy poznać punkt widzenia każdego z nich. Ale przede wszystkim jest to taka lekka opowieść o życiu, przedstawiona trochę z humorem, trochę z niewielkim sentymentem, jest w niej kilka zabawnych sytuacji, kilka dość posępnych i smutnych – tutaj panuje równowaga. Nie ma jakiejś zawrotnej akcji, no bo cóż może się stać na weselu, które jest idealnie zorganizowane i zaplanowane, prawda?... Okazuje się, że takie przyjęcie może się stać niespodzianką dla niejednego uczestnika. Książkę czyta się jednak przyjemnie i przede wszystkim szybko.

Czasami potrzeba jest nam książek, które po prostu dadzą nam odpoczynek od codziennego dnia, które niewymaganą dużo myślenia, do przeczytania tylko po to, aby oderwać się choć na chwilę od problemów. Z takim właśnie zamiarem zaczęłam lekturę „Singli” Meredith Goldstein. Bo już sama okładka wiele nam mówi o tej pozycji – taka po prostu niezobowiązująca powieść dla relaksu. I przyznam szczerze, wcale się w tym nie pomyliłam. To jest dokładnie taka powieść, którą najlepiej wziąć do ręki, usadzić się na kanapie z filiżanką herbaty i kocem pod ręką, i po prostu przeczytać, po to, aby odsapnąć po ciężkim dniu. To nie jest książka, po której wiele się spodziewamy, ale czasem potrzeba nam takich właśnie lektur.

Powieść Meredith Goldstein to książka właśnie dla tych, którzy szukają czegoś niewymagającego, po prostu przerwy od cięższej literatury – „Single” spełnią tę rolę doskonale, więc zachęcam i naprawdę polecam – ja bardzo lubię taką literaturę, dzięki której po prostu mogę się zrelaksować i odpocząć.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa M
Olśnienie

Olśnienie

Autor: Aimee Agresti
Wydawnictwo Remi, 2013
Liczba stron: 480
Jak wiadomo, zawsze jestem dość sceptycznie nastawiona do książek z gatunku paranormal romance i w ogóle do powieści dla młodzieży. Ta książka jednak mnie czymś przyciągała, sama nie wiem, dlaczego, ale gdy przeczytałam opis fabuły, zapragnęłam ją naprawdę przeczytać. Sama powieść przyciąga też czymś jeszcze: piękną okładką i wydaniem. Uwierzcie, zdjęcia okładki w niczym nie przypominają tego, co otrzymujemy w rzeczywistości – ci, którzy mają tę książkę na półce, na pewno się ze mną zgodzą. I takim oto cudem książka wylądowała u mnie i nie mogłam się doczekać lektury, chociaż wolałam wiele się po niej nie spodziewać, bo wiadomo jak to z takimi gatunkami jest. Przygotowana byłam jednak na kolejny romans paranormalny. Co otrzymałam?

Haven jest zwykłą nastolatką, ma szesnaście lat i właśnie kończy szkołę średnią. Stoi przed nią wybór studiów i przyszła kariera zawodowa. I tak oto nieoczekiwanie dostaje propozycję odbycia stażu w renomowanym hotelu, który na nowo z pełną parą wkrótce otworzy swoje podwoje dla gości i klientów. Dla Haven jest to ogromna szansa, staż w takim miejscu da jej ogromne możliwości, otworzy drogę na wymarzony uniwersytet i pozwoli zdobyć cenne doświadczenie zawodowe. Wiadomo więc, jaką decyzję podejmie dziewczyna – kto by nie skorzystał z takiej szansy w wieku szesnastu lat? Wraz z nią na staż zostaje przyjęty również jej najlepszy przyjaciel, Dante i jeszcze jeden chłopiec, Lance. Cała trójka ma na czas stażu zamieszkać w hotelu i wszyscy są ogromnie podekscytowani. Wkrótce jednak okaże się, że piękne miejsce i cały związany z nim przepych to tyko pozory i zewnętrzna osłona, wewnątrz jednak kryje się wiele tajemnic – tajemnic czasem niezwykle niebezpiecznych, o czym przyjaciele dowiedzą się w swoim czasie. Ale czy wtedy nie będzie już za późno?

Cóż, spodziewałam się po tej książce raczej zwykłego romansidła dla nastolatek, jakich jest teraz wysyp. Przysięgam, że gdyby kolejna książka zaczęła się lekcją biologi, literatury czy historii i wspólnym projektem, rzuciłabym ją w kąt, bo ileż historii może się tak rozpoczynać, litości! Aimee Agresti jednak mnie zaskoczyła, i to już na samym początku. Fakt, jest lekcja, ale Haven na niej dowiaduje się, że ma się zgłosić do dyrektorki, a tam z kolei czeka ją informacja o stażu. I Haven przeprowadza się, pełna nadziei na przygodę i zdobycie pierwszego doświadczenia zawodowego. Piękny, przede wszystkim oryginalny początek, który wciąga i daje przedsmak tego, co otrzymamy w dalszej części książki. Spodobało mi się to bardzo, a i książka ogólnie dzięki temu zyskała w moich oczach.

Trudno mi jest jednak sklasyfikować tę powieść jako kolejny stuprocentowy romans paranormalny. Są co prawda ku temu idące jakieś wydarzenia, ale nie jest to moim zdaniem w pełnym znaczeniu słowa ten gatunek. Jest Haven, zwykła nastolatka, niczym się nie wyróżniająca, jest jednak również Lucian, którego dziewczyna poznaje w hotelu jako zastępcę właścicielki i do którego co prawda od pierwszego spojrzenia pała jakimś nadzwyczajnym uczuciem… Nie ma jednak między nimi takiego pospolitego romansu, który się co i rusz powtarza w innych powieściach. Tutaj czuć coś innego, na pewno nie odgrzewanego z innych historii, chociaż Haven przyznaje kilka razy, że jest zakochana, a i Lucian coś czuje do Haven. Chociaż tak naprawdę jego zadanie jest zupełnie inne i będzie musiał z tym walczyć.

Co jeszcze zwraca uwagę? Opisy. Przede wszystkim pięknego, niepowtarzalnego, bogatego, luksusowego hotelu, na który stać tylko wybranych. Opisy personelu, idealnego, o niespotykanej urodzie ludzi, którzy są po prostu doskonali, a właścicielka to doskonałość sama w sobie. To tylko pozory. Autorka cudownie potrafi opowiadać o tym, jak wyglądają poszczególne rzeczy, Lexington Hotel więc robi niemałe wrażenie nie tylko na gościach, ale i na czytelnikach. Sama chciałabym pracować w takim miejscu. Podoba mi się również to, że całe miejsce to nawiązanie do Ala Capone, który jest tam obecny zawsze, zwłaszcza podczas przygotowań do otwarcia.

Jedyne chyba, do czego mam malutkie zastrzeżenia w tej powieści, to zakończenie – jakby czegoś w nim zabrakło, wszystko rozegrało się szybko, za łatwo i za prosto, zakończenie moim zdaniem trochę za mało jest rozwinięte, zbyt banalne i przewidywalne. Książkę jednak czyta się niesamowicie szybko i to kolejna jej zaleta.

Mimo wszystko jednak Aimee Agresti naprawdę zrobiła na mnie wrażenie. Nie spodziewałam się tak ciekawej, intrygującej, wciągającej w swój magiczny świat książki – może dlatego, że nie oczekiwałam od niej wiele, ale to dobrze. Powieść ta jest naprawdę godna tego, aby po nią sięgnąć, ma w sobie to coś i na pewno nie pozwoli się znudzić. Jestem pewna, że zyska wiele fanów (fanek?). Ja z niecierpliwością będę czekać na kolejny tom, mam nadzieję, że wydawnictwo postara się tak, jak przy „Olśnieniu” i „Zauroczenie” nie da nam na siebie długo czekać.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Remi

A jeśli ciernie

A jeśli ciernie

Autor: Virginia C. Andrews
Wydawnictwo Świat Książki, 2012
Liczba stron: 444
Zafascynowana tomem pierwszym słynnej, napisanej już jakiś czas temu sagi Virginii Andrews, przeczytałam i tom drugi, a w końcu nadszedł czas i na trzeci. Muszę przyznać, że cała seria zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie i cieszę się bardzo, że wydawnictwo Świat Książki postarało się o jej wznowienie. To są chyba jedne z tych książek, które się czyta nieważne, ile lat temu były po raz pierwszy wydane, książki, których się nie zapomina i które zawsze będą intrygować. Wcale mnie to nie dziwi, bowiem saga o Dollangangerach w pełni na to zasłużyła.

„A jeśli ciernie” to już opowieść w główniej mierze o synach Cathy: Jory’m i Barcie. W chwili, kiedy, wydawałoby się, żadna przeszłość nie jest już w stanie zniszczyć szczęścia rodziny, w jej pobliżu pojawia się stara dama, która dziwnie interesuje się Cathy i jej synami oraz Chrisem. Okazuje się jednak, że przeszłość i wspólne dzieciństwo spędzone na poddaszu oraz szereg wydarzeń po nich następujących nigdy nie opuszczą rodzeństwa, zawsze będzie to do nich wracać pod różnymi postaciami. Choć Cathy i Chris najchętniej zapomnieliby o wszystkim i żyli dalej.

Trzecia część sagi nie jest już opowieścią z punktu widzenia Cathy, jak to było w poprzednich tomach. Tutaj o wszystkim opowiadają na przemian jej synowie, raz młodszy, Bart, innym razem starszy, Jory. Poznajemy więc tym razem ich perspektywę, uczucia oraz emocje, które nimi targają. Możemy sami zaobserwować, jak to wszystko się zmienia, gdy do sąsiedztwa wprowadza się tajemnicza starsza dama, która dziwnie interesuje się chłopcami. Chociaż oni sami nie zdają sobie na początku z tego sprawy, do Cathy i Chrisa w jednej chwili wróci koszmar z przeszłości. Bo czy uda się tak naprawdę od tego uciec? Czy można zapomnieć o starym strychu, gdzie czwórka rodzeństwa spędziła trzy i pół roku? Czy da się wymazać z pamięci matkę, która robiła to dla własnej korzyści i bogactwa oraz starą okrutną babkę? Trauma, przeżyta przez Cathy i Chrisa jest chyba jedną z tych, która będzie się im objawiać do końca życia, która będzie tkwić w ich pamięci zawsze jak zadra.

„A jeśli ciernie” oceniam dobrze, na równi z „Płatkami na wietrze”. Muszę jednak przyznać, że wzbudziła we mnie sporo emocji, więcej niż druga część. Wszystko chyba za sprawą Barta. Nie polubiłam tego chłopca, ale tak chyba miało być. Bart wydawał mi się rozpuszczony i zarozumiały do bólu, a wszystko nasiliło się jeszcze bardziej, gdy zaczął odwiedzać starszą kobietę z sąsiedztwa i gdy zaczął rozmawiać ze starym lokajem. Rozumiem, że chłopiec, nie mając przyjaciół i nikogo, z kim mógłby się bawić, wynajduje sobie różne inne zabawy, udaje, ma bujną wyobraźnię i szuka towarzystwa wszędzie, gdzie jest to możliwe. Rozumiem to, że dziesięcioletnie dziecko nie ma jeszcze tak rozwiniętej psychiki jak człowiek dorosły i bardzo łatwo można na niego wpłynąć, nagiąć go do swojego widzimisię. Bart się temu nie opierał, jednak irytował mnie strasznie tym, że zachowywał się niekiedy naprawdę okrutnie w stosunku do rodziców, brata i nie tylko. Irytowały mnie jego zbyt dorosłe wypowiedzi, jakby nie był dziesięciolatkiem, a co najmniej czterdziestolatkiem… I pewnie dlatego wzbudziło to równocześnie we mnie sporo emocji… Żal było mi nawet Cathy, której nie udało mi się do końca polubić w poprzednich tomach, żal było Jory’ego, a najbardziej chyba Chrisa, który zdobył moją największą sympatię.

Co jeszcze? Nie powinno się zapominać, że Cathy i Chris to rodzeństwo. Tutaj jednak czasem, czytając powieść, po prostu o tym zapominałam. Oboje darzą się uczuciem, jakie nigdy nie powinno mieć miejsca pomiędzy bratem i siostrą, jest to jednak tak subtelnie i delikatnie opisywane, że czasem po prostu traktowałam ich jak normalne małżeństwo… I trudno czasem sobie wyobrazić, że to wszystko tak naprawdę powinno wyglądać zupełnie inaczej…

Bardzo się jednak cieszę, że w ogóle trafiłam na tę sagę, że wpadła w moje ręce. Bo śledzę losy rodziny Dollangangerów z niemałym zainteresowaniem, czasem z wypiekami na twarzy, chociaż tak naprawdę każdy z tych tomów ma jakąś tam swoją wadę, to jednak patrząc na całość, nie zwraca się na to uwagi. Naprawdę polecam serię Virginii Andrews z całego serca każdemu czytelnikowi. Minęło już tyle lat od śmierci autorki, a jej powieści nadal się czyta, mówi o nich, podbijają serca czytelników na całym świecie. Niech tak zostanie!

Wiosenny stos - lektury na marzec [#16]

Wiosenny stos - lektury na marzec [#16]

Obiecałam Wam stosik, więc oto i one: książki, które uzbierały się u mnie przez ostatnie dni:


Naprawdę, nie wiem, kiedy ja to wszystko przeczytam, ale w końcu co to dla mnie - jedyne co mam, to czas, i to w nadmiarze :-)

Stosik recenzencki:


Olśnienie - Aimee Agresti - od Wydawnictwa Remi, efekt nowej współpracy;
Sztuka uprawiania róż z kolcami - Margaret Dilloway - również nowa współpraca, od Wydawnictwa M;
Single - Meredith Goldstein - j.w.
Prowincja pełna smaków - Katarzyna Enerlich - od Wydawnictwa Mg;
Pan Przypadek i trzynastka - książka od autora, pana Jacka Getnera.



A tutaj misz-masz, czyli kupione, pożyczone albo wymienione:

Przerwa na życie - Stanisława Fleszarowa-Muskat - pożyczona od kochanej Siostry;
W imię miłości - Jodi Picoult - kupiona, efekt promocji w Biedronce :-)
Powrót nauczyciela tańca - Henning Mankell - również od Siostry;
Obraz pośmiertny - Aleksandra Marinina - j.w.
Kto wiatr sieje - Virginia C. Andrews - j.w.
Sklepik z niespodzianką. Lidka - Katarzyna Michalak - wygrana od autorki, strasznie żałuję, że nie mam i nie czytałam poprzednich części, będzie trzeba to szybko nadrobić;
Długa ziemia - T. Pratchett, S. Baxter - wymiana na LC;
Pandemonium - Lauren Oliver - kupiona, nie mogłam się oprzeć :-)
Złodziej z szafotu - Bernard Cornwell - wypożyczona z biblioteki, to moje pierwsze spotkanie z tym autorem, którego miałam w planach od dawna;
Trafny wybór - J. K. Rowling - j.w., już przeczytana, recenzja tutaj.

Ze wszystkich tych nabytków jestem szalenie zadowolona, teraz nic, tylko czytać... Pracy nadal szukam, więc przynajmniej mogę sobie umilać czas książkami - nie wiem, co bym zrobiła bez czytania... Tym bardziej, że idzie wiosna :-) Też już czujecie ją w powietrzu?
Co do szukania pracy - trzymajcie kciuki. Mam ogromną motywację do działania, zaczynam intensywniejsze niż dotąd poszukiwania i ogromną nadzieję na to, że w końcu się uda. Musi!

Trafny wybór

Trafny wybór

Autor: Joanne Kathleen Rowling
Wydawnictwo Znak, 2012
Liczba stron: 505
Pamiętacie Harry’ego Pottera? Pewnie, że pamiętacie! Seria przygód o młodym czarodzieju podbiła serca miliony czytelników nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Przyniosła pani Rowling ogromną popularność… Ekranizacja książki również podbiła serca milionów widzów. I nie oszukujmy się, to właśnie z tą opowieścią autorka będzie kojarzona już zawsze. Dlatego dość ciekawym newsem było to, że J. K. Rowling pisze kolejną książkę – tym razem inną, dorosłą, dla „dzieci” powyżej 18 roku życia. Wszyscy się zastanawiali, jaka ta książka będzie, czy autorka pozostawi cokolwiek ze swojego stylu o Harry’m, czy to będzie zupełnie coś nowego, innego, oryginalnego? Sam „Trafny wybór”, bo taki tytuł ma najnowsza jej powieść, promowany był już przed premierą. Mówiło się o tej książce sporo. Zastanawiać się zaczęłam więc i ja, o co ten szum i czy autorka odniesie kolejny spektakularny sukces… No i mam, i przeczytałam, i co? O tym za chwilę.

„Trafny wybór” nie opowiada o niczym innym, jak o mieszkańcach Pagford, angielskiego miasteczka. Nie jest to jednak opowieść wyrwana z ich życia ot tak. Zdarza się bowiem coś, co przewraca życie mieszkańców do góry nogami – bo oto umiera Barry Fairbrother. Pewnego dnia po prostu pada martwy przed przyjęciem w klubie golfowym. Jak się potem okaże, jest to bezpośrednią przyczyną następujących po sobie zdarzeń, wszystko bowiem, po śmierci Barry’ego obraca się w Pagford o sto osiemdziesiąt stopni, wszystko się zmienia. Nie mówiąc już o tym, że oto jest wolny wakat w radzie miasteczka, a jak się potem okaże, chętnych na owe stanowisko jest wielu…

Niby fabuła jak fabuła, a książka jak książka. Na pierwszy rzut oka nic specjalnie w niej ciekawego nie ma, prawda? Ja chyba jednak uległam szumowi wokół tego dzieła, chciałam sprawdzić na własnej skórze, co to w ogóle będzie. I muszę się przyznać – książka z początku mnie w ogóle nie zainteresowała. Fakt, umiera Barry, pada trupem w pierwszym już rozdziale i to było chyba najciekawsze wydarzenie przez pierwszą połowę, zaczęłam więc żałować, że traciłam na tę książkę swój cenny czas, który mogłabym wykorzystać na coś innego. Do tego sami bohaterowie wydali mi się tacy zwyczajni i nieciekawi… Oj, jaka nudna ta książka była!

Gdzieś w połowie czytania jednak właśnie zaczęło się to zmieniać. Dlaczego? A no sama nie wiem, więc Wam nie odpowiem. Wydarzenia jednak zaczęły mnie interesować, bohaterowie wydali się ogromnie ciekawi i tak się do nich przyzwyczaiłam, że normalnie szkoda mi było, gdy czytanie zmierzało ku końcowi… naprawdę! Niewiele książek jest w stanie mnie tak zaskoczyć, pozytywnie oczywiście, mimo że z początku żałowałam, że ta książka w ogóle wpadła w moje ręce. Pod koniec nawet nie mogłam się oderwać od lektury, zakończenie bowiem obfituje w więcej ciekawych wydarzeń, niż to jest na początku. Co w powieści pani Rowling takiego jest? Nie mam pojęcia. Może ja po prostu lubię takie książki, z wieloma bohaterami, opowiadające o życiu mieszkańców? Takie na pozór spokojne historie?...

No bo tu nie ma jakiejś zawiłej akcji, ba, praktycznie nie ma jej w ogóle. Cała fabuła opiera się na śmierci Barry’ego, rywalizowaniu na stanowisko radnego itp. Nie ma tu niespodziewanych zwrotów, zaskakujących wydarzeń trzymających w napięciu, wartkiej akcji. Nie, tutaj tego nie znajdziecie. Tutaj jest spokojnie, czasem wręcz nudno. Na pozór spokojnie. Bo rywalizacja pojawia się po śmierci mieszkańca nie tylko w radzie, ale i w szkole między uczniami i nauczycielami, między rodzicami i dziećmi, między żonami i mężami – przytaczając opis na okładce. Walczy każdy z każdym. Do tego, aby podkreślić, że to powieść dla dorosłych, są od czasu do czasu przekleństwa, wulgaryzmy, jest seks, narkotyki… Ale jak się już czyta tę książkę, to czytelnik zaczyna przyzwyczajać się do bohaterów, zaczyna obchodzić go ich los… i książka po prostu robi się ciekawa ze względu na to właśnie. Na życie mieszkańców zwykłego miasteczka. Czy są tu jakieś podobieństwa do powieści o Harry’m? Nie. Nie ma w tej książce już nic z Harry’ego Pottera, młody czarodziej odszedł w zapomnienie.

Ja lubię takie książki. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to książka dla każdego, bo nie ma tu akcji rodem z kryminału czy horroru, tutaj jest czasami nudno, czasem na pozór spokojnie, niczym cisza przed burzą… Ale jest ciekawie, jeśli tylko lubicie takie historie i jeśli dacie szansę tej książce. Dostałaby ode mnie bez wahania 7/10 punktów, gdyby mnie bardziej zaciekawiła na początku. Jeśli macie ochotę na powieść, która obrazuje życie zwykłego, małego miasteczka wraz z jego problemami i problemami jego mieszkańców, polecam! Nie zawiedziecie się.
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli