Podsumowanie lutego 2013

Podsumowanie lutego 2013

I znowu kolejny miesiąc za nami - ten najkrótszy, ale wcale nie najgorszy pod względem książkowym - ja mogłabym go uznać nawet za ciut lepszy od poprzednich :-)
Jednocześnie cieszę się ogromnie, bo od jutra już marzec, a wraz z nim przyjdzie wiosna :-) Kalendarzowa na pewno, a czy i astronomiczna - to się okaże, mam nadzieję, że tak. Tęsknię już za wiosną, nie znaczy to, że nie lubię zimy, bo mi nie przeszkadza, ale brakuje mi słońca...


Luty pod względem czytelniczym przedstawiał się następująco:

Książki przeczytane w lutym: 10
Liczba przeczytanych stron: 4030
Średnia stron dziennie: 144
Liczba opublikowanych recenzji: 10
Egzemplarze recenzenckie: 5
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 1
Liczba nawiązanych współprac: 2
Liczba kupionych książek:
Liczba książek z wymiany: 1

Najbardziej cieszą mnie oczywiście te wszystkie książki, które w tym miesiącu, a raczej w ciągu ostatniego tygodnia do mnie dotarły :-) Szykuję dla Was stosik, więc wkrótce je zobaczycie w pełnej okazałości :-) 
A jak Wam minął luty?

Nevermore. Kruk

Nevermore. Kruk

Autor: Kelly Creagh
Wydawnictwo Jaguar, 2011
Liczba stron: 454
Nie przepadam za powieściami z gatunku paranormal romance. Prawdopodobnie już z nich wyrosłam, w końcu szesnastolatką przestałam być bardzo dawno temu. Jednak liczne dobre recenzje tej książki nie pozwoliły mi tak naprawdę przejść obok niej obojętnie. Fabuła też mnie zainteresowała na tyle, aby powiedzieć: czemu nie? Tym bardziej, że książka trafiła do mnie jakiś czas temu jako nagroda za wygrany konkurs. Poleżała trochę na półce i w końcu przyszedł na nią czas.

Isobel jest zwykłą szesnastoletnią uczennicą, czirliderką szkolnej drużyny futbolowej, cieszącą się dość sporą popularnością w szkole. Jednak wszystko zmienia się w chwili, gdy nauczyciel literatury zadaje uczniom do wykonania projekt prezentacji, który ma być wykonany w parach – pary jednak sam dobiera losowo. Tak oto Isobel skazana jest na wspólną naukę z Varenem, często milczącym i tajemniczym gotem. Dziewczyna, na początku bardzo zniechęcona zmuszaniem ją do nauki z dziwacznym Varenem, szybko ulega ciekawości i fascynacji jego osobą. Chłopak, jak się wkrótce okazuje, ma swoje mroczne tajemnice i choć perspektywa wspólnego projektu z literatury też nie bardzo jest mu na rękę, Varen i Isobel stają się sobie coraz bliżsi. Isobel nie wie jednak, że wraz z zainteresowaniem Varenem grozi jej niebezpieczeństwo, które sama nie do końca potrafi zrozumieć.

Powieść zaczyna się standardowo, jak większość powieści  z tego gatunku. Ot, mamy wspólny projekt, tym razem z literatury, i zniechęconą na początku parę uczniów, która musi odrobić wspólnie lekcje. Nie wiem jednak dlaczego, ale tym razem ja sama się nie zniechęciłam, chociaż z reguły strasznie nie lubię takich schematycznych powieści… I muszę przyznać, że bardzo dobrze, że książkę wzięłam do ręki, bo z każdą stroną intrygowała mnie coraz bardziej. Myślałam, że któryś raz z kolei znajdę tutaj oklepanych już bohaterów, w końcu mamy Isobel – zwykłą dziewczynę oraz Varena – tajemniczego i mrocznego chłopaka, który tą tajemniczość jeszcze podkreśla swoim wyglądem. Wiecie co? Byłam zaskoczona swoją własną reakcją, ale Varen od początku mi się spodobał. Isobel musiała zdobyć moją sympatię stopniowo, ale i jej się to udało, Varen jednak to wyjątek, który zwrócił moją uwagę od samego początku i od razu zaintrygował. Coś w nim jednak jest.

Muszę również przyznać, że spodobała mi się sama fabuła książki, jej tajemniczość i magia. Nie ma tu wampirów, wilkołaków, są za to sny wraz z ich bohaterami, sny, które można powołać do życia, aby stały się rzeczywistością, połączyć dwa światy… trzeba tylko mieć do tego odpowiednią moc, a taką moc wyobraźni posiada właśnie Varen. To w jego głowie rodzą się demony ze snów, które z czasem staną się wrogiem jego i Isobel i tylko dziewczyna będzie mogła uratować Varena, który staje się jej coraz bliższy mimo dzielących ich różnic. I jest tu coś jeszcze: sama osoba Edgara Allana Poe’go i jego twórczości, której możemy poznać niewielki fragment dzięki właśnie tej książce.

To niezwykle wciągająca, tajemnicza, z mnóstwem sekretów, trzymająca w napięciu powieść. Może zaskoczyła mnie tak pozytywnie właśnie dlatego, że wcale wiele się po niej nie spodziewałam? Jestem jednak pewna tego, że gdy tylko w moje ręce wpadnie druga jej część, pt. „Cienie”, z ogromną ochotą poznam dalsze losy Isobel i Varena – nie da się tego nie zrobić, biorąc pod uwagę zakończenie „Nevermore. Kruk”. Nie mogę się doczekać tego, kiedy na mojej półce stanie kontynuacja tej książki, mam nadzieję, że nastąpi to szybko i nie będę musiała długo czekać. Mimo że na pierwszy rzut oka autorka nie wymyśliła nic nowego, to jednak zagłębiając się w powieści trzeba przyznać, że jest to oryginalna historia, którą z pewnością pochłoniecie tak jak ja. Polecam!
Adam i Ewy

Adam i Ewy

Autor: Monika Orłowska
Wydawnictwo Replika, 2012
Liczba stron: 235
Czasem, w biegu codziennych spraw do załatwienia, przyzwyczajone do tego życia, które wiedziemy i nie wyobrażając sobie tego, że cokolwiek mogłoby się zmienić, nie zastanawiamy się w ogóle, czy naprawdę jesteśmy szczęśliwi… Czasem o tym szczęściu po prostu się zapomina… Dla każdego człowieka słowo „szczęście” oznacza coś innego, dla jednych to wymarzona praca i kariera, dla innych kochający osoba i szczęśliwy dom… Ale czy mając zapewnione to wszystko, zapewnione mamy również szczęśliwe życie, z którego bylibyśmy zadowoleni?

Ewa jest wykształconą kobietą, mądrą i inteligentną. Ma skończone studia i ciekawą pracę, którą lubi. Jednak pewnego dnia w życiu Ewy pojawia się Adam, mężczyzna, który zostanie jej mężem. Adam ma dobrze płatną pracę, stabilną i może zapewnić rodzinie wszystko, czego jej potrzeba. A rodzinę ma już sporą. Wraz z Adamem w jej życiu pojawia się pasierbica, też Ewa, nastoletnia dziewczyna, oraz teściowa, po dwóch udarach, kobieta wymagająca stałej opieki. Gdy w życiu Ewy i Adama pojawia się córka, Karolina, Ewa ma pod opieką już trzy osoby. Dla nich właśnie główna bohaterka postanawia zrezygnować z realizacji zawodowej, aby w pełni oddać się prowadzeniu domu i opiece nad teściową oraz córkami… A raczej córką oraz pasierbicą, która za macochą nie przepada, a mąż ma wieczne pretensje o opiekę nad matką.

Zdecydowalibyście się na takie życie, gdybyście mieli wybór? Zrezygnowalibyście z kariery zawodowej i świetnie zapowiadającej się przyszłości, aby zostać gospodynią domową? Zanim zaczęłam czytać tę książkę, to było pierwsze pytanie, które sobie postawiłam, a odpowiedź bezsprzecznie i kategorycznie brzmiała: nie. I teraz po lekturze moje zdanie się absolutnie nie zmieniło, ba, jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym przekonaniu. Na początku uznałam główną bohaterkę za wręcz głupią, że zdecydowała się na takie życie – ale miłość przecież jest ślepa, tak? Niby tak, ale bez przesady.

Ewa jednak nie jest absolutnie głupią bohaterką. Muszę przyznać, że zdobywała mój wielki szacunek wraz z kolejnymi kartami książki. Kobieta niezależna, samodzielna trzydziestoparolatka ze świetną pracą z dnia na dzień praktycznie zostaje gosposią domową. Wszystko w imię miłości. Mimo tego, że pasierbica jej nie znosi, mimo tego, że musi opiekować się niekontaktującą ze światem zewnętrznym matką Adama. Ewa jednak jest silną psychicznie kobietą – wybrała sobie życie niełatwe, opieka nad starszym sparaliżowanym człowiekiem to okropnie ciężka praca, uwierzcie, wiem co mówię, bo sama tego doświadczyłam na własnej skórze. Ewa w dodatku nie może liczyć na pomoc nikogo, a już najmniej na własnego męża, którego częściej w domu nie ma niż jest, a w życiu rodzinnym uczestniczy z doskoku. I ja tym samym zaczęłam ją podziwiać za to, że to wszystko jest w stanie zrobić sama i niby świetnie sobie z tym radzi… ale czy na pewno? Czy właśnie o takim życiu przy boku Adama marzyła?

Adam to jest taki typ mężczyzny, którego najbardziej nie znoszę. Facet, który myśli, że skoro zarabia pieniądze, to już nic więcej robić nie musi, a od bliskich wymaga nie wiadomo czego. Jedyne, co go jeszcze interesuje, to matka, a jak coś jest nie po jego myśli, ma jeszcze pretensje… wrrrr! I pewnie wiele kobiet się ze mną zgodzi, a z drugiej strony wiele z nas ma przy boku takiego właśnie mężczyznę, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Na szczęście samego Adama w tej książce jest mało, a jeśli się pojawia, to raczej nie bezpośrednio. Małżeństwo Ewy  bowiem to takie małżeństwo, gdzie mąż pracuje za granicą i częściej go nie ma niż jest, a żona zajmuje się domem i dziećmi – czyli typowy przykład małżeństwa emigracyjnego. Monika Orłowska doskonale uchwyciła więc ten temat i problemy z nim związane. Problemy, które ciążą Ewie okropnie, ale sama przed sobą do końca nie jest w stanie się do nich przyznać. Chyba stanie się to dopiero wtedy, gdy wyjdzie na jaw Adama tajemnica, skrywana przed rodziną…

Narratorką tej powieści oczywiście jest Ewa – żona, macocha i matka oraz synowa. I muszę przyznać, że było to świetne posunięcie – nie wyobrażam sobie tej książki w trzecioosobowej narracji, naprawdę. To główna bohaterka opowiada o sobie, o swoim życiu, małżeństwie i szczęściu. No ale właśnie: gdzie to szczęście? Czterdziestoletnia kobieta, która niejako dokonuje podsumowania swojego dotychczasowego życia – o tym jest ta książka. I o tym, że to upragnione przez nas szczęście czasem zanika gdzieś po drodze, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, dopóki nie jest za późno.

Powieść Moniki Orłowskiej czyta się szybko i lekko, ale na pewno nie jest to jakaś banalna, prosta opowieść – bo to życiowa i mądra, i chyba trochę smutna historia. Historia spokojna i opowiadana powoli, co jednak nie przeszkodziło mi w przeczytaniu jej praktycznie na jednym wdechu. Bo ta książka ma coś w sobie, jest prawdziwa i pewnie niejedna z nas znalazłaby odzwierciedlenie swojego życia w historii Ewy. Dla wszystkich, którzy chcą przeczytać coś lekkiego, ale dającego do myślenia.
Teraz ją widzisz

Teraz ją widzisz

Autor: Joy Fielding
Wydawnictwo Świat Książki, 2012
Liczba stron: 286
Z książkami kanadyjskiej pisarki Joy Fielding nie miałam do tej pory zbyt dużego doświadczenia, przeczytałam bowiem zaledwie tylko jedną jej książkę, „Martwa natura”, która zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Byłam ciekawa, jak to będzie z innymi jej powieściami i właśnie dlatego trafiłam na wydaną w zeszłym roku „Teraz ją widzisz”. Joy Fielding słynie z książek o często niełatwych tematach, opowieści z wątkiem psychologicznym, zawsze z jakimś głębszym przesłaniem. Doszłam więc do wniosku, że taką autorkę po prostu trzeba znać, ma zresztą rzeszę fanów.

Marcy Taggart jest pięćdziesięcioletnią kobietą, która spędza samotnie urlop w Irlandii. Jest to jej wycieczka z okazji rocznicy ślubu, jednak mąż, Peter, zostawił ją kilka miesięcy wcześniej dla młodszej kobiety. Wycieczka jednak do rodzinnych korzeni Petera była już wykupiona, dlaczego więc by z niej nie skorzystać? Małżeństwo Marcy i Petera zaczyna sypać się w momencie, gdy ginie jej córka, dwa lata temu – wypływając samotnie kajakiem nie wraca na ląd, a ciało Devon nigdy nie zostaje odnalezione. Marcy w każdej podobnej do córki młodej kobiecie widzi twarz swojej córki, nie może się pogodzić z jej śmiercią i gdzieś w głębi serca chyba wierzy, że córka nie zginęła, a żyje. I również w Irlandii Marcy zauważa Devon. Przekonana coraz bardziej o tym, że córka nie umarła, a uciekła do Irlandii, aby rozpocząć nowe życie, przedłuża urlop i rozpoczyna poszukiwania.

Cóż, zaczynając czytać tę powieść, spodziewałam się po niej wiele, pamiętając poprzednią, fantastyczną książkę Joy, przeczytaną jakiś czas temu. Czy spełniły się moje oczekiwania? I tak, i nie. Plusem tej powieści na pewno jest sam temat i problem Marcy, niemogącej pogodzić się ze śmiercią ukochanej córki, mimo że od wypadku minęły już dwa lata. Każda matka bowiem bezgranicznie kochająca swoje dzieci przeżywa ich śmierć niemalże podwójnie. Śmierć dziecka chyba już do końca tkwić będzie w matce, która przecież nosiła je w sobie, wydała na świat i wychowała. Podobał mi się na początku pomysł wyjazdu na wakacje mimo rozstania z mężem, odpoczęcia, ułożenia sobie spraw w głowie. Podobało mi się również to, że dużo dzięki tej książce można dowiedzieć się o samej Irlandii, podróżować razem z bohaterami, poznawać historię i kulturę Zielonej Wyspy. Irlandia ma swój specyficzny klimat, którego nie ma żaden inny kraj, i nie chodzi mi tu tylko o zjawiska atmosferyczne i ciągle padający deszcz. Nawet deszcz ma swój urok w tak pięknym kraju, o tak ciekawych tradycjach, historii, kulturze. Autorka próbuje nam przedstawić Irlandię praktycznie na każdym kroku, wplatając ją w wypowiedzi mieszkańców i opisy przyrody.

Patrząc jednak na ocenę, nie mogę z każdej strony chwalić książki, która dostała tylko pięć punktów, prawda? Otóż… przede wszystkim strasznie irytowała mnie główna bohaterka Marcy. Na początku jeszcze było dobrze, potem już coraz gorzej. Marcy to pięćdziesięciolatka, doświadczona życiem, rozstaniem z mężem, śmiercią córki i chorobą psychiczną matki. Ale mimo tego wydawała mi się tak naiwna jak piętnastolatka, a nie kobieta, która przeżyła pół wieku. Mniejsza już z tym, że ciągle widziała Devon, że uczepiła się jak brzytwy myśli, że córka żyje i że musi ją odnaleźć. Swoją naiwnością czasem doprowadzała mnie do szału. A inni bohaterowie również nie wydali mi się dość ciekawi… Nie wiemy o nich praktycznie nic, więc trudno wyrobić sobie zdanie, plusem może być jedynie to, że są nieprzewidywalni i do końca trudno osądzić, który z nich jest ten zły, a który dobry.

Nie wspomnę już o fakcie, że książka jest dość przewidywalna, odnośnie tego, co robi Marcy, co powie i o czym pomyśli. Denerwowały mnie jej rozmowy z siostrą (a raczej samą sobą, udającą siostrę), czasem wręcz wybijały z rytmu i nie wiedziałam, o czym czytam, irytowało ciągle lądowanie na posterunku policji. Zakończenie mnie rozczarowało. Akcja w tej powieści jest, nie można jej zarzucić tego, że nie ma zwrotów akcji i ciekawych wydarzeń, ale chyba to za mało, alby książka wywarła na mnie fenomenalne wrażenie, nie oszukujmy się, w książkach najważniejsi są interesujący główni bohaterowie i akcja, pierwszego nie było, drugie trochę nadrobiło pierwsze.

„Teraz ją widzisz” to książka głównie dla fanów autorki. Jeśli jeszcze ktoś jej nie zna, tej książki nie polecam, niech sięgnie po inną powieść Fielding. Ja do pisarki na pewno jeszcze wrócę, bo wiem, że potrafi pisać fantastyczne książki, jak na przykład przeczytana przeze mnie jakiś czas temu „Martwa natura”. Ta książka bardziej mnie jednak rozczarowała niż zachwyciła, ale i tak nie żałuję, bo przeczytałam ją szybko, jest napisana tak, że czyta się migiem i to też jest jedną z zalet „Teraz ją widzisz”. Wybór jednak pozostawiam Wam.
Płatki na wietrze

Płatki na wietrze

Autor: Virginia C. Andrews
Wydawnictwo Świat Książki, 2012
Liczba stron: 430
Różne się opinie słyszy o drugiej części sagi Virgini Cleo Andrews. Sagi, która w końcu zdobyła wielką popularność już jakiś czas temu… Niektórzy „Płatki na wietrze” chwalą tak samo co pierwszą część, inni są zdania, że niczym nie dorównuje swojej poprzedniczce, jest schematyczna i napisana jakby przez inną osobę. Ja właśnie miałam okazję przeczytać drugą część, kontynuację „Kwiatów na poddaszu”, sama chciałam się przekonać, jakie na mnie zrobi ta książka wrażenie, czy rzeczywiście jest dużo gorsza od pierwszego tomu, czy dorównuje jej i czy mi się spodoba.

„Płatki na wietrze” to kontynuacja losów rodzeństwa Dollangangerów, Cathy, Chrisa i Carrie. Trudno tu jest napisać cokolwiek, co nie zdradzi wydarzeń z pierwszego tomu, tym, którzy nie chcą wiedzieć, bo nie czytali, a mają w planach, radzę zrobić „stop” w tym momencie i ewentualnie wrócić do czytania w następnym akapicie. Rodzeństwo bowiem, więzione przez ponad trzy lata na poddaszu, w końcu znajdzie kochający dom i kochającego opiekuna w osobie doktora Paula Sheffielda. Jednak demony z przeszłości nie dadzą o sobie zapomnieć, chociaż cała trójka próbuje wymazać z pamięci okrutny obraz babki, obojętną matkę i pokój na poddaszu. Czy można bowiem zapomnieć o czymś takim? Czy się w ogóle da? I czy można ułożyć sobie potem spokojne życie, czy przeszłość będzie wracała do nich za każdym razem?

Zaskoczyła mnie ta część, ale bardzo pozytywnie. Nie uważam, żeby była dużo gorsza od pierwszej. Zaczęłam ją czytać z trochę mniejszym zainteresowaniem, niż pierwszy tom, ale moja ciekawość rosła z każdym rozdziałem, z każdą przeczytaną stroną. To prawda, jest ciut inna od „Kwiatów na poddaszu”, ale wydarzenia i akcja w końcu muszą brnąć dalej, nie mogą zatrzymać się w miejscu, prawda?

I jak dobrze widać na przykładzie tej książki, chyba nie do końca da się zapomnieć o przeszłości, chociaż nie wiadomo jak bardzo chcielibyśmy. Te okrutne trzy lata będą powracały do Cathy, Chrisa i Carrie i odcisną się na ich przyszłym życiu. Wisi nad nimi to jak klątwa – szczególnie uczucie, którego przecież nie powinno być – miłość brata do siostry – niby nic w tym dziwnego, w końcu to przecież rodzina, ale nie jest to braterska miłość, ale taka, jaką zwykle darzy mężczyzna kobietę. Cathy próbuje się przed tym bronić, wie, że to złe, szuka więc pocieszenia w ramionach starszych od siebie mężczyzn… Pragnie poczucia bezpieczeństwa, które odebrano im na poddaszu. Z pozoru silna kobieta, jaką się staje, tak naprawdę w środku jest wciąż małą dziewczynką, która potrzebuje ciepła i miłości – i niekoniecznie dokonuje dobrych wyborów, bojąc się samotności.

Nie zabraknie tutaj też żądzy zemsty… Mimo że Chris stara się zapomnieć o przeszłości i żyć dalej, Carrie wydawałoby się zapomni łatwiej, bo w końcu była malutka – Cathy nie potrafi poradzić sobie z tym. Chce się zemścić na matce, która zostawiła ich samym sobie, która wyrzekła się własnych dzieci… Więc jak widać, nie brakuje w „Płatkach na wietrze” również tych złych uczuć, które odbijają się piętnem na rodzeństwie Dollangangerów, na których psychice będzie głęboka rysa chyba już do końca życia – nie da się bowiem odłożyć tego wszystkiego na bok, takie wydarzenia obijają się na psychice do końca życia, będzie to miało wpływ zawsze na to, co będą robić, o czym myśleć, czego pragnąć.

Wcale nie uważam „Płatków na wietrze” za gorszą od swojej poprzedniczki książkę. Język jest prosty w odbiorze i czytało mi się ją niezwykle łatwo i szybko, ale przede wszystkim jest to wciągająca kontynuacja z dość rozbudowaną akcją, historia, która nie pozwala o sobie zapomnieć, obfitująca w masę zaskakujących wydarzeń, nieprzewidująca i absolutnie nieschematyczna. Polecam!

Opowieść niewiernej

Opowieść niewiernej

Autor: Magdalena Witkiewicz
Wydawnictwo Świat Książki, 2012
Liczba stron: 221
Niemalże każda kobieta marzy jeśli nie o księciu na białym koniu, to chociaż o mężczyźnie, którego będzie kochać i który będzie kochał ją, a przede wszystkim tą miłość okazywał. Każda też – a przynajmniej większość – marzy o białej sukni, szczęśliwym małżeństwie aż do starości, „dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Wielu jednak ludzi twierdzi, że małżeństwo zmienia wszystko w naszym życiu, mężczyźni niestety też są różni – jedni okazują uczucia, inni są pod tym względem oszczędni, jeszcze inni nie rozumieją, że kobieta czasem potrzebuje poczuć się piękna, usłyszeć, że ładnie dziś wygląda czy dostać kwiatka. Czyż nie?

”…z małżeństwem jest jak z nową posadą: ile na początku wynegocjujesz, tyle masz. Potem bardzo trudno zmienić warunki – zarówno pracy, jak i życia. Mechanizm działania jest dokładnie taki sam.” (str. 12)

Ewa, na początku związku z Maćkiem na nic nie mogła narzekać – prawił jej komplementy, przynosił kwiaty. Dochodzi również i do ślubu i wydawałoby się, że będzie to małżeństwo idealne. Ewa jednak to typowa romantyczka, Maciek jest realistą. Dla Ewy ślub to sformalizowanie miłości, która ich łączy, dla Maćka jest to raczej sposób na łatwiejsze rozliczanie się z fiskusem. I jak się okazuje, on nawet w dniu ślubu musi załatwić sprawy związane z pracą, zamiast spędzić ten wieczór z nowo poślubioną żoną. Szybko też zaczyna traktować żonę przedmiotowo, staje się pracoholikiem, w weekendy natomiast wyjeżdża do Krakowa, aby nadzorować budowę ich nowego domu. Czego Maćkowi brakuje? Przecież jest wzorowym mężem, zarabia kupę kasy i buduje nowy dom… A może to Ewie czegoś brakuje? No właśnie… brakuje jej miłości. Bo cóż po mężu, który oczekuje od żony tylko obiadu po pracy, poprasowanych koszul i lśniącego mieszkania? Cóż jej po mężu, który traktuje ją jak darmową pomoc domową? Który nie przytuli, nie powie „kocham”, nie doceni tego, co Ewa dla niego robi?

„- Ewka, dziewczyno, co się z tobą stało! ‘Zrobimy tak, jak ON będzie chciał’! Małżeństwo to układ partnerski!
- Taa… - Wzruszyłam ramionami. – Ja sprzątam, on bałagani, cha, cha, cha. Bardzo śmieszne.” (str. 125)


Zapytacie, do czego historia Ewy zmierza? Do zdrady. Cóż za złowieszcze słowo!... Przynajmniej ja tak do tej pory je traktowałam. Muszę jednak przyznać, że ta książka mnie zaskoczyła, i to pozytywnie. Czyta się ją niezmiernie szybko, ale najważniejsze to chyba to, że nie mogłam się od niej oderwać. Bo po tej książce słowo „zdrada” nabrało dla mnie zupełnie innego wymiaru. Niemożliwe? Tak zgadzam się, że zdrada to coś złego, czemu winna jest tylko i wyłącznie osoba zdradzająca, ale czy na pewno? Nie wiem, jak to wygląda od strony mężczyzn, dlaczego oni zdradzają – tutaj bowiem mamy coś odwrotnego – to Ewa dopuści się zdrady męża. Można polemizować z tym, dlaczego zdradzają kobiety, a dlaczego mężczyźni – kobieta jednak w znacznej większości robi to dlatego, że potrzebuje miłości, zainteresowania. Chce poczuć, że ktoś ją kocha, pożąda, że jest w dalszym ciągu atrakcyjna. My kobiety potrzebujemy komplementów i poczucia miłości. Ewa nie była wyjątkiem – sama nie podejrzewając tego, że kiedykolwiek do tego dojdzie – w końcu zaczyna spotykać się z dawnym znajomym i ląduje w łóżku z jeszcze innym mężczyzną, przyjacielem  z dawnych lat.

„'Zazdrość to cień miłości. Im większa miłość, tym większy ma cień', przeczytałam gdzieś kiedyś. Miłość mojego męża do mnie nie miała cienia. Wtedy nie chciałam myśleć, ze skoro nie ma cienia, miłości najprawdopodobniej również brakuje…” (str. 159)

Utożsamiałam się z główną bohaterką jak najbardziej – co dziwne, wcale nie sądziłam, aby to ona była winna wszystkiemu. Gdy czyta się historię Ewy i Maćka, ma się poczucie, że to właśnie Maciek jest tym niedobrym, który poniósł w tym wszystkim większą winę. Ale czy tak jest naprawdę? Wina zawsze stoi po obu stronach – i oboje mieli w tym swój udział. I Ewa doskonale o tym wie, autorka w ogóle jej nie usprawiedliwia. Dla mnie jednak usprawiedliwienie istniało samo w sobie.

To jest naprawdę uniwersalna książka, która podejmuje trudne tematy, ale życiowe, w których może nawet niejedna z nas się znalazła. Co prawda czyta się ją migiem, jednak nie pozwala o sobie zapomnieć, ot tak. Naprawdę jestem pozytywnie zaskoczona, chociaż to było moje pierwsze spotkanie z Magdaleną Witkiewicz. Piękna książka nie tylko o zdradzie, ale i o marzeniach, miłości, prawdzie. I nie tylko dla kobiet – dla każdego!

Książkę miałam okazję przeczytać dzięki akcji Włóczykijka

Zapowiedzi i nowości najbliższych tygodni

Zapowiedzi i nowości najbliższych tygodni

Jest ogrom książek, które chciałabym zobaczyć teraz na swojej półce, niestety z tym będę musiała jeszcze trochę poczekać. Premier jednak i nowości jest tyle, że nie wiadomo co wybierać, chyba się ze mną zgodzicie? Ciekawa jestem, czy coś z poniższych moich propozycji Was szczególnie zainteresowało? Ja czekam na wszystkie z niecierpliwością :-)


Sklepik z niespodzianką. Lidka
Katarzyna Michalak 
Premiera: luty 2013

Sklepik z Niespodzianką to wciąż miejsce spotkań kręgu zaprzyjaźnionych kobiet: uroczej właścicielki Sklepiku – Bogusi, pięknej i humorzastej tap madl – Konstancji, energicznej femme fatale – Adeli, zagubionej pani weterynarz – Lidki, dobrej duszy miasteczka – Stasi. Jednak w małej nadmorskiej miejscowości nastał czas zmian. Lidka była uroczą, kochającą życie kobietą. Była. Niespełnione marzenie o dziecku, własnym, ukochanym maleństwie, zmienia wszystko. Z lekarki weterynarii, którą w Pogodnej lubiano i szanowano, ze wspaniałej przyjaciółki, na którą Bogusia, Adela i Stasia mogły liczyć, Lidka przeistacza się w godną pożałowania istotę, raniącą najbliższych. Co jeszcze poświęci, by zostać matką? Niespodziewane trudności pojawiają się także w życiu Bogusi i Adeli. Czy kobiety odnajdą w końcu szczęście i spokój? Czy los się do nich uśmiechnie? 

Prowincja pełna smaków
Katarzyna Enerlich
Premiera: marzec 2013

W książce Prowincja pełna smaków Katarzyna Enerlich prowadzi nas drogami i bezdrożami polskiej prowincji, proponując skosztować jej smaków. Pisze o ludziach i spotkaniach, które choć przypadkowe, okazują się zawsze znaczące. Snuje opowieść pełną smaków, zapachów i barw. Opisuje naszą polską prowincję pięknymi słowami: Moja prowincja pełna marzeń, gwiazd i słońca… Miejsce na ziemi, w którym mogę robić rzeczy ważne dla mnie i żyć w zgodzie z zegarem natury. Żyję tu i teraz i chcę być szczęśliwa. Lubię swoją wiejską samotność. W samotności tworzy się bowiem rzeczy piękne. Od paru tygodni zamykam się więc wieczorami w swoim drewnianym domu i piszę powieść, w której znajdzie się miejsce na miłość, czułość, modlitwę dotyku.

Coś więcej niż ślad
Paul L. Maier
Premiera: marzec 2013

Dr Jonathan Weber profesor Harvardu i biblista, wyjeżdża do lzraela, gdzie zamierza prowadzić prace wykopaliskowe. Jednak wstrząsające znalezisko, które zdaje się być marzeniem każdego archeologa, staje się koszmarem mogącym zniszczyć chrześcijaństwo.
Każda stronica tego wiarygodnego naukowo i świetnie napisanego thrillera. rozwijającego się w niebywałym tempie, zmusza do postawienia pytań, od których, jak od cienia, nie sposób się uwolnić... Czy Jezus naprawdę zmartwychwstał? Jak świat zareagowałby na wieść o tym, że fundament cywilizacji zachodniej legł w gruzach? Jaki jest stosunek nauki do wiary? Czy było to oszustwo stulecia, czy leż przerażająca prawda, która mogła rozerwać świat na strzępy...
To ledwie kilka z wielu pytań, które towarzyszą lekturze tej książki, powieści, która nie pozostawi obojętnym żadnego czytelnika niezależnie przekonań.
 

Barwy pożądania
Megan Hart
Premiera: marzec 2013

…Weźmiesz najpiękniejszy papier i najlepszy atrament. Opiszesz ze szczegółami swoje najbardziej erotyczne doświadczenie. Może być prawdziwe, może być wymyślone, ale masz je napisać bez błędów, najstaranniejszym charakterem pisma, bez żadnych kleksów ani literówek.
Opis dostarczysz do czwartku.
Pod spodem widniał ten sam numer skrytki pocztowej co poprzednio. Zamrugałam, czytając list ponownie, i poczułam, że rumieniec wypełza mi na policzki. Trzymałam kartkę ze świadomością, że nie powinnam jej przeczytać, nie była przeznaczona dla mnie. (…) Starannie złożyłam list, tak delikatnie, jakbym poprawiała kołdrę na kochanku. Pytanie, kto wysyła te listy, przyćmiła bardziej intrygująca zagadka - dlaczego to robi. Wstałam od stołu, żeby nalać sobie wody z kranu. Choć przełknęłam ją w kilku szybkich łykach, tak jak wytrawni pijacy whisky, nic nie pomogła na gorący rumieniec, który pokrył szyję i policzki. Odwróciłam się tyłem do lady i oparłam się o nią. List wciąż leżał na moim stole. Nie oskarżał, zapraszał. Zaczęłam się zastanawiać, które ze swoich licznych doznań seksualnych uważam za najbardziej erotyczne. Na pewno nie pierwszy raz, kiedy…

Prawo krwi
Tess Gerritsen
Premiera: luty 2013

Willy nigdy nie uwierzyła w śmierć ojca. Wokół katastrofy amerykańskiego samolotu podczas wojny w Wietnamie nagromadziło się zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. Dlaczego nie odnaleziono ciała? Kim był tajemniczy pasażer, którego istnieniu wszyscy zaprzeczają? Co się stało z ładunkiem?
Willy wyrusza do Azji, by odkryć prawdę o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat. Szybko uświadamia sobie, że próbuje rozwikłać tajemnicę, którą nawet dziś chronią wpływowi ludzie. Mimo zagrożenia podejmuje prywatne śledztwo. Nieoczekiwanie pomocną dłoń wyciąga do niej Guy Barnard, antropolog pracujący na zlecenie armii. Czy potrafi ochronić ją przed śmiertelnym niebezpieczeństwem?
Pozwólcie nam krzyczeć

Pozwólcie nam krzyczeć

Autor: Stanisława Fleszarowa-Muskat
Wydawnictwo Edipresse Polska, 2012
Liczba stron: 522
Stanisława Fleszarowa Muskat to nieżyjąca już od roku 1989 pisarka, która w swoim dorobku ma ponad 700 utworów, zaczynając od powieści, poprzez felietony, słuchowiska, poezję, na dramatach kończąc. Niewątpliwie była jedną z najpopularniejszych polskich autorek, która zdobyła rzeszę fanek w całym kraju. I choć w dzisiejszych czasach już zapomniana, wydawnictwo Edipresse postanowiło wyjść temu naprzeciw i już jakiś czas temu zaczęło przypominać dzisiejszym czytelnikom powieści Fleszarowej. Moje pierwsze spotkanie z tą autorką miało miejsce dokładnie rok temu, w lutym, gdy wzięłam do ręki jej powieść „Lato nagich dziewcząt”. I choć książka nie zrobiła na mnie wtedy oszałamiającego wrażenia, od razu dostrzegłam to, że jednak pisarka jak najbardziej jest godna czasu, jaki poświęcimy na jakąkolwiek jej powieść.

„Pozwólcie nam krzyczeć” jest jednym z pierwszych utworów autorki, napisanym w 1957 roku. To losy Magdaleny, młodej warszawianki, córki znanego i szanowanego chirurga. Magdalena, podczas pewnego wieczoru, wracając do domu staje się ofiarą łapanki i zostaje wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec. Na początku przenoszona z miejsca na miejsce, trafia w końcu do przemysłowego miasteczka Edelheim. Tam spotyka zarówno Niemców jak i innych, jak ona, cudzoziemców, wśród których nie brakuje też rodaków. Nie zabraknie też miłości – miłości w trudnych czasach okupacji hitlerowskiej.

Sporo się dzieje w tej książce i naprawdę nie sposób się z nią nudzić. Nie zabraknie Wam tutaj ciekawych wydarzeń, wartych uwagi wątków. Ale co mi najbardziej podobało się w tej książce, to przywiązanie – do Magdaleny, Piotra, ale i innych bohaterów – ich również tutaj nie brakuje. Bo to nie jest opowieść tylko i wyłącznie o Magdalenie – tutaj wątków mamy sporo, takich które dotyczą wszystkich bohaterów razem, ale i każdego z osobna. To jest po prostu powieść o ludziach, którzy wywiezieni do pracy przymusowej w Bawarii muszą zmierzyć się z wojenną codziennością.

Zwykle, gdy myślimy o drugiej wojnie światowej, Niemcy jako ludzie zwykle jawią się nam jako ci źli, najgorsi. Stanisława Fleszarowa-Muskat stawia ich w tym lepszym świetle i udowadnia, że nie wszyscy Niemcy poddali się okupacji hitlerowskiej, wielu wśród nich było tych dobrych, którzy pomagali cudzoziemcom jak tylko mogli. Jasne, nie brakuje tutaj tego zła, ale jest również druga strona medalu. Fleszarowa pokazuje również, że dla niektórych Niemców wojna była równie uciążliwa jak dla Polaków czy ludzi innych narodowości – nie chcieli jej, chcieli, aby wszystko jak najszybciej się skończyło, aby świat w końcu mógł wrócić do normalności. Wielu z nas nie zastanawia się nad tym, jak drugą wojnę światową odbierali sami Niemcy – dzięki tej książce można to jednak odrobinę poczuć. Ale na uwagę zasługują również inni bohaterowie – jest ich tu sporo, ale są barwni, nie nudzą, nie są tuzinkowi, a co najważniejsze, czytelnik się do nich szalenie przywiązuje. Gdy kończyłam tę książkę, było mi naprawdę szkoda, że to tak szybko… Pocieszeniem dla mnie jednak jest to, że z Magdaleną i Piotrem będę miała okazję jeszcze się spotkać przy okazji powieści „Przerwa na życie” – mam nadzieję, że nastąpi to wkrótce.

„Pozwólcie nam krzyczeć” to naprawdę doskonała powieść doskonałej autorki, piękna opowieść o ludziach, którym nie brakuje tego zdrowego współczucia, o ludziach, którzy przychodzą z pomocą, nieważne, czy są rodakami, Francuzami czy znienawidzonymi Niemcami. Jest to książka o tym, że można było doświadczyć niezwykłej przyjaźni i bliskości również na obczyźnie, podczas hitlerowskiej okupacji. Nikt nie powinien być rozczarowany prozą Fleszarowej-Muskat, nie bez powodu była ona nazywana mistrzynią powieści obyczajowej.

Stosik lutowy, pierwszy w tym roku [#15]

Stosik lutowy, pierwszy w tym roku [#15]

Książki na mojej półce przewijają się cały czas, ale dopiero teraz tak naprawdę mam okazję, aby przedstawić Wam co nieco, czyli to, co aktualnie na mojej półce stoi i czeka na przeczytanie, albo to już przeczytane, ale co nie miało okazji jeszcze znaleźć się w jakimkolwiek stosie. Aż dziwne, że dopiero teraz wstawiam pierwszy stosik 2013 roku, chociaż już praktycznie połowa lutego...


A jeśli ciernie, Virginia C. Andrews - pożyczona od siostry;
Pozwólcie nam krzyczeć, Stanisława Fleszarowa-Muskat - również od siostrzyczki :-)
Kamieniarz, Camilla Läckberg - przeczytana jakiś czas temu, recenzja tutaj;
Adam i Ewy, Monika Orłowska - zdobycz biblioteczna;
Teraz ją widzisz, Joy Fielding - jw.;
Opowieść niewiernej, Magdalena Witkiewicz - włóczykijka, która zawędrowała do mnie w piątek;
Papierowa dziewczyna, Guillaume Musso - również już przeczytana, recenzja tutaj.


Coś zwróciło Waszą szczególną uwagę? Coś wyjątkowo polecacie? Coś Wam się w ogóle nie spodobało?
Jestem ciekawa Waszych opinii :-)



Pół życia

Pół życia

Autor: Jodi Picoult
Wyd. Prószyński i S-ka, 2012
Liczba stron: 464
Jodi Picoult – nie ma chyba czytelnika, który nie słyszałby tego nazwiska. Jest autorką 19 powieści, których kilka doczekało się nawet ekranizacji. Jej książki przekłada się na ponad 30 języków, wiele z nich zajmuje pierwsze miejsca na listach bestsellerów na całym świecie. Ja sama autorkę bardzo lubię, a ostatnio przywędrowała do mnie jedna z jej najnowszych powieści „Pół życia”. Książka niedługo czekała na swoją kolej, niektóre czekają znacznie dłużej. Nie spodziewałam się po niej nie wiadomo czego, jednak wiedziałam, że Jodi i tym razem mnie nie zawiedzie. I nie zawiodła.

Luke Warren jest badaczem wilków – pisze o nich, studiuje ich zachowania, a od czasu do czasu w przeszłości nawet z nimi mieszkał. Luke mieszka ze swoją córką, Carą, której jest opiekunem prawnym. Wszystko jednak zmienia się w jednej chwili, gdy podczas powrotu do domu Cara oraz Luke mają wypadek samochodowy. Cara wychodzi z niego z roztrzaskanym barkiem, ale jej życiu nic nie grozi. Co innego Luke – ojciec Cary zapada w śpiączkę. Lekarze nie dają mu większych szans na odzyskanie świadomości. Edward, starszy brat Cary i syn Luka, musi więc wrócić do domu, który opuścił 6 lat temu, i zadecydować o losie ojca, Cara bowiem jest niepełnoletnia, a była żona nie może o tym decydować. Jednak zdania rodzeństwa różnią się w tej kwestii diametralnie: Cara, która za trzy miesiące będzie pełnoletnia, za wszelką cenę chce utrzymać ojca przy życiu, podłączonego do respiratora, z nadzieją na to, że się obudzi. Edward jest innego zdania: że ojciec nie chciałby tak żyć i jest gotów odłączyć go od maszyn podtrzymujących życie, a jego organy przeznaczyć do przeszczepów – Luke bowiem taką wolę wyraził za życia.

Jodi jak zwykle w swojej powieści podejmuje tematy niecodzienne, trudne, niebłahe, na które nie ma nigdy jednoznacznej odpowiedzi. Kto bowiem powinien podejmować decyzje o losie Luke'a – jego córka, której do pełnoletniości brakuje tylko trzech miesięcy, czy syn, który 6 lat temu po kłótni z ojcem opuścił dom rodzinny i wyjechał do Tajlandii? I co dla Luke'a będzie najlepsze? Czy ojciec chciałby tak żyć, podtrzymywany przez respirator, wegetować jak warzywo? Cara bowiem ma ciągle nadzieję na to, że ojciec kiedyś odzyska przytomność, chociaż lekarze nie dają mu praktycznie żadnych szans na przebudzenie się.

Charakterystyczne dla Jodi Picoult jest również to, że w swoich powieściach stara się przedstawić sytuację z każdej strony, z perspektywy każdego bohatera z osobna. Ta książka nie jest wyjątkiem. Każdy rozdział to przemyślenia, wspomnienia i odczucia Cary, Edwarda, Georgie – byłej żony Luke’a, a nawet samego Luke’a. Główny bohater również ma tutaj swój udział – ale zupełnie inny niż pozostali. Wspomina bowiem to, co kocha i kochał najbardziej – wilki, ich świat, zachowanie. I naprawdę zadziwiające może być życie i egzystencja wilczej watahy, chociaż czasem bez problemu można to odnieść do ludzi i ich zachowania. Wilki w końcu żyją w stadzie, potrzebują siebie nawzajem, aby przeżyć. Czyż nie jest tak również w naszym życiu?

Bardzo łatwo i szybko czytało mi się tę książkę, łatwiej od pozostałych, które miałam okazję do tej pory poznać. Szybko przede wszystkim też dlatego, że rozdziały są krótkie i nawet nie zwracamy uwagi na to, jak przekładamy stronę za stroną. I jedyne, co mi się w tej powieści nie podobało to… okładka, która w ogóle moim zdaniem nie pasuje do treści. Znacznie lepiej byłoby, gdyby nawiązywała do tego, czym interesował się Luke, czyli do wilków. Ale pewnie nie pierwsza to okładka i nie ostatnia, która w ogóle nie pokrywa się z treścią książki…

„Pół życia” polecam głównie fanom autorki – nie będą zawiedzeni. Ale nie tylko, bowiem powieści Jodi są tak uniwersalne, podejmują ważne, niecodzienne tematy, że książka powinna spełnić wymagania każdego czytelnika, nawet tego wymagającego. Zawsze bowiem po przeczytaniu powieści Picoult ja sama zadaję sobie pytanie, jak bym postąpiła w danej sytuacji. I muszę przyznać, że praktycznie zawsze jestem w stanie opowiedzieć się w pewnym stopniu po obu stronach, a decyzja wcale nie jest łatwa. Polecam serdecznie każdemu!
Pan Lodowego Ogrodu powraca!

Pan Lodowego Ogrodu powraca!


Ci, którzy dość regularnie czytają mojego bloga, dobrze wiedzą, która książka ostatnio zrobiła największe wrażenie, która nie dała mi spać po nocach i żałowałam, że tak szybko się skończyła :-) Tak tak, to "Pan Lodowego Ogrodu" :-)

Ten post więc będzie trochę inny od pozostałych, bo właśnie kilka dni temu miałam okazję zobaczyć premierę trailera do tej właśnie książki. Fani Vuko Drakkainena czekali na ten zwiastun prawie tak samo, jak na premierę czwartego tomu powieści. Fabryka Słów wyszła fanom naprzeciw.

Oto i jest.
Poznajcie Midgaard.


Wszystko zaczęło się od piosenki, która powstała jako zachęta dla czytelników do rozpoczęcia przygody z Panem Lodowego Ogrodu. Oto "Ocalona pieśń", która zabrzmiała wraz z premierą czwartego tomu, a na YouTube zanotowała ponad 7 tysięcy wyświetleń. Posłuchajcie:


Może i dla Was piosenka zespołu Midgaard oraz trailer stanie się zachętą do przeczytania "Pana Lodowego Ogrodu"? 
Mam szczerą nadzieję, że tak, bo naprawdę warto!

Cukiernia pod Amorem - Cieślakowie

Cukiernia pod Amorem - Cieślakowie

Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wyd. Nasza Księgarnia, 2010
Liczba stron: 469
Już po przeczytaniu pierwszego tomu stałam się fanką Cukierni pod Amorem. Dlatego nie mogłam doczekać się tego, kiedy w moje ręce wpadnie kontynuacja i poznam dalsze losy Zajezierskich – tak się bowiem stało, że bardziej zainteresowała mnie przeszłość, niż teraźniejszość i losy rodowego pierścienia, znalezionego podczas wykopalisk archeologicznych w Gutowie. Jak widać, trochę na to przyszło mi poczekać, ale nie żałuję – druga część również warta była tego, aby po nią sięgnąć.

Zainteresowanych, którzy chcieliby wiedzieć, o czym jest „Cukiernia pod Amorem” odsyłam do recenzji części pierwszej. Nie będę bowiem ujawniać dalszych faktów z życia rodziny Zajezierskich, a ogólny zarys fabuły pojawił się w poprzedniej mojej opinii. Powiem tylko jedno: trudno jest nie sięgnąć po część drugą, jeśli przeczytało się pierwszą – losy tego rodu wciągają, mają w sobie coś magicznego, co przyciąga czytelnika.

W drugiej części swojej sagi autorka skupiła się głównie na dalszych wydarzeniach odnośnie rodu Zajezierskich, okrawając do minimum teraźniejszość, czyli rok 1995 – Igi, jej ojca oraz babki będzie więc w tej części mało, ale wcale nie miałam nic przeciwko – muszę przyznać, że przeszłość, począwszy od połowy dziewiętnastego wieku, poprzez pierwszą wojnę światową jest bardziej interesująca. Nie jest to książka, która trzyma może w napięciu, w końcu sagi z tego nie słyną, jednak od „Cukierni pod Amorem”, kiedy już zaczęłam czytać, nie mogłam się oderwać. W „Cieślakach” poznajemy również tytułową rodzinę – a wraz z nią półświatek złodziejaszków z warszawskiego Powiśla – to właśnie te drobne na początku, potem coraz większe kradzieże oraz spryt i przebiegłość podniosły rodzinę Cieślaków z biedy i pozwoliły im żyć na trochę lepszym poziomie niż dotychczas.

Trzeba przyznać, że bohaterów tej książce nie brakuje. Jest to moim zdaniem jednak główny atut tej książki. Tak ciekawych, barwnych, niekiedy intrygujących bohaterów nie spotkałam jeszcze w żadnej książce. Trzeba jednak mieć dość pojemną pamięć, aby spamiętać, kto jest kim. Dla tego, kto ma z tym problem jednak autorka wyszła naprzeciw i na samym końcu zarówno pierwszego, jak i drugiego tomu możemy prześledzić całe drzewo genealogiczne rodziny zarówno Zajezierskich, jak i Cieślaków, ale i cały kilkunastostronicowy przegląd każdego bohatera z osobna. Ja jednak jestem pewna, że będziecie zaglądać tam dość rzadko – mimo ogromnej liczby bohaterów da się to bez problemu ogarnąć i poukładać w głowie, a w razie jakichkolwiek trudności zawsze można zajrzeć, tak jak wspomniałam, na koniec książki.

A jeśli już o bohaterach, a raczej bohaterkach mowa… bezwzględnie na uwagę zasługuje tutaj przede wszystkim Gina Weylen, czyli Grażyna Toroszyn. Zapałałam do niej ogromną sympatią, pewnie za całokształt, chociaż Grażyna była dzieckiem niesfornym, dziewczynką, która praktycznie od urodzenia wiedziała czego chce i do tego celu dążyła, nie obce były jej nawet ucieczki ze szkoły. Dzięki temu stała się kobietą niezależną, oparła się matce i całej rodzinie, aby wyjechać do Warszawy i spełniać swoje marzenia. Chociaż aktorstwo uchodziło w tym czasie za zawód, który wykonują tylko i wyłącznie kobiety upadłe, Gina pokazała, że tak być nie musi. Zdobyła, dzięki ciężkiej pracy, ale przede wszystkim dzięki ogromnemu szczęściu wielką popularność najpierw w kabarecie, potem w teatrze. Do miłości miała podobne podejście – w życiu naprawdę kochała tylko jednego mężczyznę i postanowiła zrobić wszystko, aby z nim być, mimo że do małżeństwa również podchodziła z dystansem. Kobieta, która bez wątpienia zasługuje chyba na największą uwagę w tej powieści, z której można by brać przykład.

„Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie” również doskonale oddaje realia tamtego życia, wraz z początkiem dwudziestego wieku, wybuchem pierwszej wojny światowej i tym, z czym ludzie musieli się wtedy zmagać. Można śledzić losy Zajezierskich i Cieślaków niczym z podręcznika od historii, ale takiego podręcznika, od którego trudno naprawdę się oderwać. W końcu można poznać kulisy życia na emigracji w Stanach Zjednoczonych – wiele bowiem ludzi wtedy decydowało się na taki krok, wiele z nich już do ojczyzny nie wróciło.

Zaczynając czytać pierwszą część „Cukierni” miałam wrażenie, że to zwykłe czytadło dla kobiet, które nic nie wniesie do mojego świata literatury z wyjątkiem mile spędzonego czasu. Ale już po przeczytaniu pierwszego tomu zrozumiałam, że to coś więcej. Że to nie jest zwykła saga, ale zarys całej historii na przestrzeni prawie dwóch wieków, rozwijającej się w tym czasie kultury, sztuki, przemysłu, wojennej rzeczywistości i czasu tuż po nim. Czytając drugi tom tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu, a książka spodobała mi się do tego stopnia, że nie mogę doczekać się trzeciej części. Stałam się wielką fanką „Cukierni pod Amorem” i wierzę w to, że Wy, o ile również sięgniecie po tę sagę, podzielicie mój los.


Cukiernia pod Amorem
Liebster Blog po raz drugi...

Liebster Blog po raz drugi...

Jak widać nominacja do Liebster Blog mnie nie ominęła - i to po raz drugi. Tym razem zostałam zaproszona przez Emę Pisulę, za co dziękuję i przepraszam, że dopiero teraz odpowiadam na pytania :-)

1. Ile czasu znasz swojego najlepszego przyjaciela?
Nie mam najlepszej przyjaciółki/przyjaciela. Zawsze miałam masę koleżanek, znajomych, nigdy chyba jednak takiej przyjaciółki z prawdziwego zdarzenia... i czasem żałuję, że tak jest.

2. Ulubiony smak tymbarka?
Nie piję, na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć, bo mój ulubiony napój to herbata albo woda mineralna :-)

3. Wierzysz w horoskopy?
Zależy. Niby jestem realistką, ale czasem wierzę.

4. Ulubiona piosenka?
To jest pytanie na zasadzie: ulubiona książka... Nie mam ulubionej piosenki, na pewno zalicza się do nich jednak wszystko, co skomponowane przez happysad, ostatnio namiętnie też słucham Adele i Lany Del Rey.

5. Zima czy lato?
Lato - zdecydowanie. Uwielbiam upały (dziwne?), lubię się poopalać nad brzegiem rzeki, czytając przy tym książkę, kocham słońce.

6. Co zamierzasz robić w ferie? Jeśli jesteś już po nich - co w nie robiłeś/aś?
Ferii nie miewam już od... hm... prawie 9 lat, odkąd skończyłam szkołę średnią :-)

7. Jesteś rannym ptaszkiem, czy typowym śpiochem?
Rannym ptaszkiem. Wolę wstać wcześniej, zaplanować dzień, moja ulubiona pora dnia to właśnie wczesny ranek. I nie lubię późno chodzić spać, o 22 raczej jestem już w łóżku :-)

8. Jak przedstawiają się twoje relacje ze swoim rodzeństwem (jeśli je masz)?

Mam - dwie siostry i relacje są bardzo okay, chociaż kiedyś różnie z tym bywało...

9. Lubisz chodzić na zakupy?
Zdziwię Was pewnie, ale nie. Nigdy mnie to nie pociągało, muszę sama nabrać ochoty na zakupy, żeby na nie iść, jest to dla mnie raczej kara. Zdecydowanie bardziej nie lubię niż lubię.

10. Ulubiony cytat?
Na to pytanie już odpowiadałam, ale odpowiem jeszcze raz:
„Człowiek w stanie krańcowego obniżenia aktywności emocjonalnej, bez dopływu miłości, bez empatii i samoakceptacji, może przeżyć kilkadziesiąt lat. Tylko co to za życie?...”
"Kobiety z domu Soni" Sabina Czupryńska

11. Najpiękniejsze wspomnienie?
Jest ich wiele, szczególnie te z dzieciństwa, zanim jeszcze zaczęłam szkołę :-)

*****
Nie wymyślam nowych pytań, nie nominuję też nowych osób, bo ta zabawa okrążyła już chyba całą blogosferę po kilka razy. Jeśli jednak nie braliście w niej udziału - zapraszam każdego, kto ma ochotę, a pytania niech będą te same, na które ja powyżej odpowiadałam :-)
Jutro pojawi się na moim blogu recenzja kolejnej książki, jednak najpierw muszę ją napisać, a przede wszystkim znaleźć gdzieś na to natchnienie... Ostatnio żyję w dużym bałaganie (i nie chodzi mi to o bałagan w mieszkaniu, bo na to nie mogę narzekać) i nie marzę o niczym innym, jak uporządkować w końcu kilka spraw wokół siebie. Ale recenzję na pewno dziś napiszę, to Wam mogę obiecać :-)

Zachcianek

Zachcianek

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Albatros, 2009
Liczba stron: 365
Katarzynę Michalak bardzo lubię i cenię, głównie jako autorkę literatury kobiecej. Zawsze bardzo chętnie sięgam po jej książki, niektóre z nich należą do grona moich ulubionych, chociaż sporo z nich mam jeszcze przed sobą. „Poczekajka” była pierwszą książką tej autorki, jaką w ogóle przeczytałam i muszę przyznać, było to dość dawno, jakieś 3 lata temu. Po jej kontynuację chciałam więc sięgnąć prędzej czy później, wyszło raczej później, ale w końcu i „Zachcianek” trafił w moje ręce.

Zaczynając „Zachcianek” wahałam się nawet przez chwilę, czy nie wziąć do rąk jej pierwszej części i przeczytać jeszcze raz, bo szczerze mówiąc, pamiętałam ogólną fabułę książki, szczegóły już z mojej pamięci umknęły. Postanowiłam sobie jednak darować i chyba słusznie – bowiem zagłębiając się w lekturze „Zachcianku”, poznając kolejne jego rozdziały, z zakamarków mojej pamięci wydobywałam stopniowo to, co wydarzyło się w „Poczekajce” – i tym samym przypomniałam ją sobie praktycznie całkowicie. Fani autorki na pewno znają te jedne z pierwszych powieści autorki, jednak dla niewtajemniczonych wypadałoby co nieco napisać.

Główną bohaterką „Poczekajki” i „Zachcianku” jest Patrycja, młoda pani weterynarz, mieszkająca na warszawskim Żoliborzu, marząca jednak o domku z dala wielkomiejskiego zgiełku. Pewnego dnia Patrycja trafia więc do Poczekajki, małej wioski na Zamojszczyźnie, tam właśnie stoi chatka z jej snów. Opuszcza więc stolicę, wprowadza się do domku i zatrudnia w zamojskim zoo. I wydaje się, że do szczytu jej marzeń brakuje tylko księcia na białym koniu… Ale czy wymarzony książę okaże się rzeczywiście księciem, czy Patrycja odnajdzie go w zupełnie kim innym?...
„Zachcianek” jest kontynuacją przygód młodej pani weterynarz – będzie to więc raczej opinia o obu książkach, jakżebym mogła zrobić inaczej?

Lubię Katarzynę Michalak za te typowe dla niej powieści – kobiece, pełne ciepłych uczuć, marzeń, które zawsze się spełniają i napawają czytelnika ogromnym optymizmem i nadzieją na przyszłość. Dlatego z niemałym zainteresowaniem śledziłam perypetie Patrycji – kobiety, która nie ma jakichś wygórowanych marzeń – marzy jej się jedynie własne miejsce na świecie, własny dom i kochający mężczyzna… Na dobrą sprawę wydawałoby się, że to niewiele, ale czy rzeczywiście? Życie potrafi płatać różne figle i nie zabraknie ich również w życiu Patrycji. Nic bowiem nigdy nie jest takie, jakie sobie wymarzymy – chyba wie o tym każdy z nas. Domek można w każdej chwili stracić, kochający mężczyzna może zawsze odejść i wszystko nagle zaczyna się walić. Bohaterce również nie zabraknie smutków i trosk. I wydawałoby się, że jedyne, co daje jej prawdziwe szczęście to praca ze zwierzętami. Ale czy można całkowicie poświęcić się pracy, gdy książę z bajki wciąż nie pojawia się na horyzoncie?

„Poczekajka” oraz „Zachcianek” to książki pełne ciepła, pełne miłości - tego o czym marzy każda z nas. Książki, które spełniają nasze marzenia, nawet te najskrytsze. Katarzyna Michalak to prawdziwa czarodziejka, której powieści zawsze nastrajają mnie pozytywnie, dają nadzieję na przyszłość oraz potrafią wywołać na mojej twarzy nie tylko uśmiech – ja się przy nich śmieję czasem do rozpuku. Kasia ma specyficzny co prawda humor, jej proza też nie jest zwyczajna, ma coś w sobie – i to chyba najbardziej w niej lubię.

Teraz pozostaje mi tylko sięgnąć po pozostałe powieści poczekajkowej serii i po kolejne książki autorki, które jeszcze przede mną. Mam nadzieję, że nastąpi to szybko. Was zachęcam, szczególnie miłośniczki lekkiej, niezobowiązującej literatury. Tych, którzy nie znają twórczości Kasi Michalak zachęcam tym bardziej – ja autorkę uwielbiam.

Sorry

Sorry

Autor: Zoran Drvenkar
Wydawnictwo Telbit, 2011
Liczba stron: 400
Przepraszam – niby jedno słowo, jednak nie każdy ma odwagę je wypowiedzieć wtedy, kiedy trzeba. Nie zawsze tak łatwo jest przepraszać, nie każdy człowiek to potrafi. I pewnie niejeden z nas byłby szczęśliwy, gdyby ktoś zrobił to za nas – przeprosić kogoś, gdy sami nie mamy odwagi, albo żeby oczyścić sumienie, które nas gryzie.

Kris, Wolf, Tamara oraz Frauke – czwórka przyjaciół, mieszkających w Berlinie, którym nie do końca dobrze się wiedzie. Każdy z nich ma mniejsze lub większe problemy, dotyka ich brak pracy i pieniędzy. Pewnej nocy wpadają jednak na świetny pomysł biznesu – postanawiają założyć firmę, której głównym założeniem będzie przepraszanie za tych, których gryzie sumienie i którzy nie mają odwagi sami tego zrobić. Ich spółka szybko zyskuje popularność i zdobywa tłumy klientów, chociaż dla niektórych to, co robią przyjaciele, jest nieetyczne. Pewnego dnia dostają zlecenie, które na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od pozostałych. Jednak gdy Kris zjawia się pod umówionym adresem, pod którym miał się spotkać z kobietą, a której ktoś kiedyś winny był przeprosiny, zastaje ją w domu… martwą, przybitą gwoździami do ściany. Zleceniodawca jednak wymaga od czwórki przyjaciół wypełnienia zlecenia, przeproszenia jej za to, co jej zrobił  - w końcu za to im płaci, przy okazji oczekuje również uprzątnięcia zwłok… Tamara, Frauke, Wolf oraz Kris nie zdają sobie sprawy, że to będzie dopiero początek ich problemów.

Pierwsze, co rzuca się w oczy przy chociażby przekartkowywaniu rozdziałów jest to, że nie są one zbyt długie. I gdy zaczynamy czytać, potwierdza się to. Rozdziały bowiem podzielone są między każdego z czwórki bohaterów, początkowo poznajemy każdego z nich i okoliczności, w których doszło do pomysłu założenia niecodziennej firmy. Ale poszczególne rozdziały podzielone są nie tylko na tę czwórkę – bowiem niektóre z nich zwracają się bezpośrednio do czytelnika-mordercy. Tak tak, to nie żart! To TY jesteś tym, który przybił kobietę do ściany na tle brzydkiej, niesprzedawanej już od dawna tapety, na koniec przebijając jej czoło długim na prawie pół metra gwoździem. To TY jesteś zleceniodawcą… Zdziwieni?... To jeszcze nie wszystko, ponieważ niektóre rozdziały poświęcone są jeszcze jednej osobie: mężczyźnie, którego tam nie było… Wydaje pewnie Wam się to trochę zagmatwane na początku i takie też jest naprawdę, gdy zaczynamy czytać tę książkę. Pogmatwane i dziwne. Każda część tej układanki jednak wskoczy w odpowiednim czasie w swoje miejsce – tego możecie być pewni.

Taka konstrukcja powieści ma swoje plusy. Pozwala bowiem spojrzeć na całą sytuację z perspektywy każdego bohatera z osobna, a także od strony zleceniodawcy-mordercy oraz tajemniczego mężczyzny. Poznajemy więc myśli i uczucia Krisa, jego młodszego brata Wolfa, oraz dwóch przyjaciółek: Tamary oraz Frauke. Jednocześnie cała czwórka stara się odkryć, kto naprawdę jest zleceniodawcą i chociaż mężczyzna podał swoje imię i nazwisko, wcale nie będzie to takie proste. Telefon na policję również wcale nie jest taki oczywisty, bowiem przyjaciele są szantażowani, ich najbliższym osobom, jeśli nie wypełnią zlecenia w całości, może grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale mamy tutaj też perspektywę zleceniodawcy, czyli CIEBIE – i chociaż sam czytelnik na początku nie pała do niego sympatią, to z czasem jednak, gdy poznaje prawdziwą przyczynę i motywy, jakie nim kierują, zaczyna go niejako rozumieć. Kto tu jest więc tą złą, najgorszą osobą? Zleceniodawca, który ze swoich ofiar zrobił morderców? Ofiary, czyli czwórka przyjaciół, którzy wpadli na pomysł zarabiania na przepraszaniu i oczyszczaniu sumienia innych?… Czy może tajemniczy mężczyzna, który się tam pojawia?

Pomysł na firmę, która zarabia na czymś, co dla niektórych jest nieetyczne, również jest tutaj dość ciekawym tematem. Czy bowiem można zarabiać na przepraszaniu za kogoś? Czy w ogóle można oczyścić czyjeś sumienie, zlecając jakiejś firmie załatwienie wszystkiego za nas? I ile warte jest tak naprawdę słowo „przepraszam”?... Na te pytania chyba brak jednoznacznej odpowiedzi – temat książki jest jednak ciekawy – nie sądzicie?

Powieść jest również interesująca sama w sobie. Trafiłam na świetny kryminał/thriller, który wciąga praktycznie od pierwszych stron, który trzyma w napięciu i zaskakuje zakończeniem, chociaż mordercę znamy od samego niemalże początku – bo przecież JESTEŚ NIM TY! Zachęcać dalej? Myślę, że nie trzeba – spodziewałam się dobrego kryminału po tej książce, a dostałam kawał świetnej literatury, niekiedy mrożącej krew w żyłach, ciekawej, od której nie można się oderwać. Nikt tą książką nie powinien być zawiedziony, a już zwłaszcza miłośnicy gatunku. Książka jest bowiem trochę inna od zwykłego kryminału, ale tym samym intrygująca i wzbudzająca w czytelniku ciekawość od początku do końca.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli